[USA] Bezdomni w USA

Austin jest pełne żebraków i bezdomnych. Zamiast opisu wrzucam zdjęcie człowieka jedzącego garściami resztki fastfoodu prosto ze śmietnika na 6th Street w Austin – głównej ulicy turystycznej, około 400m od Capitolu – Siedziby władz Texasu i nie więcej niż 300m od szklanych drapaczy chmur.

Share

[USA] Weekend na sporotowo

To była dobra sportowa sobota, wariant amerykański.

Zaczęliśmy wczesnym popołudniem od wycieczki do niewielkiego parku znajdującego się jakies czterysta metrów od naszego domu. Upał odstraszył innych chętnych do aktywnego wypoczynku, dzięki czemu nie mieliśmy problemu z zaparkowaniem auta. Park okazał się jednak tak mały, że zrezygnowaliśmy ze spaceru na rzecz drugiego, znacznie popularniejszego, sportu – zakupów. Kupon na $10 do sklepu z elektroniką, który nosiłem w portfelu wygasał za kilka dni, więc udaliśmy się go wydać na jakiś film czy inny drobiazg. W ten sposób weszliśmy w posiadanie kina domowego 5.1 z blurayem i dostępem do intenetu. Do kuponu odrobinę trzeba było dopłacić, ale konsumpcjonizm zobowiązuje.

Zanim zakończyliśmy dzień gapieniem się w telewizor i próbą zjedzenia wszystkiego co było w lodówce (próbie wprawdzie nieudanej, ale podejście zasługuje na wyróżnienie, gdyż efekty były doskonałe) pojechaliśmy na stadion obejrzeć mecz hokeja, który zaraz po baseballu i footballu (amerykańskim) jest ulubionym sportem tubylców. Wbrew moim oczekiwaniom do popularnych sportów nie należy tu koszykówka. W czasie rozmów w różnych kręgach – od pogawędek ze sprzedawcami po spotkania firmowe – słyszałem jak ludzie opowiadali o przeróżnych dyscyplinach*: curlinging (puszczanie czajników po lodzie), lacrosse (noszenie piłki w kiju z siatką), najnudniejszy sport świata – golf i kręgle, jednak nigdy o koszykówce.

Sport na żywo daje sporo satysfacji i to nie tylko dlatego, że można objadać się chipsami gdy ktoś męczy się dla naszej uciechy – co jest przyjemne także w pracy, sklepie i kilku innych miejscach i okolicznościach. Na taką radość, ale też na walor poznawczy wycieczki liczyłem – i nie rozczarowałem się.

Mecz rozgrywany był na lodowisku Texas Stars, a przeciwnikami była drużyna Peoria Rivermen. Zupełnym zbiegiem okoliczności przy calych 400 milionowych Stanach Zjednoczonych goście pochodzili z niewielkiego miasta w Illinois, w którym znajduje się siedziba mojego obecnego klienta. Postanowiłem więc nie kibicować żadnej z drużyn (ze względów bezpieczeństwa udając kibicowanie lokalnemu zespołowi). Obie drużyny prezentowały dość wysoki poziom gry (należą do ligi AHL – przedsionka NHL), ale także gigantyczne pokłady bezsensownej agresji, co zepsuło mi całą przyjemność z oglądania gry. Agresję, na szczęście tylko w formie słownej, słychać było także ze strony kibiców, a największe wybuchy radości powodowały momenty gdy ktoś kogoś wepchnął na bandę lub walił pięścią w twarz. Bijatyk na lodzie było kilka, niektórzy uczestnicy strącali przeciwnikowi hełm i zrzucali rękawice, żeby mocniej trafiać. Zniesmaczyło mnie to bardzo, pobodnie jak buczenie na zawodników przeciwnej drużyny, i tylko szacunek dla potencjalnie lubiących hokej czytelników powstrzymuje mnie przed publicznym użyciem słów, które krążą mi po głowie. Ja już chyba wole ustawki polskich kiboli piłki nożnej – przynajmniej nikt nie udaje, że to ma być sport.

Od zachowania graczy i kibiców znacznie więcej przyjemności sprawiło mi oglądanie otoczki meczu. Organizacja meczu na 5031 kibiców (podali z głośników liczbę) przebiegła idealnie sprawnie – największym indycentem była rozlana cola. A, i jeszcze zabrakło darmowych płuciennych toreb z logo drużyny, ale głównie dlatego, że niektórzy brali pełne naręcza. Dobrze mi się też kojarzyło, że lokalni oglądając sport pałaszują hotdogi z chili oraz wielkie kopce tortilli polane połpłynnym serem (sprzedają go w spreju) oraz posypanych taką ilością jalapeno, że od samego patrzenia jeszcze dziś mnie boli.

Mecz rozpoczął się od wniesienia na lodowisko flagi USA oraz odśpiewaniem hymnu. Zaraz po tym rozpoczął się szoł audio-wizualny – rozwieszone dookoła i na środku sali wyświetlacze błyskały krzykliwymi grafikami (dość mizernej jakości), a głośniki starały się narobić jak najwięcej hałasu, w czym pomagali widzowie podjudzani przez prowadzącego. Dość zabawne, choć prawdopodobnie w sposób inny niż zamierzony, wydało mi się dorabianie tła fragmentami piosenek – tercja rozpoczynała się krzykiem Ozzy Osbourne “All aboard!” z Crazy Train (puszczone pierwsze 7 sekund piosenki), w tłem podreślającym karę po faulach były “Breaking the law” Judas Priest i “Bad Boys” Inner Cirle. Pełne teksty tych utworów wogóle nie pasują do sytuacji, ale krótkie, wyrwane z kontekstu wypowiedzi wystarczą tłumowi (naprawdę nie chciałem wspominać tu dwóch ostatnich premierów RP, zbieżność faktów jest prawie przypadkowa).

