August 10th, 2012 | Categories: Krótkie, USA | Tags:

Od kilku dni jestem w Europie. Oto kilka rzeczy, które rzucają się od razu w oczy:
* wszystko jest tam, gdzie powinno być (czytaj: wciąż pamiętam, gdzie powinno być)
* otwarte okno nie powoduje ryzyka śmierci przez ukąszenie czegoś, co może przez to okno wpełznąć
* mój mózg obejmuje odległości. Pamiętam rozmowę, gdzie stwierdziłem, że w usa co zbudują kilkaset metrów autostrady, to ją włączają do eksploatacji – Wujek stwierdził, że coś jest nie tak, bo to nie praktyczne. Przejeżdżałem kilka razy tamtą drogą i rzeczywiście – odcinki mają nie kilkaset metrów, tylko 3-5 mile. Mój mózg nie obejmuje tamtych odległości, z tutejszymi radzi sobie lepiej.
* dlaczego tu nie ma klimatyzacji?!?
* ale tu tanio!
* przed siadaniem w toalecie nie trzeba sprawdzac czy pod deska nie siedzi duzy pajak
* jedzenie za $5 może być smaczne! (w usa tanio i smacznie się wykluczają)
* batonik w plecaku sie nie rozpuszcza!

Share and Enjoy:
  • Digg
  • Facebook
  • Blip
  • Kciuk.pl
  • StumbleUpon
  • Wykop
Share
July 29th, 2012 | Categories: Szorty | Tags: ,

Jakby mi kiedyś wpadło do głowy pomieszkać jeszcze raz w USA, to muszę sobie przypomnieć, że amerykańska telewizja przerywała reklamami transmisję ceremoni otwarcia Olimpiady. Jak nisko można upaść, żeby zarobić dolara? Na szczęście jest internet i BBC :)

Share and Enjoy:
  • Digg
  • Facebook
  • Blip
  • Kciuk.pl
  • StumbleUpon
  • Wykop
Share
April 2nd, 2012 | Categories: USA | Tags: , , , , ,

Pierwszego dnia samodzielnego pobytu za granicą poszedłem do księgarni w Northampton, żeby kupić plan miasta. W głowie miałem przechowalnie toreb w Geancie i ochroniarzy zszywających reklamówki przed wejściem do łódzkiego Carrefoura, więc zastanawiałem się co zrobić z plecakiem, laptopem i walizką, którymi byłem obładowany. Zagubiony poszedłem do kasjerki i… zupełnie nie mogliśmy się zrozumieć. A właściwie ona nie mogła zrozumieć na czym polega mój problem z wnoszeniem toreb do sklepu. Wtedy nie wiedziałem, że można nie być podejrzewanym o niecne zamiary.

Od tamtego wydarzenia minęło prawie siedem lat i zdążyłem o nim zapomnieć. Wspomnienia wróciły podczas wizyty w Jackowie w Chicago, gdzie w sklepie spożywczym powitała mnie kartka:

Tak, wpis nie będzie marudny… Ale od początku:

Planując wizytę w Chicago spotkanie sławnej polonii z Jackowa (dzielnicy Chicago przy kościele św. Jacka) było dla nas kluczowym elementem wycieczki. Plan był prosty: żurek i schabowy, polskie muzeum i zwiedzanie dzielnicy.
Strona internetowa muzeum poleca restaruracje Podhalanka, opinie w internecie były zachęcające, a ceny przyjazne – poniżej $10 za obiad, więc postanowiliśmy właśnie ją odwiedzić:

Właściciel, krakowiak (od trzydziestu lat w usa), witając polsko-angielskim (przywodzącym na myśl wizyte Kargula i Pawlaka – “wy tu przyjechalyszcie na biznesz czy pleżer?”) usadził nas przy stole wyłożonym lekko pożółkłą ceratą. Lokal wyglądał jak tradycyjny bar mleczny dodatkowo przyozdobiony obrazami matki boskiej częstochowskiej, kilkoma obrazami papieża, lampkami choinkowymi i puszkami coca-coli. Gospodarz zaproponował, żebyśmy poza żurkiem spróbowali kilku ich specjałów. Dlaczego nie, pomyśleliśmy – dużo restauracji oferuje menu złożone z kilku próbek. Uradowany krakowiak zaczął przynosić jedzenie – siedem pełnych porcji, każda z nich wystarczająca za pełen obiad… Od tego momentu przestał też do nas podchodzić i zagadywać – złapał frajerów, to już więcej nie musiał. Przyszedł dopiero z rachunkiem na $51 i… prośbą, żeby napiwek mu dać gotówką, żeby nie musiał od niego opłat wnosić! Odmówiliśmy i z ciężkim sercem (a teraz myśle, że i niepotrzebnie) zostawiliśmy zwyczajowe 15%. To chyba jednak było za mało, na wyciągu z banku zobaczyłem, że krakowiak dopisał sobie trochę dodatkowo. Polak Polakowi Polakiem…

