Opóźnienie

Dzisiejszy wpis nie ukazał się z powodu… rozwoju techniki. Otóż za 5.99 funta/miesiąc mój komputer jest podłączony do internetu w ten sposób, że wszyscy na świecie myślą, że jestem w Anglii. Dzięki temu mogę oglądać brytyjską telewizję (ograniczoną regionalnie przez idiotyczne przepisy licencyjne). Telewizję, w której można (w przeciwieństwie do Amerykańskiej) używać zdań złożonych, używać ironi i sarkazmu oraz po prostu się śmiać. Tak mnie wciągnęło, że przegapiłem porę wpiswania. Obiecuję poprawę!

Share

[Szorty] Tinker, Tailor, Soldier, Spy

Poniedziałkowe popołudnie spędziłem dość nerwowo – spiesząc się do kina na film, na który czekałem cztery miesiące (premiera amerykańska była poważnie opóźniona) – Tinker, Tailor, Soldier, Spy – w Polsce pokazywany jako “Szpieg”. Bardzo chciałem być w kinie wcześniej, żeby zająć dobre miejsce. I miałem takie jak chciałem, bo na film przyszły cztery osoby.

Tinker, Tailor, Soldier, Spy jest produkcją udaną, śmiało konkurującą z poprzednią telewizyjną adaptacją z 1979 (którą bardzo polecam!), co potwierdziło 7 nagród i 21 nominacji. Gra aktorów świetnie oddaje charaktery i emocje, obrazy są przyjemnie statyczne, muzyka łagodnie dodaje tła, a sama historia od początku do końca trzyma w napięciu. Jednak w filmie nie ma wybuchów, cycków ani bijatyki, więc nie mógł się tu dobrze sprzedać. Dziś już go zdjęli z ekranów we wszystkich okolicznych kinach.

Share

[USA] Dzień drugi – do Ciechocinka!

Dziś około godziny 14:00* spodziewałem się, że będę pisał nie o wakacjach, ale o trzęsieniu ziemii, które miało miejsce gdzieś w północnej Virgini**. O całej sprawie dowiedzieliśmy się gdy żona kolegi z pracy zadzwoniła przestraszona, że ich dom (w Massachusetts) się zatrząsł. Biuro mojego klienta musi być solidnie zbudowane, bo nic nie poczuliśmy, tylko kolega Amit chodził po biurze i opowiadał – najpierw, że mu się przewróciła kawa, potem siła wstrząsów tak rosła, że w końcu dowiedzielismy się, że jego komputer podskoczył i obkręcił się o 360 stopni w powietrzu. Serwisy informacyjne pokazały trzęsącą się lampę podłogową, zawaloną ścianę na budowie i supermarket z porozrzucanymi na podłodze puszkami. Poczytałem trochę i o ile rzeczywiście było to największe trzęsienie ziemii w tym regionie od drugiej wojny światowej, to nie jest to coś specjalnie wyjątkowego – trzęsień o tej sile rocznie notuje się około 800. Jesteśmy cali i zdrowi, serdecznie dziękuję za pytania o nasze zdrowie!

Wracając do wycieczki – drugiego dnia padało solidnie. Prognoza pogody mówiła, że nie przestanie i pierwszy raz się sprawdziła. Nauczeni w Londynie, że “nie ma złej pogody, jest tylko źle dobrane ubranie” postanowiliśmy kontynuować podróż zgodnie z nieplanem***. Pierwsze 150 kilometrów spędziliśmy na autostradzie słuchając audycji LBC o zamieszkach w Londynie i zastanawiając się jakby takie zamieszki przebiegały u Wuja Sama. Obawiam się, że zamiast kordonu popijającej herbatę policji (zdjęcie z prawiej jest autentyczne) na ulice by wyszła uzbrojona po zęby drużyna specjalna, przykładnie zastrzeliła kilku awanturników, a potem by wystawiła by pozostałym rachunek za wystrzelną z ich winy amunicję.

