[USA] Kraina uschnietych kaktusow

Dziś pierwszy raz widziałem Teksas i po trzech godzinach zwiedzania stwierdzam, że mi się bardzo podoba. Około 19tej samochód pokazywał wciąż 108 st F, czyli taką samą pogodę jaką mają tu od kilku tygodni. Bardzo mi odpowiada takie ciepło, szczególnie gdy o dziesiątej wieczorem można się taplac w hotelowym basenie patrząc w niebo. Z tego powodu opis Nagara Falls opóźniam, a wrzucam kilka spostrzeżeń na (nomen omen) gorąco.

Mojego entuzjazmu do aury nie podziela lokalna przyroda. Juz z samolotu bylo widac, ze Teksas jest żółty, a to od koloru trawy, ktora w znacznej części jest spalona słońcem.

Upał ma też wpływ na agawy i kaktusy. Te, które wytrzymały wyglądają rewelacyjnie, inne się poddały i wyglądają jak baloniki z wypuszczonym powietrzem. Na zdjęciu są te ładniejsze.

Bardzo podobają mi się tutaj krowy, które występują w dwóch postaciach:
* rogów przymocowanych do wszystkiego – samochodów, budynków wewnątrz, budynków na zewnątrz, reklam itp
* na talerzach w ilościach hurtowych. Na to drugie trzeba uważać, np z dania “trzy krowie żeberka” dwa wynieśliśmy w pudełku na później.

Rzeczą, której nie da się tu przeoczyć są drogi, które są szersze niż długość niektórych ulic w Europie. Wielopasmowe autostrady przestają mnie już trochę dziwić, za to nie mogę wyjść podziwu dla ilości asfaltu i betonu (spora część dróg jest betonowa) wylanego na osiedlach mieszkaniowych i między Austin a przylegającymi miastami. Dość ciężko jest przez to oszacować czas przejazdu przez skrzyżowanie – ciężko jest “przemknąć” przez 6 pasów. Ale nie tylko na szerokość budowali drogi, ale także w górę. Wielopoziomowe skrzyżowania już widziałem wcześniej, ale nigdy nie takie o wysokości solidnego wieżowca.

A na dobranoc landszafcik:

Share

[USA] Dzień trzeci – na zachód poprzez Nowy Jork

Trzeci dzień wycieczki spędziliśmy śpiewając lekko zmodyfikowaną wersję Ballady Wagonowej Maryli Rodowicz – “dwóch pasażerów PT Cruiser wiózł, od Saratoga Springs do Syracuse”. Mrozu akurat nie mieliśmy i przez Syracuse mieliśmy tylko przejechać, ale to miasto nie kojarzy mi się absolutnie z niczym innym. Tu przyszedł moment na refleksję – słuchając kilka lat temu Maryli (i nie tylko) nie wyobrażałem sobie, że możliwe jest zobaczenie tak odległych miejsc. A teraz wsiadam w auto, jadę i jestem. To jest piękne!

Wracając do faktów – noc spędziliśmy w hotelu w centrum Saratogi, która okazała się całkiem przyjemnym kurortem. Według przewodnika jest to jedno z głównych miejsc, gdzie nowojorczycy jeżdżą, żeby odpocząć. Chyba akurat nie byli zmęczeni, bo miasto wyglądało na zdecydowanie zbyt puste; do tego stopnia, że na festyn rzemiosła odbywający się w parku nie weszliśmy, bo wydawało mi sie, że jeszcze nie został otwarty – dokładnie ani jednego kupującego nie było. Obawiam się, że może to być spowodowane ograniczonymi urlopami.

Nasz hotel nie oferował rozsądnego śniadania. Tzn $3 za tosta, $3 za kubek soku, $4 za płatki + $3 za mleko, $3 za jajko, $4 za kiełbaskę i $5 za kawę (plus napiwek i podatek stanowy) itp uważam za lekko nierozsądne. Może czterogwiazdkowe jajko jest na tyle lepsze, że usprawiedliwia to cenę, ale na razie nie jestem przekonany. Gram ostatnio w totolotka, jak wygram, to sprawdzę. Tak czy inaczej moje skąpstwo dało nam szansę porannego spaceru w poszukiwaniu lokalnej jadłodajni. Główna ulica Saratogi przypomina trochę krupówki, ale z dopuszczonym ruchem samochodów środkiem*. Znaleźliśmy wszystko co chcieliśmy – jadłodajnię ze znakiem jakości (tzn. wypełnioną po brzegi lokalnymi ludźmi), sklep z pamiątkami i publicznie dostępne źródełko z wodą mineralną, którą z resztą wciąż mamy, bo jest tak słona, że ciężko się ją pije. W Saratoga Springs zwiedziliśmy także park zdrojowy, nabraliśmy jeszcze więcej niesmacznej (musi być zdrowa) wody, objerzeliśmy z zewnątrz wielkie budynki parkowe oraz pusty basen i ruszyliśmy dalej (do Syracuse!).