Z lekkim niesmakiem udaliśmy się do Polskiego Muzeum. Wejście do niego wymagało sporo wytrwałości – jedyna inforamcja na froncie to kartka na drzwiach biblioteki (widoczna poniżej). Potem już tylko wystarczyło wejść po nieoznaczonych schodach, zadzwonić domofonem znajduącym się przy ciężkich metalowych drzwiach i już po chwili można było wnieść opłatę za wejście. Przed główną salą muzeum, przy stoliku prezydialnym wyłożonym materiałem, siedziały trzy osoby. Wąsacz w środku rozmawiał przez telefon, pozostali patrzyli w dal. Wyglądali troche jak moja komisja poborowa albo sędziowie turnieju brydżowego, brakowało tylko popielniczki. Obok nich stał jeszcze ochroniarz, który nie pozwolił nam oglądać zbiorów do momentu aż zdejmę plecak. Na pytanie co mogę z nim zrobić zapoponowali, żebym rzucił go w pod zakurzony kaloryfer przy wejściu.

Poniżej kilka zdjęć z muzeum:

Więcej zdjęć nie mam, bo… w pozostałych (ciekawszych) salach był zakaz fotografowania.

Polskie Muzeum w Chicago posiada bardzo zróżnicowaną kolekcję w skład której wchodzą skarby kultury przywiezione przez Polskę na wystawę w Nowym Jorku w 1939 (nigdy nie wróciły do ojczyzny), trochę średnio zachowanych strojów ludowych, sporej wystawy pamiątek po papieżu (firgurki, obrazy, dywaniki z podobizną itp), sporej ilości obrazów (wg. Eweliny całkiem dobrych) w tym prace Zofii Styjeńskiej. Dolne piętro wypełniała interesująca kolekcja pamiątek po Igancym Paderewskim. Pilnująca nas bardzo miła i ochoczo przedstawiająca zbiory Pani (większość pomieszczeń można zwiedzać tylko z opiekunem) opowiadała, że muzeum boryka się z problemami finansowymi. I szczerze mówiąc nic dziwnego – ciężko tam wejść, atmosfera jest depresyjna, a w sklepiku nie ma ani jednej pamiątki z tego miejsca (nawet pocztkówki, magnesu, kubka, broszurki itp. – nie było na co wydać pieniędzy). Podsumowując – bardzo interesujące miejsce w fatalnej oprawie. Szkoda, bo warto pokazać to światu to co tam mają.

Przewodniki turystyczne mówiąc o “polskiej dzielnicy” wspominały, że ostatnio zmieniła się ona w dzielnice polsko-meksykańską. Moim zdaniem okolica jest już głównie meksykańska, ale… to chyba dobrze dla Chicago. Do czasu wizyty w w polskim sklepie nie spotkałem się jeszcze z otwartym rasizmem. A tu proszę, przy pierwszej próbie kontaktu dowiedziałem się, że polska dzielnica maleje, bo “wpuścili ‘meksyków’ i ci wszystko zabierają”. Więcej się nie dowiedziałem, bo starsza Pani odwiedzająca ten sam sklep uznała, że moja rozmowa ze sprzedającym jest nieistotna i wchodząc mi w słowo przejęła całą uwagę sklepikarza (co mu nie przeszkadzało, zainkasował już podwójną cenę ($1) za pocztówkę). Ewelina też za dużo od polonii się nie dowiedziała, bo jej rozmowę przerwał wpadający do sklepu tubylec wykrzykując “Panie Andrzeju, Pan coś zrobi bo ten czarny tu znowu…” czy coś podobnego.
Główną atrakcją był tam dla mnie sklep spożywczy z mięsem na hakach (zdjęcia poniżej) i zadziwiającą ofertą polskich towarów (mieli na przykład mleko “Łaciate”!). Kupiliśmy trochę nałęczowianki i czekoladowego zająca (rozważałem “zwyczajną” za $0.99/lb – 8pln/kg!, ale zrezygnowałem) i z ulgą opuściliśmy krajan, którzy tkwią głęboko w latach osiemdziesiątych i nie mogą pozbyć się najgorszych stereotypowych zachować (chociaż przyznaję, że czerwone nosy podpitych panów w kufajkach wyglądały nawet trochę zabawnie w zestawieniu z meksykanami w kreszowych dresach).

Jakby się ktoś pytał, to jestem za tym, żeby emigrantom zabrać prawo głosowania i zostawić ich (nas) w spokoju. Kojarzenie z Polską poloni tkwiącej w dawno minionej historii to niepotrzebne szarganie orzełka.

ps. Powyższy opis nie oddaje rzeczywistości Chicago, jedynie drobny, acz rozczarowujący, jej wycinek.

