[USA] Yazoo, Mississippi (Jak tu wszędzie daleko!)

October 9th, 2011 | Categories: USA | Tags: , , , , ,

W naszej wspólnej podróży przez południe dojechaliśmy ostatnio na przedmieści miasta, które mnie zafascynowało na tyle, że postanowiłem poświęcić mu cały odcinek. Tam czas płynął inaczej, dzisiejszy wpis także będzie bardziej statyczny. Proszę czytać wolno.

Mississippi to biedny stan i tę biedę widać na każdym kroku. Pierwszym, dość łatwo zauważalnym sygnałem jest brak miejsc, w których można zjeść ciepły posiłek. We wszystkich stanach, które odwiedzaliśmy do tej pory, jeśli nie przy drodze, to wewnątrz osiedli łatwo było znaleźć coś na ząb. Różniły się ceny, jakość i nazwy (restauracja, diner, eatery, pub itd.), ale zawsze było co do ust włożyć. W Mississippi nie.

Jadąc na północ deltą Mississippi poszukiwanie strawy duchowej i cielesnej zaprowadziło nas do Yazoo City – największego (~14 tysięcy mieszkańców) miasta położonego przy naszej drodze. W USA miasta zwiedza się łatwo, ponieważ nazwy ulic (jak i wszystko inne) są dosłowne. Ustawiłem w gps kierunek na jadłodajnię przy Main Street (ul. Głównej) i dojechałem tam gdzie chciałem – w samo centrum. Zostawiliśmy auto przy miejskim rynku – klasycznym, kwadratowym z urzędem miasta w środku*. Nasza wybrana restauracja była jeszcze zamknięta (otwarcie za dwa tygodnie), więc ruszyliśmy w głąb ulicy, do czego zachęcała delikatna, acz przyjemna muzyka płynącą z głośników rozmieszczonych na słupach. Spodobało mi się tam od pierwszego wejrzenia, głównie za sprawą ślicznie zadbanych domów:

Szliśmy radośnie w przyjemnie grzejącym słońcu słuchając kojących dzwięków muzyki klasyczne i oglądając wystawy sklepów z antykami, meblami i innymi drobiazgami. W pewnym momencie naszą uwagę przyciągnął “teatr” zrobiony z zawalonym sklepie:

Weszliśmy do środka. Widać, że ktoś włożył sporo pracy w to miejsce (efekty zostawmy z boku, doceńmy wysiłek).

Pomijając kwestię bezpieczeństwa jest to niewątpliwie interesujące wykorzystanie rudery, która w ten sposób zamiast straszyć – cieszy. Coś jednak było niepokojącego w samym fakcie istnienia takiego miejsca w centrum miasta. Dalszy spacer zamiast odpowiedzi dołożył pytań – jak w ciągu pięćdziesięciu metrów centrum może zmienić się w coś takiego?

Z każdym krokiem coraz bardziej niedowierzałem temu co widzę:

I zaglądając przez wybitą szybę:

I tak już było do końca drogi, wszystko było zakmnięte za wyjątkiem baru z piwem i leżącego przy poprzecznej ulicy fryzjera. Tego ostatniego nie zapomnę długo, gdyż wziąłem go za sklep spożywczy i poszedłem tam kupować colę. Widząć, że jesteśmy lekko zagubieni, miejscowi postanowili nam pomóc i rozpoczęła się typowa rozmowa (skąd jesteś itp). Tym razem rozmowa ucięła się dość szybko, bo każdy z nich rozumiał co któreś nasze słowo i próbowali sobie wzajemnie wytłumaczyć co my powiedzieliśmy. W jakiś sposób zrozumieli, że chcemy zwiedzić ten oto lokalny salon fryzjerski i porobić tam zdjęcia. Jeden z nich wykazał się podziwu godną nadgorliwością i pobiegł o tym fakcie poinformować właściciela oraz gości salonu (a patrząc po ilości ludzi w środku jest to lokalne centrum rozrywki) po czym wprosił nas do środka. Wewnątrz zobaczyliśmy jakieś dziesięć, równie zdziwionych co my całą sytuacją, osób. Ze względów na różnice w wymowie między polsko-angielskim a afro-angielskim i całkiem uzasadniony brak tematów do konwersacji, rozmowa nie specjalnie się kleiła. Mimo bardzo przychylnego podejścia wciąż lekko oniemiałego towarzystwa nie podjąłem próby kupowania coli, tylko podziękowaliśmy i zwialiśmy zostawiając tą lekko Monty Pythonowską scenę za nami.