Mówiłem to już kilka razy, ale powtórze jeszcze raz – stany zjednoczone są wielkie. Z tego powodu aż do Syracuse pojechaliśmy autostradą, a dopiero pozniej skręciliśmy na północ w stronę Oswego. Już od zjazdu z autostrady widać wyraźnie – że stan Nowy Jork jest inny niż Massachusetts. Odległości między domami są jeszcze większe, miasta wyglądają na znacznie starsze, a ich ścisłe centra na scenografie westernów (małe sześcienne domki połączone szeregowo). Mijane miasta są znacznie mniej wybetonowane niż na wschodzie, na przykład komisy samochodowe trzymają auta na trawie zamiast na asfalcie, co sprawia bardzo swojskie i wakacyjne wrażenie. Podoba mi się,
Druga rzecz, którą można widać z drogi to sprzedaż lokalna. Przy ulicach stoi bardzo dużo aut charakterystycznie wystawionych daleko od domu, a blisko drogi. Najpierw myślałem, że niektórzy bardzo się lubią chwalić jakie ładny samochód (albo kosiarkę, traktor, przyczepę, łódkę itp) mają, ale w końcu wypatrzyłem, że większość z nich ma niewielką informację “na sprzedaż”. Jestem przekonany, że widziałem już podobnie wystawiane sprzęty, ale tam to wyglądało bardzo harmonijnie i dobrze wkomponowywało się w krajobraz. Podobnie jak stoiska farmerów – wzdłuż całej drogi łatwo było kupić świeżą kukurydzę, pomidory i melony. Niektóre z wystawionych stoisk były samoosbługowe – należy sobie samemu zważyć, zapakować i wrzucić pieniądze do przygotowanej skarbonki. Wieś amerykańska ma coś w sobie pociągającego.

Kolejnym przystankiem na trasie było Oswego, niewielkie miasto z fortem, który nie wytrzymał oblężenia brytyjczyków. Obsłudze fortu nie można odmówić pomysłowości – na drugim brzegu rzeki rozbili bardzo dużo pustych namiotów, żeby najeźcy się wystaraszyli ogromu wojsk czekających i zajęli się atakowaniem pustego obou. Fortel działał przez chwilę, ale stosunkowo niedługą – anglicy zaatakowali puste namioty, ale dość szybko zorientowali się, ze coś jest nie tak, więc wycofali się i przeprowadzili normalny szturm. Ford padł po dniu ataku.

Ostatni etap drogi pokonywaliśmy małymi drogami rozkoszując się widokiem lasów, pół, farm, wrzosów i temu podobnych wiejskich atrakcji. Po drodze zatrzymaliśmy się w lokalnej jadłodajni, w której byliśmy chyba jedynymi ludzmi, którzy nie znali wszystkich pozostałych, a następnie zatrzymaliśmy się na Sodus Point popatrzeć na zachód słońca nad jeziorem Ontario oraz starą latarnię morską (? jeziorną?), która nie stoi przy wejściu do zatoki. Jak ją budowali, to wejście stała prawidłowo na cyplu sygnalizując drogę do portu, jendak jezioro naniosło tyle piasu, że teraz latarnię od kanału dzieli ponad półtora kilometra. Muzum nie zobaczyliśmy, bo już było zamknięte, ale zrobiliśmy kilka zdjęć, m.in.:

Nie dokładnie pamiętam jak dojechaliśmy do hotelu, pamiętam tylko gorącą wannę z bąbelkami. To akurat amerykanie naprawdę dobrze wymyślili.

* Deptaki są wogóle rzadkością w USA, nawet po cmentarzach jeździ się autem.