Share and Enjoy:
  • Digg
  • Facebook
  • Blip
  • Kciuk.pl
  • StumbleUpon
  • Wykop
Share
March 28th, 2012 | Categories: USA | Tags: , ,

Ubiegły tydzień spędziliśmy w drodze. Przejechaliśmy lub zahaczyliśmy o: Texas, Arkansas, Oklahomę, Missouri, Illinois, Indianę oraz Michigan. Widzieliśmy tak dużo, że dopiero po zdjęciach będziemy mogli odtworzyć wspomnienia, to był kolejny tydzień który wydaje się zupełnie nierzeczywisty.

Początkiem porządkowania pamięci zewnętrznej jest mapa:

Zobacz powiększenie.

Dzienne odcinki:
Austin, TX – Texarkana, AR
Texarkana, AR – Hot Springs, AR
Hot Springs, AR – Branson, MO
Branson, MO – St Louis, MO
St Louis, MO – Chicago, IL
Chicago, IL – Merryville, IN
Merryville, IN – Ann Arbor, MI

Każdego dnia widzieliśmy coś ważnego, ciekawego albo zaskakującego. Na przykład ostatniego dnia, zupełnie przypadkiem, odkryliśmy, że spaliśmy blisko domu, w którym wychowywał się młody Michael Jackson. Odwiedziliśmy jego dom, mimo, że miejscowość Gary, IN, w której się on znajduje, zaliczana jest do najbardziej niebezpiecznych miejsc w Stanach Zjednoczonych. W dzień nikt do nas nie strzelał, więc wycieczkę zaliczamy do udanych. Tego samego dnia odwiedziliśmy Świątynię Drogi Krzyżowej rekamującej (!) się w jako interaktywne (!) przeżycie duchowe. Wbrew naszym obawom interaktywność organiczała się do możliwości wciśnięcia guzików, które odtwarzały nagranie mówiące o danej stacji. Całość zrobiona była ze zdumiewającym smakiem, mimo gigantycznego sklepu z pamiątkami (1500m2 błyszczących dewocjonaliów robi wrażenie!) zostawiła nam pozytywne wrażenie. Potem szybka wizyta nad jeziorem Michigan, irlandzki obiad, 350km i koniec ostatniego dnia wycieczki. Wcześniejsze dni opiszę później patrząc na zdjęcia.

Share and Enjoy:
  • Digg
  • Facebook
  • Blip
  • Kciuk.pl
  • StumbleUpon
  • Wykop
Share
March 24th, 2012 | Categories: USA | Tags:

Od tygodnia jestem w drodze. Widziałem piękne rzeczy i przerażające rzeczy, a nawet pogoniło mnie tornado. Na wszystko mam dokumentację, którą zaprezentuję jak osiądę na dłużej niż jeden dzień w tym samym miejscu (poniedziałek wydaje się prawdopodobny).

Dziś dojechaliśmy do Chicago. Jazda po tutejszych drogach przypomina bieganie z zamniętymi oczami po lesie (tylko tu bardziej trąbią… i trąbią i trąbią i trąbią…). Na razie w planach mamy żurek i schabowego w Jackowie, reszty nie zaplanowaliśmy, bo nie wiem co zrobic z autem. Przy tutejszej cenie parkingów może się opłacać sprzedać auto rano i kupić nowe wieczorem… Może troche przesadzam, ale $35-$52 za parking wydaje mi się ceną tak abstrakcyjną, że jej nawet nie rozważam. Jedyny trop na rozsądniejszy parking podał nam facet w hotelu – porozmawiać z parkingowym w hotelu i “mrug, mrug okiem” pozwoli zostawić auto trochę dłużej. Jeśli rozumiem poprawnie zostałem poproszony o wręczenie łapówki.

Share and Enjoy:
  • Digg
  • Facebook
  • Blip
  • Kciuk.pl
  • StumbleUpon
  • Wykop
Share
March 10th, 2012 | Categories: USA | Tags: , , , ,

W czasie ostatniej pogawędki z P. zapytałem czy robi sobie trochę przerwy jak będzie przechodził z jednej pracy do drugiej. “Nie, mam kredyt na dom do spłacania” zażartował. Wczoraj spotkaliśmy Rumuna z Izraela (losy ludzi bywają naprawde zaskakujące), który opowiadał jak bardzo się stara, żeby móc zacząć pracować nad swoim biznesem. Pomysł ma, środki ma, chęci też, niestety w USA przebywa na wizie H-1B, popularnie zwanej wizą niewolniczą. Taką samą jak moja.

