[USA] Wolność

Przyzwyczaiłem się trochę do tego, że ludzie jedzą lunch pracując, ale dziś oniemiałem – kolega ma chorego syna, którego musiał pilnie zabrać do lekarza. Z tego powodu wyszedl punktualnie o 5pm. Facet w ciągu ostatnich dwóch tygodniu zrobił kilkanaście godzin niepłatnych nadgodzin, a nawet nie próbował wyjść chwilę wcześniej! Nie zgadzam się! Zaczynam czuć, że mnie stąd wykopią, albo rozpocznę nową wojnę domową. Poprzednio północ była za wolnością, trzeba im przypomnieć cholera!

Share

[USA] Mgły

Mój ulubiony Londyn powszechnie jest znany jako mgliste miasto, co było prawdopodobnie prawdą za czasów Kuby Rozpruwacza i Sherlocka Holmesa, ale się skończyło wraz z ogrzaniem miasta. Aby zobaczyć porządną mgłę musiałem przenieść się na drugą stronę oceanu.

Poniższe zdjęcie pokazuje Bostońską mgłę widzianą z nabrzeża w Quincy (południowe przedmieścia Bostonu). To nie jest ani smog, ani dym, ani deszcz, tylko prawdziwy Amerykański opar – zgodnie z zasadą, że wszystko musi być przesadzone!

Zanim mgła napłynęła bliżej myślałem, ze to niskie chmury burzowe. W ciągu ostatnich tygodni nasłuchałem się w radio informacji o tornadach i innych lokalnych zjawiskach atmosfertycznych* i już miałem panikować, ale zauważyłem, że tubylcy zdawali się nie zwracać uwagi na zbliżający się “sztorm”. Ciekawość to pierwszy stopień do piekła, ale też do przygody i wiedzy, więc zjechałem z drogi, żeby zobaczyć to wydarzenie z bliska. Po kilku minutach malownicza mgła otoczyła wszystko ograniczając widoczność do kilkunastu metrów. Ślicznie było!

Teraz juz wiem czemu ten region nazywa się “New England”.

* jestem przekonany, że to kara za grzechy

Share

[USA] Koniec świata

Z okazji wczorajszego (nie do końca udanego) końca świata postanowiliśmy odwiedzić “Koniec Świata” – rezerwat przyrody mieszczacy się 10 mil na południe od Bostonu. Zgodnie z amerykańską tradycją zostaliśmy poproszeni o uiszczenie opłaty $5 od głowy (dzieci do lat 12tu wejście gratis) z możliwością wykupu abonamentu na rok na wszystkie parki należące do tej samej firmy. W środku spotkaliśmy dość dużo ludzi, co trochę obala mit, że Amerykanie nie chodzą. A może nie tyle obala, co modyfikuje – “Amerykanie nie chodzą jak za to nie płacą”*.

Amerykańskie rezerwaty są wyjątkowo zadbane – mają starannie przystrzyżoną trawę, zebrane stare gałęzie, a w wielu miejscach stoją ławki i kosze na śmieci. Dokładnie tak jak chciała natura. Dzika przyroda to takie miejsce, gdzie w promieniu 3 mil nie sprzedają hamburgerów ani pączków.

W ten weekend rozpocząłem też naukę do egzaminu na prawo jazdy z oficjalnego podręcznika przygotowanego przez wydział ruchu stanu Massachusetts. Przebrnąłem przez 1/3 książki i jak na razie poznałem tylko procedury wymagane do uzyskania pozwolenia oraz listę możliwych kar, w tym cennik mandatów za przekroczenie prędkości. Spodziewałem się informacji na temat pierwszeństwa na skrzyżowaniach czy znaków drogowych, zamiast tego dowiedziałem się jednak ile maksymalnie mandatów mogą mieć eks-żołnierze przenoszący z innego stanu prawo jazdy na samochody osobowe i chcący jednocześnie uzyskać pozwolenie na motor. Dziękuję Ci amerykańska administaracjo za rozwianie moich wątpliwości. Gdy tylko spotkam siedemnastolatka o polu widzenia 125 stopni w prawym oku i 115 stopni w lewym, ale bez problemu rozpoznającego kolory, to będę mógł mu przekazać w jakich godzinach będzie mógł się poruszać na drogach publicznych.
Dowiedziałem się także za co mogę stracić prawo jazdy – trzy wykroczenia w ciągu roku, niezapłacenie podatku dochodowego, zaleganie z alimentami lub niezarejestrowanie się jako skazany za przestępstwo seksualne (zakładam, że w przypadku niepopełnienia takowego nie mam obowiązku rejestrowania się). Odniosłem wrażenie, że odebranie prawa jazdy to jest tu kara ostateczna – prawdziwy koniec świata.

