[USA] Dziennik z podróży. W domu. W końcu.

Siedzę na kanapie i oglądam totalny bałagan wytworzony z kilkunastu pudełek od mebli, do połowy skręconej szafki, krzeseł, pluszowych misiów i wielu papierowych torebek z różnymi klamotami. Niektóre drobiazgi chyba są nawet ważne, ale z premedytacją zapomniałem w której torebie są, wyjdą przy układaniu. Popijam kalifornijskie wino z kubka od kawy, bo kieliszków się nie dorobiliśmy jeszcze. Bardzo mi tu dobrze – mieszkanie jest duże, przez okno widać drzewa i ganiające się wiewiórki, jest bardzo cicho i spokojnie. I nawet spełniło się moje marzenie sprzed lat – mamy w zlewie młynek do mielenia śmieci. Muszę sprawdzić co największego da się przemielić, może jakaś wiewiórka się nawinie.

Dziś wieczorem znalazłem w końcu naszą skrzynkę na listy – była wraz z domofonem z tyłu budynku. Ze skrzyni (jej pojemność nie usprawiedliwia zdrobnień) wyciągnąłem pełne naręcze korespondencji, w tym ponad 50 ulotek, a wraz z nimi kupony zniżkowe na wszystko – od bułek przez opony terenowe do usług remontu piwnic i masażu tajskiego.

Muszę zakończyć dzisiejsze pisanie, ponieważ co chwila usypiam*, a jak się budzę, to do głowy wpada mi co można jeszcze kupić. Po takim tygodniu i dużym kubku wina istnieje ryzyko, że zbyt entuzjastycznie wcisnę zamawiam. A ponieważ po głowie chodzą mi telewizor, pianino oraz stół do bilarda (8ft się tu zmieści!) to jednak zamyklam klaptopa.

Dzień dobry!

* dwa pierwsze akapity pisałem ponad 1h 30min. Od razu widać, że w pracy płacą mi od godziny, nie od efektów.

Share

[USA] Dziennik z podróży. Boston cz 2

Uff, długi przeprowadzkowy dzień zakończyliśmy z pozytywnym wynikiem. Wiem, że nie powinno się tak mówić, ale dotychczas wszystko wychodzi zgodnie z planem a nawet lepiej. Może to oznaczać, że szczęście sprzyja lepszym albo, że czegoś nie wiemy i spadnie na nas wielka kupa kupy!
Dzisiaj wszystko odbywało się mniej więcej na czas. Przywieźli nam meble, pizze i internet, wszyscy byli tak mili jakby czekali na napiwek. I to zrodziło w nas po raz kolejny pytanie – czy powinniśmy coś im dać? Facet od pizzy nie palił się do wydawania reszty, pozostali byli opłaceni z góry, więc nie mieli jak zasygnalizować czy coś chcą. Jeśli ktokolwiek wie czy monterowi należy się dolar lub więcej, to proszę o komentarz, bo czujemy się jak dzikusy nie wiedząc jak się zachować. Od razu też pytanie dodatkowe: ile dać napiwku barmanowi jak kupuje się w pubie colę za $2?

Wracając do wcześniej poruszonego tematu wrażeń z Bostonu postanowiłem przejrzeć zdjęcia, bo wrażenia na gorąco trochę się zacirają jak wystygną. Wpadło mi w oko nieudane ujęcie mostu “Leonard P. Zakim Bunker Hill Memorial Bridge” (długość nazwy jest proporcjonalna do długości mostu – jest wielki i śliczny!). Zdjęcie było zrobione z jednego z głównych deptaków miasta, sam deptak jest ślicznie odnowiony, ale długi zoom dostkonale wyciąga brudy rzeczywistości. Na zdjęciu widać: stan kamienic poza (ale wciąż tuż przy!) centrum, reklamy (są tu wszędzie) oraz absolutne przeregulowanie życia, w tym przypadku ruchu drogowego. Wytrałych zaprawszam do policzenia tabliczek, sygnalizatorów oraz innych informacji drogowych:

