[USA] Jakby przeoczyć tornado to jest nieźle

February 9th, 2012 | Categories: USA | Tags: , , , , , ,

Są takie momenty, że cieszy mnie, że przeprowadziłem się do Austin – światowej stolicy muzyki*. W zeszłym tygodniu, gdy akurat miałem siadać do pisania bloga, odkryłem, że do Austin przyjechał łódzki zespół L.Stadt, z którego perkusistą miałem zaszczyt siedzieć w jednej ławce przez cztery lata liceum. To było bardzo miłe spotkanie po latach – pogadaliśmy, posłuchaliśmy muzyki (ich i nie tylko). Dobrze jest tak daleko spotkać kogoś bliskiego. Zapraszam do odwiedzenia ich profilu na facebooku i posłuchania ich muzyki na myspace.

Chłopaki swoim graniem opóźnili mój raport z wizyty w trzeciej pod względem wysokości nad poziomem morza stolicy w stanach – Denver, Kolorado. Ale nie trzecim miejscem chwalą się jej mieszkańcy, tylko tym, że ta wysokość wynosi dokładnie jedną milę (5280 stóp, 1600 metrów). Jedno czego nie mogą ustalić to gdzie dokładnie przebiega ta mila – mierzyli kilka razy i zawsze wychodzi im inaczej. A że każdy z pomiarów oznaczają na schodach Kapitolu (siedziby władz stanu), to turysta dowiaduje się, że jedna mila przebiega dokładnie na 13tym, 15tym i 18tym stopniu jednocześnie.


Optymiś na wysokości jednej mili. (Uważni czytelnicy zauważą, że Optymiś podróżuje ostatnio z własnym misiem)

Wysiadając z samolotu w Denver pierwsze co zauważyłem, to znaki wskazujące drogę do najbliższego schronu przeciwtornadowego. Zaczynam dochodzić do wniosku, że istnieje powód dla którego te ziemie do XVIII wieku były zamieszkałe tylko przez kilka plemion i bizony – przyroda w tych okolicach daje wyraźnie do zrozumienia, że tu nikt nie powinien mieszkać. Ostatnio obudziła nas tas taka burza, że nasz dom się cały trząsł od wiatru i grzmotów, a następnego dnia mieliśmy krótkie gradobicie i ulewy. Te ostatnie, mimo lokalnych powodzi i podtopień, traktowane są jako zbawienie – pozwoliły władzom zmienić poziom zagrożenia suszą z ekstremalnego na bardzo duży. Ogródek dalej mogę podlewać tylko raz w tygodniu (to akurat dobrze, nikt się nie przyczepi, że tego nie robię).

Na zwiedzenie Kolorado mieliśmy zdecydowanie zbyt mało czasu. Zdecydowaliśmy się nie wyjeżdżać z Denver, co pozwoliło nam zrezygnować z auta na rzecz komunikacji miejkiej. Korzystanie z usług transportu publicznego miało walory zarówno towarzyskie i humorystyczne. Towarzyskie ponieważ automaty do płacenia za przejazd nie wydają reszty, ale sympatyczny kierowca postanowił nam pomóc krzycząc na cały autobus i szukając drobnych u naszych współpodróżnych. Walory humorystyczny podróży pojawiły się po zderzeniu naszego wyobrażenia stacji przesiadkowej z tym co zastaliśmy. Spodziewałem się dużego budynku z setkami biegających ludzi, kawiarniami itp. Jednak jeden z głównych węzłów komunikacyjnych miasta okazał się polem betonu z czterema słupkami i trzema małymi wiatami. W Polsce słyszałem powiedzenie, które pasuje jak ulał: „Tu nie Europa”.

Tym co wyróżnia Denver od innych miast, które widziałem po tej stronie Oceanu, jest wyraźnie pozytywne nastawienie niezmotoryzowanych. W mieście dostępna jest sieć rowerów miejskich dostępnych na godziny za opłatą**, a główna ulica miasta jest niedostępna dla samochodów – jeżdżą nią tylko miejskie ekologiczne autobusy. Wszem i wobec ogłaszam, że mi się podoba.

Mimo istnienia kilku głupawych praw miejskich takich jak zakaz pożyczania odkurzacza sąsiadowi (serio!), Denver wprowadziło także kilka mądrych, m.in. przepis nakazujący inwestorom używanie 1% budżetu nowych budynków na sztukę w przestrzeni publicznej. W efekcie gdzie nie spojrzeć tam jest coś wartego zobaczenia, ładnego albo przynajmniej „interesującego” .

Nie każda sztuka do mnie przemawia. Patrząc na poniższe ludziki miałem nieodparte wrażenie, że wyglądają jak znaczek na drzwiach toalety:

Ku mojej wielkiej radości miasto wypełnione jest różnego rodzaju misiami i niedźwiedziami, ale nie udało mi się dotrzeć do korzeni tego zjawiska. Udało mi się za to rozbawić kilka osób, która podziwiały sesje zdjęciowe podróżującego ze mną Optymisia.

Z dużym niebieskim niedźwiedziem przy centrum konferencyjnym (jednym z nieoficjalnych symboli miasta):

Z niedźwiedziem z brązu zatytułowanym „O jak dobrze” (tłumaczenie własne z „Feels so Good”):

Z pluszowym niedźwiedziem, który swoje już w życiu wysiedział:

Historię miasta poznawaliśmy jeżdżąc dość podejrzanym pojazdem – zrobionym z desek, wyposażonym w salonowe fotele z poduszkami oraz poroże z przodu. Pojazd poza pokracznym wyglądem wyróżniał się dźwiękami, które wydawał – gwizdał „fiu-fiu”, szczekał, muczał i chrumkał. Gwizdanie najbardziej działało na przechodzących facetów, na szczekanie reagowały psy (i właściciele próbujący je później uciszyć). Ot taki amerykański humor.

