[USA] Dziennik z podróży. Boston cz 2

April 29th, 2011 | Categories: Uncategorized | Tags:

Uff, długi przeprowadzkowy dzień zakończyliśmy z pozytywnym wynikiem. Wiem, że nie powinno się tak mówić, ale dotychczas wszystko wychodzi zgodnie z planem a nawet lepiej. Może to oznaczać, że szczęście sprzyja lepszym albo, że czegoś nie wiemy i spadnie na nas wielka kupa kupy!
Dzisiaj wszystko odbywało się mniej więcej na czas. Przywieźli nam meble, pizze i internet, wszyscy byli tak mili jakby czekali na napiwek. I to zrodziło w nas po raz kolejny pytanie – czy powinniśmy coś im dać? Facet od pizzy nie palił się do wydawania reszty, pozostali byli opłaceni z góry, więc nie mieli jak zasygnalizować czy coś chcą. Jeśli ktokolwiek wie czy monterowi należy się dolar lub więcej, to proszę o komentarz, bo czujemy się jak dzikusy nie wiedząc jak się zachować. Od razu też pytanie dodatkowe: ile dać napiwku barmanowi jak kupuje się w pubie colę za $2?

Wracając do wcześniej poruszonego tematu wrażeń z Bostonu postanowiłem przejrzeć zdjęcia, bo wrażenia na gorąco trochę się zacirają jak wystygną. Wpadło mi w oko nieudane ujęcie mostu “Leonard P. Zakim Bunker Hill Memorial Bridge” (długość nazwy jest proporcjonalna do długości mostu – jest wielki i śliczny!). Zdjęcie było zrobione z jednego z głównych deptaków miasta, sam deptak jest ślicznie odnowiony, ale długi zoom dostkonale wyciąga brudy rzeczywistości. Na zdjęciu widać: stan kamienic poza (ale wciąż tuż przy!) centrum, reklamy (są tu wszędzie) oraz absolutne przeregulowanie życia, w tym przypadku ruchu drogowego. Wytrałych zaprawszam do policzenia tabliczek, sygnalizatorów oraz innych informacji drogowych:

Poprzedni post o wrażeniach z Bostonu zakończyłem wspominając budy z chińskim jedzieniem w Łodzi. Niektórzy na pewno pamiętają “Łódzkie China Town” przy ul. Piotrkowskiej 138/140 – podwórko pełne odrapanych budek, gdzie w towarzystwie żuli bijących się z gołebiami o resztki można było zjeść sajgonkę lub kuciaka w ciecie na ośtlo. Otóż oficjalne bostońskie China Town wygląda znacznie gorzej! Chodziliśmy tam z mieszaniną ciekawości i przerażenia, a każda mijana witryna sklepowa niosła nowe niespodzianki, których kulminacją był sklep z żywymi kurami (z opcją uśmiercenia na miejscu). Mniej niż 3 mile od Harvardu, 1.5 mili od MIT i 0.5 mili od centrum biznesowo-bankowego. Miał być wielki świat, a jest zwykła wiocha!
Poniżej zdjęcie jeden z budek z lokalnym jedzeniem na wynos. Pojedziemy tam spróbować (przynajmniej ja), mimo spostrzeżenia Eweliny, że publicznych toalet w Bostonie albo nie ma, albo są doskonale ukryte przed turystami. Może pozory mylą i to tylko tak wygląda…

Z reporterskiego obowiązku dorzucam drugie zdjęcie, na którym nic się nie dzieje i nie ma nic ciekawego, co z resztą dość dobrze oddaje to co zastaliśmy. Wybieramy się tam niedługo ponownie, bo tyle osób mówiło, że Boston to najlepsze miejsce w Ameryce, że musieliśmy coś przeoczyć. Ewentualnie widzieliśmy co trzeba, a my po prostu nie wiemy co czeka nas na jeszcze większej prowincji. Prawdę poznamy dopiero ruszając dalej. Ci z czytelników, którzy wytrzymają z moim blogim przez następne pół roku na pewno poznają odpowiedź.

Kolejna fotka pokazuje inny fragment China Town, a także typowy przykład nawierzchni ulic w okolicach Bostonu. Jak się ma pick upa, to pewnie to nie przeszkadza, moje biedne autko jęczy na każdym wyboju jakby się miało rozkręcić.

Na granicy chinatown i… sąsiedniej dzielnicy znaleźliśmy prześliczną księgarnię. Aż się oczy śmiały, dobrze, że właściciel postanowił obalić mit o ameryce pracującej w trybie 24h/dobę i skorzystał z wolnej niedzieli, bo w takim sklepie na pewno byśmy kupili ciężkie kilogramy literatury.

Co dalej z Bostonem? Tak naprawdę niewiele. Wciąż mam nadzieję, że źle go zwiedzaliśmy, może inne atrakcje będą bardziej fascynujące od “największej i najważniejszej trasy turystycznej” miasta. Może trzeba trochę pożyć tutaj, żeby dość do takiego poziomu zadowolenia jaki prezentował kierowca przepięknego, czerwonego auta* z fotografii poniżej. Doskonałe lodziarnie i cukiernie nie mogą być główną atrakcją miasta. Tzn cukiernia jest prawdopodobnie rewelacyjna, kolejka do niej ciągnęła się jak ogolnek do mięsnego gdy rzucili kurczaka, więc nie spróbowaliśmy. Mamy po co wracać!

Na zakończenie fotografia amerykańskiego ducha/amerykańskiej duszy** – w metrze dba się o porządek, nie dlatego żeby było czysto. Dba się, bo wydało się swoje pieniądze, żeby ktoś posprzątał, o czym przypomina mieszkańcom poniższa tabliczka.

W najbliższych wpisach rozprawię się z pozostałymi spostrzeżeniami Bostońskimi. A teraz spać (to do mnie) albo do roboty (dla tych, co od rana marnują cenne minuty)!

Przy okazji porada z praktyki – jak dojdziecie do wniosku, że możecie używać monitora zamiast telewizora to sprawdźcie czy ma głośniki. My mamy teraz ileśdziesiąt programów radiowych i 285 stacji TV o doskonałej jakości obrazu, tylko bez fonii. Za to z możliwością nagrywania w full-HD…

* naprawdę nie wiem co to jest za marka, ale chętnie się dowiem
** do wyboru

Share and Enjoy:
  • Digg
  • Facebook
  • Blip
  • Kciuk.pl
  • StumbleUpon
  • Wykop
Share
  1. Szymon
    April 29th, 2011 at 07:27
    Reply | Quote | #1

    Ze niby do mnie to bylo o tym marnowaniu czasu od rana?;D

  2. April 29th, 2011 at 14:24
    Reply | Quote | #2

    Oj tam, oj tam. Na pewno mobilizujesz szare komorki i w ten sposob docelowo zwiekszasz efektywnosc!

TOP