[USA] Nieświąteczne święta po amerykańsku

January 9th, 2012 | Categories: USA | Tags: , , , , ,

Wigilię 2011 rozpoczęliśmy ostatnim świątecznym akcentem tego roku – bardzo miłą rozmową na Skype z rodziną zasiadającą w Polsce do wieczerzy. Różnica siedmiu godzin w teorii nie wydaje się duża, w praktyce kolacja wigilijna tam zaczęła się zaraz po naszym śniadaniu.

Po wyjściu z hotelu pożegnaliśmy się z kurortem pełnym plastikowych kościotrupów w akwariach (zgaduję, że to miał być motyw piracki), plastikowych rekinów i ruszyliśmy na do San Antonio.

Pogoda nie była zbyt świąteczna – zaczynał siąpić deszcz, więc jako atrakcję dnia wybraliśmy zwiedzanie muzeum, bo widoki po drodze wyglądały tak:

Zdecydowaliśmy się zwiedzić zamieniony w muzeum w lotniskowiec USS Lexington zacumowany przy Corpus Christi. Wewnątrz hali służącej wcześniej do transportu samolotów pod pokładem znaleźliśmy motyw świąteczny:

Mimo kłującej w oczy „estetyki” Mikołaj jednak cieszył – był to właściwie jedyny przejaw publicznej manifestacji świąteczności na jaki natknęliśmy się tego dnia. Samo muzeum okazało się bardzo interesujące (przynajmniej dla obdarzonej chromosomami XY części wycieczki). Okręt jest zwany Lady Lex lub nazwą nadaną przez Japończyków w czasie wojny – Blue Ghost – Niebieski Duch, która to nazwa powstała z połączenia dwóch faktów – koloru na jaki był pomalowany (zgadniecie jaki?) oraz z tego, że Tokio było przekonane, że zatopili ten lotniskowiec cztery razy, a on wciąż pływał. Prawdopodobnie raporty składane z kamikaze po wykonaniu misji nie były zbyt dokładne…
Dość napięty plan zwiedzania nie dawał nam wystarczająco dużo czasu, by zajrzeć we wszystkie zakątki okrętu, zdecydowaliśmy się więc zobaczyć film, który prezentowali w pełnowymiarowej sali kinowej wydzielonej z jednego z pokładów (obecność sali kinowej zajmującej drobną część statku pokazuje od razu jego skalę – jest to na pewno największy obiekt pływający jaki miałem możliwość zobaczyć, tzn. poza Irlandią oczywiście*). Film okazał się bardzo interesującym reportażem o manewrach sił powietrznych przeprowadzonych w Nevadzie i zostawił nas w dużym podziwie dla pilotów myśliwców oraz w głębokiej zadumie dlaczego na pokładzie siedemdziesięcioletniego statku o bogatej historii nie mówi się o niej, tylko o zabawach wojennych na pustyni. Nawet w dziale „wojna z Japonią” wystawa dotyczyła głównie bliźniaczego okrętu zatopionego w Pearl Harbor. Wystawę razem z nami zwiedzali Japończycy, którzy z uwagą i bez mrugnięcia okiem czytali relację Amerykanów opisujących atak na Hawaje jako czystą zbrodnię (z dodatkowym komentarzem, że ten atak był bezpośrednią przyczyną, dla której włączyli się do wojny i ją wygrali przy drobnej współpracy państw europejskich).

Wycieczkę zakończyliśmy (jak zwykle) w muzealnym sklepiku, gdzie zauroczyła mnie poniższa tabliczka:

„Prosimy nie siadać na koszulkach”. Jakbym zawsze siadał…

Na wigilijną noc wybraliśmy dość ekstrawagancki hotel w turystycznym centrum San Anotnio z wyjściem na River Walk (ścieżkę nad rzeką obsadzoną gęsto restauracjami i galeriami – idealnym turystycznym miejscu). San Antonio zwiedziliśmy już w listopadzie, dlatego tą wizytę postanowiliśmy spędzić na relaksującym niewielerobieniu, odrobinę łamiąc tradycję szopki na rzecz prymitywnego acz przyjemnego hedonizmu. Wieczór rozpoczęliśmy lampką (albo dwoma) wina oferowanego przez hotel dla uprzyjemnienia pobytu, po czym poszliśmy na spacer po River Walk, gdzie dowiedzieliśmy się, że jak nie zdecydujemy się na wieczerzę teraz, to zostanie nam tylko McDonald’s, bo restauracje są zamykane o 20tej. Decyzja była szybka i w ten sposób karpia i pierogi zastąpiły mi krążki cebuli, pyszny półsurowy kawał krowy z ćwiartką kapusty z sosem z niebieskiego sera przepłukiwane kalifornijskim czerwonym winem (to jest ten moment gdzie ma czytelnikowi lecieć ślinka). Resztę świątecznego nastroju rozbili mi Anglicy rozmawiający w przez ścianki kabiny w toalecie o odmianach kupy i różnych sposobach na jakie rozpryskuje się woda gdy poszczególne rodzaje stolca wpadają do muszli. Alleluja. W tych okolicznościach nie zostało nic innego niż zanurzyć się w Jacuzzi (gorące wanny i basen umieszczone na dachu zostawiliśmy na następną wizytę).

Pierwszego dnia świąt ruszyliśmy na zachód – pod meksykańską granicę. 25 grudnia to jeden z niewielu dni w roku, gdzie prawie wszystko (poza McDonalds oczywiście) jest tu zamknięte i gdy zastanawialiśmy się co zrobić z dniem zobaczyliśmy wielką reklamę kasyna w rezerwacie Indian Kickapoo (czynne 24h 365 dni w roku). Pogodzeni z nieświątecznością naszego wyjazdu skręciliśmy w tamtą stronę i spędziliśmy ponad blisko trzy godziny grając na jednorękich bandytach ze stawką 1 cent. Wyszliśmy na niewielki minus – ja byłem $12 na plusie, małżonka przepuściła $14. Resztę dnia spędziliśmy zwiedzając przygraniczne miasta, które cieszą się sławą przemytniczą wojen meksykańskich.

… i znów zastała mnie północ, zaczytałem się o plemionach indiańskich na Wikipedii. W związku z tym o przygranicznych przygodach będzie dopiero w następnym odcinku. Jednak rządza wiedzy szkodzi.

* tak, wiem, wyspy nie pływają

Share and Enjoy:
  • Digg
  • Facebook
  • Blip
  • Kciuk.pl
  • StumbleUpon
  • Wykop
Share
No comments yet.

TOP