W okolicach Sprinfield z autostrady skręciliśmy na północ na małe lokalne drogi zwiedzać “prawdziwą Ameryką”. Przejechaliśmy przez Northampton, które okazało się podobnie porywające, co jego Angielski odpowiednik (przy czym nie wykluczam, że podobnie miłe) i kontynuowaliśmy drogę w kierunku Deerfield aby zobaczyć doskonale zachowaną historycznej części miasta składającą się z trzystuletniej drogi i kilkunastu XVIII-XIX wiecznych budynków. Dopiero wczoraj dowiedziałem się, że w Deerfield 20% ludzi przynaje się do polskich korzeni (w całych stanach za Amerykanów Polskiego Pochodzenia uważa się 3% ludności!). Równie zaskakujące co liczba polonusów były polskie garnki w sklepach z pamiątkami. Jedną z pierwszych rzeczy, którą kupiłem tu w USA były polskie kubki kamionkowe, ale myślałem, że to przypadkiem trafiło do sklepu. Teraz już wiem, że to jest jeden z podstawowych towarów w sklepach z pamiątkami, tak jak każdy supermarket musi sprzedawać szynkę konserwową Krakus (muszę ją kiedyś spróbować, może naprawdę jest dobra?). Aby za przyjemnie nie było odkryliśmy, że wszystkie muzea są pozamykane po 16tej, więc Deerfield zobaczyliśmy tylko z zewnątrz.

Po odjechaniu 150km od Bostonu Ameryka jest zupełnie inna i, co stwierdzam trochę z żalem, znacznie fajniejsza. Domy są od siebie znacznie bardziej oddalone niż tu na wybrzeżu, przydrożne wsie z czterdziestu chałup potrafią ciągnąć się na kilka kilometrów. Miasto Floryda, które przy 676 mieszkańcach ma 63.6km2 powierzchni wciąż jest uznawane za umiarkowanie gęsto zamieszkane – jest 24te pod względem gęstości w swoim hrabstwie.

Kolejna rzecz, która pojawia się gwałtownie i bez wyraźnego powodu to sklepy z pamiątkami. Południowe Massachusetts, stan Nowy York, Maine i Vermont zwiedzaliśmy jeżdżąc małymi drogami i wszędzie znajdowaliśmy sklepy sprzedające mieszaninę lokalnych produktów, polskich garnków i chińskich figurek. Niektóre sklepy znajdowały się w tak małych miejscowościach, że lokalne pamiątki były “produkowane” przez sklepikarzy przez dopisywanie czarnym mazakiem nazwy miesca na uniwersalnych magnesach czy zabawkach. Bardzo mi się to podoba, chociaż zupełnie nie rozumiem z czego się te sklepy mogą utrzymywać.

Ostatnim przystankiem dnia drugiego był Ciechocinek. Tak naprawdę miasto nazywało się Saratoga Springs, ale wyglądało jak Ciechocinek bez tężni i kurortowiczów. Ale dużo nie zobaczyliśmy tego wieczora, bo przyjechaliśmy kolo 22:00 (dzie-sią-tej wieczorem) i dalej padało. Obejrzeliśmy je dopiero następnego dnia, więc opiszę je dopiero jutro.

* albo cytujac jednego ze spotkanych amerykanow “dla tych co nie rozumieją formatu wojskowego – o drugiej po południu” – serio nam tak tłumaczył!
** lub jak podają tutejsze media – “gdzieś w okolicach Washington D.C.” – i bardziej sensacyjnie brzmi, i wiecej osób zlokalizuje to na mapie…
*** planu wycieczki nie mieliśmy, z dnia na dzień wyliczaliśmy optimum lokalne do wyznaczenia kolejnego noclegu i zarysu trasy, a szczegóły wyznaczaliśmy w drodze w oparciu o znalezione ulotki, przypadkiem przegapione zjazdy i napotkane tablice informacyjne.

Kilka zdjęć z drogi:


Wiejska babka.


Sklep z pamiątkami.


Osiedle domów mobilnych.


Restauracja na największym zakręcie drogi, dolina schowana w chmurach.

Share

[USA] Wakacji dzień pierwszy

Pierwszy dzień wycieczki był już raz wspomniany tu na blogu, ale zaczynanie relacji od dnia drugiego wygląda głupio, więc opisuję ponownie.