Poprzedni post o wrażeniach z Bostonu zakończyłem wspominając budy z chińskim jedzieniem w Łodzi. Niektórzy na pewno pamiętają “Łódzkie China Town” przy ul. Piotrkowskiej 138/140 – podwórko pełne odrapanych budek, gdzie w towarzystwie żuli bijących się z gołebiami o resztki można było zjeść sajgonkę lub kuciaka w ciecie na ośtlo. Otóż oficjalne bostońskie China Town wygląda znacznie gorzej! Chodziliśmy tam z mieszaniną ciekawości i przerażenia, a każda mijana witryna sklepowa niosła nowe niespodzianki, których kulminacją był sklep z żywymi kurami (z opcją uśmiercenia na miejscu). Mniej niż 3 mile od Harvardu, 1.5 mili od MIT i 0.5 mili od centrum biznesowo-bankowego. Miał być wielki świat, a jest zwykła wiocha!
Poniżej zdjęcie jeden z budek z lokalnym jedzeniem na wynos. Pojedziemy tam spróbować (przynajmniej ja), mimo spostrzeżenia Eweliny, że publicznych toalet w Bostonie albo nie ma, albo są doskonale ukryte przed turystami. Może pozory mylą i to tylko tak wygląda…

Z reporterskiego obowiązku dorzucam drugie zdjęcie, na którym nic się nie dzieje i nie ma nic ciekawego, co z resztą dość dobrze oddaje to co zastaliśmy. Wybieramy się tam niedługo ponownie, bo tyle osób mówiło, że Boston to najlepsze miejsce w Ameryce, że musieliśmy coś przeoczyć. Ewentualnie widzieliśmy co trzeba, a my po prostu nie wiemy co czeka nas na jeszcze większej prowincji. Prawdę poznamy dopiero ruszając dalej. Ci z czytelników, którzy wytrzymają z moim blogim przez następne pół roku na pewno poznają odpowiedź.

Kolejna fotka pokazuje inny fragment China Town, a także typowy przykład nawierzchni ulic w okolicach Bostonu. Jak się ma pick upa, to pewnie to nie przeszkadza, moje biedne autko jęczy na każdym wyboju jakby się miało rozkręcić.

Na granicy chinatown i… sąsiedniej dzielnicy znaleźliśmy prześliczną księgarnię. Aż się oczy śmiały, dobrze, że właściciel postanowił obalić mit o ameryce pracującej w trybie 24h/dobę i skorzystał z wolnej niedzieli, bo w takim sklepie na pewno byśmy kupili ciężkie kilogramy literatury.

Co dalej z Bostonem? Tak naprawdę niewiele. Wciąż mam nadzieję, że źle go zwiedzaliśmy, może inne atrakcje będą bardziej fascynujące od “największej i najważniejszej trasy turystycznej” miasta. Może trzeba trochę pożyć tutaj, żeby dość do takiego poziomu zadowolenia jaki prezentował kierowca przepięknego, czerwonego auta* z fotografii poniżej. Doskonałe lodziarnie i cukiernie nie mogą być główną atrakcją miasta. Tzn cukiernia jest prawdopodobnie rewelacyjna, kolejka do niej ciągnęła się jak ogolnek do mięsnego gdy rzucili kurczaka, więc nie spróbowaliśmy. Mamy po co wracać!

Na zakończenie fotografia amerykańskiego ducha/amerykańskiej duszy** – w metrze dba się o porządek, nie dlatego żeby było czysto. Dba się, bo wydało się swoje pieniądze, żeby ktoś posprzątał, o czym przypomina mieszkańcom poniższa tabliczka.

W najbliższych wpisach rozprawię się z pozostałymi spostrzeżeniami Bostońskimi. A teraz spać (to do mnie) albo do roboty (dla tych, co od rana marnują cenne minuty)!

Przy okazji porada z praktyki – jak dojdziecie do wniosku, że możecie używać monitora zamiast telewizora to sprawdźcie czy ma głośniki. My mamy teraz ileśdziesiąt programów radiowych i 285 stacji TV o doskonałej jakości obrazu, tylko bez fonii. Za to z możliwością nagrywania w full-HD…

