[USA] Dzień drugi – do Ciechocinka!

August 24th, 2011 | Categories: Uncategorized, USA | Tags: , ,

Dziś około godziny 14:00* spodziewałem się, że będę pisał nie o wakacjach, ale o trzęsieniu ziemii, które miało miejsce gdzieś w północnej Virgini**. O całej sprawie dowiedzieliśmy się gdy żona kolegi z pracy zadzwoniła przestraszona, że ich dom (w Massachusetts) się zatrząsł. Biuro mojego klienta musi być solidnie zbudowane, bo nic nie poczuliśmy, tylko kolega Amit chodził po biurze i opowiadał – najpierw, że mu się przewróciła kawa, potem siła wstrząsów tak rosła, że w końcu dowiedzielismy się, że jego komputer podskoczył i obkręcił się o 360 stopni w powietrzu. Serwisy informacyjne pokazały trzęsącą się lampę podłogową, zawaloną ścianę na budowie i supermarket z porozrzucanymi na podłodze puszkami. Poczytałem trochę i o ile rzeczywiście było to największe trzęsienie ziemii w tym regionie od drugiej wojny światowej, to nie jest to coś specjalnie wyjątkowego – trzęsień o tej sile rocznie notuje się około 800. Jesteśmy cali i zdrowi, serdecznie dziękuję za pytania o nasze zdrowie!

Wracając do wycieczki – drugiego dnia padało solidnie. Prognoza pogody mówiła, że nie przestanie i pierwszy raz się sprawdziła. Nauczeni w Londynie, że “nie ma złej pogody, jest tylko źle dobrane ubranie” postanowiliśmy kontynuować podróż zgodnie z nieplanem***. Pierwsze 150 kilometrów spędziliśmy na autostradzie słuchając audycji LBC o zamieszkach w Londynie i zastanawiając się jakby takie zamieszki przebiegały u Wuja Sama. Obawiam się, że zamiast kordonu popijającej herbatę policji (zdjęcie z prawiej jest autentyczne) na ulice by wyszła uzbrojona po zęby drużyna specjalna, przykładnie zastrzeliła kilku awanturników, a potem by wystawiła by pozostałym rachunek za wystrzelną z ich winy amunicję.

W okolicach Sprinfield z autostrady skręciliśmy na północ na małe lokalne drogi zwiedzać “prawdziwą Ameryką”. Przejechaliśmy przez Northampton, które okazało się podobnie porywające, co jego Angielski odpowiednik (przy czym nie wykluczam, że podobnie miłe) i kontynuowaliśmy drogę w kierunku Deerfield aby zobaczyć doskonale zachowaną historycznej części miasta składającą się z trzystuletniej drogi i kilkunastu XVIII-XIX wiecznych budynków. Dopiero wczoraj dowiedziałem się, że w Deerfield 20% ludzi przynaje się do polskich korzeni (w całych stanach za Amerykanów Polskiego Pochodzenia uważa się 3% ludności!). Równie zaskakujące co liczba polonusów były polskie garnki w sklepach z pamiątkami. Jedną z pierwszych rzeczy, którą kupiłem tu w USA były polskie kubki kamionkowe, ale myślałem, że to przypadkiem trafiło do sklepu. Teraz już wiem, że to jest jeden z podstawowych towarów w sklepach z pamiątkami, tak jak każdy supermarket musi sprzedawać szynkę konserwową Krakus (muszę ją kiedyś spróbować, może naprawdę jest dobra?). Aby za przyjemnie nie było odkryliśmy, że wszystkie muzea są pozamykane po 16tej, więc Deerfield zobaczyliśmy tylko z zewnątrz.

Po odjechaniu 150km od Bostonu Ameryka jest zupełnie inna i, co stwierdzam trochę z żalem, znacznie fajniejsza. Domy są od siebie znacznie bardziej oddalone niż tu na wybrzeżu, przydrożne wsie z czterdziestu chałup potrafią ciągnąć się na kilka kilometrów. Miasto Floryda, które przy 676 mieszkańcach ma 63.6km2 powierzchni wciąż jest uznawane za umiarkowanie gęsto zamieszkane – jest 24te pod względem gęstości w swoim hrabstwie.

Kolejna rzecz, która pojawia się gwałtownie i bez wyraźnego powodu to sklepy z pamiątkami. Południowe Massachusetts, stan Nowy York, Maine i Vermont zwiedzaliśmy jeżdżąc małymi drogami i wszędzie znajdowaliśmy sklepy sprzedające mieszaninę lokalnych produktów, polskich garnków i chińskich figurek. Niektóre sklepy znajdowały się w tak małych miejscowościach, że lokalne pamiątki były “produkowane” przez sklepikarzy przez dopisywanie czarnym mazakiem nazwy miesca na uniwersalnych magnesach czy zabawkach. Bardzo mi się to podoba, chociaż zupełnie nie rozumiem z czego się te sklepy mogą utrzymywać.

Ostatnim przystankiem dnia drugiego był Ciechocinek. Tak naprawdę miasto nazywało się Saratoga Springs, ale wyglądało jak Ciechocinek bez tężni i kurortowiczów. Ale dużo nie zobaczyliśmy tego wieczora, bo przyjechaliśmy kolo 22:00 (dzie-sią-tej wieczorem) i dalej padało. Obejrzeliśmy je dopiero następnego dnia, więc opiszę je dopiero jutro.

* albo cytujac jednego ze spotkanych amerykanow “dla tych co nie rozumieją formatu wojskowego – o drugiej po południu” – serio nam tak tłumaczył!
** lub jak podają tutejsze media – “gdzieś w okolicach Washington D.C.” – i bardziej sensacyjnie brzmi, i wiecej osób zlokalizuje to na mapie…
*** planu wycieczki nie mieliśmy, z dnia na dzień wyliczaliśmy optimum lokalne do wyznaczenia kolejnego noclegu i zarysu trasy, a szczegóły wyznaczaliśmy w drodze w oparciu o znalezione ulotki, przypadkiem przegapione zjazdy i napotkane tablice informacyjne.

Kilka zdjęć z drogi:


Wiejska babka.


Sklep z pamiątkami.


Osiedle domów mobilnych.


Restauracja na największym zakręcie drogi, dolina schowana w chmurach.

Share and Enjoy:
  • Digg
  • Facebook
  • Blip
  • Kciuk.pl
  • StumbleUpon
  • Wykop
Share
  1. August 24th, 2011 at 11:00
    Reply | Quote | #1

    :)

TOP