Południowe stany cieszą się złą sławą za trwające do wojny secesyjnej niewolnictwo. Przed 1861 rokiem biały człowiek mógł posiadać i wykorzystywać czarnoskórych ludzi w taki sam sposób jak wykorzystuje się konie albo woły. Tej historii nas uczono w szkołach. Historii z pięknym zakończeniem – w 1862 roku Abraham Lincoln przeforsował Proklamację Emancypacji, a w 1865 roku konstytucja wzbogaciła się o trzynastą poprawkę znoszącą niewolnictwo i przymusowe prace. Emancypacja brzmi pięknie – jak historia miłości rodem z Hollywood – i tyle samo ma wspólnego z rzeczywistością!

Od 1865 roku konstytucja zabraniała niewolnictwa, jednak… nie wprowadzała kar za praktykowanie tego procederu. W południowych stanach przyniosło to skutek dokładnie odwrotny od zamierzonego – zjawisko zaczęło się nasilać. Niektórzy plantatorzy kontynuowali preceder bez zmian, inni poszli z duchem czasu i zaczęli płacić niewielkie stawki za pracę. Przynajmniej w teorii, gdyż w tym samym czasie pobierali opłatę za “opiekę” – dom i jedzenie, przeważnie przekraczającą zarobki. Głównym powodem dla którego “wolni” niewolnicy “dobrowolnie” zostawali było to, że nie mieli gdzie uciec – na wszystkich plantacjach panowały takie same warunki, a w miastach czarni nie mieli prawie żadnych praw (jak pisałem wcześniej aż do 1960 r czarnoskórym nie wolno było nic, nawet korzystać z tych samych sklepów, toalet czy kranów, co białym). Tych, którzy jednak gotowi byli próbować szczęścia w świecie, zatrzymywano siłą, do zakatowania na śmierć na oczach innych włącznie (zupełnym zbiegiem okoliczności zabicie czarnoskórego człowieka nie było karane). Uzasadnienie było proste – taki człowiek uciekał przed długiem, więc kradł – należało mu się!

W miarę rozwoju przemysłu zapotrzebowanie na siłę roboczą rosło, a ilość niewolników się nie zwiększała tak szybko jak by tego “biznesmeni” oczekiwali. Władze południowych stanów wymyśliły więc rozwiązanie – zaczęły wynajmować do pracy więźniów. Wiadomo – więźnia trzeba nakarmic, ogrzać, pilnować – to kosztuje. Zamiast tego lepiej go wypożyczyć do pracy przy budowie torów kolejowych i w kopalniach za niewielką opłatą dla budżetu. Pomysł trafił na podatny grunt i szybko okazało się, że więźniów też zaczęło brakować. Amerykanie to ludzie sprytni – wymyślili rozwiązanie i tego problemu – wystarczyło roszerzyć paletę przestępstw. W ten sposób bezdomność, plucie, bumelanctwo czy jechanie pociągiem towarowym (za to ostatnie “przestępstwo” w 1923 Martin Tabert z Północnej Dakoty został aresztowany i sprzedany do tartaku, gdzie zmarł na skutek pobicia przez nadzorców), a w skrajnych przypadkach spacerowanie przy torach i siedzenie na ławce, stały się wykroczeniami karanymi więzieniem. Lokalny sędzia miał sporą elastyczność i korzystając z wielowarstowości amerykańskiego prawa (federalne, stanowe, gminne, miejskie) tworzył przepisy na zawołanie (“znajdzie mi człowieka, a znajde na niego paragraf” Berii wydaje sie takie niewinne – Beria potrzebował mieć przepis zanim z niego skorzystał).
Większość skazanych więzienia nigdy nie widziała, bo od razu byli transportowani do pracy, czasami nawet bez wyroku sędziego, który papierkologię uzupełniał post factum na zlecenie “przedsiębiorcy”.
To rozwiązanie miało tą dotakową zaletę, że niwelowało ograniczenia rasowe – do niewolniczej pracy trafiali ludzie wszystkich kolorów (przy czym czarni szybko stali się większością więźniów – gdy wymyślono ten proceder w Louisianie czarni stanowili 30% skazany, a juz pod koniec lat osiemdziesiątych XIX wieku juz ponad 80%!). Wielu ze skazanych nie dożywała końca wyroku – w kopalniach ludzie wytrzymywali kilka do kilkunastu miesięcy. Proceder ten został oficjalnie zakończony w 1928, gdy Alabama jako ostatni stan zakazała sprzedawania pracy więźniów. W 1928! Dla porównania Polska rozkwitała już wtedy ponownie na mapie Europy, a Tuwim zdążył napisać co ostrzejsze wiersze.