* teoria autorstwa Eweliny.

Share

[USA] Autostrady

Ameryka posiada 6.430.366 (słownie sześć milionów czterysta trzydzieści tysięcy trzysta sześćdziesiąt sześć) kilometrów autostrad*. Spróbowałem sobię wyobrazić ile to naprawdę jest i nie mogę – nawet inforamcja, że jest to 160 obwodów Ziemii lub 16 odległości Ziemii do ksieżyca nie przybliżyła mnie do zrozumienia ogromu ilości betonu i asfaltu, który Amerykanie mają do dyspozycji. Zakładając, że jeden pas drogi ma 2.5 metera, jedna nitka autostrady ma średnio 3 pasy (w Nowym Jorku ma 8 w jedną i 8 w drugą), a na każdej autostradzie (pomijając Katowice-Kraków) nitek są dwie, to z tego samego materiału można by wybudować drogę z Londynu do Bostonu (5300km) o szerokości (6.4M/5.3k)*3m*2.5*2=~18km. O, i to w końcu zrozumiałem – 18km to jest połowa mojej drogi do pracy, umiem sobie wyobrazić!

Za około 8 godzin dołączę do kilkudziesięciu tysięcy osób z Bostonu, które próbują jednocześnie przejechać fragment autostrady by dostać się do pracy na 9tą rano. 50 minut ciągłego przyspieszania, zwalniania, zatrzymywania się i zaglądania w lusterko czy ten za mną zdąży się zatrzymać. Pierwsze kilka dni próbowałem słuchać lokalnych rozgłośni radiowych, ale poddałem się po debacie na temat wielkości dotacji rządowych na zakup farm dla weteranów wracających z Afganistanu (uniwersalny temat jak akurat nic się nie dzieje ważnego, wraca co tydzień), analizie przemówienia Obamy wygłoszonego na zakończenie roku szkolnego gdzieś z Mississippi (“jak Wy możecie, to i cała Ameryka może!”) i dyskusji na temat tego, czy objadanie się gigantycznymi ilościami tłustych potraw z barów szybkiej obsługi jest szkodliwe, cytuję z pamięci:
– Lekarze tak mówią, ale nie ma dowodów, że bycie grubym szkodzi!
– Są badania…
– Oszukują! To manipulacje, nie ma korelacji między otyłością a zdrowiem!
– Jest! Cukrzyca, zawały, ciśnenie krwi…
– Udowodnij! To manipulacje, nie ma takich badań….!
Najpierw myślałem, że oni żartują, ale dyskusja była jednak na serio. Z resztą amerykanie mówią jak żartują (“costam costam, to była ironia”), bo pozbawieni poczucia humoru interlokutorzy (czy. statystyczny amerykanin) mogli by czuć się wprowadzeni w błąd.
Tak czy inaczej zakupiłem mały chiński odtwarzacz mp3 i słucham sobie wczorajszych audycji z Londyńskiego radia.

Żeby nie było, że znów marudzę, to wymyśliłem jak Polska może nadgonić Stany i Europę w ilości autostrad – wystarczy zmienić jednostki mierzenia polskich dróg – z kilometrów na kilkometry (1 kilkometr = około 7 metrów). Nikt się nie zorientuje czytając dokumentację, nawet może nawet dostacje z Uni będą.

* stan na koniec 2008. Informacji o planach rozbudowy autostrad na 2012 nie znalazłem.

Share

[USA] Jak ja nie lubie druczków!

