Three smart UI prototyping techniques

When designing a solution usually we need to show some slick and simple pictures showing user interface we plan to implement. This seems to be the only language both developers and customers seem to understand. Or maybe let me rephrase it to be more specific – screenshot has the highest likelihood that its interpretation by all parties will be similar. Preparing such images takes a long time – the most popular approaches I’ve seen so far are:

  • use your favorite graphic editor – e.q. Gimp, Paint.net, Photoshop, Illustrator, etc. The result usually looks good, but is a nightmare to maintain, especially when you need big chunk of text or new large field.
  • mock the UI in Word – get a ugly wire-frame of the window only to forget to group the boxes and see them flying around the document after any change
  • … or Excel – Excel is good for everything, isn’t it?
  • create a form in html – happy styling, call me next week when you’re done!

The process was usually time consuming, but not any more! This week I’ve seen three smart prototyping approaches:

  • Balsamiq UI modeler – application to create any UI layout using drag&drop. The web-based demo (functional!) version is available
  • Microsoft Visual Studio Express – free, fully drag&drop RAD environment. It seems like an overkill to use it only for this reason, but consider the price tag!
  • Microsoft Visio – especially 2010 edition – nice, easy and integrated with Microsoft Office Suite

All above applications let you create both static window images and interactive UI prototypes. Next time you talk with your customer show him a “working” demo next day after you got first requirements – he will love you! And hopefully he will understand what you are actually trying to achieve.

Share

[USA] Lotnisko, ochrona i prawie ataki terrorystyczne

W wyniku tragedii, która miejscowi nazywają “operator telefonii komórkowej” moj poprzedni wpis zaginął gdzieś w odchłani sieci. Będę go próbował odtworzyć z pamięci, ale to nie jest specjalnie wiarygodne źródło.

Zresztą na drodze do publikacji stanął nie tylko mój telefon, ale też problemy logistyczne. Na szczęście tradycyjna polska SRPIRN* jeszcze mnie nie opuściła, więc mogłem przygotować napar konieczny do pisania – herbatę PG z mlekiem. Trudność zadania polegała na tym, że nie mam czajnika, bo lokalne dzikusy piją tylko kawę z ekspresu. Jakby ktoś znalazł się w podobnym potrzasku i potrzebował porady, to proszę: to wystarczy zapchać torebką herbaty otwór wypływowy ekspresu przelewowego, włączyć normalnie i herbatka się zaparza powoli, ale skutecznie.

W zgubionym wpisie opisywałem jak bardzo podoba mi się wylot z lotniska w Providence w Rhode Island. Z bliżej nieokreślnonych powodów nie lubie lotniska w Bostonie. Może dlatego, że za każdym razem gubię drogę jak tam jadę, czekam tam na coś (kontrolę, żonę albo lot) dwie godziny za długo albo dlatego, że jest brzydkie (lotnisko, żona jest całkiem ładna) i nudne (też lotnisko…). Niezależnie od przyczyn cieszyłem się jak głupi, że nie muszę go oglądać ponownie, mimo, że wylot szedł pod górkę. Najpierw obsługa parkingu odmówiła mi wjazdu na wykupione miejsce, ponieważ nie umieją czytać i/albo nie zrozumieli karki, którą im podstawiłem pod nos. Następnie policjant zapytany o parking wskazal mi drogę w dokładnie przeciną stronę, co skutkowało tym, że musiałem wykonać siedmiomilowe kóło, bo wpadłem na autostradę. W drodze z parkingu na lotnisko obraził się na mnie kierowca autobusu, bo nie kwapiłem się do dania mu napiwku, za to, że przewozi mnie całe 900 metrów. Potem było już tylko przyjemniej.