* naprawdę nie wiem co to jest za marka, ale chętnie się dowiem
** do wyboru

Share

[USA] Dziennik z podróży. Nieefektywny kolos

Właśnie wróciliśmy z dużych zakupów w Ikei. Ci co słyszeli jak bardzo marudziłem wcześniej na ten sklep i jego wyroby mogą być zaskoczeni dlaczego świadomie zdecydowałem się skorzystać z tego przybytku. Otóż po raz kolejny okazało się, że europejczycy są jednak znacznie efektywniesi od Amerykanów. Na każdym kroku to widać, dziś na przykład wysłałem zapytania ofertowe na przeprowadzkę, którą planujemy na wrzesień (dobre planowanie to 3/4 sukcesu) i zostałem zasypany telefonami, z których połowa miała na celu umówienie wizyty przedstawiciela firmy, który sprawdzi co mam do wysłania. Wiarę w rozsądek przywróciły mi dwie firmy, które zauafały mi, że potrafię samodzielnie policzyć ile mam w domu łóżek, krzeseł i telewizorów, lecz niestety została on zdruzgotana gdy otrzymałem telefon o treści prawie dosłownie takiej: “Panie Mardż-cz-co-n, dzwonię z firmy cośtam i zaraz wyslę Panu e-maila. Pozdrawiam…”. Mam wrażenie, że otwiera to całkiem ciekawe perspektywy na tutejszym rynku, wystarczy przenieść żywcem kilka rozwiązań działających na starym kontynencie i zacząć liczyć miliony. Jakby ktoś był chętny, to proszę o maila, zbierają mi się pomysły właściwie z każdej rzeczy, którą tu robię…

Czym sobie zasłużyły inne sklepy, że zdecydowaliśmy się je ominąć? Duże sklepy wielobranżowe (JSPenny, Target itp) ofertę meblową miały głównie on-line bez możliwości obejrzenia przed zakupem. Inne albo miały ceny z kosmosu albo absurdalne warunki dostawy. Dziś już wydawało mi się, że znalazłem doskonały sklep – ładne rzeczy, rozsądne ceny i dowóz tam gdzie trzeba, jednak nabyta nieufność do standarów obsługi nakłoniła mnie do telefonu do nich. Po przebiciu się przez wielopoziomowe menu automatyczne (“jesli jeszcze nie masz dosyc wciskania guzików, wybierz jeden; jeśli nie chcesz już nic wciskać, wybierz dwa; jeśli…”), wytłumaczeniu problemu i odczekaniu dłuższego czasu aż system odpowie uzyskałem informację od wyraźnie zadowolonej Panienki, że nie ma problemu, dowożą i to co tylko dwa tygodnie! Akurat dziś byli w naszej okolicy, ale mogę sobie wybrać dostawę na 11go albo nawet 25go maja! Zrezygnowałem z dwutygodniowego spania na podłodze i pojechaliśmy do Szewdów, którzy spytali czy dostawa z wniesieniem ma być jutro między 8-12, 12-16 czy moze 16-20ta. I to o połowę taniej.

Wspomniałem w poprzednim akapicie, że dzwoniąc do sklepu czekałem “na odpowiedź systemu” zanim uzyskałem odpowiedź. Po serii rozmów telefonicznych dochodzę do wniosku, że USA to wielki żywy skansen przestarzałych komputerów i systemów informatycznych. Każda próba uzyskania informacji od właściwie kogokolwiek zawiera taki moment, w którym obsługa przeprasza i prosi o cierpliwość zanim komputer wyświetli dane. Zaczynam nabierać przekonania, że to kolejny przykład sytuacji gdzie amerykanie przegrywają, bo byli pierwsi. To oni wymyślili komputeryzację w obecnym kształcie, firmy zainwestowały wielkie pieniądze na raczkujące rozwiązania, które jakoś zadziałały i tak zostało. Tak samo jak z drogami, wiekowymi lotniskami itp. Już o tym wspominałem i pewnie jeszcze będę, po części jako ciekawostkę, po części do rozważenia tygrysom europy czy czegokolwiek innego. To się chyba fachowo nazywa “spoczywanie na laurach”.

W dzisiejszym wpisie zabrakło miejsca na ciąg dalszy wrażeń z Bostonu, bo za 6h muszę wstać i jechać odebrać klucze do nowego mieszkania. Mam nadzieję, że wszystko przebiegnie tak płynnie, że nie będę miał o czym pisać. Chociaż szczerze wątpię, bo Amerykanie dostarczają mi tu rozrywek i zajęć na każdym kroku. Np okazało się, że administracja nie przyjmuje wpłat kartą kredytową, gotówką ani przelewem, tylko czekiem. Na szczęście dopytałem czy przyjmą czek, który posiadam i stwierdzili, że nie. Tzn jako drugi czynsz tak, jako pierwszy muszę przynieść czek wystawiony przez kasjera w banku. Poczłapałem do oddziału, podszedłem do okienka, wytłumaczyłem o co chodzi, wypisaliśmy z Panem druczek, Pan przepisał druczek do komputera, poczekaliśmy chwilę, Pan wydrukował czek na następnym druczku, poszedł do swojego managera, który podpisał nowy kwitek po czym radośnie wręczył mi czek. Zadzoniłem spytać czy taki będzie dobry – podobno tak. Trzymam za siebie kciuki.