Mało rzeczy tak drażni jak niekompetencja, a już szczególnie gdy nie można na obwinianego nakrzyczeć, bo się jest od niego zależnym. Tak bardzo by się chciało skarcić, dać w ucho, a trzeba siedzieć z podkulonym ogonem, żeby nie pogorszyć sprawy. Jest jednak sytuacja gorsza – gdy po ataku wściekłości odkrywamy, że to my jesteśmy winni, bo zapomnieliśmy czegoś zrobić. Wielką ulgę przynosi myśl, że na szczęście nie zdążyliśmy zrobić z siebie głupka przed niesłusznie posądzaną osobą! Dokładnie w ten sposób spędziliśmy dzisiejszy wieczór – firma od przeprowadzki odezwała się, że proszą o przesłanie wypełnionych formularzy, w tym dokładnej rozpiski co wysyłamy, bo chcą wsadzić nasze rzeczy na statek. Jak już nawymyślaliśmy im dlaczego proszą o taką listę teraz a nie wtedy jak mogliśmy zajrzeć do pudełek, to znaleźliśmy list z 20 kwietnia, w którym proszą dokładnie o to samo. Ups i uff na raz. Koniec przerwy, wracam do formularzy.

ps. wszystkich czytelników proszę o trzymanie dzisiaj kciuków za mojego Dziadka!

Share

[USA] W kinie

Gdy tylko odrobinę przywzyczaję się do Ameryki, zaraz znajduje się coś, co wprawia mnie w osłupienie. To co zobaczyłem w sobotę wieczorem przeszło moje naśmielsze oczekiwania.

Tutejszy przemysł kinematograficzny w 2010 miał 10.89 miliarda dolarów przychodu, co stanowi około 10% rocznego budżetu Polski. Mimo tego większość kin nie ma jeszcze rosądnej strony internetowej, a istnieją kina, które strony nie mają wogóle. Lukę tą zapełnia Google, które po wpisaniu “Cinema” pokazuje zestawienie repertuarów kin w promieniu 50km od aktualnej lokalizacji. Wybraliśmy film “Source Code” i pojechaliśmy do Foxborough, wsi leżącej kilka mil na zachód od Norwood, bo nasza zaczna miejscowość przybytku typu kino nie posiada.

Przyzwyczaiłem się już do kin w supermarketach (przy czym wciąż tego nie lubię) i dokładnie tego się spodziewałem gdy jechaliśmy na seans. Już z autostrady widziałem, że nie doceniłem przeciwnika – pierwsze co się ukazało to wieża ciśnień z gigantyczną reklamą ebay, a zaraz obok niej stadion sportowy na 70000 kibiców. Jak już wspomniałem kino, a zatem i stadion, znajduję się w Foxborough, którego populacja w 2007 roku wynosiła 16,298 osób, wliczając dzieci, starców i informatyków. Albo są bardzo grubi i potrzebują siedzieć na czterech krzesełkach jednocześnie, albo mają miejsca leżące.

Stadion był otoczony szczelnie supermarketami, sklepikami, restauracjami, salą koncertową i naszym celem wycieczki – kinem. Nie ukrywam, że wchodziłem tam z pewną obawą, gdyż wyjątkowo źle znosze zapach popcornu, nie bawi mnie także oglądanie reklam. Gdy w Anglii byliśmy na Social Network, to pierwsze 20 min projekcji wypełniła mieszanka reklam i zapowiedzi. “Do odważnych świat należy” powtarzałem sobie, gdy widziałem ludzi idących w stronę sali kinowej z pizzą oraz prażoną kukurydzą*. Jednocześnie dziękowałem sobie, że kupiłem bilety przez internet, przez co straciłem możliwość wycofania się w ostatniej chwili – polecam ten sposób, zabezpiecza on takie skąpiradła jak ja przed zmianą planów.

Wiecie jakie to uczucie złamać pod sobą krzesło? Dokładnie takie odniosłem zanim zorientowałem się, że oparcie krzesła wychyla się do tyłu i to nie jest awaria… Po odetchnięciu z ulgą czekałem na 19:35 kiedy to sens miał się rozpocząć. Z kilku sekundowym opóźnieniem zgasły światła i rozpoczęła się zapowiedź jakiegoś thrillera, a zaraz po niej rozpoczął się nasz film! Złapali mnie bez gardy! Jak to tak – bez reklam?!?
Czekałem więc na wielkie szeleszczenie papierków, chrupanie i głośne komentarze. Nic takiego nie miało miejsca, nie zadzwonił ani jeden telefon. Nigdy jeszcze nie byłem w warunkach tak sprzyjających oglądaniu filmu, już nawet w domu głośniej żona buczy** przy oglądaniu telewizji.

Po zakończeniu pokazu publiczność… zaczęła bić brawo. Najpierw nieśmiało, potem coraz głośniej. A mówili, że Polacy są dziwni bo klaszczą w samolocie.

Amerykanie… coraz bardziej ich nie rozumiem.