W przerwach między tercjami lodowisko odwiedzały różne postaci – od skaczących cheerleaderek z odsłoniętymi brzuchami do grupy wyleczonych z raka kobiet grających w gorące krzesła, co nie jest takie proste na lodzie. Całość imprezy okraszona była dziesiątkami mniej lub bardziej pomysłowych reklam. Nauczyłem się ignorować napisy zachwalające różne “niezbędne” towary i usługi, ale zostałem przechytrzony przez wielkiego, latającego, zdalnie sterowanego hamburgera rozrzucającego kupony na darmowe kanapki. Niestety kuponu nie dostałem, podobnie jak koszulek zrzucanych z dachu na spadochronach. Za to piosenkę o pizzy (z Pizza Hut) miałem niewątpliwą przyjemność wysłuchać w całości.

W przerwach od reklam telebimy prezentowały gry interaktywne jak na przykład konkurs machania włosami, czy kiss cam – konkurs całowania się. W niektórych z zabaw można było wygrać prawdziwe nagrody i tak na przykład Hokejowa Mama Tygodnia wygrała przejażdżkę dla siebie i syna na maszynie wyrównującej lód przed grą – jak się bawić to na całego!

I tylko jedno pytanie mi chodzi po glowie – ale gdzie w tym wszystkim jest sport?

ps. Obijania pięściami twarzy nie nakręciłem – byłem zbyt zdziwiony, żeby zareagować. Mam tylko fragment pokazujący atmosferę po gwizdku zamykającym grę:

* Lista uporządkowana według popularności

Share

[USA] Nie rozumiem, nie ogarniam, nie mam siły

W weekend do kotleta włączyliśmy nagrany z telewizji serial The Big Bang Theory jako niezobowiązujący wzmacniacz trawienia. Rozpoczęło się jak zwykle – krótki dowcip na zachętę, potem czołówka i… blok reklamowy. W trzeciej minucie! Przewinęliśmy, obejrzeliśmy cztery minuty i następny ryczący na pełny regulator przerywnik z reklamami. Kilka dni wcześniej podczas innej próby oglądania czegoś w telewizji odkryliśmy inny patent nadawców – między reklamy wplecione są pułapki na przewijających nagrane programy. Standardem jest brak informacji o rozpoczęciu i zakończeniu przerywnika, jednak teraz już da zmyłki pomiędzy zachwalanie chrupków, a nowego modelu odkurzacza wstawiony jest fragment czołówki aktualnie lecącego serialu. Ja się poddałem, więcej nie będę oglądał telewizji „rozrywkowej”, za którą i tak będę płacił $40 miesięcznie żeby mieć dostęp do wiadomości.

W zeszłym tygodniu moja firma zdecydowała się jednak wystąpić o zieloną kartę dla mnie, co rozpoczyna długotrwały (2-7 lat) proces przebijania się przez meandry administracji amerykańskiej. Cały proces jest tak skonstruowany, że nie da się go przejść bez udziału prawników. Moja firma sponsoruje znaczną część procesu, jednak za trzeci etap muszę sam zapłacić, o czym radośnie poinformowało mnie wynajęte biuro prawne. Poproszono mnie, żebym podpisał i przesłał im informację, że zgadzam się zapłacić opłatę podstawową oraz koszty pracy prawnika w wymiarze takim jaki będzie potrzebny. Koszt podstawowy obejmuje wypełnienie formularza I-485 (6 stron), co wyceniono na $2750. Każda dodatkowa godzina pracy prawnika (rozmowa przez telefon, sprawdzanie czegoś, co musi być sprawdzone, odpisanie na maila, wypełnianie kwitków itp.) kosztuje $545. Firma przedstawia się jako dobra dla mnie, bo łatwiejsze czynności może wykonywać początkujący prawnik za jedyne $200/h. W papierach, które mi podesłali nie ma ograniczenia czasu, które oni mogą uznać za niezbędny. Jeśli mnie doświadczenie nie myli, to pewnie do wszystkiego doliczą podatek, opłaty i dopłaty.

Opłaty i dopłaty, które tu są wszędzie. Pisałem wcześniej o rachunku za wodę i za rejestrację samochodu, podobnie jest z telefonami, kablówką i dokładnie wszystkim innym. W mieście gdzie mieszkam podatek stanowy od zakupów wynosi 8.5%, ponieważ do 6.5% podatku obowiązującego w teksasie miasto dołożyło 2% podatku o tym samym tytule. Dobrze, że nie muszę dawać napiwku brygadzie wywożącej śmieci.

Siedząc 2.5h godziny na chodniku przed urzędem zastanawiałem się skąd się to tu bierze. I chyba wymyśliłem – tutaj ludzie w ogóle się nie szanują – ani sami siebie, ani innych. Nie wiem czy nikt im nie powiedział, że sprawdzając czy komuś nie blokują przejścia nie tracą dużo, a komuś pomagają czy wiedzą, ale wolą z jakiegoś powodu tego nie robić i godzą się, że im inni będą robić tak samo. Nie wiem, nie rozumiem, nikt mi nie chce wytłumaczyć. Wiem tylko, że mi się to (i przez to tu) nie podoba.

Na tym kończę cykl marudzeń (w tym tygodniu), następny wpis będzie o tej przyjemniejszej części stanów.

Share

[USA] Rachunek za wodę

Dziś dostaliśmy rachunek za wodę:
Woda $1.62
Ścieki $1.58
Śmieci $1.83
Kanalizacja $2.75
Opłata przyłączeniowa $25.00
Kaucja $100
Opcjonalna dotacja na miasto $1.00 (nikt mnie nie pytal!!!)
Razem $133.78
Jeśli zapłacę po 3 listopada to $146.77

Krótko mówiąc jakieś 8000% kosztu wody.