Poniższe zdjęcie przedstawia sklepo-fryzjera oraz naszych przemiłych gospodarzy.

Fryzjerzy mieli pełne ręce roboty nawet bez naszej wizytacji:

Warto odnotować, że wszyscy byli dla nas bardzo mili, uprzejmi i pomocni. Po doświadczeniach z podróży i obu krótkich pobytów w Texasie jestem gotowy zaryzywkować stwierdzenie, że na południu ludzie są bardziej radośni, uśmiechnięci i otwarci. Przy nich północni amerykanie wydają się gburami (którymi nie są, w szczególności w porównaniu z kolei do mieszkańców niektórych zakątków europy). Nigdzie wcześniej sprzedawca w sklepie nie oferował opowieści o regionie i zaproszenia do domu na obiad podczas następnej wizyty.

Otwartość i gadatliwość miejscowych rzuciła trochę światła na stan centrum miasta. Okazuje się, że Yazoo City nie ma szczęscia do pogody. Pierwszym powodem upadku centrum była powódź w 1927, po której miasto bardzo zubożało i już nigdy nie przestało biednieć, co z kolei spowodowało stopniowe zaniedbanie reprezentacyjnej ulicy aż do jej całkowitego porzucenia i zamknięcia kilkadziesiąt lat później. Opuszczonym budynkom nie pomogły też dwa tornada** z 2004 roku, które zabiły kilka osób i zdemolowały znaczną część miasta. Dopiero w ostatnich latach grupa mieszkańców nie mogąc patrzeć na straszące rudery zdecydowała się odbudować i ożywić miasto. Wynikem tych operacji jest muzyka, kolorowe budynki i sklepy z towarami dla turystów, głównie oferujące produkty lokalnych artystów i rupiecie (zwane w USA antykami). Wyjątkowo spodobał mi się sklep, w którym na dwóch piętrach były porozstawiane stragany ze wszyskim – od mrożonej kiełbasy, przez drewniane jezusiki do mebli i sukni balowych. Na stoiskach nie ma tam sprzedawców – można chodzić i oglądać wszystko, po czym zapłacić w kasie. Sprzedawca-właściciel jest jednym z ludzi zaangażowanych w odbudowę miasta i opowiadał nam o rekonstrukcji z prawdziwą pasją, zarażającym optymizmem i wielką wiarą, że Yazoo City znów będzie lśniło jak w 1920 roku. Trzymam za nich kciuki.

Poniżej udostępniam kilka zdjęć z tego właśnie sklepu. To naprawdę nie jest rupieciarnia, tylko źródło utrzymania dla wielu mieszkańców:

Lokalni artyści reprezentują bardzo zróżnicowany poziom, a nie mają oporów, żeby prezentować swoje prace. Może dzięki temu w USA jest bardziej kolorowo. Prawie każda knajpa ma interesujący wystrój, na przykład obrazki z życia okolicy malowane na ścianie albo wyszyte haftem krzyżykowym, wycinanki z gazet, zdjęcia gwiazd przeplatane kawałkami instrumentów lub po prostu stare żelastwo poustawiane ozdobnie w najmniej rozsądnych miejscach (czytaj “sztuka”). A biorą to wszysto pewnie z tego typu miejsc:

Poniższe zdjęcie oddaje nastrój panujący w sklepie. Twarz należy do właściciela tego marketu:

Górne piętro nie odbiegało jakością wystawy od dolnego:

Podobne kompozycje papierowo-materiałowo-wstążkowe widziałem już w kilku miejscach, nie tylko na sprzedaż, ale także naprawdę wywieszone jako ozdoby. Nie udało mi się jeszcze dotrzeć do nazwy tego czegoś, jakby ktoś wiedział, to poproszę o informację.