* odpowiadając na pytanie Kowala: albo wszystko było tak ogromne, że popcorn wydawał się mały, albo naprawdę był mały. Dużo większe widziałem w kinie w Łodzi.
** sprawdzam czy jeszcze czyta tego bloga, jak tak, to będzie dużo buczenia…

Share

[USA] Opoźnienie

Dział zarządzania jakością poprosił o przełożenie dzisiejszego wpisu na jutro. Ma to zaowocować ulepszeniem wpisów. Mam nadzieję, że sobie moge zaufać, bo się zgodziłem na swoją prośbę. Do jutra!

Share

[USA] Amerykanie pracują

Dzisiejszy wpis będzie krótki, bo mi praca przeszkadza w życiu. Cały ten tydzień spędziłem w biurze klienta, co miało dużo zalet – poznałem interesujących ludzi i wypiłem wiaderko darmowej kawy, ale znacznie utrudniło mi to obijanie się. Z tego powodu będę się starał unikać podobnych tygodni*. Niestety jakieś licho mnie podkusiło i postanowiłem się w pierwszych dniach wykazać, czego efektem jest to, że następny tydzień też siedzę u klienta a do projektu przypisali mnie do sierpnia. A koledzy uczyli, żeby się nie wychylać. Uczyli i przypominali nie raz, a ja znów nie posłuchałem.

Mój entuzjazm do wykazywania się wpisał sie idealnie w wartości uznawane przez amerykanów w pracy. Kilka razy udało mi się jednak sprowadzić zło do pokoju, tzn sprowokować pogawędki, w czasie których przegadalismy trochę lokalne nastawienie do pracy, ilość urlopów itd. Debby, która pochodzi z Chin, ale jest juz zamerykanizowana, pytała czy to prawda, że w Europie urlop przysługuje już w pierwszym roku pracy, bo w USA standardem jest, że pracownik rozpoczynający swoją karierę ma jeden dzień urlopu w pierwszym roku, a w trzecim zwiększa mu się to do trzech dni. Z prawdziwą fascynacją podzieliła się historią koleżanki z niemiec, która mówiła, że jej cała rodzina bierze urlop jednocześnie i razem odpoczywają przez trzy tygodnie.
W czasie jednego z meetingów podejrzałem maila, w którym pracownik prosi o 3 godziny urlopu. Dla nich to było normalne, dla mnie jest to dziwne i śmieszne zarazem. Tak samo jak przerwa na lunch, którą większość osób spędza starając się nie udławić posiłkiem przyniesionym z kafeterii na parterze i pospiesznie przegryzanym bez odrywania wzroku od monitora.
Dziś wypychałem cały zespół z biura o 17:45, czterdzieści pięć minut po zakończeniu godzin pracy, mimo, że tym tygodniu narobiliśmy nadgodzin (płatnych! moje pierwsze płatne nadgodziny!) i skończyliśmy wszystko co było do zrobienia. Zawsze przecież można zrobić coś więcej. Ich szef ma kilka stałych dowcipów, jeden z nich to: dobrze pracowałeś w tym tygodniu, pozwolę Ci wziąść sobie sobotę i niedzielę wolne. Jak mówiłem, że na jest 16:30, więc na rano się nie da zrealizować nowego pomysłu, to mówił, że przecież jest cała noc do wykorzystania. Coraz bardziej się zastanawiam czy to żarty.

W czasie pogadanek ktoś wspomniał o znajomym z hiszpanii, który opowiadał, że pod Madrytem jeszcze kilka lat temu trzeba było mieć znajomego montera (albo mieć znajomego, który znał montera), żeby mieć założony telefon w mniej niż dwa tygodnie i to przy założeniu, że monter przyjdzie tak jak się umówił, bo czasem nie przychodzi. Nie mogli zrozumieć jak to jest możliwe, że jak coś potrzebnego do pracy się popsuje, to trzeba czekać na naprawę. Próbowałem im troche wytłumaczyć, że trzeba w takich warunkach trzeba się przestawić na południową mentalność i mieć wszystko gdzieś tak jak otoczenie, ale nie mogli tego przyjąć. Pytanie “ale jak im się udaje cokolwiek zrobić?” padło kilka razy. Ciekawe, że jest to dokładnie to samo pytanie, które zadawałem po pierwszym wyjeździe do Tuluzy.