Pierwszą częścią wycieczki było pokazanie mojego dorodnego ciała jakiejś biednej istocie. W Providence wdrożyli w życie marzenie każdego nastolatka – automat zaglądający pod ubranie. Działa to tak, że wchodzi się do bramki, tam prześwietlają słabymi promieniami Roentgena ciuchy i na ekranie widzą golasa. W USA bym raczej nie chciał takiej pracy mieć, ale jeśli Hiszpania czy Francja wdrożą, to mogę się na ochotnika zgłościć, może być nawet jako wolontariat.
Jak już sobie mnie doklanie obejrzeli, to zabrali się za mój bagaż, w którym pod dłuższym grzebaniu znaleźli scyzoryk. Znając eurpejskie służby graniczne zacząłem się z nim żegnać, co dość mocno mnie zmartwiło, bo dostałem ten nóż od rodziców i bardzo go lubię. Druga myśl, którą miałem, to że skoro w Europie robią problemy ze zbyt dużą pastę do zębów jako potencjalnym narzędziem zamachu terrorystycznego, to tu na pewno mnie zaraz mnie aresztują. Amerykański ochroniarz podszedł i zaczął mi proponować jak mogę zrobić, żebym nie stracił noża. Auto miałem za daleko, bagaż już nadałem, a nikt mnie nie odprowadzał, więc facet zaproponował, żebym sobie wysłał ten nóż listem do siebie. Dał mi nawet kartkę pozwalającą ominąc kolejkę do odprawy, a potem ookazał mi gdzie jest samoobsługowa skrzynka nadawcza. Przy okazji warto wspomnieć o skrzynce – to jest genialne rozwiązanie – skrzynka zawiera wszystko, co potrzeba do wysłania paczki, tj. koperty, materiały pakowe i druczki (długopis ktoś zaiwanił, ale miałem swój**). Na druczek wpisuje się numer karty kredytowej, wsadza się tak przygotowaną przesyłkę do innej przegródki w tej skrzynce i za jedyne $8 (drogo, bo ubezpieczyłem od razu) paczka trafia do adresata. Tzn prawie trafia – listonosz zostawił paczkę przed drzwiami naszego bloku. Ważne, że doszło!

Na lotnisku czekały już same przyjemności – darmowy internet, darmowa woda do picia, pamiątkowe pocztówki, tani pączęk (na wagę nie wchodzę!) i gdyby nie to, że tu telefonia nie działa, to by tu było dużo więcej radości. Ale przepadło nieodwracalnie, a ja jak nie mogę na coś marudzić, to zapominam o tym.

Patrząc na kontrolę na małym lotnisku, który doświadczyliśmy w drodze na Nantucket, gdzie procedury bezpieczeństwa ograniczyły się do pytania “ile ważysz” i sprawdzenia czy nie zgubiłem numerka do szatni, który udawał kartę pokładową, a następnie na podejście obsługi w Providence, dochodzę do wniosku, że Europa się coś za bardzo rozpędziła z tą całą ochroną antyterrorystyczną. To amerykanie mieli być paranoikami, a to my wychodzimy na świętszych od papieża. Amerykanom chyba wystarczy, że wszystkim mówią, że są groźni. Czasem nawet to pokażą – przed ambasadą USA w Londynie stoi wojsko uzbrojone w M16. Przed białym domem stał ogrodnik i podlewał trawę, a przed Capitolem spotkaliśmy policjanta z latarką do zaglądaia do torebek. W jajo nas zrobili.

* Sztuka robienia prowizorek i rzeczy niemożliwych
** prawdopodobnie zaiwaniony gdzieś indziej

Share

[USA] Planowanie przeprowadzki

Zbiżają się już cztery miesiące mojego pobytu w USA, czyli czas się przenieść w nowe miejsce. New England to piekny region, ale zimą jest tu zdecydowanie za zimno (do -10 stopni celsjusza), a przez cały rok jest tu zdecydowanie za drogo.
Mój pierwotny plan zwiedzenia całego kraju z samochodzie kempingowym został wstrzymany przez politykę imigracyjną USA – moja wiza zależy od miejsca, w którym pracuję, a moja firma niechętnie odniosła się do pomysłu falandyzacji tego przepisu. Dlatego konieczne było wybranie kolejnego postoju, tym razem na troche dłużej, może nawet na cały rok!

Po zdefiniowaniu wszelkich możliwych za i przeciw, metodą dogłębnej analizy warunków początkowych i brzegowych miejsce zostało wybrane. Wyglądało to mniejwięcej tak:
– Musi być tam ciepło
– Może Texas?
– Ale miało być morze…
– Kalifornia jest za droga
– Ok, niech będzie Texas.