Niewolnictwo nie zawsze wiązało się z wykorzystywaniem pracy, czasami wystarczył zabór wszelkiego mienia oraz pełne ubezwłasnowolnienie. Taki los spotkał indian. Muzeum Texasu w Austin poświęca niewielką część wystawy losom rodowitych amerykanów. Niewielką, acz dość szczerą i mocną – po kilku minutach czytania historii doszliśmy do wniosku, że czystki w europie w wykonianiu Hitlera nie odbiegały od tego, co tutaj robiono z Indianami. Eksterminacja miała podobną skalę. Getta i obozy nazywano tutaj “rezerwatami”, o tyle gorszymi, że światu zostały zaprezentowane jako oazy wolności i kultury lokalnej. Naziści głodzili ludzi bezpośrednio, Amerykanie stosowali subtelniejsze sposoby – rezerwaty tworzono na najmniej urodzajnych ziemiach (nie tam gdzie żyli wcześniej) i odcinano dopływ zwierzyny. Gdy to niewystarczało, wymyślano dodatkowe tortury – na przykład w rezerwacie indian Navajo biali zabili, na oczach właścicieli, praktycznie wszystkie zwierzęta hodowlane, a ich mięso, po polaniu benzyną, spalili na stosach. Działo się to na tyle niedawno, że istnieją telewizyjne nagrania świadków tego barbarzyństwa.

W świetle tamtych strasznych czasów druga połowa XXgo wieku i nasz współczesny XXIw wydają się być bardzo delikatne. Kredyt na dom spłaca się trzydzieści lat. Odpowiednio opłacani prawnicy są w stanie wypełnić wystarczającą ilość papieru, żeby przenieść moją wizę do innego pracodawcy, jeśli spełnia on jeden z tysiąca wymogów (w szczególności nie mogę być właścicielem firmy, która mnie zatrudnia – zapomnij o pracy dla siebie. Amerykański sen od pucybuta do milionera nie jest dla mnie dostępny). Moja żona może przebywać w USA legalnie i robić co ma ochotę, po warunkiem, że nie ma ochoty pracować, kupić czegoś na kredyt czy głosować. Za to siedzieć w domu może tyle ile chce! A najgorsze jest to, że Europa robi dokładnie takie same obostrzenia dla ludzi, których jedyną winą było to, że urodzili się poza Unią Europejską.

ps. Za przykry ton tego wpisu odpowiedzialne są: muzeum Texasu, filmy dokumentalne oraz ostatnie przejścia z korporacją.

Share and Enjoy:
  • Digg
  • Facebook
  • Blip
  • Kciuk.pl
  • StumbleUpon
  • Wykop
Share
March 7th, 2012 | Categories: Szorty, USA | Tags: , , , ,

Przed chwilą w radiu słyszałem audycje o odszkodowaniach. Dzwonił facet, który złamał zęba na kawału kamienia w gofrze i teraz zastanawia się ile pieniędzy może wycisnąć od restauracji. Prowadzący z zapałem wyjaśniał co ofiarze zamachu gofrowego przysługuje:
– zwrot kosztów za zabiegi dentystyczne (ok, to rozumiem)
– zwrot kosztów za inne przyszłe zabiegi dentystyczne (to już trochę dziwne)
– zwrot utraconych korzyści (np. jeśli nie mógł pracować, powiedzmy…)
– odszkodowanie za cierpienie (ja często cierpię jedząc amerykańską paszę – czy to już wystarczające cierpienie?)
A na koniec coś, co osłabiło* mnie tak, że muszę jak najszybciej zamknąć komputer i iść spać. Prezenter podkreślał, że to standardowe odszkodowanie:
– odszkodowanie dla małżonki za ograniczenie ilość kontaktów seksualnych w wyniku obrażeń partnera.

Po wysłuchaniu audycji postanowiłem, że jest jedna rzecz, którą muszę pilnie zrobić – rozregulować radio.

* istnieje prawdopodobieństwo, że tak mnie osłabił basen, ale lepiej zrzucić winę na kogoś innego.

Share and Enjoy:
  • Digg
  • Facebook
  • Blip
  • Kciuk.pl
  • StumbleUpon
  • Wykop
Share
March 6th, 2012 | Categories: USA | Tags: , , , , ,

Od dziś wracam do akutalizacji bloga. Podczas ciszy nie próżnowałem i zebrałem sporo nowych wiadomości, teraz pozostaje największe wyzwanie – przekuć myśli w słowa. Trzymajcie kciuki!

Ostatnio odkryłem, że potrzebowałem kilka miesięcy żeby nauczyć się zwiedzać Texas (który coraz bardziej lubię!). Pierwsze wrażenie jakie tu miałem, to, że prawdą jest, że wszystko jest większe w Teksasie. Drugie, że tu nic nie ma – absolutne zakuprze, gdzie wiatr zawraca, a psy szczekają tylną częścią ciała. Dopiero za trzecim spojrzeniem, po zrozumieniu, że tu trzeba doceniać drobiazgi, zacząłem od nowa odkrywać ciekawostki. Pisanie o nich jest trudniejsze niż o sprawach i miejscach szokujących, będę próbował – będę pisał ciekawie albo padnę próbując!

