February 8th, 2012 | Categories: Uncategorized | Tags:

Dzisiejszy wpis nie ukazał się z powodu… rozwoju techniki. Otóż za 5.99 funta/miesiąc mój komputer jest podłączony do internetu w ten sposób, że wszyscy na świecie myślą, że jestem w Anglii. Dzięki temu mogę oglądać brytyjską telewizję (ograniczoną regionalnie przez idiotyczne przepisy licencyjne). Telewizję, w której można (w przeciwieństwie do Amerykańskiej) używać zdań złożonych, używać ironi i sarkazmu oraz po prostu się śmiać. Tak mnie wciągnęło, że przegapiłem porę wpiswania. Obiecuję poprawę!

Share and Enjoy:
  • Digg
  • Facebook
  • Blip
  • Kciuk.pl
  • StumbleUpon
  • Wykop
Share
January 23rd, 2012 | Categories: USA | Tags: ,

Ze względu na wytężone prace nad (ponownym) uruchomieniem strony oraz kilkoma innymi zmianami związanymi z naszą firmą dzisiejszy wpis będzie pozbawiony zbyt wielu słów. Powszechnie wiadomo*, że jeden obraz wyraża więcej niż tysiąc słów, zatem zaprawszam do nowych galerii zdjęć udostępdnionych przez Ewelinę (już są z sierpnia 2011, grudniowe będą w maju):

Rhode Island

New Hempshire

Washington DC

Philadelphia

Nantucket

Maine

Wycieczka w strone Niagary

Niagara

Stan Nowy Jork

Vermont

Austin

Miłego oglądania!

* “amerykańscy naukowcy dowiedli”

Share and Enjoy:
  • Digg
  • Facebook
  • Blip
  • Kciuk.pl
  • StumbleUpon
  • Wykop
Share
January 17th, 2012 | Categories: USA | Tags: , , , ,

Kontynuacja świątecznego zwiedzania Teksasu.

Granica Texasu z Meksykiem cieszy się bardzo złą sławą za sprawą wojen gangów narkotykowych. Sprawy nie poprawiają nielegalni imigranci oraz przemytnicy. W efekcie turystyka w tym regionie właściwie upadła co doprowadziło do jeszcze głębszej zapaści regionu. Austin od Eagle Pass (przy Meksykańskim Piedras Negras) pod względem odległości dzieli 225 mil, czyli niecałe 4 godziny jazdy autem (według teksańskich standardów „niedaleko”), ale cywilizacyjnie te dwa miejsca nie mają ze sobą praktycznie nic wspólnego. W przygranicznych miastach dominuje język Hiszpański, bieda i nieufność do rządu amerykańskiego oraz jego przedstawicieli.

Na nocleg wybraliśmy miasto określane w przewodnikach jako przygraniczna stosunkowo bezpieczna enklawa normalności – Del Rio i rzeczywiście nie natknęliśmy się tam na nic niemiłego. Miasto z atrakcji oferuje kilka niskobudżetowych restauracji, niskobudżetowe hotele oraz całkiem ładne, acz opustoszałe „stare miasto”. Główną atrakcję jest tam jednak przejście graniczne do Meksyku do Ciudad Acuna.

Nad wycieczką do Meksyku zastanawialiśmy się wcześniej, ale po relacjach z internetu oraz opowieściach znajomych (podobno widoku wiszącej na moście odciętej głowy łatwo się nie zapomina nawet jak się ma na imię Jose), ale ostatecznie ciekawość wygrała. Pomógła nam bardzo wikitravel oraz właściciel hotelu. Rozmowa początkowo nie wyglądała obiecująco, gdyż na pytanie: „czy warto jechać do Meksyku i czy to jest bezpieczne?” uzyskałem błyskawiczną i rzeczową odpowiedź „1. Tak, 2. Nie”*, ale po dłuższej rozmowie ustaliliśmy, że niebezpiecznie jest tylko wyjść z centrum miasta albo poza miasto. Przygoda!