Share

[USA] Dziennik z podróży. Boston!

Zwiedziliśmy Boston! Jednodniowa wycieczka dostarczyła dużo wrażeń i zakwasów. Jednych i drugich starczy na kilka dni.

Pierwsze czym przywitało nas centrum, to tłumy gapiów obserwujące pracę straży pożarnej oraz policji. Jak poinformował nas przejęty Bostończyk, na 25tym piętrze wieżowca był wybuch. Chodnik oraz park znajdujący się na przeciwko budynku zamieniły się w widownię, na której ludzie podziwiali sensjację biwakując na trawie, na ławkach lub po prostu stojąc i gapiąc się. W momencie gdy zażartowałem, że brakuje tylko, żeby ktoś hot dogi sprzedawał naszym oczom ukazał się wózek z przekąskami.

Boston przemierzaliśmy Szlakiem Wolności (Freedom Trail). Jest to trasa prowadząca przez najważniejsze miejsca związane z powstaniem Stanów Zjednoczonych jako wolnego państwa. Tzn jeśli można nazwać wolnym kraj, w którym jest tak dużo przepisów, ograniczeń i Policji… Ewelina zauważyła, że umiłowanie wolności czasami doprowadza tu do zabawnych absurdów, czego dobrym przykładem są rejestracje samochodów. Każdy ze stanów na tablicach rejestracyjnych umieszcza swój slogan, jest to w większości przypadków motto danego stanu*. New Hampshire jako hasło przyjął “Żyj wolnym lub zgiń” (“Live free or die”), które nawiązuje do najgłębszych tradycji ruchów wolnościowych na terenach USA. Ponieważ wolność jest najważniejsza, to za zasłanianie tego tekstu lub jego części karali wyrokami sądowymi aż do 1977 roku. Teraz ten napis w dalszym ciągu jest umieszczany obowiązkowo, jednak powołując się na wyrok sądu najwyższego można go już zasłonić. Tzn nie można, ale nie dostanie się już za to kary. Taka wolność!

Szlak Wolności jest wymieniany jako jedna z głównych atrakcji Bostonu. Przez miasto turystów prowadzi ścieżka z czerwonej cegły ułożonej na chodnikach (za wyjątkiem miejsc, gdzie akurat nie ma cegły – jest tam czerwona farba olejna):
**

Niestety jeszcze nie nauczyłem się doceniać Amerykańskiego patosu, a Samuel Adams wciąż rysuje mi się jako bandzior, który wykopał naszych, a nie bohater, który walczył o wolność, więc nie do końca doceniłem tą trasę. Ubolewam nad tym, więc spróbuję jeszcze raz za kilka miesięcy, gdy nabiorę już trochę dystansu.

Na pewno jedyn z najciekawszych, głównie ze względu na genialną formę, elementem szalku jest pomnik żydowskich ofiar holokaustu. Składa się on z sześciu szklanych wieży symbolizujących sześć obozów zagłady. Ściany wież pokryte są numerami osób poległych w obozach oraz zawierają wspomnienia ocalonych, a z podłóg zaś bije para. Ciężko jest dobrać słowa, które oddadzą wrażenie czytania o piecach obozowych będąc podgrzewanym od dołu.

Koleny kamyczek do mojego poczucia dyskomfortu wobec obecnych gospodarzy zapewniła tablica prezentująca historię obozów. Ostatni jej element to maj 1945, w którym “Siły zbrojne Stanów Zjednoczonych oraz Aliantów pokonały nazistów i wyzwoliły ocalałych z obozów”. Amerykanie wiedzą gdzie jest pępek świata i jaka flaga jest w niego wetknięta:

Na zakończenie pierwszego odcinka wrażeń z Bostonu kolejny polski akcent, tym razem kulinarny:

W kolejnych częściach wrażeń z Bostonu: tablice cmentarne, pingwin i dlaczego chińskie budy na Piotrkowskiej powinny wrócić. I masoni, masoni dobrze się sprzedają.

* niektóre stany zezwalają na motta alternatywne, pełna lista sloganów dostępna jest na wikipedii.
** zdjęcie autorstwa MamaGeek pochodzi z wikipedii i zostało wykorzystane zgodnie z licencją CC.

Share

[USA] Dziennik z podróży. Gryzak, kubek, mieszkanie.

Kupiłem sobie dziś gryzak dla psów, taki z piszczałką. O tym, że to jest zabawka dla zwierząt dowiedziałem się sprzed chwilą jak przeczytałem dokładnie metkę. Jest tam nawet napisane, że gryzak nie nadaje się jako zabawka dla dzieci. Nawet się trochę zastanawiałem dlaczego jest w dziale dla czworonogów, ale pomyślałem, że jakiś łobuz przeniósł.