O samej historii dowiedzieliśmy się niedużo, gdyż miasto jest bardzo młode i właściwie nic tam się nie działo. Początki miasta sięgają połowy XIX wieku, gdy w czasie gorączki złota okolica była przeczesywana przez śmiałków. W 1861r podpisano akt założycielski i populacja eksplodowała osiągając po dziesięciu latach około stu mieszkańców. Nie każdy w mieście zajmował się wydobywaniem kruszców, spora część żyła z prowadzenia domów publicznych, knajp oraz kasyn znacząco usprawniających przepływ gotówki. Od tego czasu miasto rosło i… nic ważnego się tam nie wydarzyło. W związku z tym przewodniczka skupiła się na historiach: o duchach (straszą na byłym cmentarzu, który miasto przerobiło na park pozostawiając blisko 1700 grobów pod cienką warstwą ziemi – lepiej nie grzebać za głęboko w czasie pikniku) oraz o domu publicznym z dobudowanym tajnym przejściem do hotelu po drugiej stronie ulicy. Tunel chronił klientów przed wścibskim wzrokiem odwiedzających pobliski kościół.
Ładna historia wiąże się z pozłacanym orłem znajdującym się na dachu urzędu miasta. Zamawiający rzeźbę burmistrz jawnie przyznawał się do bycia członkiem Ku Klux Klanu, co nie do końca było w smak artyście żydowskiego pochodzenia. Ten jednak zamiast jednak odmówić wykonania dzieła, postanowił wykonać niestandardowy wzór. Burmistrz był zachwycony ułożeniem ciała orła, które, jak sam określił, pokazywało go w czasie startu i miało symbolizować wzlot miasta. Ornitolodzy jednak mają inne zdanie – ułożenie ciała wyraźnie pokazuje iż orzeł przygotowuje się do defekacji.

Przewodniczka wspomniała wielokrotnie o jednej z głównych atrakcji miasta – prawie legalnej marihuanie. Prawo federalne zabrania posiadania nawet niewielkich ilości tego narkotyku, legalizacja w Kolorado (Kalifornii i jeszcze kilku innych stanach) polegała na wprowadzeniu pojęcia Medycznej Marihuany, którą można kupić na receptę. Niektóre ze sklepów, poza dystrybucją leku, oferują także błyskawiczne badania lekarskie.
Zwiedziliśmy jedną z takich „aptek” – wygląda ona jak mało medycznie – dywany, kanapy i fotele zachęcają do zażywania lekarstwa na miejscu. Zamieniliśmy kilka słów ze sprzedawcami, jako turystom mogli nam zaproponować tylko i wyłącznie gazety i akcesoria, aby uzyskać lek należy być mieszkańcem (wystarczy rachunek za czynsz albo media). Głupie zakazy powodują głupie rozwiązania.

Denver sprawia wrażenie miasta wolnego duchem i jako jedno z niewielu nie zaczęło rozprawiać się z okupującym kapitol ruchem 99%. Austin niestety rozpędziło demonstrantów w bardzo brzydki sposób – wprowadzili prawo nakazujące conocne mycie chodników dookoła urzędów. W połączeniu z prawem skazującym na bezwarunkowe więzienie każdego, kto uniemożliwia prace porządkowe w mieście (takie jak zamiatanie, odśnieżanie czy mycie) wypędziło to (a raczej uczyniło mobilnymi) protestujących. Na nic zdały się głosy, że a) nie jest to zgodne z duchem prawa; b) suszę mamy, więc marnowanie wody jest złe – Austin postawiło na swoim. W Ameryce mamy wolność słowa – każdy ma prawo mówić co ma ochotę, pod warunkiem, że mówi to co się władzy podoba albo że mówi to tak, żeby go nikt nie słyszał.

W Denver 99% jeszcze się bronią:

Bardzo chciałbym wrócić do Kolorado. Zabrakło nam czasu na choćby krótką wycieczkę w Góry Skaliste, zwiedzanie miasteczka hipisowskiego, dzielnicy teatrów, muzeów i wielu innych rzeczy. A jakby tego było mało, to mają tam przepyszną kranówkę –krystaliczną, smaczną, górską wodę.

Kilka innych fotek:
Droga koło naszego hotelu

Piesek preriowy pilnujący pola:

Góry Skaliste

Tablica umieszona przed Kapitolem – 10 przykazań

Widok z jednomilowego stopnia:

Lotnisko w namiocie:

* tytuł samozwańczy
** Właśnie wykreśliłem z poprzedniego zdania słowo „minimalną”. Jeśli od wypożyczenia roweru do jego odstawienia upłynie mniej niż 30min, to przejazd jest darmo, jednak zapłacić trzeba za dostęp do usługi – karta dzienna kosztuje $8, roczna $80. Ech, a chciałem ich pochwalić.

Share and Enjoy:
  • Digg
  • Facebook
  • Blip
  • Kciuk.pl
  • StumbleUpon
  • Wykop
Share
  1. February 9th, 2012 at 14:19
    Reply | Quote | #1

    co prawda nie do porannej kawy ale jak zwykle dobre czytadlo :)

  2. March 5th, 2012 at 11:36
    Reply | Quote | #2

    Świetnie napisane :)
    Czekamy na dalsze relacje ;)

TOP