Share

[USA] Huragan Irene przeszedł…

… bokiem. Może jestem złośliwy, ale im dłużej mówili nam jaki straszny to będzie Huragan, tym bardziej spodziewałem się tego co zastałem:

Przy okazji pozdrowienia dla prezydenta Obamy, który wykorzystał medialne zamieszanie do zbijania politycznego kapitału komentując, że zadba, żeby skutki huraganu były znacznie mniejsze niż spowodowała Katrina za czasów Busha. Miał gwarancje, że mu się uda, bo w momencie gdy to mówił Irene była wygasającycm huraganem kategorii 1 podczas gdy Katrina uderzając w Louisiane przyspieszała od kategorii 3 do kategorii 4. Pełen sukces Obama osiągnął, teraz może zaklinać ranking USA do AAA albo AAAA. Powodzenia.

ps. Huragan Irene mimo mniejszej niż zapowiedzianej siły sprawił dużo kłopotów i bardzo współczuję wszystkim dotkniętym. My mieliśmy szczęście i nas ominęło mimo, że zapowiadali, że wiatr przeleci dokładnie nad nami.

Share

[USA] Przygotowania do Huraganu Irene

Od kilku dni wschodnie stany przygotowują się na przybycie huraganu i z tego co widzę, to robią to nadspodziewanie sprawnie. Wiadć dostkonałą organizację, ludzie wyraźnie realizują wcześniej przygotowane plany. Poza ostrzeżeniami i ciągłymi informacjami w mediach dostałem trzy emaile jak się przygotować – od pracodawcy, od dostawcy prądu i od administracji osiedla. Wszyscy powtarzają te same zalecenia, w szczególności listę zasobów do przygotowania. Jako najważniejsze wymienione są:
* woda (minium 1 galon (3.7 litra) dziennie na osobę)
* jedzenie, w szczególności mleko w proszku dla dzieci
* nieelektryczny otwieracz do puszek (naprawdę!)
* latarki i zapasowe baterie
* przenośne radio
* koce
* podstawowe leki
* książki, gry i zabawki

Lista towarów drugiej potrzeby zawiera także: gotówkę, pakiet do zabrania w przypadku ewakuacji (kopie najważniejszych dokumentów, nieodtwarzalne pamiątki), mapę okolicy, samochód zatankowany do pełna, balsam przeciwsłoneczny, artykuły dla zwierząt (klatka, smycz, jedzenie, dokuemnty), artykuły higieniczne, zapasowe ubrania.

Instrukcje sugerują także przygotowanie listy punktów spotkań w przypadku gdyby rodzina została rozdzielona i papierowej wersji listy kontaktów (bym zapomniał, a moja komórka bez ładowania działa z 18h). Proszą, żeby słuchać zaleceń o ewakuacji, być przygotowanym i nie wychodzić z domu. Moja firma przygotowała specjalną linię telefoniczną, która będzie udzielała inforamcji o pogodzie, warunkach drogowych, otwartych biurach itp.

Mimo, że dotychczasowe doświadczenia z USA podpowiadają mi, że oni zawsze dużo więcej mówią niż później dzieje się w praktyce, to jednak postanowiłem posłuchać porad i przygotwać się do huraganu. Zacząłem od zakupów i widać, że nie tylko ja. Poniższe zdjęcie przedstawia alejkę z wodą mineralną w lokalnym supermarkecie.

Przed chwilą odkryłem, że radio, które kupiłem nie odbiera stacji pogodowej, bo ta nadaje na specjalnych częstotliwościach (163MHz) o czym dowiedziałem się dopiero po czasie. Na szczęście lokalni nadawcy także mają informować o ewentualnych kompilacjach i ewakuacji.

W ramach przygotowań kupiłem także dużo chleba i owoców, czekoladę, świeczki, świecznik, słownik wyrazów bliskoznacznych* i hula-hop*. Deszcz już zaczął padać, nie zostaje nam nic innego niż czekać i obsewować.

* mam straszną słabość do marketu “wszystko za dolara”.

Share

[USA] Garść zdjęć

Dla urozmaicenia podrózy po USA z przewodnikiem Marcinem postanowiłem udostępnić kilka zdjęć. Niestety nie zdążyłem wszystkich opisać, niecierpliwi mogą zajrzeć:

Spora kolecja zdjęć, które pokazują USA jakie spotykam na codzień. Zdjęcia są różnej jakości, niektóre wymagają komentarza, który zostanie dodany jutro. Fotografie prezentują zarówno obraz zwyczajnej ulicy jak i przyciągających wzrok szczegółów. A inne mi się po prostu podobają.