W sklepie wyglądał jak całkiem normalny mocherowy niedźwiedź, podobne do niego widziałem na wystawie pluszowych misiów w Londynie. Cieszę się, że uratowałem go od śmierci w paszczy jakiegoś przerażającego stwora, widać było, że wiedział co go czeka, bo wyglądał na bardzo smutnego. A teraz zaopiekował się nim Harry, zobaczcie na jak zadowolonego wygląda:

Dziś w końcu wynajęliśmy dom, w czwartek mam dostać klucze. System wynajmu był dziwny, poprosiliśmy, żeby nam pokazali mieszkanie, objerzeliśmy, przyjrzeliśmy się, po czym dowiedzieliśmy się, że to nie będzie nasze, my będziemy mieszkać w innej części osiedla, ale w “podobne”. Potem okazało się, że mieszkania podrożały znacznie od mojej poprzedniej wizyty, szczególnie przy wynajmie na pół roku. Po sprawdzeniu różnych opcji wybraliśmy wynajem na 5 miesięcy, zatem o ile nic ważnego się nie stanie, to 27.IX opuszczamy Massachusetts i ruszamy na południe.

Resztę dnia spędzieliśmy po amerykańsku – na jedzeniu i zakupach. Kupiliśmy sobie m.in. po ręcznie malowanym garnku kamionkowym z manufaktury w Bolesławcu. Mój jest wykonany przez pania Rzepacką, kto malował kubek Eweliny nie mogę sprawdzić, bo napisy są na dole, a w kubku jest herbata. Naprawdę ładna była ta zastawa, ale poskąpiliśmy na więcej, ale do momentu otrzymania pierwszej pensji (wciąż nie mam Socjal Security Numberu!) wąż w kieszeni mi się ujawnia.

Jutro jedziemy zwiedzać Boston, liczę na to, wyraźnie widoczny sezon ogórkowy zakończę na rzecz porywających opowieści. Ewelina może podpowie coś więcej, dziś od 19tej (północ w Anglii) spała na stojąco i resztę wieczoru spędziła śmiesznie skołowana. Organizm wolniej rozumie przesunięcie czasu, pamiętam, że przez kilka pierwszych dni rozważałem, że człowiek zamiast alkoholu mógł od razu wymyśleć samolot. Przesunięcie o jedyne 5 godziny powoduje wyraźne otumanienie wieczorami. W odróżnieniu od alkoholu nie poprawia jednak ani umiejętności śpiewackich ani tanecznych.

Share

[USA] Dziennik z podróży. Brak dziennika

Z powodu przyjazdu żony biorę jednodniowy urlop na żądanie. Kolejny wpis jutro, tj 23.IV.

Aby zapchąć dziurę pozwalam sobie wykorzystać temat używany przez rodzimych wierszówkopisarzy oraz politykierów do nabijania sobie popularności. Temat wydaje się być niezawodny i ponadczasowy:

Oto zdjęcie knajpy znajdującej się w samym centrum Londyńskiej dzielnicy bankowej Canary Wharf. Uważny obserwator życia publicznego powinien zacząć sam łączyć wątki, zobaczyć nowe powiązania, bo przecież wszyscy wiedzą kto stoi za całym systemem bankowym.

Idę odpoczywać czego weekendowo wszystkim życzę!

Share

[USA] Dziennik z podróży. Przewróciło się…

…niech leży. Jeżdżąc dziś po okolicznych miasteczkach naliczyłem 70 (!) przewróconych koszy i innych pojemników. Nie pierwszy raz zwróciłem na to uwagę, dziś pierwszy raz zacząłem je liczyć. I nie, nie było dzisiaj wiatrów, myślę, że takie coś zostaje po przejeździe śmieciarki.
Amerykanie wydają się być bardzo pedantyczni – utrzymują idealnie przystrzyżoną trawę przed domem, budynki oświetlają z zewnątrz światłami, żeby się prezentowały ładnie po zmroku (i naprawdę im to doskonale się udaje!), a jednocześnie ignorują leżące wiadra. Obawiam się, że nie dowiem się nigdy dlaczego tak jest, bo prawdopodobnie mi to znormalnieje zanim dotrę do wiarygodnego źródła informacji na ten temat.

Inny przykład leżących rzeczy, tym razem przed sklepem z drogimi alkoholami.