Gdy myślę teraz o tych naszych rozmowach, to mam coraz większe przekonanie, że mi nie uwierzyli w opowieści o francuskim dwugodzinnym lunchu z winem, tak jak nie mogli uwierzyć, że w Anglii i Irlandii można wejść do pubu z dzieckiem (przecież nie ma 21 lat a tam jest alkohol). Dzieli nas chyba więcej niż Atlantyk.

* why do only fools and horses work?

Share

[USA] Pierwsze dni w pracy, kolejne dni zwiedzania

Życie w Norwood nabiera tempa. Lokalna gazeta na pierwszej stronie wydrukowała na pierwszej stronie informację, że rodzina z naszego miasta wzięła udział w tutejszym odpowiedniku familiady, ja zaś ostatnie trzy dni spędziłem pracując w biurze u klienta. Już miałem opisać to co tam zobaczyłem, ale przypomniałem sobie, że w epoce automatycznego tłumaczenia stron z polskiego na angielski może to źle wpłynąć na długość mojego zatrudnienia (jak za starych czasów – 10 lat więzienia – rok za obrazę generała, 9 lat za zdradę tajemnicy Państwowej). Po odsączeniu z faktów zostaje niewiele. Pracuję z dwoma zespołami bardzo miłych ludzi. W ogóle wrażenie w biurze odniosłem bardzo pozytywne – ludzie z daleka pytają czy przytrzymać windę, przepuszczają się oraz co zupełnie nietypowe tutaj – uśmiechają się do siebie. Do wad tego zadania zaliczyć muszę fakt, że musiałem zakupić dwie nowe koszule, żeby się trochę wtopić w tłum (ale do fryzjera nie poszedłem, zarost noszę od przed wojny!). Do zalet zaś to, że mam dwie godziny dziennie na słuchanie radia w drodze tam i do domu. Oraz darmowa kawę w nieograniczonych ilościach.

W minioną niedzielę udaliśmy się na polowanie na wyprzedażach domowowych. Za $18 dolarów kupiliśmy: prawie sprawne żelazko, kilka książek, kubki i miseczki, płytę INXS, grę planszową, klawiaturę bezprzewodową oraz zupełnie nowy kabel, który wyglądał bardzo podobnie do takiego jaki potrzebujemy. Mieliśmy w planach dużo więcej i w sobotę chyba pojadę na następne zakupy w graciarniach, bo mi się bardzo spodobało. Kupiłem pierwszorzędny młotek za 1/20 ceny i naprawdę ładną lampkę za cene żarówki! Nie mniej ważne jest to, że mam pretekst pozwiedzać okolicę i pooglądać takie oto widoczki:

Miasteczka:

Flagi w lesie:

Wsie:

Ładnie tu, prawda?

O niedzielnej wycieczce wspomniałem, ponieważ tuż po południu przybrała dość nieoczekiwany kształt – w Waltham odbywała się trzydniowa impreza Steampunkowa. Jeśli ktoś nie zna tej kultury, to są to ludzie, którzy starają się wyglądać jakby żyli w unowocześnionym XIXw – epoce, w której technika opiera się o mechaniczne tryby i silnik parowy, ale dostarcza w ten sposób technolgii XXIw. Nieodłącznym elementem większości strojów są kapelusze i gogle, prawdopodobnie mające chronić wzrok przy dorzucaniu węgla do komputera. Zobaczcie zdjęcia Eweliny:

Więcej zdjęć jest w albumie Eweliny.

Miłego dnia!

ps. A tak wogóle to jakoś dużo tu jest pająków i jakoś inaczej wyglądają niż te nasze. Brrr…

Share

[USA] Nie wszystko złoto co na dzikim zachodzie

Czy wspominałem ostatnio, że jak amerykanie coś robią, to robią to dobrze? Jak tak to muszę dodać “… chyba, że robią to absolutnie beznadzienie”. Przykładem dziś będzie moja ulubiona biurokratyczna maszyna nadająca numery ubezpieczenia społecznego. Wczoraj minęły cztery tygodnie od kiedy dwa tygodnie po przyjeździe wystąpiłem o przyznanie mi numeru, dzięki któremu będę mógł dostawać wynagrodzenie za pracę, na która wcześniej dali mi pozwolenie. Chyba wciąż nie są w stanie sprawdzić, że naprawdę tu przyjechałem, bo numeru jeszcze nie dostałem. Zgodnie z instrukcją zadzowniłem więc, żeby spytać co się dzieje. Dowiedziałem się dwóch rzeczy:
1. nie mogą mi nic powiedzieć przez telefon
2. jeśli na skrzynce pocztowej nie będzie mojego nazwiska, to listonosz i tak nie zostawi listu z numerem. Dla mojego dobra (!).
O tej drugiej informacji powinni mnie byli poinformować gdy składałem wniosek, ale zapomnieli.