Zastanawiam się czy już o tym nie pisałem, ale kilka kilometrów na południe od naszego domu jest miejsce gdzie kręcono Teksańską Masakrę Piłą Mechaniczną – jeden z najlepszych filmów XX wieku. Wtedy, w 1974r było tam pustkowie, teraz w tym miejscu jest centrum biznesowe przy skrzyżowaniu autostrad, a samo miasto ciągnie się 15 kilomertów dalej na północ. Oryginalny dom, w którym kręcono Masakrę, został przeniesiony niedaleko (1.5 godziny drogi na zachód) do Kingsland i mieści się w nim restauracja. Odnaleźliśmy go zupełnie przypadkiem, ale o tym będzie później (dziś zmarnowałem cały przydzielony czas na próby przypomnienia sobie jak się pisze).

Zdaję sobie sprawę, że zbiór osób, które interesują informacje o starym domu z filmową historią jest raczej nieduży, dlatego miłośników mocniejszy wrażeń zapraszam do obejrzenia filmu, jak sępy jedzą sarnę zabitą na drodze, który nakręciłem w ostatnią sobotę tutaj:

ps. A to jeden główi sprawcy ciszy na blogu:
* Sklep z biżuterią goldcastu dostał nową karoserię i nowy silnik. Zapraszam do zostawiania tam dużej ilości gotówki. Cały dochód jest przeznaczony na wspieranie firmy rodzinnej.
* Podwodne słuchawki Swimp3 – wydałem nierosądną ilość pieniędzy na słuchawki podwone, więc muszę często chodzić na basen, żeby się zamortyzowały. Przy okazji polecam – dzwięk przekazują nie przez uszy, tylko przez kości – jak w kabinie myśliwców wojskowych. Pływanie jest zdecydowanie mniej nudne jak można słuchać dyskusji w radiu.
* Wbrew logice i architekturze kupiliśmy sobie stół bilardowy!

Share and Enjoy:
  • Digg
  • Facebook
  • Blip
  • Kciuk.pl
  • StumbleUpon
  • Wykop
Share
February 9th, 2012 | Categories: USA | Tags: , , , , , ,

Są takie momenty, że cieszy mnie, że przeprowadziłem się do Austin – światowej stolicy muzyki*. W zeszłym tygodniu, gdy akurat miałem siadać do pisania bloga, odkryłem, że do Austin przyjechał łódzki zespół L.Stadt, z którego perkusistą miałem zaszczyt siedzieć w jednej ławce przez cztery lata liceum. To było bardzo miłe spotkanie po latach – pogadaliśmy, posłuchaliśmy muzyki (ich i nie tylko). Dobrze jest tak daleko spotkać kogoś bliskiego. Zapraszam do odwiedzenia ich profilu na facebooku i posłuchania ich muzyki na myspace.

Chłopaki swoim graniem opóźnili mój raport z wizyty w trzeciej pod względem wysokości nad poziomem morza stolicy w stanach – Denver, Kolorado. Ale nie trzecim miejscem chwalą się jej mieszkańcy, tylko tym, że ta wysokość wynosi dokładnie jedną milę (5280 stóp, 1600 metrów). Jedno czego nie mogą ustalić to gdzie dokładnie przebiega ta mila – mierzyli kilka razy i zawsze wychodzi im inaczej. A że każdy z pomiarów oznaczają na schodach Kapitolu (siedziby władz stanu), to turysta dowiaduje się, że jedna mila przebiega dokładnie na 13tym, 15tym i 18tym stopniu jednocześnie.


Optymiś na wysokości jednej mili. (Uważni czytelnicy zauważą, że Optymiś podróżuje ostatnio z własnym misiem)

Wysiadając z samolotu w Denver pierwsze co zauważyłem, to znaki wskazujące drogę do najbliższego schronu przeciwtornadowego. Zaczynam dochodzić do wniosku, że istnieje powód dla którego te ziemie do XVIII wieku były zamieszkałe tylko przez kilka plemion i bizony – przyroda w tych okolicach daje wyraźnie do zrozumienia, że tu nikt nie powinien mieszkać. Ostatnio obudziła nas tas taka burza, że nasz dom się cały trząsł od wiatru i grzmotów, a następnego dnia mieliśmy krótkie gradobicie i ulewy. Te ostatnie, mimo lokalnych powodzi i podtopień, traktowane są jako zbawienie – pozwoliły władzom zmienić poziom zagrożenia suszą z ekstremalnego na bardzo duży. Ogródek dalej mogę podlewać tylko raz w tygodniu (to akurat dobrze, nikt się nie przyczepi, że tego nie robię).