Przy moim domu też czasami leży wiadro, natomiast codziennie mogę oglądać poniewierające się u sąsiadów w ogródku krzesełka oraz duży, dwuosobowy, czerwony kajak. Facet, który ma się wprowadzić po mnie ma przywieźć swoje trzy następne kajaki. Jak to usłyszałem, to zastanawiałem się po co komuś mogą być potrzebne trzy takie same łódki jednocześnie. Przestałem jak mój współlokator opowiedział o swoim wspólniku, który ma w domu 6 odkurzaczy, bo uwielbia odkurzać*. Chciał, za swoje kupił, to mu wolno mieć i nie mój interes po co… Ameryka.

* mają prawdopodobnie najczystszą stolarnie na świecie…

Share

[USA] Dziennik z podróży. 48h

Przerażające jest jak czas szybko ucieka. Właśnie skojarzyłem, że zostało mi już tylko 48 godzin*. Mniej więcej za tyle czasu kończą się: moje 32 urodziny oraz wolność. Wolność z znaczeniu, że żona przyjeżdza. Sam chciałem to mam. Znaczy z żoną, urodziny same przyszły, specjalnie im nie pomagałem.

Dziś miał nas odwiedzić elektryk, więc postanowiłem spędzić dzień w biurze. Bawi mnie siedzenie u mnie w firmie – wybrałem sobie jeden z wolnych pokoi, wszedłem, zapaliłem światło, zamknąłem drzwi i nikt, absolutnie nikt, się nie spytał: kto ja jestem, co robie w tym biurze, kto mi pozwolił. Może i dobrze, bo pokój wybrałem sobie losowo. Sprawdziłem, że gazeta leżąca na biurku ma ponad 30 dni, że kabel do sieci działa i tak sobię siedzę. Kevin Mitnick został aresztowany z 15 lutego 1995 za włamywanie się do sieci korporacji dokładnie tą metodą – czekał aż ktoś go wpuści do budynku, potem starał się wyglądać jakby był u siebie, siadał sobie gdzie znalazł miejsce i spokojnie przeglądał sobie zawartość sieci firmy. Ponad 16 lat minęło i nic się nie zmieniło!

Byłem oglądać dziś następne mieszkanie. W ogłoszeniu zabrakło jednej “drobnej” informacji – mieszkanie znajduje się na drugim piętrze**, a na pierwszym jest małe prywatne przedszkole od godziny 7:30am do 6:00pm. To oraz data ostatniego remontu (około 1971…) rzutowały na cenę, która była bardzo przystępna – $1400/miesiąc***. Chyba mogłem się zorientować wcześniej, że coś jest nie tak z tym miejscem, skoro stoi puste – w ogłoszeniu była informacja, że jest dostępne od zaraz. Większość domów z ogłoszeń jest tu dostępnych 2-3 dni i znikają. To się chyba nazywa rynek sprzedawcy, jedno mieszkanie, które wybrałem miało 3 konkurujące oferty, drugie 6! Jeszcze raz mi ktoś powie, że tu jest kryzys, to go kopnę. Obiecuję!

* tak naprawdę to mniej, ale 48h brzmi bardziej dramatycznie niż 44h 27minut…
** czytając post przed wysłaniem zorientowałem się, że już liczę piętra po amerykańsku. Tu nie ma pojęcia parteru – parter to piersze piętro, pierwsze piętro to drugie piętro itd. Tak jak we Francji
*** w tym blogu częściej niż w życiu zwracam uwagę na sumy i pieniądze. To ma dwa uzasadnienia: 1. chcę pokazać innym jakiego z rzędu kosztami trzeba się tu liczyć; 2. próbuję przyswoić sobie amerykański sposób postrzegania świata (dolar, dolar, dolar, dolar, czlowiek, dolar, dolar…)

Share

[USA] Dziennik z podróży. Dzień kiedy zrozumiałem, że ja ich nie rozumiem.

W średniowieczu życiem ludzi sterowały pory roku – zaczynała się wiosna to sadzili, latem i jesienią zabezpieczali zapasy. Nasza współczesna cywilizacja uniezależniła nas od pogody, faz księżyca i innych periodycznych zjawisk. W listopadzie można zjeść świeże truskawki, w styczniu wylegiwać się na plaży, w sierpniu jeździć na nartach. Współczesny człowiek może wszystko i to jest przepiękne! Tak przynajmniej wierzyłem do dzisiaj. Popełniłem jednak mały, acz zasadniczy błąd – nie wiziąłem pod uwagę lokalizacji. O ile truskawki przywiozą mi wszędzie, to na plaże w styczniu muszę pojechać.