Wycieczkę nad Niagarę rozpoczęliśmy jadąc w złym kierunku – do Maine, na północny wschód. W ten sposób załapaliśmy się na ostatnie dni lata, które w “Wakacyjnym Stanie” zaczyna się bardzo późno, ale za to kończy się bardzo wcześnie. Według wszelkich przewodników czyni to ten stan idealnym miejscem dla szukaczy jesiennych liści. Jak dziwnie by to nie brzmiało, to Fall Foliage jest na tyle dużą atrakcją turystyczną, że władze stanu aktywnie wspomagają tych ludzi, m.in gromadząc i udostępniając statystyki dotyczące sezonu czerwienienia liści. Główne serwisy pogodowe w USA także prezentują mapy ujesieniowienia drzew. Jakbym miał wybierać, to chyba wolę to zajęcie od “łowców burz” – ludzi, którzy jeżdżą z aparatem tam, gdzie ogłoszony jest alarm o huraganie albo planowane są wielkie opady.

Ze względów sentymentalnych do angielskiego Bath, postanowiliśmy zwiedzić miasto o tej samej nazwie, ale po drugiej stronie oceanu. Jak twierdzą jego mieszkańcy miasto jest jednym z “Najładniejszych Małych Miast w USA”, a głównymi atrakcjami miasteczka są muzeum morskie (już było zamknięte) i (uwaga, uwaga…) czekoladowy kościół. Dopiero na miejscu zorientowałem się, że przymiotnik w nazwie nie definiuje materiału budowlanego ani nawet funkcji, a kolor – podczas zmieniania funkcji budynku z religijnej na artystyczną został on przemalowany na brązowo. Od początku wydawało mi się, że Kult Wyznawców Milki z Orzechami by się nie reklamował na tablicach, ale nadzieję warto mieć do końca.

Główna ulica miejscowości rzeczywiście była bardzo ładna i spokojna, z szeroką gamą przybytków kulinarnych do wyboru – od budki z kebabem do całkiem przyjemnie wyglądających restauracji. Do tego kilka galerii oraz obowiązkowy sklep sznurek, mydło i powidło. Całość na dobry kwadrans zwiedzania (nie licząc muzeum), co nie jest złym wynikiem jak na tą część kraju.

Linia brzegowa Maine ma około 400 km długości, przy czym jest tak pofalowana, że po wyprostowaniu wszystkich zatok łączna długość wyniosłaby 5600 km (nie licząc wysp). Jak już pisałem wcześniej naprawdę ciężko jest to zobaczyć, bo stan jest zalesiony w sposób absolutnie uniemożliwiający zorientowanie się co się dzieje dalej niż 50m od miejsca gdzie się stoi/jedzie. Chcąc zobaczyć morze skręciłem z Bath na wschód (tam musi być jakaś cywilizacja) i całkiem niespodziewanie dotarliśmy do Fortu Popham. Dlaczego niespodziewanie? Bo Amerykanie jeszcze nie odkryli, że oznaczenie atrakcji turystycznych by mogło komuś pomóc albo zainteresować kogoś zwiedzaniem.

Fort Popham został wybudowany podczas Wojny Secesyjnej i był w pełni obsadzony podczas pierwszej i drugiej wojny światowej, jednak nigdy nie został przez nikogo zaatakowany. W środku fortu znaleźliśmy całą serię tablic informacyjnych (ładnych i interesujących!), z których dowiedziałem się, że do strzelania z armaty potrzeba było aż ośmiu osób. Dodatkowymi atrakcjami były stalaktyty i stalagmity, co pokazuje, że kiepski wybór materiałów budowlanych pozwala uzyskać to, co na natura potrzebuje w normalnych okolicznościach dziesiątek tysięcy lat.

Dzień pierwszy zakończyliśmy wizytami na stacjach benzynowych, kawiarniach i fotografowaniu wszystkiego co nie uciekało na drzewo, ale zamiast to opisywać idę spać, żeby zbierać siły na jutrzejsze opisywanie dnia drugiego – deszczu, sklepów i miejscowości gdzie 20.5% ludzi ma polskie pochodzenie.