Pierwsza wycieczka do Bostonu. Także jeszcze bez komentarzy.

Zdjęcia mojego Optymisia z jego podróży po USA. A tu akurat komentarze są!

Share

[USA] Dzień drugi – do Ciechocinka!

Dziś około godziny 14:00* spodziewałem się, że będę pisał nie o wakacjach, ale o trzęsieniu ziemii, które miało miejsce gdzieś w północnej Virgini**. O całej sprawie dowiedzieliśmy się gdy żona kolegi z pracy zadzwoniła przestraszona, że ich dom (w Massachusetts) się zatrząsł. Biuro mojego klienta musi być solidnie zbudowane, bo nic nie poczuliśmy, tylko kolega Amit chodził po biurze i opowiadał – najpierw, że mu się przewróciła kawa, potem siła wstrząsów tak rosła, że w końcu dowiedzielismy się, że jego komputer podskoczył i obkręcił się o 360 stopni w powietrzu. Serwisy informacyjne pokazały trzęsącą się lampę podłogową, zawaloną ścianę na budowie i supermarket z porozrzucanymi na podłodze puszkami. Poczytałem trochę i o ile rzeczywiście było to największe trzęsienie ziemii w tym regionie od drugiej wojny światowej, to nie jest to coś specjalnie wyjątkowego – trzęsień o tej sile rocznie notuje się około 800. Jesteśmy cali i zdrowi, serdecznie dziękuję za pytania o nasze zdrowie!

Wracając do wycieczki – drugiego dnia padało solidnie. Prognoza pogody mówiła, że nie przestanie i pierwszy raz się sprawdziła. Nauczeni w Londynie, że “nie ma złej pogody, jest tylko źle dobrane ubranie” postanowiliśmy kontynuować podróż zgodnie z nieplanem***. Pierwsze 150 kilometrów spędziliśmy na autostradzie słuchając audycji LBC o zamieszkach w Londynie i zastanawiając się jakby takie zamieszki przebiegały u Wuja Sama. Obawiam się, że zamiast kordonu popijającej herbatę policji (zdjęcie z prawiej jest autentyczne) na ulice by wyszła uzbrojona po zęby drużyna specjalna, przykładnie zastrzeliła kilku awanturników, a potem by wystawiła by pozostałym rachunek za wystrzelną z ich winy amunicję.

W okolicach Sprinfield z autostrady skręciliśmy na północ na małe lokalne drogi zwiedzać “prawdziwą Ameryką”. Przejechaliśmy przez Northampton, które okazało się podobnie porywające, co jego Angielski odpowiednik (przy czym nie wykluczam, że podobnie miłe) i kontynuowaliśmy drogę w kierunku Deerfield aby zobaczyć doskonale zachowaną historycznej części miasta składającą się z trzystuletniej drogi i kilkunastu XVIII-XIX wiecznych budynków. Dopiero wczoraj dowiedziałem się, że w Deerfield 20% ludzi przynaje się do polskich korzeni (w całych stanach za Amerykanów Polskiego Pochodzenia uważa się 3% ludności!). Równie zaskakujące co liczba polonusów były polskie garnki w sklepach z pamiątkami. Jedną z pierwszych rzeczy, którą kupiłem tu w USA były polskie kubki kamionkowe, ale myślałem, że to przypadkiem trafiło do sklepu. Teraz już wiem, że to jest jeden z podstawowych towarów w sklepach z pamiątkami, tak jak każdy supermarket musi sprzedawać szynkę konserwową Krakus (muszę ją kiedyś spróbować, może naprawdę jest dobra?). Aby za przyjemnie nie było odkryliśmy, że wszystkie muzea są pozamykane po 16tej, więc Deerfield zobaczyliśmy tylko z zewnątrz.

Po odjechaniu 150km od Bostonu Ameryka jest zupełnie inna i, co stwierdzam trochę z żalem, znacznie fajniejsza. Domy są od siebie znacznie bardziej oddalone niż tu na wybrzeżu, przydrożne wsie z czterdziestu chałup potrafią ciągnąć się na kilka kilometrów. Miasto Floryda, które przy 676 mieszkańcach ma 63.6km2 powierzchni wciąż jest uznawane za umiarkowanie gęsto zamieszkane – jest 24te pod względem gęstości w swoim hrabstwie.