Ciudad Acuna jeszcze kilka lat temu była przeciętnym granicznym miasteczkiem, które w dużej części utrzymywało się z imprezowej turystyki – amerykanów wybierających się na smaczny obiad, wieczór/noc w klubach i powrót z bagażnikiem Tequilli. Na nieszczęście miasta włądze USA przymknęły granicę: zaczęli wymagać paszportów, przeprowadzać kontrolę oraz pobierać cło od alkoholu. Dzięki wysiłkom władz miasto utrzymało stosunkowo bezpieczne dla turystów centrum, jednak upadek widać na każdym kroku. Ale w temacie kroków zacznijmy od tego jak tam dotarliśmy.

Wikitravel poinstruowała nas, żeby podjechać samochodem pod granicę, zostawić go na parkingu strzeżonym i iść dalej na pieszo. Nie przygotowała nas jednak na to jak to będzie wyglądało w rzeczywistości. Po opisie wyobrażałem sobie parkingi zorganizowane jak lotniskowe – z bramkami, asfaltem i autobusami. Rzeczywistość była odrobinę inna – parkingi strzeżone okazały się półdzikimi piaskowymi placami z szopą i powolnym, grubym Meksykaninem wołającym Amigo! Zamiast w autobusie znaleźliśmy się na poboczu drogi szybkiego ruchu dochodzącej do mostu nad Rio Grande. W grzejącym słońcu (upał 26go grudnia jest warty trochę strachu!) uzbrojeni w butelkę wody i pluszowego misia ruszyliśmy na pieszo w stronę granicy.

Długi na 620 m most nad Rio Grande zakończony jest po obu stronach posterunkami granicznymi. Po stronie amerykańskiej przejście blokowała bramka, która otwierała się po wrzuceniu 75 centów od osoby – po uiszczeniu opłaty odprawa graniczna była zakończona. Strona meksykańska była równie otwarta dla pieszych – dla samochodów już nie – każde auto przechodziło szczegółową kontrolę z rozkręcaniem włącznie.

Pierwsze co widać w Ciudad Acuna (poza żołnierzami uzbrojonymi po zęby) to zupełnie inna architektura i… dentyści, co nie dziwi, gdyż cena leczenia jednego zęba w USA zbliżyła się do 50% średniego miesięcznego uposażenia.

Na pierwszy rzut oka widać też szyldy i reklamy – w znacznej większości ręcznie malowane (pepsi mnie urzekło!).

Zwiedzanie miasta zaczęliśmy od wizyty w sklepie z pamiątkami, gdzie po raz kolejny zostałem zawstydzony – sprzedawca mówiący po angielsku znał polskich bohaterów narodowych (z Karolem Wojtyłą na czele), wiedział gdzie leży Polska i jaka jest jej sytuacja w Europie. Czyli dużo więcej niż ja wiedziałem o Meksyku przed przyjazdem tutaj (a pewnie nawet więcej niż do tej pory wiem). Zamiast sombrero kupiliśmy gliniany talerz na ścianę po czym wyraźnie zadowolony sprzedający zaproponował nam nocleg (w cenie talerza) zachwalając, że jest w takiej okolicy gdzie się gangi nie zapuszczają.

Dość specyficzną atrakcją sklepu, na którą z dumą zwrócił nam uwagę sprzedawca (jakby dało się ją przeoczyć) była lalka wisząca na stryczku z przyczepioną kartką „Meksykańska sprawiedliwość” oraz wytłumaczeniem na drugiej stronie – „złodzieje będą powieszeni. Nie martw się, nie będziesz cierpieć”.

W mieście znajduje się znaczna ilość sklepów „wielobrażowych”, które zwiedzałem z dwóch powodów – aby oglądać towar oraz podziwiać sprzedawców, którzy chodzili za nami krok w krok sprawdzając czy czegoś nie kradniemy. Tylko protest małżonki zniechęcił mnie do dodatkowych rundek z niedyskretną ochroną na karku (nie codziennie biegają za mną młode i ładne dziewczyny!). Sam towar też był fascynujący – ubrania na wieszakach szczelnie opakowane z foliowe torby, discmany zamknięte w gablotach oraz eksponowane na szyldach jako „prawdziwie amerykańskie”, spodnie Wrangler. Interesujące były też sklepy bez drzwi i okien – zamiast szyb czy drewna od ulicy dzieliła je tylko krata – nie dość, że to oszczędne rozwiązanie, to jeszcze sprawia wrażenie otwartości na klientów.