Share

[USA] Ja chcę pasy

Pasy bezpieczeństwa w autokarze widziałem pierwszy raz pięć lat temu w Anglii i wydawały mi się wielką bzdurą. Dziś jechałem z lotniska autokarem bez pasów i czułem się niekomfortowo, że nie mam się czym zapiąć. Przyzwyczaiłem się do takich drobnych detali poprawiających jakość życia i/lub bezpieczeństwo i bardzo mi ich tutaj brakuje na każdym kroku.

Share

[USA] Sprawy drogowe

Po przeprowadzce ze stanu do stanu jednym z wymogów jest przerejestrowanie samochodu oraz wymiana prawa jazdy na lokalne. Te dwie banalne czynności opóźniły wpisy na blogu oraz przyczyniły się do dalszego posiwienia mojej głowy. Oto dlaczego:

  • aby zarejestrować samochód w Teksasie należy mieć teksańskie ubezpieczenie
  • aby kupić teksańskie ubezpieczenie należy mieć teksańskie prawo jazdy
  • aby otrzymać teksańskie prawo jazdy należy przerejestrować posiadane samochody do Teksasu
  • aby zarejestrować samochód w Teksasie należy mieć teksańskie ubezpieczenie
  • etc…

Ooops, mamy pętle bez wejścia oraz wymóg przerejestrowania auta w ciągu 30 dni od przekroczenia granicy stanu.

Moje dotychczasowe ubezpieczenie w Massachusetts wykupiłem na polskie prawo jazdy, postanowiłem tutaj spróbować zrobić tak samo (w końcu polski dokument jest ważny przez rok od wjazdu do USA). We wtorkowe popołudnie wybrałem się kupić polisę. Sprzedawca wyliczył składki, skserował wszysztkie papiery jakie w miałem, poopowiadał o lokalnym piwie i koledze, który ma narzeczoną z Polski itp. Mimo zmarzniętych stóp (zapomniałem, że w sandałach można chodzić tylko na zwenątrz, budynki są wychłodzone klimatyzacją do idiotycznie niskich temperatur) wizytę uważałem za udaną do momentu gdy po kilku wizytach u szefa i kilku telefonach nasz przyjazny sprzedawca z lekko niewyraźną miną zaczął coś kręcić. Miał dwie nowiny – dobrą i złą. Zła jest taka, że ubezpieczenie musi być wydane na tutejsze prawo jazdy. Dobra wiadomość to taka, że dadzą mi okres przejściowy na wyrobienie papierka. Gdy głęboko oddychałem z ulgą przyszła wiadomość uszczegóławiająca: na dostarczenie prawa jazdy mam czas do soboty, tzn. cztery dni.

Założyłem, że skoro dają takie warunki to znaczy, że zadanie jest wykonalne (w domyśle wykonalne dla amerykanów = nawet mój pluszowy miś powinien dać radę jak się na chwilę przestanie gapić w okno).
Z ubezpieczalni wróciliśmy około 19:00, co dawało mi około pięciu godzin na naukę do egzaminu – idealnie na przeczytanie oficjalnego poradnika kierowcy oraz zakupienie listy czterdziestu najczęsciej spotykanych pytań i odpowiedzi (czytaj: daniu się nabić w butelkę na $9.95).

Rejestrowaniem samochodów zajmuje się tutaj urząd poborcy podatkowego, podczas gdy prawami jazdy wydział bepieczeństwa publicznego (Ci sami, dla których pracowal Chuck Norris jako Strażnik Teksasu). Pod drzwiami pierwszego urzędu byłem kilka minut przed otwarciem, a wychodziłem z niego dokładnie po sześciu minutach z dwiema nowymi tablicami i znacznie mniejszym uciskiem w portfelu. Nie wyobrażam sobie, żeby dało się sprawniej zarejestrować auto – mało która kawiarnia w sześć minut umie przygotować dobrą kawę. Jednak urzędnik to bestia myśląca i przy braku procedur do skomplikowania cała pomysłowość i kreatywność urzędników znalazła ujście w wymyślaniu obowiązkowych dopłat. Oficjalna strona Texasu mówi, że podatek za przerejestrowanie auta z innego stanu wynosi $90, moja kochana administracja policzyła*:

  • opłata za podanie o wymianę dowodu rejestracyjnego (title) – $13
  • składka na fundusz mobilności (texas mobility fund; zrzutka na remonty dróg) – $15
  • opłata na terp (fundusz na rzecz redukcji emisji spalin) – $5
  • podatek od sprzedaży (samemu sobie, ale z innego stanu – to co miało być) – $90
  • opłata za naklejkę rejestracyjną na szybę (!!!) – $50.75
  • opłata za zarejestrowanie tranzakcji – $1
  • opłata drogowo/mostowa (cnty road bridge add-on fee – tłumaczenie bez treści, bo google nie wie co to i po co to jest) – $10
  • fundusz bezpieczeństwa dzieci – $1.5
  • opłata za automatyzację (automation fee – fundusz celowy na rzecz utrzymania automatyzacji pobierania podatków**) – $1
  • opłata za płacenie kartą debetową – $5.3

Razem: $192.55 (214% ceny z cennika).