Teksas według informacji dostępnych w sieci wygląda bardzo obiecująco – nie ma podatku dochodowego, domy kosztują połowe tego, co na wsi pod Bostonem, jest ciepło, a tornada pojawiają się jeszcze rzadziej niż w Bostonie. Austin, stolica teksasu, jest centrum kulutralnym południa i gości wiele festivali, w tym SXSW, na którym z tym roku wystąpiło ponad 2000 wykonawców grających w 90ciu lokalizacjach wewnątrz miasta. Nieźle jak na miasto, które ma 790.000 mieszkańców (a w 1850 miało ich 629).

Drobne wyzwanie stanowi przeprowadzka. Nie mamy gdzie mieszkać po dojechaniu na miejsce, a przy odgległości 3000 km nie da się wyskoczyć i obejrzeć nowego domu przed wynajęciem. Drugie zagwozdka, to jak przetransportować nasze rzeczy. Z firmami przewozowymi mamy złe doświadczenia, bo do tej pory, po blisko trzech miesiącach podróży, nie przyjechały jeszcze do nas nasze rzeczy z Anglii. Podobno są już w magazynie w New Jersey, ale to jakoś mało mnie pociesza. Jakbym wrzucił wszystko do skrzynki i wepchnął ją do wody gdzieś w okolicach Southampton, to pewnie by już zdążyła przedryfować, a Golfstrom by ją już przynosił tu gdzieś do brzegu.

Dzisiejszy (dosłownie, wczoraj był inny) pomysł na przeprowadzkę jest taki, że wynajmiemy przyczepę, załadujemy ile się zmieści i jedziemy przez kraj! Pewnym ograniczeniem jest to, że o ile Polski Fiat 126p przy silniku 650cm^3 i 24 koniach mechanicznych miał dopuszczalną masę przyczepy 400kg, to Chrysler PT Cruiser przy 2.4l i 150 konikach może ciągnąć maksymalnie 450kg (1000lb).

W dalszym ciągu nie ustaliliśmy też trasy przeprowadzki. Ilość wariantów jest ogromna, warto by było zwiedzić ile się da jak się już człowiek tak ciągnie przez świat. Dwie podstawowe możliwości widać poniżej – wybrzeże zatoki meksykańskiej wygląda pociągająco, ale górna droga przebiega przez stany, do których ciężko później wrócić.

Ten wpis to wołanie o pomoc – jak ktoś wie jak oszacować ile ważą nasze rzeczy albo ma lepszy pomysl jak to wszystko zabrać do krainy grilla i colta, to proszę o pomoc! Wszelkie pomysły co odwiedzić po drodze także są mile widziane – mamy 9 dni na przejechanie tego odcinka, więc przystanków może być dużo.

Share

[USA] Philadelphia – Stany na ostro

W drodze powrotnej z Waszyngtonu zatrzymaliśmy się w mieście pierwszej historycznej siedziby kongresu – Philadelphii. Wybór miejsca okazał się bardzo dobry ze względów poznawczych, troche gorzej wypadł w kategorii turystyki i odpoczynku.

Wjeżdzając do Philadelphii zauważyć można kilka rzeczy – znaczną ilość wysokościowców, dziwacznie tuningowane samochody i podejrzanie duża ilość fabryk oraz terenów przemysłowych. Jako turysta jestem wyznawcą Dwukwiata*, wiec przeoczyłem te sygnały i zamiast zastanowić się co się za tym kryje podziwiałem auta na gigantycznych felgach ze spinnerami i inne ociekające chromem kolumny basowe na kołach. Co więcej, cieszyłem się nawet, że w końcu znalazłem miasto, które zbliżone jest do przedstawianego świata bling-blingu. Nie skojarzyłem także tego, że bling-bling jest powiązany z kulturą gangsterską.