Kolejna rzecz, która pojawia się gwałtownie i bez wyraźnego powodu to sklepy z pamiątkami. Południowe Massachusetts, stan Nowy York, Maine i Vermont zwiedzaliśmy jeżdżąc małymi drogami i wszędzie znajdowaliśmy sklepy sprzedające mieszaninę lokalnych produktów, polskich garnków i chińskich figurek. Niektóre sklepy znajdowały się w tak małych miejscowościach, że lokalne pamiątki były “produkowane” przez sklepikarzy przez dopisywanie czarnym mazakiem nazwy miesca na uniwersalnych magnesach czy zabawkach. Bardzo mi się to podoba, chociaż zupełnie nie rozumiem z czego się te sklepy mogą utrzymywać.

Ostatnim przystankiem dnia drugiego był Ciechocinek. Tak naprawdę miasto nazywało się Saratoga Springs, ale wyglądało jak Ciechocinek bez tężni i kurortowiczów. Ale dużo nie zobaczyliśmy tego wieczora, bo przyjechaliśmy kolo 22:00 (dzie-sią-tej wieczorem) i dalej padało. Obejrzeliśmy je dopiero następnego dnia, więc opiszę je dopiero jutro.

* albo cytujac jednego ze spotkanych amerykanow “dla tych co nie rozumieją formatu wojskowego – o drugiej po południu” – serio nam tak tłumaczył!
** lub jak podają tutejsze media – “gdzieś w okolicach Washington D.C.” – i bardziej sensacyjnie brzmi, i wiecej osób zlokalizuje to na mapie…
*** planu wycieczki nie mieliśmy, z dnia na dzień wyliczaliśmy optimum lokalne do wyznaczenia kolejnego noclegu i zarysu trasy, a szczegóły wyznaczaliśmy w drodze w oparciu o znalezione ulotki, przypadkiem przegapione zjazdy i napotkane tablice informacyjne.

Kilka zdjęć z drogi:


Wiejska babka.


Sklep z pamiątkami.


Osiedle domów mobilnych.


Restauracja na największym zakręcie drogi, dolina schowana w chmurach.

Share

[USA] Wakacji dzień pierwszy

Pierwszy dzień wycieczki był już raz wspomniany tu na blogu, ale zaczynanie relacji od dnia drugiego wygląda głupio, więc opisuję ponownie.

Wycieczkę nad Niagarę rozpoczęliśmy jadąc w złym kierunku – do Maine, na północny wschód. W ten sposób załapaliśmy się na ostatnie dni lata, które w “Wakacyjnym Stanie” zaczyna się bardzo późno, ale za to kończy się bardzo wcześnie. Według wszelkich przewodników czyni to ten stan idealnym miejscem dla szukaczy jesiennych liści. Jak dziwnie by to nie brzmiało, to Fall Foliage jest na tyle dużą atrakcją turystyczną, że władze stanu aktywnie wspomagają tych ludzi, m.in gromadząc i udostępniając statystyki dotyczące sezonu czerwienienia liści. Główne serwisy pogodowe w USA także prezentują mapy ujesieniowienia drzew. Jakbym miał wybierać, to chyba wolę to zajęcie od “łowców burz” – ludzi, którzy jeżdżą z aparatem tam, gdzie ogłoszony jest alarm o huraganie albo planowane są wielkie opady.

Ze względów sentymentalnych do angielskiego Bath, postanowiliśmy zwiedzić miasto o tej samej nazwie, ale po drugiej stronie oceanu. Jak twierdzą jego mieszkańcy miasto jest jednym z “Najładniejszych Małych Miast w USA”, a głównymi atrakcjami miasteczka są muzeum morskie (już było zamknięte) i (uwaga, uwaga…) czekoladowy kościół. Dopiero na miejscu zorientowałem się, że przymiotnik w nazwie nie definiuje materiału budowlanego ani nawet funkcji, a kolor – podczas zmieniania funkcji budynku z religijnej na artystyczną został on przemalowany na brązowo. Od początku wydawało mi się, że Kult Wyznawców Milki z Orzechami by się nie reklamował na tablicach, ale nadzieję warto mieć do końca.

Główna ulica miejscowości rzeczywiście była bardzo ładna i spokojna, z szeroką gamą przybytków kulinarnych do wyboru – od budki z kebabem do całkiem przyjemnie wyglądających restauracji. Do tego kilka galerii oraz obowiązkowy sklep sznurek, mydło i powidło. Całość na dobry kwadrans zwiedzania (nie licząc muzeum), co nie jest złym wynikiem jak na tą część kraju.