Od kilkunastu dni próbuję wynająć mieszkanie. Obdzwoniłem wszystkie ogłoszenia drobne oraz sporą ilość agencji nieruchomości, aż dziś w końcu ktoś na drugim końcu kabla* jasno wyartykułował dlaczego nic wynająć nie mogę. Mianowicie życie Bostonu i okolic jest podporządkowane cyklowi akademickiemu. Ludzie wynajmują domy od pierwszego września i zwalniają je w czerwcu. Nikt, nawet jeśli ma wolny dom teraz, nie chce go wynająć na 6 miesięcy, bo właściwie nieprawdopodobne jest, żeby w listopadzie znalazł się tu ktoś chętny, kto będzie chciał ten dom później wynająć. Zupełnie jak ze wspomnianymi nartami – mogę sobię wynająć dom na sześć miesięcy, ale nie tu.

W ten sposób prawdopodobonie będziemy musieli zrezygnować z mieszkania w Arlington, mieście, które bardzo polubiłem. Zamiast tego wyniesiemy się gdzieś na osiedle apartamentowców pod jakimś mniejszym miasteczkiem, prawdopodobnie pod Norwood. Tam jest chyba nawet ładniej i przyjemniek, spełni się też życzenie Eweliny o mieszkaniu na wsi. Tylko tam NIC nie ma. Ewelina musi szybko zrobić prawo jazdy, bo inaczej będzie zmuszona od rana do wieczoraj siedzieć na basenie.

Uważny czytelnik może zadać pytanie dlaczego nie zorientowałem się wcześniej na czym polega problem z wynajmem. Już się tłumaczę. Wynika to z zupełnie innego sposobu komunikacji amerykanów.
Na znaczna część pytań otrzymuję krótką, konkretną i surową odpowiedź – “Tak”/”Nie”. Szczególnie w przypadku tej drugiej coś mi nie pasowało. Przez długi czas wydawało mi się, że razi mnie ostry ton tej wypowiedzi, ponieważ jestem przyzwyczajony, że w Anglii mówi się “przykro mi bardzo, ale niestety nie” albo “nie, przepraszam, akurat się skończyły/nie prowadzimy sprzedaży/może będą za tydzień/proszę spytać za rogiem w aptece” itd. Tu słyszę proste i brutalne “Nie”, po którym występuje wyraźna kropka. Byłem przekonany, że mój dyskomfort spowodowany tym prostym zaprzeczenie wynika z braku form grzecznościowych.
Myliłem się.Dziś zrozumiałem, że moje złe odczucia spowodowane taką krótką odpowiedzią wynikały z tego, że nie otrzymuje wskazówek i pomocy, której bym oczekiwał od cywilizowanego rozmówcy. Amerykanie zachowują się, jakby nie zastanawiali się po co ja zadaję to pytanie albo zupełnie ich to nie obchodziło. Im dłużej o tym myśle, tym większe mam przekonanie, że w prostych, codziennych interakcjach nie występuje tutaj chęć pomocy, albo przynajmniej jakikolwiek gest sugerujący, że chętnie by się pomogło jakby się mogło. Nie jest to też misiowe “Nie mamy Pańskiego płaszcza i co pan nam zrobi”. Ci ludzie po udzieleniu odpowiedzi “Nie!” usmiechając się czekają na następne pytanie, prawdopodobnie z poczuciem dobrze wykonanej pracy przy poprzednim pytaniu.

Kończę, bo skończyły mi się przepyszne przekąski wołowe “Jack Link’s premium cuts” – suszone paski żeberek wołowych. Rewelacyjne! Kupiłem podobne w Anglii i były kiepske, tutejsze to prawdziwa mięsna poezja. I nawet trochę pachną kowbojem!


* jak się powinno mówić przy rozmowie przez komórkę? Na drugim końcu braku kabla? Na drugim końcu telefonu?

Share

[USA] Dziennik z podróży. O tym co w życiu ważne

Uważni czytelnicy zauważą, że zarzuciłem konwencję numerowania wpisów na rzecz skandalicznych tytułów w stylu gazeta.pl. Jest to związane z tym, że liczebniki powyżej dwudziestego robią się dość długie i trudne do zapisania, a ćwiczyłem tylko przy zapisywaniu dat, więc do trzydziestu jeden i nie chcę zrobić z siebie głupka jak przekroczę tę granicę. Nierobienie z siebie głupka wydawać by się mogło być czymś ważnym, ale badania oglądalności programów telewizyjnych oraz wyniki plebiscytów demokratycznych, mylnie nazywane wyborami, pokazują, że bycie głupkiem często wręcz pomaga. O niebalnej roli wsiowego głupka mówili różni wieszcze – od Monty Pythona i Poniedzielskiego po wielu mniej lub bardziej znanych autorów*, zatem pozostaje mi ten temat zostawić w spokoju jako rozbieżny z tytułem.