Nasz hotel oddalony był o około 30 minut spaceru od ścisłego centrum, ale okolica nie wyglądała na wyjątkowo spacerową. Przed wyjściem zajrzałem na współczesne wcielenie przewodnika autostopem po galaktyce – wikitravel – doskonałe źródło praktycznych informacji o świecie, z którego dowiedziałem się, że Philadelphia radzi sobie z problemem przestępczości – ilość zabójstw spadła o 20% w ciągu roku 2009 i obecnie większość z nich jest dokonywana na tle porachunków lub celem rozwiązania sporów związanych z narkotykami. Marne pocieszenie. Bezpieczeństwo w mieście zależy mocno od części, którą się odwiedza, przy czym najgorsza jest Philadelphia Północna. Nie trzeba być prorokiem, żeby odkryć, że dokładnie tam się znajdowaliśmy.

Hotel znajdował się w przepięknym budynku należącym do najstarszego uniwersytetu w mieście – Temple University, co uspokajało mnie trochę – wiadomo wiedza to cywilizacja, cywilizacja to rozsądek i bezpieczeństwo. Z mojej naiwnej wiary w świat wybiło mnie dopiero zdanie sugerujące, że zejście z głównej ulicy w okolicy Temple University “nie jest dobrym pomysłem”. Postanowiłem posłuchać szczególnie, że z całego 6.5 milionowego miasta to było jedyne miejsce wymienione z nazwy. Bliskość kawiarni i barów także nie pomagała, według opisu popularne są tam napady z bronią w ręku na podpitych gości tych przybytków. Decyzja o powrocie taksówką zapadła.

Wieczorem wyruszyliśmy na imprezę z okazji 4go czerwca – dnia niepodległości. Jako środek transportu “tam” wykorzystaliśmy metro. Metra świata zasługują na, zresztą już napisaną, książkę – każde jest inne, chociaż sporo z nich jest podobne. Projektanci w Philadelphi postawili nowatorstwo ponad sprawdzone schematy, dzięki czemu korzystanie z tej formy komunikacji stanowi wyzwanie zbliżone do podróży greckimi autostradami. Metro posiada osobne wejścia dla kierunków północ i południe, przy czym a) nie ma możliwości zorientować się, które gdzie jedzie, bo nie ma oznaczeń; b) trzeba wyjść na ziemie, żeby przejść z jednej strony na drugą. Do metra wchodzi się przez bramki aktywowane na metalowe żetony dostępne w automatach w zestawach po 2, 5 i 10 lub płacąc gotówką ochronie siedzącej w stalowym pomieszczeniu za zakratowanymi oknami. Aby kupić żeton trzeba zapomnieć wszystkiego, co się wie o obsłudze normalnych automatów – tamtejsze urządzenie nie posiada przycisków tylko gałkę, której obracanie nic nie robi. Po odrzuceniu wszelkich rozsądnych pomysłów zacząłem karmić automat jednodolarówkami i wygrałem – maszyna pokazała, że już włożyłem wystarczająco i gałka ożyła – obracając ją mogłem wybrać opcję 2 żetony lub 2 żetony ewentualnie 2 żetony. Następnie po wcisnięciu doskonale ukrytego przycisku (jednak był!) maszyna prychając wydała mi metalowe krążki, które pozwoliły przedostać się na odgrodzony kratami peron. Reszta drogi nie wyróżniała się niczym szczególnym – totalny brak informacji o trasie przejazdu, straszny brud i bałagan na mijanych stacjach oraz policja na peronach przestały w pewnym momencie robić wrażenie.

Impreza z okazji dnia niepodległości reklamowana była jako największy darmowy koncert w USA. Okolice od City Hall do Benjamin Franklin Parkway były szczelnie wypełnione dziesiątkami tysięcy ludzi. Ludzi dość interesujących, bo zupełnie innych. Pierwsze wrażenie jakie odnieśliśmy, to że jesteśmy jedynymi białymi ludźmi w okolicy, co okazało się oczywiście nieprawdą, a wrażenie było wywołane tym, że większość osób była zdecydowanie ciemniejszej karnacji. Dużą wadą tej sytuacji było to, że wśród białych jestem przeważnie jednym z wyższych, tam panowie z muzułmańskimi brodami przerastali mnie o głowę. Współczuję wszystkim niskim ludziom, że na codzień mają coś takiego – człowiek widziany z góry wygląda znacznie lepiej niż od dołu.