Na zwiedzenie Kolorado mieliśmy zdecydowanie zbyt mało czasu. Zdecydowaliśmy się nie wyjeżdżać z Denver, co pozwoliło nam zrezygnować z auta na rzecz komunikacji miejkiej. Korzystanie z usług transportu publicznego miało walory zarówno towarzyskie i humorystyczne. Towarzyskie ponieważ automaty do płacenia za przejazd nie wydają reszty, ale sympatyczny kierowca postanowił nam pomóc krzycząc na cały autobus i szukając drobnych u naszych współpodróżnych. Walory humorystyczny podróży pojawiły się po zderzeniu naszego wyobrażenia stacji przesiadkowej z tym co zastaliśmy. Spodziewałem się dużego budynku z setkami biegających ludzi, kawiarniami itp. Jednak jeden z głównych węzłów komunikacyjnych miasta okazał się polem betonu z czterema słupkami i trzema małymi wiatami. W Polsce słyszałem powiedzenie, które pasuje jak ulał: „Tu nie Europa”.

Tym co wyróżnia Denver od innych miast, które widziałem po tej stronie Oceanu, jest wyraźnie pozytywne nastawienie niezmotoryzowanych. W mieście dostępna jest sieć rowerów miejskich dostępnych na godziny za opłatą**, a główna ulica miasta jest niedostępna dla samochodów – jeżdżą nią tylko miejskie ekologiczne autobusy. Wszem i wobec ogłaszam, że mi się podoba.

Mimo istnienia kilku głupawych praw miejskich takich jak zakaz pożyczania odkurzacza sąsiadowi (serio!), Denver wprowadziło także kilka mądrych, m.in. przepis nakazujący inwestorom używanie 1% budżetu nowych budynków na sztukę w przestrzeni publicznej. W efekcie gdzie nie spojrzeć tam jest coś wartego zobaczenia, ładnego albo przynajmniej „interesującego” .

Nie każda sztuka do mnie przemawia. Patrząc na poniższe ludziki miałem nieodparte wrażenie, że wyglądają jak znaczek na drzwiach toalety:

Ku mojej wielkiej radości miasto wypełnione jest różnego rodzaju misiami i niedźwiedziami, ale nie udało mi się dotrzeć do korzeni tego zjawiska. Udało mi się za to rozbawić kilka osób, która podziwiały sesje zdjęciowe podróżującego ze mną Optymisia.

Z dużym niebieskim niedźwiedziem przy centrum konferencyjnym (jednym z nieoficjalnych symboli miasta):

Z niedźwiedziem z brązu zatytułowanym „O jak dobrze” (tłumaczenie własne z „Feels so Good”):

Z pluszowym niedźwiedziem, który swoje już w życiu wysiedział:

Historię miasta poznawaliśmy jeżdżąc dość podejrzanym pojazdem – zrobionym z desek, wyposażonym w salonowe fotele z poduszkami oraz poroże z przodu. Pojazd poza pokracznym wyglądem wyróżniał się dźwiękami, które wydawał – gwizdał „fiu-fiu”, szczekał, muczał i chrumkał. Gwizdanie najbardziej działało na przechodzących facetów, na szczekanie reagowały psy (i właściciele próbujący je później uciszyć). Ot taki amerykański humor.

O samej historii dowiedzieliśmy się niedużo, gdyż miasto jest bardzo młode i właściwie nic tam się nie działo. Początki miasta sięgają połowy XIX wieku, gdy w czasie gorączki złota okolica była przeczesywana przez śmiałków. W 1861r podpisano akt założycielski i populacja eksplodowała osiągając po dziesięciu latach około stu mieszkańców. Nie każdy w mieście zajmował się wydobywaniem kruszców, spora część żyła z prowadzenia domów publicznych, knajp oraz kasyn znacząco usprawniających przepływ gotówki. Od tego czasu miasto rosło i… nic ważnego się tam nie wydarzyło. W związku z tym przewodniczka skupiła się na historiach: o duchach (straszą na byłym cmentarzu, który miasto przerobiło na park pozostawiając blisko 1700 grobów pod cienką warstwą ziemi – lepiej nie grzebać za głęboko w czasie pikniku) oraz o domu publicznym z dobudowanym tajnym przejściem do hotelu po drugiej stronie ulicy. Tunel chronił klientów przed wścibskim wzrokiem odwiedzających pobliski kościół.
Ładna historia wiąże się z pozłacanym orłem znajdującym się na dachu urzędu miasta. Zamawiający rzeźbę burmistrz jawnie przyznawał się do bycia członkiem Ku Klux Klanu, co nie do końca było w smak artyście żydowskiego pochodzenia. Ten jednak zamiast jednak odmówić wykonania dzieła, postanowił wykonać niestandardowy wzór. Burmistrz był zachwycony ułożeniem ciała orła, które, jak sam określił, pokazywało go w czasie startu i miało symbolizować wzlot miasta. Ornitolodzy jednak mają inne zdanie – ułożenie ciała wyraźnie pokazuje iż orzeł przygotowuje się do defekacji.