Po odrzuceniu rozsądku, do omówienia z rzeczy ważnych zostają czekoladki i piwo, o którym muszę wspomnieć jako pierwszym, gdyż kupiłem najnieprzyjemniejsze świata. W smaku było w miarę smaczne, nie za gorzkie, ale wyraziste. O mocy ciężko się wypowiedzieć, bo na etykiecie nie ma podanej zawartości alkoholu (jest za to jest informacja, w których stanach pusta butelka jest warta 10 centów, a w których tylko 5c), ale raczej lekkie – po wypiciu nie zauważyłem zbyt poważnych objawów. Do zakup tego piwa skusiła mnie jego zabawna etykietka:

Na czym polega feler tego trunku? Otoż jest to najbardziej moczopędny napój, jaki kiedykolwiek spotkałem. Wiem, że takie informacje nie licują z powagą tego miejsca, ale mogę o tym niie napisać. Przez pół nocy kursowałem!** Brrrr….

Czekolada, jako utwardzony substytut piwa, znalazła się w pierwszym koszyku moich zakupów tutaj. Po spróbowanieu okazała się rozczarowująca – papierowa w smaku i zupełnie niewywołująca zadowolenia. Pomyślałem, że źle trafiłem i kupiłem drugą. Potem trzecią. Po mału zaczynałem wierzyć, ze Amerykanie mają po prostu inny gust i celowo produkują produkty o tak specyficznym braku smaku. Jednak niedawno, zupełnie przypadkiem, wpadła mi do koszyka mała czekoladka firmy Godiva z Nowego Yorku i okazało się, że tubylcy jednak potrafią zrobić pyszne, aksamitne, przepełnione smakiem cudo w sreberku. Dziś powtórzyłem eksperyment i kupiłem trochę czekolady na wagę z delikatesowego stoiska z kakao i jego przetwoarami. Bingo! Rewelacja! Czyli:
a) w Ameryce istnieją dobre czekolady
b) dobre czekolady wyróżniają się ceną $50-$80/kg, gdy sklepowe kosztują $10-$20. God bless America.
Tu od razu ciekawostka – europejsie czekolady (Milka, Toblerone) mieszczą się w niższym przedziale cen.

Zostając w temacie jedzenia – na wczorajszej paradzie skusiłem się na precla z tego oto preclowozu. Wygląd trochę sugerował, że jest to typowy produkt turystyczno-odpustowy, ale moja misja poznawcza zmusza mnie do podejmowania zbędnego ryzyka. Stojąc w kolejce podpatrzyłem, że ludzie smarują precle musztardą, co i ja uczyniłem, gdy przyszła moja pora. Efekt tego przedsięwzięcia był średnio apetyczny:

Smak precla w pełni odpowiada jego wyglądowi. Smakował jak słonawa bułka posmarowana białkem z jajka przed upieczeniem, a po upieczeniu polana musztardą. Z sezamem… Z dobrych rzeczy, to zjedzenie na sucho takiego precla zapchało mnie na pół dnia.

Na zakończenie miły akcent – spotkałem dziś w sklepie bardzo przyjemną obsługę. Zarówno kasjerka (lat ok 60) jak i pakowaczka (lat ok 18) były uśmiechnięte od ucha do ucha, zagadywały, młodsza pochwaliła mój wybór masła orzechowego i skomplementowała moją koszulkę. To było przyjemne i odswieżające.
Teraz mi wpadło do głowy, że już wcześniej w kawiarni sprzedawczyni też dobrze zareagowała na tą koszulkę (taką zieloną z wielką żółtą uśmiechniętą buzią i napisem “Make me smile”). Muszę w niej częściej chodzić, chociaż dziwnie się w niej czuje. Ale o ubraniach i wyglądzie napiszę kiedyś indziej, jak już pozbieram myśli.


* Ta, to jest zabieg powszechnie stosowany przez dziennikarzy gazety gdy brakuje im twardych faktów.
** Inne piwa (dwa rodzaje), które tu spróbowałem nie powodują takich efektów i były smaczne.

Share