Share

[USA] Dziennik z podróży. Boston cz 2

Uff, długi przeprowadzkowy dzień zakończyliśmy z pozytywnym wynikiem. Wiem, że nie powinno się tak mówić, ale dotychczas wszystko wychodzi zgodnie z planem a nawet lepiej. Może to oznaczać, że szczęście sprzyja lepszym albo, że czegoś nie wiemy i spadnie na nas wielka kupa kupy!
Dzisiaj wszystko odbywało się mniej więcej na czas. Przywieźli nam meble, pizze i internet, wszyscy byli tak mili jakby czekali na napiwek. I to zrodziło w nas po raz kolejny pytanie – czy powinniśmy coś im dać? Facet od pizzy nie palił się do wydawania reszty, pozostali byli opłaceni z góry, więc nie mieli jak zasygnalizować czy coś chcą. Jeśli ktokolwiek wie czy monterowi należy się dolar lub więcej, to proszę o komentarz, bo czujemy się jak dzikusy nie wiedząc jak się zachować. Od razu też pytanie dodatkowe: ile dać napiwku barmanowi jak kupuje się w pubie colę za $2?

Wracając do wcześniej poruszonego tematu wrażeń z Bostonu postanowiłem przejrzeć zdjęcia, bo wrażenia na gorąco trochę się zacirają jak wystygną. Wpadło mi w oko nieudane ujęcie mostu “Leonard P. Zakim Bunker Hill Memorial Bridge” (długość nazwy jest proporcjonalna do długości mostu – jest wielki i śliczny!). Zdjęcie było zrobione z jednego z głównych deptaków miasta, sam deptak jest ślicznie odnowiony, ale długi zoom dostkonale wyciąga brudy rzeczywistości. Na zdjęciu widać: stan kamienic poza (ale wciąż tuż przy!) centrum, reklamy (są tu wszędzie) oraz absolutne przeregulowanie życia, w tym przypadku ruchu drogowego. Wytrałych zaprawszam do policzenia tabliczek, sygnalizatorów oraz innych informacji drogowych:

Poprzedni post o wrażeniach z Bostonu zakończyłem wspominając budy z chińskim jedzieniem w Łodzi. Niektórzy na pewno pamiętają “Łódzkie China Town” przy ul. Piotrkowskiej 138/140 – podwórko pełne odrapanych budek, gdzie w towarzystwie żuli bijących się z gołebiami o resztki można było zjeść sajgonkę lub kuciaka w ciecie na ośtlo. Otóż oficjalne bostońskie China Town wygląda znacznie gorzej! Chodziliśmy tam z mieszaniną ciekawości i przerażenia, a każda mijana witryna sklepowa niosła nowe niespodzianki, których kulminacją był sklep z żywymi kurami (z opcją uśmiercenia na miejscu). Mniej niż 3 mile od Harvardu, 1.5 mili od MIT i 0.5 mili od centrum biznesowo-bankowego. Miał być wielki świat, a jest zwykła wiocha!
Poniżej zdjęcie jeden z budek z lokalnym jedzeniem na wynos. Pojedziemy tam spróbować (przynajmniej ja), mimo spostrzeżenia Eweliny, że publicznych toalet w Bostonie albo nie ma, albo są doskonale ukryte przed turystami. Może pozory mylą i to tylko tak wygląda…

Z reporterskiego obowiązku dorzucam drugie zdjęcie, na którym nic się nie dzieje i nie ma nic ciekawego, co z resztą dość dobrze oddaje to co zastaliśmy. Wybieramy się tam niedługo ponownie, bo tyle osób mówiło, że Boston to najlepsze miejsce w Ameryce, że musieliśmy coś przeoczyć. Ewentualnie widzieliśmy co trzeba, a my po prostu nie wiemy co czeka nas na jeszcze większej prowincji. Prawdę poznamy dopiero ruszając dalej. Ci z czytelników, którzy wytrzymają z moim blogim przez następne pół roku na pewno poznają odpowiedź.

Kolejna fotka pokazuje inny fragment China Town, a także typowy przykład nawierzchni ulic w okolicach Bostonu. Jak się ma pick upa, to pewnie to nie przeszkadza, moje biedne autko jęczy na każdym wyboju jakby się miało rozkręcić.