Pieniądz nie ręka. Podbudowany sukcesem i sprawnością administracji udałem się do drugiego urzędu oddalonego nie dalej niż cztery minuty od pierwszego. Cieszyłem się, że jestem zaraz po otwarciu – chwila moment i… widzę kolejkę jakby szynkę rzucili. Po krótkiej rozmowie w inforamcji dowiedziałem się, że absolutnie nie ma szans, żeby zdać cały egzamin jednego dnia, mogę spróbować jutro, tylko muszę przyjść “wcześniej”. Urzędnik wyraźnie niekomfortowo się czuł podając tę informację, na szczęście podmocni Teksańczycy, momentami dość wylewnie, przedstawili rzeczywistość – dobra pora na zajęcie miejsca to 5:30 rano.
Gdy po kilku chwilach zdołałem zamknąć rozdziwioną ze ździwienia gębę usiadłem pokornie w wypchanej poczekalni czekając na egzamin teoretyczny, do którego miałem zaszczyt przystąpić po niespełna godzinie. Najtrudniejszą część egzaminu stanowił test wzroku, który nie poszedł mi zbyt dobrze bez okularów (naprawdę połowa cyferek wyglądała jak 6!). Test składa się z trzydziestu pytań jednokrotego wyboru wyświetanych na rozgruchotanych komputerach z ekranem dotykowym (“tylko proszę nie siadać przy numerze dwa, zacina się”). Pytania były często żywcem wyjęte z broszurki, zatem potrafiłem odpowiedzieć nawet na pytania typu “ile cali od krawężnika można znajdować się przy parkowaniu równoległym”*** i podobne. Poległem tylko na jednym, gdyż przeglądając materiały pominąłem rozdział “Kary dla nieletnich za jazdę pod wpływem” jako absolutnie mi do niczego nieprzydatny.

Egzamin praktyczny zaatakowałem dziś, tj. w piątek. Wyszedłem z domu o 5:10 rano, żeby zająć pierwszą pozycję w kolejce, zdać i jak najszybciej wracać. Pod urzędem byłem o 5:27 w nocy, dzięki czemu do egzaminu podszedłem z szóstej (!) pozycji. Tak, 2.5h przed otwarciem przybytku zaczęliśmy koczować w trzaskającm mrozie (niecałe 14st C) i dalej nie byłem pierwszy (choć w czołówce, Ci co przyszli o 6:30 mogą się już nie załapać). To musi być utarta procedura – większość ludzi była dobrze przygotowana – przynieśli sobie turystyczne krzesełka. Przed oczami miałem dawny łódzki urząd komunikacji, “staczy” i godziny wyczekiwania do okienka. Wrażenie nasiliło się szczególnie gdy ujawniła się lokalna grupa staczy – instruktorów jazdy trzymających miejsca dla swoich pupili. Około 7:45 miałem ochotę kupić bilet na samolot i wiać z USA – nie wiem co było bardziej przerażające – obojętność urzędników, którzy znają sytuację czy bierność ludzi, którzy traktowali stanie w kolejce w środku nocy jako coś normalnego. Kurde musi przyjechać przez płot poskakać.

Na egzamin praktyczny zarezerwowane jest 15 minut, w co wlicza się szybki przegląd sprawnosci świateł w aucie oraz wizyta z Panią do okienka w budynku celem uzupełnienia papierkologii, co nie zostawia za dużo czasu na pojeżdzenie. Pierwszym manewrem do wykonania jest parkowanie równoległe*** tyłem w miejscu, gdzie można spokojnie wjechać przodem i to raczej dużą ciężarówką. Nie trzeba stać równo ani w legalnej odległości (mniej niż 18 cali – nauczyłem się!), ważne, żeby nie przewrócić kijów. Typowy egzamin sprawdza “obserwację”, czyli jak kandydat sprawdza okolicę przed manwerami, używanie kierunkowskazów, zachowanie przy znakach stopu, kontrolę nad autem, zawracanie, hamowanie awaryjne, wybór pasa jezdni. Mój egzamin nie był do końca tyowy – kilka skrzyżowań ze stopami i koniec. Każdy egzamin kończy się poradami egzaminatora – dostało mi się za nabyty w łodzi (celem unikania dziur przy krawężnikach) zwyczaj jeżdżenia trochę bliżej osi jezdni.
Wychodząc z urzędu miałem w rękach wydrukowaną kartkę A4 z napisem “tymczasowe prawo jazdy” oraz świadomość popełniania przestępstwa – nie chcieli zabrać mojego polskiego prawa jazdy, a tutejsze prawo karze surowo za posiadanie dwóch dokumentów uprawniających do jazdy autem. Nie da się tu nie łamać prawa.

Podsumowując, rzeczywiście zdawanie prawa jazdy w Texasie nie należy do najtrudniejszych, chociaż dziś widziałem dziewczę, które walczyło z ciężkim wyzwaniem – z pierwszych ośmiu pytań źle odpowidziało na pięć, w tym “Co oznacza znak ograniczenia prędkości widoczny na zdjęciu poniżej?”.

Na koniec mała ciekawostka: na egzamin mogłem przyjechać samodzielnie, gdyż posiadam międzynarodowe prawo jazdy. Jeśli bym nie zdał egzaminu, to i tak bym sobie mógł wrócić autem do domu, bo egzamin określa czy mogę mieć tuejsze prawo jazdy, a nie przywilej zezwalający na poruszanie się autem po drogach.

* Wyjaśnienia moje, na rachunku wszystko jest tak napisane, żeby się nie dało odczytać i zrozumieć bez słownika oraz dostępu do internetu, a w niektórych przypadkach nawet z tymi pomocami…
** Z tego co zrozumiałem, to zamiast cieszyć się, że na automatyzacji procesów oszczędzają duże pieniądze, to dorobili drugi filar sukcesu przedsięwzięcia. Opodatkowali używanie swoich własnych narzędzi, genialne! Trochę jak grecki taksówkarz – dopłata za odebranie telefonu, dopłata za podjechanie, dopłata za walizki, dopłata za duże walizki… Niech się grecy uczą, można dorobić jeszcze: dopłatę za wizytę u mechanika, dopłatę za tankowanie paliwa oraz dopłatę za regulację fotela kierowcy.
*** Co jest o tyle bezużyteczne, że w Teksasie tego typu miejsca parkingowe właściwie nie występują.

Share

[USA] Yazoo, Mississippi (Jak tu wszędzie daleko!)

W naszej wspólnej podróży przez południe dojechaliśmy ostatnio na przedmieści miasta, które mnie zafascynowało na tyle, że postanowiłem poświęcić mu cały odcinek. Tam czas płynął inaczej, dzisiejszy wpis także będzie bardziej statyczny. Proszę czytać wolno.