Najciekawszą prezentację przedkoncertową zapewniła grupa religijna nawracająca przechodniów, a w szczególności facet z kartką, że “Ewolucja to kłamstwo”. Jest to dobre miejsce, żeby dodać, że w USA ewolucja nie jest powszechnie uznawaną teorią, a słowo “darwinizm” ma często pejoratywne znaczenie. O ile większość stanów akceptuje nauczanie tej teorii, to niektóre, np Alabama, wymagają, żeby podręczniki opisywały ją nie jako fakt, ale jako stwierdzenie, że “istnieją naukowcy uważający, że człowiek postał w drodze ewolucji” i wymagają umieszczania naklejek ostrzegawczych na takich książkach.

Ludzie na koncercie bawili się nieźle, ja trochę mniej, głównie ze względu na wybór wykonawców – przeterminowane gwiazdy z hitami z lat 80tych oraz lokalni grajkowie wytwarzające nudne dźwięki. Można było potańczyć pod sceną (jak ktoś się przebił przez ogromny tłum), pokiwać się w miejscu lub, jak zrobiła większość osób, rozłożyć koc lub krzesłko turystyczne, i podziwiać jak się inni bujają.

Finałem impezy był pokaz fajerwerków – długi (20 minut!), intensywny i z ciekawymi rakietami. Bardzo przyjemny wieczór.

Do hotelu wracaliśmy taksówką. Po zapoznaniu się z instrukcją mówiącą, żeby przed wyjściem z taxi obejrzeć okolicę i jeśli wydaje się niebezpieczna to poprosić kierowcę, żeby odjechał, podziwialiśmy przez okna lokalny tłum – policję jeżdzącą na sygnale, ludzi próbujących wydostać się z centrum i samochody nagłaśniające ulicę basem. Basem i brzękiem blachy – głośniki montowane w autach były na tyle mocne, że widać było jak przy każdym uderzeniu bębna wygina się klapa bagażnika, a całe auta dzwoniły jak kopnięte niechcący cymbałki.

Jako że główne ulice miasta były całkiem zatkane taksówkarz zaproponował okrężną, ale szybszą trasę. Dzięki temu zwiedziliśmy osiedle do którego byśmy się sami nie zapędzili – biedne, małe domy, a przed nimi siedzący na krzesełkach, ławeczkach i krawężnikach ludzie. Dowiedzieliśmy się też do czego służy klakson – dojeżdzając do skrzyżowania ze stopem (większość w usa) zamiast się zatrzymać można zwolnić, zatrąbić i przyspieszyć.

Obawiam się, że Philadelphie oceniam przez pryzmat złej okolicy do której trafiliśmy. Mam chotę odwiedzić ją jeszcze raz wybierając jednak hotel jeszcze bliżej centrum. Przygody są fajne, ale nie wszystkie warto powtarzać.

* wiecej o Dwukwiacie znajdziesz tu: http://wysylkowa.pl/ks1155068.html

Share

[USA] Biegiem przez Washington D.C.

Stany Zjednoczone zostały zbudowane na czterech fundamentach – jedności, bezpieczeństwa, dobrobytu oraz wolności. W celu zapewnienia powyższych kongres jest zobowiązany przez konstytucję do wspierania nauki oraz do ciągłej eksploracji nowych miejsc. Będąc w Waszyngtonie czuje się powiew powyższych zasad oraz potęgi tego kraju.

Pierwszy budynek Waszyngtonu – Capitol – zoostał zaprojektowany tak, by być największym budynkiem w całej uni stanów. Gdy miasto się zaczęło rozwijac kolejne budynki, pomniki i parki były budowane tak by dorównać siedzibie parlamentu, który to zamiar został zrealizowany w pełni, dzięki czemu centrum miasta jest majestatyczne i piękne zarówno w nocy jak i za dnia. Największe wrażenie zrobił na mnie gigantyczny, blisko sześciometrowy (na siedząco), Abraham Lincoln siedzący w marmurowym budnyku wzorowanym na greckich świątyniach. Zza piętnastometrowych kolumn widać pięknie podświetlonego ojca narodu patrzącego na Monument Waszyngtona i Budynek Capitolu. Nieprawdopodobne wrażenie.