Na granicy chinatown i… sąsiedniej dzielnicy znaleźliśmy prześliczną księgarnię. Aż się oczy śmiały, dobrze, że właściciel postanowił obalić mit o ameryce pracującej w trybie 24h/dobę i skorzystał z wolnej niedzieli, bo w takim sklepie na pewno byśmy kupili ciężkie kilogramy literatury.

Co dalej z Bostonem? Tak naprawdę niewiele. Wciąż mam nadzieję, że źle go zwiedzaliśmy, może inne atrakcje będą bardziej fascynujące od “największej i najważniejszej trasy turystycznej” miasta. Może trzeba trochę pożyć tutaj, żeby dość do takiego poziomu zadowolenia jaki prezentował kierowca przepięknego, czerwonego auta* z fotografii poniżej. Doskonałe lodziarnie i cukiernie nie mogą być główną atrakcją miasta. Tzn cukiernia jest prawdopodobnie rewelacyjna, kolejka do niej ciągnęła się jak ogolnek do mięsnego gdy rzucili kurczaka, więc nie spróbowaliśmy. Mamy po co wracać!

Na zakończenie fotografia amerykańskiego ducha/amerykańskiej duszy** – w metrze dba się o porządek, nie dlatego żeby było czysto. Dba się, bo wydało się swoje pieniądze, żeby ktoś posprzątał, o czym przypomina mieszkańcom poniższa tabliczka.

W najbliższych wpisach rozprawię się z pozostałymi spostrzeżeniami Bostońskimi. A teraz spać (to do mnie) albo do roboty (dla tych, co od rana marnują cenne minuty)!

Przy okazji porada z praktyki – jak dojdziecie do wniosku, że możecie używać monitora zamiast telewizora to sprawdźcie czy ma głośniki. My mamy teraz ileśdziesiąt programów radiowych i 285 stacji TV o doskonałej jakości obrazu, tylko bez fonii. Za to z możliwością nagrywania w full-HD…

* naprawdę nie wiem co to jest za marka, ale chętnie się dowiem
** do wyboru

Share

[USA] Dziennik z podróży, dzień szósty

Przeczytałem dziś wstęp do podręcznika życia w Ameryce (polecam!). Wcześniej wstęp pominąłem, żeby przejść do informacji praktycznych. To był wielki błąd!

Znaczna część wstępu jest poświęcona szokowi kulturowemu, o którym wiedziałem znacznie mniej niż mi się wydawało. Autor rozróżnia pięć faz tego zjawiska i wymienia dokładnie te objawy, które obserwuję u siebie przy większości dłuższych wyjazdów. W tej chwili jestem na etapie drugim – odrzucenia i niepokoju, tzn trywialne czynności jak kupienie biletu na autobus wciąż sprawiają mi trudność (o tym akurat więcej później będzie), szukam tej samej jakości informacji, jakie miałem w anglii oraz czuje wyraźne niezadowolenie, że wszystko jest inne. Bardzo dobrze zrobiła mi ta wiedza zrobiła – wiem, że nie jestem sam w cierpieniach, wiem co będzie później, wiem też, że tylko od mojego świadomego wyboru zależy czy się zaaklimatyzuję tutaj czy nie. Tego ostatniego wyboru wykonać jeszcze nie umiem.

Sobota w Massachusetts była piękna, moje nastawienie do świata dostosowało się do otoczenia i dzięki temu spędziłem bardzo przyjemny dzień zwiedzając okolicę. Głowne moje przemyślenia dziś dotyczyły tego, że USA to może być dobre miejsce do życia, szczególnie ta część, którą odwiedzam. Zachodnie przedmieścia Bostonu są zamożne, co zapewnia tutaj spokojne życie. Dzieci biegają po ulicach same (co w przewrażliwionym Lodnynie jest bardzo rzadkie), samochody są często zostawiane z otwartymi szybami a niejednokrotnie z włączonymi silnikami. Szkoły to przeważnie piękne, duże budynki z ładnie zadbanymi trawnikami i/lub ogrodami. Myślę, że spokojnie można założyć, że wewnątrz jest podobnie, czego jednak nie będę w stanie zweryfikować w najbliższym czasie, jako że wizyta w szkole by się mogła skończyć odwiedzaniem posterunku. Amerykanie to bardzo rodzinni ludzie, ochrona dzieci jest tu najwyższym priorytetem, momentami przekraczając granicę zdrowego rozsądku. Na przykład przejechanie koło autobusu szkolnego, który ma zapalone czewrone światła oznaczające wsiadanie/wysiadanie dzieci, wiąże się z mandatem do $2000. Przekroczenie prędności o kosztuje $50 za 10mil/h + $5 za każdą dodatkową milę. Ta dysproporcja odzwierciedla lokalny sposób myślenia.