Przewodniczka wspomniała wielokrotnie o jednej z głównych atrakcji miasta – prawie legalnej marihuanie. Prawo federalne zabrania posiadania nawet niewielkich ilości tego narkotyku, legalizacja w Kolorado (Kalifornii i jeszcze kilku innych stanach) polegała na wprowadzeniu pojęcia Medycznej Marihuany, którą można kupić na receptę. Niektóre ze sklepów, poza dystrybucją leku, oferują także błyskawiczne badania lekarskie.
Zwiedziliśmy jedną z takich „aptek” – wygląda ona jak mało medycznie – dywany, kanapy i fotele zachęcają do zażywania lekarstwa na miejscu. Zamieniliśmy kilka słów ze sprzedawcami, jako turystom mogli nam zaproponować tylko i wyłącznie gazety i akcesoria, aby uzyskać lek należy być mieszkańcem (wystarczy rachunek za czynsz albo media). Głupie zakazy powodują głupie rozwiązania.

Denver sprawia wrażenie miasta wolnego duchem i jako jedno z niewielu nie zaczęło rozprawiać się z okupującym kapitol ruchem 99%. Austin niestety rozpędziło demonstrantów w bardzo brzydki sposób – wprowadzili prawo nakazujące conocne mycie chodników dookoła urzędów. W połączeniu z prawem skazującym na bezwarunkowe więzienie każdego, kto uniemożliwia prace porządkowe w mieście (takie jak zamiatanie, odśnieżanie czy mycie) wypędziło to (a raczej uczyniło mobilnymi) protestujących. Na nic zdały się głosy, że a) nie jest to zgodne z duchem prawa; b) suszę mamy, więc marnowanie wody jest złe – Austin postawiło na swoim. W Ameryce mamy wolność słowa – każdy ma prawo mówić co ma ochotę, pod warunkiem, że mówi to co się władzy podoba albo że mówi to tak, żeby go nikt nie słyszał.

W Denver 99% jeszcze się bronią:

Bardzo chciałbym wrócić do Kolorado. Zabrakło nam czasu na choćby krótką wycieczkę w Góry Skaliste, zwiedzanie miasteczka hipisowskiego, dzielnicy teatrów, muzeów i wielu innych rzeczy. A jakby tego było mało, to mają tam przepyszną kranówkę –krystaliczną, smaczną, górską wodę.

Kilka innych fotek:
Droga koło naszego hotelu

Piesek preriowy pilnujący pola:

Góry Skaliste

Tablica umieszona przed Kapitolem – 10 przykazań

Widok z jednomilowego stopnia:

Lotnisko w namiocie:

* tytuł samozwańczy
** Właśnie wykreśliłem z poprzedniego zdania słowo „minimalną”. Jeśli od wypożyczenia roweru do jego odstawienia upłynie mniej niż 30min, to przejazd jest darmo, jednak zapłacić trzeba za dostęp do usługi – karta dzienna kosztuje $8, roczna $80. Ech, a chciałem ich pochwalić.

Share and Enjoy:
  • Digg
  • Facebook
  • Blip
  • Kciuk.pl
  • StumbleUpon
  • Wykop
Share
February 9th, 2012 | Categories: Geek, Szorty | Tags: , , ,

Czasem śmiejemy sie z kogoś tylko po to, żeby dowiedzieć się, że sami nie jesteśmy lepsi. Oto przykład.

Urzędniczka: Nie mogę wysłać tej depeszy! Nie ma takiego miasta – Lądyn! Jest Lądek, Lądek Zdrój, tak…
Ochódzki: Ale Londyn – miasto w Anglii.

A w wersji audiowizualnej:

Niestety okazuje się, że racji nie miał ani Ochódzki ani urzędniczka. To co nazywamy Londynem to zbiór 32 jednostek administracyjnych wspólnie zarządzanych. Dwie z tych jednostek posiadaja prawa miejskie – City of London (obecnie dzielnica bankowa) oraz Westminister. Czyli Londyn jako miasto istnieje, ale to nie jest to o czym myślał Rysiu.

Aby poczytać o kolejnych dzielnicach walczących o prawa miejskie kliknij tutaj.

Share and Enjoy:
  • Digg
  • Facebook
  • Blip
  • Kciuk.pl
  • StumbleUpon
  • Wykop
Share
TOP