[USA] Dziennik z podróży, dzień pierwszy

Oto stało się, jestem w USA. Poniżej wrzucam garść uwag na gorąco.

Przyleciałem wczoraj z American Airlines, samolot miał chyba 250 lat, obsługa trochę jak z mięsnego. Nastepnym razem lecę z British Airways. Mam nadzieję, że różnica między AA i BA nie odzwieciedla różnic między Stanami i Anglią.

USA przywitało mnie w swoim unikalnym stylu – uciażliwą kontrola dokumentów. Sprawdzili nie tylko paszport i wizę, ale take te same dokumenty, które sprawdzała ambasada tę wizę wydając. Wszystko w ponurej atmosferze kontroli i bez grama uśmiechu. Potem już było z górki.

Przygodę z USA zacząłem od wpadka po wypożyczeniu auta. Chwilę po tym jak je wziąłem okazało się, ze skrzypi przy ruszaniu i dziwnie szarpie powyżej 40mph. Zawrociłem, żeby je wymienić, na szczeście przed samą bramą wypożyczalni odkryłem czerwoną lampkę na desce rozdzielczej. Spuszczenie do końca hamulca ręcznego naprawiło “usterkę”. Przynajmniej wiem, ze nie siwieję, tylko staję się blondynem…

Nocleg załatwiłem przez internet metodą półlosową. W efekcie wynajmuję pokój w Arlington (przedmieścia Bostonu) u bardzo fajnego faceta. Mimo, że przyjechałem dwie godziny przed czasem, zostalem przyjety bardzo milo herbatą (bez mleka) i pierogami. Stroker od razu przedstawił mnie sasiadom, a potem swojemu zespołowi. W ten sposób poznałem tu już tyle osób co w Londynie przez dwa lata.
W Arlington nie wolno zostawiac samochodów na ulicy na noc (między 1 a 7mą rano), więc upycha się je szeregowo przy domach. Aby można było wyjeżdzać, ludzie wymieniają się kluczykami do aut. Wczoraj dostałem klucz do samochodu faceta, którego znam godzinę!
W wyjątkowych sytuacjach istnieje możliwość zostawienia samochodu na ulicy. Żeby to zrobić legalnie trzeba zadzwonić na Policję, podać swoje dane i cel pobytu. Wtedy policja może (lub nie) wyrazić zgodę na postój.

Tutejszy ruch drogowy troche mnie przeraża – sposób zachowania na skrzyżowaniach nie zgadza się z tym co jest opisane w przepisach ani z tym co widziałem na żywo w innych miejscach. Najgorsze jest pierwszeństwo przejazdu. Zdecydowanie za często mnie tu wpuszczają jak stoję na stopie w podporządkowanej.
Drugą uciążliwością tutejszego ruchu jest to, że pojęcie szybkiego i prawego pasu wydaje się tu być nieznane – ludzie jeżdżą i wyprzedzają z tej strony, gdzie akurat im wygodnie. Sporo dróg ma namalowany pas dzielący strony drogi, nie ma osobnych pasów w jedną stronę, mimo, że można by tam śmiało zrobić po dwa w każdą stronę. W takim przypadku każdy jeździ jak chce – jedni przy osi jezdni, inni przy poboczu, a pozostali środkiem. Mam wrażenie ogólnego bałaganu na drodze, chwile mi zajmie zanim to opanuję.
Lekką przeszkodą jest też to, że próbuję jeździć po lewej stronie – kilka razy bym pojechał pod prąd, nauczyłem się patrzyć na innych i robić to co oni. Najgorzej jest przy wiazdach/wyjazdach z parkingów – już dwa razy stałem po złej stronie czekając aż będę mógł wyjechać. Zrzucam to na zmęczenie wczorajsze.

Jedyną rzeczą, którą wczoraj zdążyłem zrobić to zakupy. W sklepach znalazłem dużo “dziwactw”, w szczególności:

  • dziwne jednostki miar – galony i funty ($2.99 za funt pomidorow to dużo?)
  • kawa parzona w torebkach jednorazowych
  • herbata (esencja) w plynie – zamiast zaparzać zalej wodą
  • slodziki pakowane po jednej tabletce w saszetce
  • gigantyczne opakowania – juz wiem po co im takie duze auta, np:
    • mleko na galony – po co komu 3.875 litra mleka?
    • sok pomaranczowy na galony – jak wyzej
    • baterie paluszki pakowane po 40 i wiecej
    • cukier w torebkach 5kg

Sprzedawcy w sklepach koniecznie sie musza przywitac, co wychodzi lepiej lub gorzej. Jak sa w poblizu, to ok, ale jak krzycza z drugiego konca sklepu, to jakos dziwnie to wyglada.

Zdjęcia i filmy będą później.

Share