Mississippi to biedny stan i tę biedę widać na każdym kroku. Pierwszym, dość łatwo zauważalnym sygnałem jest brak miejsc, w których można zjeść ciepły posiłek. We wszystkich stanach, które odwiedzaliśmy do tej pory, jeśli nie przy drodze, to wewnątrz osiedli łatwo było znaleźć coś na ząb. Różniły się ceny, jakość i nazwy (restauracja, diner, eatery, pub itd.), ale zawsze było co do ust włożyć. W Mississippi nie.

Jadąc na północ deltą Mississippi poszukiwanie strawy duchowej i cielesnej zaprowadziło nas do Yazoo City – największego (~14 tysięcy mieszkańców) miasta położonego przy naszej drodze. W USA miasta zwiedza się łatwo, ponieważ nazwy ulic (jak i wszystko inne) są dosłowne. Ustawiłem w gps kierunek na jadłodajnię przy Main Street (ul. Głównej) i dojechałem tam gdzie chciałem – w samo centrum. Zostawiliśmy auto przy miejskim rynku – klasycznym, kwadratowym z urzędem miasta w środku*. Nasza wybrana restauracja była jeszcze zamknięta (otwarcie za dwa tygodnie), więc ruszyliśmy w głąb ulicy, do czego zachęcała delikatna, acz przyjemna muzyka płynącą z głośników rozmieszczonych na słupach. Spodobało mi się tam od pierwszego wejrzenia, głównie za sprawą ślicznie zadbanych domów:

Szliśmy radośnie w przyjemnie grzejącym słońcu słuchając kojących dzwięków muzyki klasyczne i oglądając wystawy sklepów z antykami, meblami i innymi drobiazgami. W pewnym momencie naszą uwagę przyciągnął “teatr” zrobiony z zawalonym sklepie:

Weszliśmy do środka. Widać, że ktoś włożył sporo pracy w to miejsce (efekty zostawmy z boku, doceńmy wysiłek).

Pomijając kwestię bezpieczeństwa jest to niewątpliwie interesujące wykorzystanie rudery, która w ten sposób zamiast straszyć – cieszy. Coś jednak było niepokojącego w samym fakcie istnienia takiego miejsca w centrum miasta. Dalszy spacer zamiast odpowiedzi dołożył pytań – jak w ciągu pięćdziesięciu metrów centrum może zmienić się w coś takiego?

Z każdym krokiem coraz bardziej niedowierzałem temu co widzę:

I zaglądając przez wybitą szybę:

I tak już było do końca drogi, wszystko było zakmnięte za wyjątkiem baru z piwem i leżącego przy poprzecznej ulicy fryzjera. Tego ostatniego nie zapomnę długo, gdyż wziąłem go za sklep spożywczy i poszedłem tam kupować colę. Widząć, że jesteśmy lekko zagubieni, miejscowi postanowili nam pomóc i rozpoczęła się typowa rozmowa (skąd jesteś itp). Tym razem rozmowa ucięła się dość szybko, bo każdy z nich rozumiał co któreś nasze słowo i próbowali sobie wzajemnie wytłumaczyć co my powiedzieliśmy. W jakiś sposób zrozumieli, że chcemy zwiedzić ten oto lokalny salon fryzjerski i porobić tam zdjęcia. Jeden z nich wykazał się podziwu godną nadgorliwością i pobiegł o tym fakcie poinformować właściciela oraz gości salonu (a patrząc po ilości ludzi w środku jest to lokalne centrum rozrywki) po czym wprosił nas do środka. Wewnątrz zobaczyliśmy jakieś dziesięć, równie zdziwionych co my całą sytuacją, osób. Ze względów na różnice w wymowie między polsko-angielskim a afro-angielskim i całkiem uzasadniony brak tematów do konwersacji, rozmowa nie specjalnie się kleiła. Mimo bardzo przychylnego podejścia wciąż lekko oniemiałego towarzystwa nie podjąłem próby kupowania coli, tylko podziękowaliśmy i zwialiśmy zostawiając tą lekko Monty Pythonowską scenę za nami.

Poniższe zdjęcie przedstawia sklepo-fryzjera oraz naszych przemiłych gospodarzy.

Fryzjerzy mieli pełne ręce roboty nawet bez naszej wizytacji:

Warto odnotować, że wszyscy byli dla nas bardzo mili, uprzejmi i pomocni. Po doświadczeniach z podróży i obu krótkich pobytów w Texasie jestem gotowy zaryzywkować stwierdzenie, że na południu ludzie są bardziej radośni, uśmiechnięci i otwarci. Przy nich północni amerykanie wydają się gburami (którymi nie są, w szczególności w porównaniu z kolei do mieszkańców niektórych zakątków europy). Nigdzie wcześniej sprzedawca w sklepie nie oferował opowieści o regionie i zaproszenia do domu na obiad podczas następnej wizyty.

Otwartość i gadatliwość miejscowych rzuciła trochę światła na stan centrum miasta. Okazuje się, że Yazoo City nie ma szczęscia do pogody. Pierwszym powodem upadku centrum była powódź w 1927, po której miasto bardzo zubożało i już nigdy nie przestało biednieć, co z kolei spowodowało stopniowe zaniedbanie reprezentacyjnej ulicy aż do jej całkowitego porzucenia i zamknięcia kilkadziesiąt lat później. Opuszczonym budynkom nie pomogły też dwa tornada** z 2004 roku, które zabiły kilka osób i zdemolowały znaczną część miasta. Dopiero w ostatnich latach grupa mieszkańców nie mogąc patrzeć na straszące rudery zdecydowała się odbudować i ożywić miasto. Wynikem tych operacji jest muzyka, kolorowe budynki i sklepy z towarami dla turystów, głównie oferujące produkty lokalnych artystów i rupiecie (zwane w USA antykami). Wyjątkowo spodobał mi się sklep, w którym na dwóch piętrach były porozstawiane stragany ze wszyskim – od mrożonej kiełbasy, przez drewniane jezusiki do mebli i sukni balowych. Na stoiskach nie ma tam sprzedawców – można chodzić i oglądać wszystko, po czym zapłacić w kasie. Sprzedawca-właściciel jest jednym z ludzi zaangażowanych w odbudowę miasta i opowiadał nam o rekonstrukcji z prawdziwą pasją, zarażającym optymizmem i wielką wiarą, że Yazoo City znów będzie lśniło jak w 1920 roku. Trzymam za nich kciuki.