Rzuciłem pracę, pojechałem od urzędu wylegitymować się paszportem i po 35 minutach czekania w kolejce dowiedziałem się, że:
1. numeru nie ma
2. nie wiedzą dlaczego
3. nie mogę zmienić adresu zamieszkania na który prześlą kartę, bo… do zmiany adresu potrzebny jest numer ssn (którego nie dostanę, bo nie mam dostępu do skrzynki pocztowej w poprzednim domu). Jeśli list odbije się od skrzynki i wróci do nich, to będę mógł wystapić o wydanie duplikatu karty. Dla swojego zdrowia psychicznego nie pytałem czy będę mógł wtedy zmienić adres…
Prosząc o ponowne wydanie wykorzystałbym jeden z możliwych duplikatów karty – każdy ma prawo do trzech duplikatów rocznie i nie więcej niż dziesiąciu w ciągu całego życia. Amerykanie uwielbiają takie idiotyczne regulacje i ograniczenia.

Druga rzecz, która średnio Amerykanom wychodzi, to dostrzeganie związków przyczynowo-skutkowych i wnioskowanie. Idealną ilustracją będzie krótka przypowieść o naszej wizycie w restauracji w sobotę. Wybraliśmy się do lokalu w ładnej miejscowości turystycznej, blisko oceanu, pośród pięknego lasu. Wystrój był bardzo gustownie stylizowany na brytyjski pub z dużą ilością detali typu tabliczki, napisy i plakaty, zgrabnie połączonych z typowo amerykańską restaruracją, w szczególności z wszechobecnymi reklamami, dość topornym humorem i zdecydowanym z nadmiarem osób: osobną obsługą do wskazywania stolików, inna do przynoszenia sztućców oraz kolejną do podawania jedzenia. To jest dobry moment, by wspomnieć kolejną amerykańską regulacje – wejście do pustej restauracji i pominięcie osoby, która wskaże nam wolny stolik, jest traktowane jako grzech, nietakt oraz zamach stanu w jednym i skutkuje niemiłymi uwagami ze strony obsługi, brakiem obsługi lub wyproszeniem z lokalu. Bycie prowadzonym przez pusty lokal aby usłyszeć pytanie “gdzie chciałby Pan usiąść” kruszy moją wiarę w ten naród.
Ale wracając do lokalu – było to naprawdę dobrze przygotowane miejsce. Przed jedzeniem postanowiłem umyć ręce, rozejrzałem się i… nie znalazłem wskazówkek gdzie jest łazienka, więc zacząłem krążyć, aż po zwiedzeniu całego lokalu spytałem kogoś z obsługi, kto wskazał doskonale ukryte wejście za załomem ściany. W tym czasie kelnerka zagadała do Eweliny pytając czy szukam łazienki, na co Ewelina zgodnie z prawdą przytaknęła. Na to kelnerka wyraźnie żaląc się na swój los odpowiedziała “wszyscy tak maja, po sto razy dziennie muszę mówić gdzie to jest”. Postawię pytanie: w jakim stanie intelektualnym trzeba być, zeby po 500 powtórzeniach tygodniowo nie wymyślić, żeby zrobić tabliczki z dyskretymi kierunkowskazami?
Wracając z łazienki wziąłem z korytarza wydanie “jedynej ogólnokrajowej brytyjskiej gazety”. Wertując ją zatrzymałem się na informacji, żę Anglia wygrała Ashes Series, co miało miejsce cztery mięsiące temu. Pomyślałem, że może wiadomości wolno przez ocean płyną, ale rzuciłem okiem na datę – to było poprzednie Ashes, a gazeta była datowana na wrzesień 2009. To tyle jeśli chodzi o jakość detali i ilość osób czytających.

Na zakończenie ciekawostka – nasza kablówka oferuje dostęp do “Pakietu Polskiego”, w skład którego wchodzą… TV Polonia. Tak, jest tylko ten jeden program. Dostęp do niego kosztuje $19.95 miesięcznie, tyle samo co do 10 kanałów HD z nowościami filmowymi. Cenimy się.

Share