Waszyngton zaskoczył mnie pozytywnie na wiele sposobów – National Mall, parki oraz monumenty dostępne są dla zwiedzających do jedenastej w nocy(!); główne muzea oraz budynki można zwiedzać całkowicie za darmo (!!); muzea są pełne informacji (jest co CZYTAĆ!) i błyskotliwych rozwiązań. Jeden z pomysłów, który mogę podrzucić władzom Łodzi to darmowe telefoniczne przewodniki. Działa to tak, że można sobie zadzwonić na podany numer i wybrać z klawiatury numerek odpowiadający oglądanemu miejscu po czym wysłuchać opowieści czytanej przez lektora. Tanie w przygotowaniu i w użyciu, po prostu genialne!

Budynek kongresu jest nazywany wspólnym domem i jest otwarty dla każdego, kto ma ochotę go odwiedzić. Naprawdę warto to zrobić i spędzić trochę czasu na obejrzenie niedużej, acz treściwej wystawy o splecionej z historią kraji opowieści o budynku, mieście i ludziach. Historię Stanów znałem głównie przez pryzmat wojen, dat i faktów wtłaczanych mi, z dość kiepskim wynikiem, przez różnych nauczycieli. Dopiero jednak tam na miejscu zrozumiałem jak myśleli pierwsi Amerykanie i dlaczego podejmowali takie, a nie inne wybory. Ze wstydem zauważyłem też, że bardzo niewiele wiem o konstytucji USA, więc zakupiłem sobie podręczne wydanie za okrągłego dolara. Drugiego dolara wydałem na książce o fladze i jej historii. W jak głębokiej ignorancji żyłem do tej pory przekonałem się, gdy zobaczyłem pierwszą (drugą, ale pierwszą po wykopaniu anglików) flagę USA. Jak obywatel uni czuję, że powiniem był znać poniższy wzór:

Poza budynkami rządowymi i muzeami miasto oferuje szereg innych atrakcji – w tym ogromną gotycką katedrę narodową budowaną od 1907 roku. Jednym z głównych powodów pielgrzymek do tego miejsca nie jest religia, a sto dwanaście gargulców. Przy czym większść osób nie jest zainteresowana stu jedenastoma, a tylko jednym przedstawiającym Dartha Vadera. Rzeźbiarz tłumaczył się, że gargulce przeważnie przestawiają demony i diabły, a że Vader był złym bohaterem to pasuje. Nie wiem kto to zatwierdził, ale czekam na Kaczora Donalda na ostatniej wieczerzy.

Półtora dnia to zdecydowanie za mało, żeby zwiedzić Waszyngton. Czasu zabrakło na zobaczenie wielu interesujących miejsc – pentagotnu, CIA z Kryptosem przed wejściem (mam pomysł jak go odczytać!), muzeum lotnictwa, muzeum szpiegów, stary (jak na USA) rynek, bibliotekę kongresu itp, itd. Tak, Waszynton, to miasto wielu atrakcji.

Share

[USA] Aktywna sobota

Uff… Wakacje zaplanowane, hotele zabookowane, rachunki zapłacone – mozna zasiąść do bloga! A nie, jest 23:45… Wszystko przez to, że muszę jeździć do klienta, 2h dziennie w aucie i ponad 8h wysiadywania na krześle (pojęcie praca nie jest tak szerokie, żeby to objąć). Nie umiem się zorganizować w tym trybie i chyba nie chcę się nauczyć.