Linia brzegowa Maine ma około 400 km długości, przy czym jest tak pofalowana, że po wyprostowaniu wszystkich zatok łączna długość wyniosłaby 5600 km (nie licząc wysp). Jak już pisałem wcześniej naprawdę ciężko jest to zobaczyć, bo stan jest zalesiony w sposób absolutnie uniemożliwiający zorientowanie się co się dzieje dalej niż 50m od miejsca gdzie się stoi/jedzie. Chcąc zobaczyć morze skręciłem z Bath na wschód (tam musi być jakaś cywilizacja) i całkiem niespodziewanie dotarliśmy do Fortu Popham. Dlaczego niespodziewanie? Bo Amerykanie jeszcze nie odkryli, że oznaczenie atrakcji turystycznych by mogło komuś pomóc albo zainteresować kogoś zwiedzaniem.

Fort Popham został wybudowany podczas Wojny Secesyjnej i był w pełni obsadzony podczas pierwszej i drugiej wojny światowej, jednak nigdy nie został przez nikogo zaatakowany. W środku fortu znaleźliśmy całą serię tablic informacyjnych (ładnych i interesujących!), z których dowiedziałem się, że do strzelania z armaty potrzeba było aż ośmiu osób. Dodatkowymi atrakcjami były stalaktyty i stalagmity, co pokazuje, że kiepski wybór materiałów budowlanych pozwala uzyskać to, co na natura potrzebuje w normalnych okolicznościach dziesiątek tysięcy lat.

Dzień pierwszy zakończyliśmy wizytami na stacjach benzynowych, kawiarniach i fotografowaniu wszystkiego co nie uciekało na drzewo, ale zamiast to opisywać idę spać, żeby zbierać siły na jutrzejsze opisywanie dnia drugiego – deszczu, sklepów i miejscowości gdzie 20.5% ludzi ma polskie pochodzenie.

Share

[USA] 2700 kilometrów w 7 dni

Dzisiejszy wpis prezentuje trasę, którą pokonaliśmy w ciągu ostatniego tygodnia. W tym krótkim, ale intensywnym czasie pokonaliśmy 2700 kilometrów autostrad, dróg lokalnych i gruntowych (czasami w dość nieoczekiwanej kolejności) i wydaliśmy małą fortunę na hotele, paliwo oraz posiłki w przeróżnych jadłodajniach, dzięki czemu poznaliśmy kilka nowych obliczy Stanów Zjednoczonych.

Każdy kolor na mapie poniżej odpowiada odcinkowi przejechanemu w jednym dniu. Jak widać w kilku miejscach jeździliśmy w kółko (mój ulubiony odcinek to okolice Albany szóstego dnia gdy próbowałem dojechać do Akademii Policyjnej i nie mogłem wycelować w odpowiedni wjazd).

Wakacje dzień po dniu:

  • Dzień 1 – Dom – Maine – Dom
  • Dzień 2 – Dom – Saratoga Springs
  • Dzień 3 – Saratoga Springs – Rochester
  • Dzień 4 – Rochester – Niagara Falls – Rochester
  • Dzień 5 – Rochester – Albany
  • Dzień 6 – Albany – Rutland
  • Dzień 7 – Rutland – Dom

Mapę zdecydowanie lepiej jest oglądać w dużym powiększeniu – kliknij tutaj, żeby otworzyć ją w nowym oknie. Napisy “Dzień 1 – 6” nad mapą są klikalne i pozwalają włączać/wyłączać poszczególne odcinki. Kolejne wpisy będą dokumentowały co widziałem, co słyszałem i co o tym pomyślałem każdego dnia.

Pokaż dużą mapę w nowym oknie

Share

[USA] Zwiedzanie New England w deszczu

W Massachusetts kolejny dzień pada. Niedzielę spędziliśmy w poszukiwaniu słońca na wycieczce do Maine, co nauczyło nas sprawdzać nie tylko prognozę pogody, ale dokładnie nazwy miast. Udało mi się pomylić Portland z Portsmouth, dzięki czemu niedoszacowałem wycieczki o jakieś 4 godziny. Moim skromnym zdaniem nie powinno się używać tak podobnych nazw dla miast na wybrzeżu oddalonych o dwie godziny drogi*…

W Maine przytłoczyła nas zieleń. W normalnych okolicznościach roślinność raczej uspokaja, tam jednak na otoczenie dróg przywoływało wyobrażenie lawiny albo rozstępujących się wód Morza Czerwonego – z groźbą natychmiastowego zawalenia się ścian jak się trochę nagrzeszy. Jechaliśmy drogami przy samym oceanie, a odrobinę wody zobaczyliśmy dopiero gdy dojechaliśmy do samego czubka półwyspu.