Ciężko niezgodzić się z nazwą sprzedawcy, to stoisko naprawdę miało “Kreatywną Aranżację” (poszerzając przy tym odrobinę zares słowa kreatywny na obszary zarezerwowane do tej pory na bałagan. Podobna mi się, zawsze wiedziałem, że jestem kreatywny!).

W szafie siedziała czyjaś stara lalka:

Nie żartowałem z tą kiełbasą. Sprzedawca pochodzi z sąsiedniego (około 200km) miasta i według informacji przyjmuje zamówienia na wszelkiego rodzaju mięsa oraz gotowe potrawy. To by jednak sugerowało, że w tym sklepie kupują także miejscowi, ciężko mi sobie wyobrazić turystę, który dzwoni z tygodniowym wyprzedzeniem, że chciałby w Yazoo odebrać mrożone udka indyka oraz tamale***.

W zachodniej części miasta też się nie przelewa. A tu nie ma pomocy socjalnej – jak Ci się dom wali, to albo go podeprzesz kijem, albo śpisz w samochodzie, namiocie albo pod gołym niebem.

Gdyby nie bieda i przyroda mógłbym rozważyć życie w Mississippi. Podoba mi się tutejsze tempo pracy.

Yazoo City zapamiętam tak jak na zdjęciu poniżej. Bardzo chcę wrócić tam za kilka lat i zobaczyć czy mieszkańcy zrealizowali swoje marzenie o odbudowie.

Dziękuję, że mogłem zabrać Cię do tego niesamowitego miejsca. Dalszy ciąg podróży już niedługo.

* miasta są tu bardzo podobne, większość realizuje jeden z dwóch wariantów – główna ulica i przy niej wszystkie budynki lub centralny plac od którego odchodzi głowna ulica. W centrum placu poza urzędami dopuszczalne są także banki, parkingi i fontanny.
** mieszkanie na południu ma swoje wady. Poza przyrodą ożywioną, która stara sprawia wrażenie zdeterminowanej aby ugryźć lub użądlić każdego conajmniej raz dziennie, przyroda nieożywiona w postaci huraganów, tornad, ulew, powodzi i suszy nie daje tu spokojnie odpoczywać.
*** lokalna potrawa – papka fasolowa lub kukurydziana na ostro gotowane po zawinięciu w liście kukurydzy. Bardzo smaczne! Przy okazji dziękuję kelnerce, która uprzedziła nas, że liści się nie je, pewnie do tej pory byśmy siedzieli w knajpie i próbowali je przeżuć.

Share and Enjoy:
  • Digg
  • Facebook
  • Blip
  • Kciuk.pl
  • StumbleUpon
  • Wykop
Share
  1. October 12th, 2011 at 09:06
    Reply | Quote | #1

    troche biednie wyglada ten american dream ;/

  2. October 18th, 2011 at 10:58
    Reply | Quote | #2

    Niesamowite! Podziwiam też ludzi, że żyją tam, w tych warunkach i wierzą, że to się zmieni…

  3. October 19th, 2011 at 01:52
    Reply | Quote | #3

    Też ich podziwiam. I współczuje tym, którzy tam mieszkają i nie wierzą w nic, tylko szukają kolacji na jutro. W kraju, który sam się określa najbogatszym krajem świata.

  4. October 19th, 2011 at 04:11
    Reply | Quote | #4

    Wroc, oni nie wierza, ze cos sie zmieni. Oni wierza, ze oni sa w stanie to zmienic!

  5. kam
    December 23rd, 2011 at 20:11
    Reply | Quote | #5

    bardzo ciekawy wpis :)

TOP