Moją uwagę dość szybko przyciągnęły budy z ulicznym jedzeniem (pora obiadowa była!), które wyglądały paskudnie ale pachniały zachęcająco. Jako odważniejszy zdecydowałem się zaryzykować mięso w bułce i… do tej pory się cieszę. Mięso było soczyste i smaczne, a bułka pyszna i chrupiąca – zdecydowanie najlepsze pieczywo jakie jadłem po tej stronie oceanu. Odrobinę problemu sprawiła mi tylko, dorzucona jako przekąska, papryka, której mały gryz wywołał gwałtowną potrzebę znalezienia coli**. Weszliśmy więc do najbliższego miejsca gdzie wypatrzyłem czerwone logo i na migi kupiłem dwie butelki picia oraz (też na migi) dowiedziałem się, że nie jest na wynos tylko na miejscu. Usiedliśmy i zaraz podano nam gratisowe przekąski (tortille z kilkoma sosami – niezłe). Głupio mi było tak brać za darmo jedzenie do picia, więc poszedłem zamówić na migi coś kebabopodobnego (po tych ćwiczeniach z migowego mogę śmiało brać udział w mistrzostwach w kalambury) – także rewelacyjnie świeże i smaczne. Łącznie zostawiliśmy w tym miejscu niecałe $5 – tanio i smacznie – dokładnie przeciwnie niż po drugiej stronie Rio Grande.

O ile wejście do Meksyku było proste, o tyle wyjście z niego już nie. Przede wszystkim nikt na granicy nie mówił po angielsku, nie było też nigdzie informacji dla anglojęzycznych. Facet z karabinem ustawił nas w kolejce do zamkniętego okienka i bacznie nas obserwował. Gdy już doczekaliśmy się na obsługę okazało się, że zdolności językowe obsługującego nas dziewczęcia ograniczały się do czarującego uśmiechu i wymachiwania rękami. Po wezwaniu posiłków i nieudanej kolektywnej próbie ułożenia zdania grupa urzędnicza postanowiła pokierować nas na migi (albo tańczyli jakieś techno – ciężko powiedzieć). Kolejne 25 centów (lub 3 peso, co pozbawiło mnie pamiątkowych monet) opłaty za bramkę i znów byliśmy na moście. Wracając po trzech godzinach w stronę granicy rozmawialiśmy o tym, co różni małe meksykańskie miasteczko od miast Amerykańskich – po drugiej stronie Rio Grande ludzie żyją w mieście – chodzą, stoją, kupują, sprzedają, rozmawiają. Po prostu są na ulicach. Bardzo mi się to spodobało, dowolna liczba autostrad i parkingów nie zastąpi sprzedawcy ulicznego (szczególnie takiego krojącego na miejscu kokosa maczetą) czy straganu i trąbiących taksówek. Przynajmniej tam widać życie.

Po więcej zjdęć z krótkiej wycieczki do Meksyku zapraszan do albumu Eweliny oraz do mojego, znacznie skromniejszego.

ps. A tak właśnie wyglądają amerykańskie drogi około 20 kilometrów od granicy – taka blokada była na każdej drodze, którą jechaliśmy. Sprawdzają każdego – kontrola paszportów (w środku kraju!), zaglądanie do auta itp.

* plus poradę – jak chesz przejechać przez granicę nie przewoź narkotyków ani takich „małych ludzi”
** meksykańska coca-cola jest uznawana z teksasie jako przysmak – jest sprzedawana w sklepach dwa razy drożej niż lokalna.

Share and Enjoy:
  • Digg
  • Facebook
  • Blip
  • Kciuk.pl
  • StumbleUpon
  • Wykop
Share
January 17th, 2012 | Categories: USA | Tags: ,

Przeczytałem ostatnio książkę ex-agentki CIA (nuda – pamiętniki kogoś, kto nie zrobił w życiu nic ciekawego), która wspominała jak CIA szastała pieniędzmi na prawo i lewo (wszystkie przeloty pracowników biznes klasą, drogie auta z wypożyczalni, utrzymywanie rzeszy informatorów nieposiadających informacji itd). Byłem w stanie zrozumieć, że to się dzieje pod przykrywą tajności, ale dziś uderzyło mnie prosto w twarz.