Gęstość zaludnienia w Maine jest dokładnie osiem razy mniejsza niż w Polsce (16 vs 120 osób/km2), co widać po kurortach turystycznych – wyglądają jak miniaturki europejskich – dwie knajpki, trzy sklepy z pamiątkami i plaza. Jednocześnie “Wakacyjny Stan” wyglądał przyjaźnie – zamiast popularnych w USA plastikowych “marmurów” i ogólnego nadęcia znaleźliśmy dużo przyczep kempingowych i uśmiechniętych ludzi. W sklepie z pamiątkami dostałem 20% zniżki zamiast 20% obowiązkowego napiwku. Tzn babka się pomyliła przy nabijaniu na kasę, ale jak jej powiedziałem, ze mi wychodzi jakoś więcej, to prychnęła i podziękowała, po czym spojrzała na mnie z uśmiechem jakbym się urwał z choinki. Kiedyś chcę tam pojechać na wakacje, najchętniej w okolicach wczesnej emerytury.

W tym tygodniu podróżujemy na zachód – w stronę stanu Nowy Jork i wodospadu Niagara. Dziś też dostaliśmy gratis, gdy zatrzymaliśmy się gdzieś w górach zachodniego Massachusetts na późny obiad. Knajpa miała wyjątkowy niedostatek kadry i kelnerka dosłownie biegała od stolika do stolika. Jak się zorientowała, że nie mamy typowo amerykańskich wymagań odnośnie obsługi (zabawiania rozmową, pytań co dwie minuty czy wszystko nadal jest dobre itp), to dostaliśmy gratis trzy herbaty.

Po pobycie w Anglii herbatę nauczyłem się traktować poważnie i z pokorą. Tutaj niestety tego nie umieją. Amerykanie jako pierwsi na świecie wymyślili niekończące się napoje (nie obejmuje piwa), tzn. płaci się za jedną colę czy kawę, a jak tylko jej poziom opadnie w kubku poniżej 20%, to przybiega ktoś i dolewa do pełna. Z herbatą próbowali zrobić podobnie, co zaowocowało dość dziwacznym pytaniem “czy chcecie jeszcze gorącej wody do swojej herbaty?”. Barbarzyńcy.

Osiem godzin na deszczowej drodze utwierdziło mnie w przekonaniu, że piętnaście tysięcy aktów prawnych Związku Socjalistycznych Republik Europejskich* ma trochę zalet. Amerykańska wolność zupełnie nie uwzględnia prawa innych ludzi do wygodnego i bezpiecznego życia. Przyzwyczaiłem się, że dozwolone jest jeżdżenie na długich światłach kiedy tylko się ma na to ochotę i przy odrobinie wprawy w obracaniu lusterek, zwalnianiu tak, żeby dać się wyprzedzić i patrzenia bardzo daleko w prawo można prawie nie zauważać oślepiających idiotów. Ich kraj, ich prawa. Dziś za to odkryłem, że Unia Europejska musi regulować ilość wody rozchlapywanej przez auta jeżdżące po deszczu. Dokładnie każdy Chrysler, Buick, Pontiac czy Ford wznieca za sobą wielką chmurę wody podczas gdy VW, Audi czy Porsche zostawiają drobną mgiełkę. Azjaci albo też planują dużą sprzedaż do Europy albo też myślą o tych, których mijają – jazda za Mazdą, KIA czy Toyotą to czysta przyjemność – nic nie chlapie, nic nie pryska. Muszę spytać jakiegoś autochtona czy posiadając wielkiego pickupa Dodge nie ma się świadomości jak to przeszkadza innym czy ma się tą świadomość, ale się tym nie przejmuje, bo “jestem wolny, mam prawo chlapać ile mam ochotę”.

Miałem iść spać jakieś dwie godziny temu, żeby jutro zwiedzać na całego i potem mieć siłę to opisać. Nie wyszło ale lecę ratować resztki snu. Do przeczytania!

* można by odnieść wrażenie, że trochę dałem ciała, ale chętnie zwalę winę na kogoś innego
** zwanych czasem “Unią Europejską”

Share