Skoro mam dziś nie za dużo czasu, to wrzucę skróconą listę rzeczy, które odwiedziliśmy w ubiegły weekend:

  • New London, CT – robotnicze, biedne miasto, którego nazwa musiała być nadana po złośliwości
  • Naval Submarine Base New London, CT – baza marynarki wojennej, a przy niej pasjonujące muzeum łodzi podwodnych z koronnym eksponatem – atomową łodzią USS Nautilus (SSN-571), którą mozna zwiedzać. Muzeum jest szokujące, gdyż: jest dobrze oznakowane, posiada dużo informacji pisanych, jest darmowe, ma audioguide (przewodnik odtwarzany z plastikowego pilota). Tego ostatniego brakowalo mi najbardziej w miejscach, które odwiedzaliśmy wcześniej. Anglia przyzwyczaila mnie, że zwiedzając można się i bawić i uczyć, tu ten koncept wydawał się do tej pory zupełnie obcy. Brawo! Ciekawe było to, że amerykańskie rodziny wyraźnie nie wiedziały co z tym przewodnikiem zrobić – słuchać? stać w miejscu? probować przekrzyczeć? chodzić w kółko Zupełnie jak Kargul w Chicago.
  • Florence Griswold Museum, Old Lyme, CT – muzeum impresjonizmu założone na miejscu kolonii artystycznej z początku XXw. Oryginalnie był to pensjonat, do którego zjeżdżali przeróżni malarze i, każdy na swój sposób, przenosił uroki Connecticut na płótno, a potem także na drzwi i panele ścienne. Polecam to muzeum nawet średniozainteresowanym sztuką, poza ślicznymi krajobrazami i kilkoma napawdę udanymi malowidłami amerykańskich twórców do dyspozycji mamy obsługę, która z wielką pasją opowiada o historii i ciekawostkach związanych z kolonią. Mimo, że prowincjonalne i nieduże, muzeum to przerasta wszystkie, które obejrzałem w Bostonie – wygląda nowocześnie, a na ścianach są informacje, które można PRZECZYTAĆ. Bostońskie muzea są niestety przygotowane dla analfabetów, którzy gustują w przykurzonych panelach z płyty pilśniowej.
  • Essex – mała wieś nosząca dumną nazwę brytyjskiej krainy. Jest to niewielka miejscowość, która kilka lat temu wygrała konkurs na najładniejsze miasteczko w USA. I rzeczywiście jest śliczna i sielankowa. W ramach zwiedzania odwiedziliśmy kościółek (naprawdę niechcący wpakowaliśmy się w czasie wydawania opłatków w trakcie ślubu) – wnętrze stanowiło poważną konkurencję dla Lichenia – było male, ale każdy fragment był pokryty marmurem albo czymś złotawym. Na głównej ulicy znaleźliśmy butiki ze zbyt drogimi ubraniami, sklep z mydłem i powidłem w astronomicznych cenach i dużo lodziarni. Warto odwiedzić.
  • Goodspeed Theatre – prawdziwy teatr (taki prawdziwy-prawdziwy) na totalnej prowinicji. Widownia mieści więcej ludzi niż ma otaczająca miejscowość, w środku czerwony atłas, brąz i marmury – trochę jak Londyński Drury Lane Theatre. Na przedstawienie nie udało nam się wejść, bo bilety były wyprzedane, zamiast tego poszliśmy popatrzeć jak młody pilot uczy się lądować i startować na pobliskim lotnisku. Można powiedzieć, że to była rozrywka dość wysokich lotów.
  • Zamek Gillette’a – aktora najbardziej znanego z roli Sherlocka Holmesa. Zamek jest zbudowany z kamienia i przypomina europejskie średniowieczne zamki, nawet ma trochę ruin na dachu. Ruiny te zostały starannie zaprojektowane i wybudowane na początku XXw. Całość trochę trąciła plastikiem i wydaje mi się dobrą reprezentacją dla Stanów Zjedonczonych – kilka lat historii, ale można zapłacić, żeby wyglądało na zabytkowe.
  • Rezerwat Foxwoods – indianie w USA cieszą się wieloma przywilejami socjalnymi i podatkowymi, którymi rząd amerykański gasi poczucie winy. Jednym z przywilejów są rezerwaty, w których indianie mogą ustanawiać swoje prawa i żyć tak jak chcą. W ten sposób rezerwat Foxwoods zamienił się w betonowy jarmark – całość terenu pokryły hotele i kasyna. Skorzystaliśmy z gościnności i przegraliśmy w jednorękim bandycie $8.5 (ale przez moment byliśmy na plusie!), minęliśmy salę wielkostawkowego bingo (do wygrania Chevrolet Corvette), teatry i sale koncertowe, na których scenie występowali między innymi Elvis Presley, Michael Jackson i Britney Spears. Zrezygnowaliśmy z ofery restaruracji, ominęliśmy sklepy z pamiątkami i odjechaliśmy w siną dal. Przyznaję się, że uważam amerykańskie stosunki z indianami jako głupie. Pradziad jednego był tak głupi, że za butelkę whiskey i kilka wisiorków oddał pół lasu, a teraz ich prawnukowie bezwzględnie rypią pracujących Amerykanów na opiece zdrowotnej, podatkach i świadczeniach socjalnych, a gdy ktoś o tym coś wspomni, to krzyczą “ukradliście nasze ziemie, to nam się należy!”. Jednocześnie prawnukowie “gnębionych” butelkami wody ognistej w swoich wigwamo-kasynach nie zatrudniają ani jednego rdzennego mieszkańca. I tak pewnie by żaden się nie pofatygował do pracy, bo dostaje za darmo nieopodatkwoane pieniądze socjalne. I może też z tego powodu, że 95% “indian” ma w sobie mniej niż 10% natywnej krwi, a z religią przodków łączy ich tylko rabat podatkowy. Głupie, złe, niesmaczne.