Poniżej udostępniam kilka zdjęć z tego właśnie sklepu. To naprawdę nie jest rupieciarnia, tylko źródło utrzymania dla wielu mieszkańców:

Lokalni artyści reprezentują bardzo zróżnicowany poziom, a nie mają oporów, żeby prezentować swoje prace. Może dzięki temu w USA jest bardziej kolorowo. Prawie każda knajpa ma interesujący wystrój, na przykład obrazki z życia okolicy malowane na ścianie albo wyszyte haftem krzyżykowym, wycinanki z gazet, zdjęcia gwiazd przeplatane kawałkami instrumentów lub po prostu stare żelastwo poustawiane ozdobnie w najmniej rozsądnych miejscach (czytaj “sztuka”). A biorą to wszysto pewnie z tego typu miejsc:

Poniższe zdjęcie oddaje nastrój panujący w sklepie. Twarz należy do właściciela tego marketu:

Górne piętro nie odbiegało jakością wystawy od dolnego:

Podobne kompozycje papierowo-materiałowo-wstążkowe widziałem już w kilku miejscach, nie tylko na sprzedaż, ale także naprawdę wywieszone jako ozdoby. Nie udało mi się jeszcze dotrzeć do nazwy tego czegoś, jakby ktoś wiedział, to poproszę o informację.

Ciężko niezgodzić się z nazwą sprzedawcy, to stoisko naprawdę miało “Kreatywną Aranżację” (poszerzając przy tym odrobinę zares słowa kreatywny na obszary zarezerwowane do tej pory na bałagan. Podobna mi się, zawsze wiedziałem, że jestem kreatywny!).

W szafie siedziała czyjaś stara lalka:

Nie żartowałem z tą kiełbasą. Sprzedawca pochodzi z sąsiedniego (około 200km) miasta i według informacji przyjmuje zamówienia na wszelkiego rodzaju mięsa oraz gotowe potrawy. To by jednak sugerowało, że w tym sklepie kupują także miejscowi, ciężko mi sobie wyobrazić turystę, który dzwoni z tygodniowym wyprzedzeniem, że chciałby w Yazoo odebrać mrożone udka indyka oraz tamale***.

W zachodniej części miasta też się nie przelewa. A tu nie ma pomocy socjalnej – jak Ci się dom wali, to albo go podeprzesz kijem, albo śpisz w samochodzie, namiocie albo pod gołym niebem.

Gdyby nie bieda i przyroda mógłbym rozważyć życie w Mississippi. Podoba mi się tutejsze tempo pracy.

Yazoo City zapamiętam tak jak na zdjęciu poniżej. Bardzo chcę wrócić tam za kilka lat i zobaczyć czy mieszkańcy zrealizowali swoje marzenie o odbudowie.

Dziękuję, że mogłem zabrać Cię do tego niesamowitego miejsca. Dalszy ciąg podróży już niedługo.

* miasta są tu bardzo podobne, większość realizuje jeden z dwóch wariantów – główna ulica i przy niej wszystkie budynki lub centralny plac od którego odchodzi głowna ulica. W centrum placu poza urzędami dopuszczalne są także banki, parkingi i fontanny.
** mieszkanie na południu ma swoje wady. Poza przyrodą ożywioną, która stara sprawia wrażenie zdeterminowanej aby ugryźć lub użądlić każdego conajmniej raz dziennie, przyroda nieożywiona w postaci huraganów, tornad, ulew, powodzi i suszy nie daje tu spokojnie odpoczywać.
*** lokalna potrawa – papka fasolowa lub kukurydziana na ostro gotowane po zawinięciu w liście kukurydzy. Bardzo smaczne! Przy okazji dziękuję kelnerce, która uprzedziła nas, że liści się nie je, pewnie do tej pory byśmy siedzieli w knajpie i próbowali je przeżuć.

Share

[USA] Jak tu wszędzie daleko! (część 2 z 3)

Oto faktografii podróżniczej część druga, ale nie ostatnia. Musiałem znów podzielić tekst, gdyż tu się dużo dzieje – dziś byłem na spotkaniu Geeków z Round Rock (wireshark wyjątkowo dobrze pasuje do hamburgera z niebieskim serem). Ciąg dalszy w najbliższej przyszłości, opóźnienia mogą być spowodowane tym, że jutro i pojutrze idziemy na festiwal malowania kredą po chodniku. A biurko wciąż czeka w 132 częściach…:

  • Odwiedzone stany c.d.
    • Georgia – autostrada z Chattanogi w Tennessee (TN) do Winchester TN prowadziła przez, a raczej zahaczała o, Georgie. Po kilku milach wróciliśmy do TN, odległość jednak wystarczyła a) mi, żeby odnotować ten fakt tutaj; b) amerykanom do wystawienia gigantycznych (wysokość swiecących czerwonych liter jakieś 10 metrów) reklam fajerwerków.
    • Alabama – słowa piosenki “Sweet home alabama” znajdują się nawet na rejestracjach samochodów. Ze wszystkich atrakcji stanu wybraliśmy obiad w kafeterii Irondale Cafe znanej z książki i filmu “Zielone Smażone Pomidory”. Lokal okazał się nie być atrakcją turystyczną, lecz miejscem gdzie lokalni emeryci przychodzą zjeść obiad słuchając muzyki lat 50tych. Główna potrawa spełniła oczekiwania – aromatyczne zielone pomidory smażone w głębokim oleju oraz mnogość świeżych sałatek stanowiły miłą odmianę od paszy serwowanej w większości tutejszych lokali.
    • Mississippi – jeszcze nigdy żadne miejsce nie budziło we mnie tak skrajnie sprzecznych emocji. Wjeżdżając do MS jedynymi skojarzeniami jakie miałem z tym stanem były Blues i huragan Katrina. Jako pierwszy odwiedziliśmy stary kapitol w Jackson – stolicy stanu. Po wyjściu z przypieczonego południowym słońcem auta weszliśmy do pięknie wyremontowanego budynku, który okazał się być… muzeum tego budynku utowrzonym po tym jak inne muzeum przeniosło się do większego miejsca. Sama historia i stan budynku rzucają sporo światła na Amerykę: ten historyczny (wg Amerykanów właściwie antyczny) budynek został wybudowany w 1839, a już po niecałych czterdziestu latach wymagał generalnego remontu łączie z fundamentami. Około 1910 roku budynekowi groziła rozbiórka ze względu na fatalny stan konktrukcji. Obecnie budynek wygląda ślicznie jak na (zwracam uwagę na “jak na”) amerykańskie standardy – dużo tam pomalowanej dykty, plastikowych odpowiedników itd – według tutejszych standardów pomalowana sklejka nie jest gorsza od mahoniu, a okleina od marmuru. Według opisów remont muzeum kosztował grube miliony dolarów, ale zgadzam się, że efekt był tego warty.

      Nie jestem do końca przekonany czy ludzie mieszkający około 2-3 mil na północny-zachów od muzeum podzielają mój entuzjazm
      do ślicznych budowli podczas gdy sami mieszkają w slumsach. Inaczej tego nie można nazwać – 40% ludzi żyje tam poniżej progu ubóstwa/głodu. Mając swieże obrazy nieskazitelnego budynku przejeżdżaliśmy między domami trzymającymi się na taśmę klejącą, sznurek i podpory; osiedla brudu i totalnego rozkładu. Zaniemówiliśmy wtedy, brakuje mi też trochę słów teraz.

      Doszedłem jednak do wniosku, że remont muzeum nie był złym pomysłem – bez niego Jackson by było jeszcze smutniejszym i jeszcze mniej atrakcyjnym miejscem. Nie można równać do dołu, trzbea podciągnąć poprzeczkę, żeby można się podciągnąć. Dalej nie wiem czy się ze sobą zgadzam w tym temacie.

      W Jackson moją uwagę przyciągnęła blisko 100% korelacja między kolorem skóry mieszkańców, a zamożnością okolicy. Oficjalnie rasizm jest tu zabroniony od lat 50tych. Osoby o czarnej skórze mają już prawo jeść w tym samym budynku co biali, wchodzić tymi samymi drzwiami do sklepu czy do tej samej toalety oraz nie zostaną legalnie skatowane gdy zaczną jeść loda/ciastko wewnątrz sklepu (takie przestępstwa co w latach 40tych groziły linczem), ale równości tu nie ma. Przewodniki wciąż ostrzegają czarnoskórych turystów przed atakami ze strony białej mniejszości…

      Z biedy i krwi rodził się blues. Ale zanim o tym napiszę zostawiam to miejsce na chwilę kontemplacji o tych, co mają przesrane życie z powodu idiotów o silnych przekonaniach i ambicjach.

Część biała:

Część czarna (tam gdzie było naprawdę biednie dużo ludzi siedziało na ulicach. Baliśmy się zrobić zdjęcie):

Share

[USA] Jak tu wszędzie daleko!

Poniższa mapa prezentuje trasę naszej wycieczki przeprowadzkowej – od praktycznie europejskiego Massachusetts przez szokująco odmienne południe aż do sielankowej części Texasu.

Faktograficznie rzecz ujmując na mapie widać:

  • odległość 2600 mil (>4100km)
  • najwyższy punkt drogi – szczyt Clingmans Dome w Great Smokey Mountains – 6,643 stóp (2,025 m). Samochodem podjeżdża się prawie na szczyt, do przejścia zostaje mniej niż 400m betonowego deptaka zakończonego wieżą widokową na szczycie. Byliśmy tam w najlepszą możliwą pogodę, idealnie przejrzyste powietrze pozwalało nam podziwiać pełną panoramę gór, a suche i ciepłe powietrze unosiło intensywny zapach jakiegoś drzewa iglastego. Nigdy wcześniej nie czułem tego zapachu i nie wiem z jakiego drzewa pochodził mimo, że ku uciesze innych turystów biegałem od drzewa do drzewa, żeby je powąchać.
  • odwiedzone stany:
    • Massachusetts – do widzeania!
    • Connecticut – tym razem przywitał nas ulewą, wtedy ostatni raz auto wyglądało na czystawe
    • Nowy York – korki i paliwo 30% droższe niż na południu
    • Pennsylvania – widziałem tylko autostradę
    • Maryland – drugi raz tam byliśmy i drugi raz zatrzymaliśmy się tylko na 15 minut. Dobrą kawę mają na stacji benzynowej, ale mam przeczucie, że Baltimore i okolice kryją znacznie więcej. Zanotowałem w planach do zwiedzenia kiedyś, przy bliskości Washingtonu (do którego chcę wrócic) jest to wykonalne
    • Zachodnia Virginia – wizyta tam trwała krótko, ale pracownicy punktu informacyjnego kupili moje serce częstując mnie najlepszym jabłkiem świata.
    • Virginia – tam rozpoczęło się prawdziwe zwiedzanie – zjechaliśmy z autostrady i po zwiedzeniu kilku miasteczek wjechaliśmy do parku narodowego Shenandoah, gdzie przejechaliśmy około 100 km drogą ciągnącą się szczytami gór. Punktem kulminacyjnym wycieczki była czarna niedzwiedzica z małymi misiami. Tu będzie dobre miejsce na przestrogę – jak chcesz iść spacerować po lesie, to oglądanie niedzwiedzi na żywo kawałek wcześniej nie jest dobrym pomysłem. Później w czasie spaceru każdy trzask wywołuje spore emocje.
    • North Carolina – zaczynamy czuć głębokie południe. Zjeżdżając z Blue Ridge Mountains nie tylko zmieniamy wysokość, ale także porę roku – wjechaliśmy jesienią, wyjechaliśmy w pełnie lata. Na noc zatrzymaliśmy się w rezerwacie indian Cherokee w zachodniej części kraju, miejscu uważanym za dom przez dziesiątki tysięcy ludzi posiadających choć kroplę indiańskiej krwi, nawet jeśli mieszkają 3000 mil dalej. Samo miasto nie miało niestety za dużo do zaoferowania – sklepy dla turystów z indianskimi pamiątkami wyprodukowanymi w Chinach, Indonezji oraz Pakistanie; muzeum opisane w przewodniku jako “odpuść sobie” i gigantyczne kasyno.
    • Tennessee – południe w pełnej krasie – szerokie drogi, dziesiątki kościołow, coraz więcej ludzi o ciemnej skórze i prawdziwy upał. Ale zapytany o dwie rzeczy, które wyróżniają Tennessee odpowiem bez wachania – absurdy – 1. strefa czasowa zmienia się w 1/3 stanu, bez zaznaczonej strefy; 2. w wielu częściach stanu panuje prohibicja – nie wolno sprzedawać, a w niektórych miastach nawet posiadać, alkoholu. W jednej z okolic objętych zakazem znajduje się największa w USA destylernia Whiskey – Jack Daniel’s. Byliśmy na wycieczce, po której dostaliśmy szklaneczkę… wody z cytryną. Nie udało nam się też kupić butelki trunku – nie ma i tyle. W mieście obok znajduje się dużo sklepów z pamiątkami, które sprzedają akcesoria (koszulki, długopisy, fragmenty beczek) tylko i wyłącznie osobom pełnoletnim. Widocznie logo JD na długopisie zatruwa umysł i duszę.

(…wpis urwany jak hejnał z Wieży Mariackiej z powodu późnej wczesnej godziny i konieczności wstawania do pracy…) ciąg dalszy i zdjęcia będą jutro. Przepraszam i dobranoc!

Share

[USA] Łamanie prawa w Texasie

Wczoraj złamałem prawo lokalne naszego miasta. Tzn. prawdopodobnie złamałem, bo mimo kilkukrotnego przeczytania rozporządzenia nie jestem w stanie zrozumieć jakie są tutaj zasady podlewania ogródków przed domem. Wiem, że mycie auta na podjeździe jest karane mandatem do $500 oraz że podlewanie betonowego podjazdu jest zagrożone podobną karą. Według przepisów domy jednorodzinne o numerach nieparzystych mogą nawadniać trawniki w soboty oraz środy (jeśli to naprawdę konieczne) między północą a 10tą rano oraz między 7mą wieczorem a północą. Jednocześnie rozporządzenie mówi, że dozwolone jest podlewanie ręczne, nie określa jednak co to znaczy. Trzymałem wąż w ręce jak podlewałem, według zdjęć na google to spełnia wymagania, ale czy na pewno? Może wolno tylko wiaderkiem? Albo tyle ile się w rękach zmieści?

Ciężko ich jednak winić za ograniczenia w podlewaniu, przyroda wygląda tutaj tak jak na zdjęciu poniżej. Tzn za wyjątkiem naszego ogródka, który jest jeszcze bardziej suchy – widać tylko zasuszone liście i żółty piasek. Facet wręczający nam klucze mówił, żeby czasem spryskać za domem, żeby się nie kurzyło.

Do Texasu przyjechaliśmy w piątek. Od tego czasu poznaliśmy już dwoje sąsiadów (to 100% więcej niż w Norwood) oraz dostaliśmy dwa niezależne zaproszenia od agentów nieruchomości na wspólne zwiedzanie miasta. Bardzo naciskali, żeby zadzwonić, prawie tak jakby naprawdę tego chcieli; może aż z ciekawości sprawdzę jak daleko sięga tutejsza gościna. Tymczasem będę się cieszył, że znalazłem tak przyjazne miejsce na świecie. Przyjazne i bezpieczne – musi tu być bezpiecznie skoro dzieci wieczorem biegają same po ulicach, a garaże są zostawiane otwarte. Na wieczornym spacerze widzieliśmy sporo ludzi siedzących przed domami – na krzesłach, na trawie i na swoich półciężarówkach. Wywołało to we mnie bardzo miłe wrażenie miejsca, gdzie ludzie są bardziej otwarci, nawet mimo cmentarzy i czaszek, które już “zdobią” wiele domów. Jest jeszcze miesiąć do Halloween, jak najbliźsi sąsiedzi też zacznąć stroić domy, to nie będziemy mieć wyjścia, tylko kupimy wielką dmuchaną, podświetlaną od środka czaszkę, albo plastikowego kościotrupa ($39.99)

Jeśli uda mi się wymigać jutro od skręcania biurka, to wstawię informacje o przebiegu naszej trasy i udostępnie pierwszą garść zdjęć. A widzieliśmy miejsca niezwyłe – niektóre śliczne i urocze, inne dzikie i przerażające. Zwiedzaliśmy historyczne (1850-1900) miasta, slumsy, destylernie whiskey oraz szklane miasta. Warto będzie zobaczyc i poczytać, więc trzymajcie kciuki, żeby meble same się poskręcały!

Share