Odnośnie myślenia tutaj – zauważyłem, z przerażeniem, że po tygodniu moje oczekiwania odnośnie spotykanych ludzi zostały znacznie obniżone. Kupując uchwyt do kamery ucieszyłem się, że facet sam wymyślił gdzie można sprawdzić ile waży kamera! Chociaż nie obyło się bez schodów. A było to tak: sprzedawcy w sklepach są tu często proaktywni i biegną do klienta jak tylko zobaczą, że się rozgląda*. Sprzedający szybko wskazał mi gdzie ukryli potrzebne mi uchwyty (a ukryli je sprytnie, tak by nikt im ich nie wykupil) i przystąpiliśmy do sprawdzania czy będzie pasował. Uchwyt do kamery jest w stanie utrzymać 1.6lb, powstało pytanie czy to wystarczająco dużo dla mojej kamery czy nie. Zapytałem i w tym momencie w oczach sprzedawcy zobaczyłem wzrok, który spotkałem już wcześniej; charakterystyczne spojrzenie w dal, poszukiwanie w pustce, coś jak Łamignat gdy z Kajkiem i Kokoszem próbowali Dajmiecha z grodu wyrzucić (“zdecydowanie wole pracować mięśniami niż głową”). Nauczony doświadczeniem, że taki stan może się utrzymywać dłuższą chwilę zaproponowałem rozwiązanie – sprawdźmy pudełko podobnej kamery, może będzie napisane ile waży. Nie było, ale sprzedawca raz naprowadzony na ścieżkę do rozwiązania sam wymyślił, żeby poszukać na ich stronie internetowej. I to mnie ucieszyło, było to więcej niż się spodziewałem.

Mam nadzieję, że ta opisnia nie będzie zbyt krzywdząca, ale wydaje mi się, że kluczem do życia z Amerykanami jest ciągłe naprowadzanie ich na trop. Nauczyłem się tego po kilku dość zaskakujących dialogach:
1. Sprzedawca samochodów: – Czy mogę w czymś pomóc?
Ja: – Tak, chciałbym kupić auto.
S: – OK
Zapada cisza i oczekiwanie (moja wina – nie było pytania, nie było podpowiedzi – nie ma akcji)

2. Kierowca autobusu i ja. Wsiadam do autobusu, kierowca patrzy na mnie i milczy.
Ja: – Chciałbym kupić bilet.
K: – OK
(cisza…)
Ja: – Przepraszam, ile kosztuje bilet? – pytam, bo może niewyraźnie mowiłem wcześniej
K: $1.5
Zapada cisza…
Ja: rozglądam sie – nie ma informacji napisanych ani narysowanych. Kierowca rusza, ja stoję. Po chwili odkrywam stojący obok kierowcy automat do sprzedaży biletów, wkładam pieniądze, wygrywam bilet na przejazd.
(mój błąd – nie spytałem dosłownie jak kupić bilet, tylko zakomunikowałem, że chcę kupić bilet)

3. Dzwonię do ubezpieczyciela po polisę na auto:
U: – Tom Jakiśtam, słucham
Ja: – Chciałbym ubezpieczyć auto…
U: – Rozumiem.
Cisza… (znów popełniłem błąd licząc na to, że to sprzedawca wie co potrzebuje mnie spytać)

Chciałbym wykorzystać chwilę i podziękować wszystkim za odpowiedzi i ogólne wsparcie. Bardzo dobrze jest wiedzieć, że niektórzy zostają blisko nawet jak los wyrzuca Cię na drugą stronę świata.

*Za wyjątkiem tych sprzedawców, którzy mają wszystko gdzieś. Wczoraj wyszedłem ze starbucksa bez kawy, bo nie udało mi się w żaden sposób nakłonić obsługi do podejścia do kasy.

Share