O, i tyle zdążyliśmy zobaczyć w poprzednią sobotę. Niedziela minęła nam na pokazach lotniczych, a potem poniedziałek i wtorek na odzyskiwaniu jakotakiej równowagi. Trochę się boję, bo w poprzedni tydzień przejechaliśmy około 400 mil, na ten planujemy ponad 1000. Mam nadzięję, że i ja i auto damy radę.

Aaaa, przypomniało mi się niedzielne śniadanie w hotelu. Ceny hoteli, nawet przydrożnych bud, śa tutaj gdzieś między “bardzo drogo” a “kosmicznie drogo”, co niestety nie ma odzwieciedlenia w jakości. Za nocleg w Warwick, RI zapłaciliśmy $60 i to tylko dlatego, że Ewelina znalazła serwis, który sprzedaje noclegi w anonimowych hotelach, ale za to tanio – hotwire.com. Działa to tak, że podaje się region, oni pokazują, że dwugwiazdkowy kosztuje tyle i tyle, a trzygwiazdkowy tyle i tyle. Nazwę hotelu poznaje się dopiero po zapłaceniu. My wylosowaliśmy Comfort Inn, który był całkiem znośny tak długo jak się nie patrzyło na sufit i nie ma się wymagań odnośnie ilości kołder i prześcieradeł, ale po takim przydługim dniu usnąłbym nawet w aucie. Chyba właśnie odkryłem sposób na spanie tanio w czasie wakacji – tak się sponiewierać, żeby deska wydawała się pięknym łożem! Ale wracając z dygresji – oferowane śniadanie składało się tostów, sera topionego i… maszyny do pieczenia gofrów. Na blacie stało takie wielke pudło z kranikiem, z którego przelewało się trochę mazi (ciasta?) do kubka, nastpępnie psikało się sprejem na gofrowicę (zabrako mi odwagi, żeby sprawdzić co to za sprej), wylewało się maź i po dwóch minutach wyciągnąć można było gorfa. Efekt zjedzenia tego wynalazku przypominał połknięcie cegły, ale dzięki temu mogliśmy zrezygnować z obiadu. Dziś wyczytałem, że przeciętny amerykanin w ciągu ostatnich 30 lat zwiększył ilość przyjmowanych kalorii z 1900 do 2300. Nie wierzę w to, jestem przekonany, że albo mają tu wielką armię głodujących ludzi, którzy zaniżają średnią, albo ktoś źle zrobił badania. Na moje oko, to oni zjadają z 3500 dziennie, o ile się nie obiadają. Po tutejszych posiłkach zatęskniłem za owocami i sałatą! Naprawdę z własnej woli ostatnio zjadłem jabłko!

ps. Jest pierwsza 1:02, nie wyszło mi skracanie. Dobranoc i dzień dobry.

Share