Wszystkie sieci tutejszych hoteli, w tym Hilton z którego chciałem skorzystać, oferują kilka różnych stawek (zwykłe, promocyjne, dla członów klubów, dla seniorów oraz rządowo-wojskowe). Rezerwując hotel kliknąłem z ciekawości ile kosztuje ten sam pokój w różnych taryfach i witki mi opadły:
* korzystając z promocji “conajmniej tydzien przed” – $71 za noc
* cena normalna – bez promocji – $109 za noc
* cena rządowo-wojskowa – $149 za noc

Share and Enjoy:
  • Digg
  • Facebook
  • Blip
  • Kciuk.pl
  • StumbleUpon
  • Wykop
Share
January 16th, 2012 | Categories: Szorty | Tags:

Po uwadze szanownego Marcina K., że wrzuciłem na bloga coś niezwiązanego z podróżą rozdzieliłem bloga na dwie części – podróżniczą i pozostałą. Pierwsza zostaje tu pod adresem mgorecki.net, reszta poszła na geek.mgorecki.net.

Zgodnie z prawami Murphy’ego na pewno coś popsułem. Bardzo proszę o zgłaszanie mi jeśli coś przestało działać. Dziękuję!

ps. Tak, te zmiany opóźniły wpisy (ten o Meksyku i dzisiejszy o ZOO). Skargi proszę zgłaszać do winowajcy ;)

Share and Enjoy:
  • Digg
  • Facebook
  • Blip
  • Kciuk.pl
  • StumbleUpon
  • Wykop
Share
January 12th, 2012 | Categories: Szorty, USA | Tags: , ,

…ale widocznie trafiają tu na podatny grunt, skoro tak robią. Sprawdzałem dziś koszt wynajęcia auta na weekend w Denver. Hertz zaproponował cenę $11.62/dzień, co po dodaniu opłat, dodatków i podatków daje cenę za dwa dni: $101.21! Nawet nie chce mi się wymieniać wszystkiego, co doliczyli (rachunek miał 7 pozycji), moje ulubione to:

  • Energy Surcharge – Dopłata energetyczna, z wytłumaczniem, że koszty mediów, paliwa do autobusów i olejów poszły w górę, więc Hertz dolicza dopłatę energetczną (“The costs of energy needed to support our business operations have escalated considerably. To offset the increasing costs of utilities, bus fuel, oil and grease, etc., Hertz is separately imposing an Energy Surcharge”).
  • Airport Concession Fee On Flight Arrivals Within 24 Hours – Opłata lotniskowa za przyloty mające miejsce w ciągu 24h od zamówienia auta (auto było zamówione na za dwa tygodnie, ale opłatę z karty kredytowej pobierają na miejscu, więc chyba te 24h liczą od tamtego momentu.
  • Facility Use Fee On Flight Arrivals – Opłata za wykorzystanie obiektu w sali przylotów.

Według mojego prymitywnego pojmowania gospodarki są to tak zwane koszty, które pokrywa się z marży. Ale wtedy nie można kłamać, że wynajęcie auta kosztuje $11.62. Samochodu nie wynająłem.

Share and Enjoy:
  • Digg
  • Facebook
  • Blip
  • Kciuk.pl
  • StumbleUpon
  • Wykop
Share
January 12th, 2012 | Categories: Szorty, Uncategorized, USA | Tags: , ,

Poniedziałkowe popołudnie spędziłem dość nerwowo – spiesząc się do kina na film, na który czekałem cztery miesiące (premiera amerykańska była poważnie opóźniona) – Tinker, Tailor, Soldier, Spy – w Polsce pokazywany jako “Szpieg”. Bardzo chciałem być w kinie wcześniej, żeby zająć dobre miejsce. I miałem takie jak chciałem, bo na film przyszły cztery osoby.

Tinker, Tailor, Soldier, Spy jest produkcją udaną, śmiało konkurującą z poprzednią telewizyjną adaptacją z 1979 (którą bardzo polecam!), co potwierdziło 7 nagród i 21 nominacji. Gra aktorów świetnie oddaje charaktery i emocje, obrazy są przyjemnie statyczne, muzyka łagodnie dodaje tła, a sama historia od początku do końca trzyma w napięciu. Jednak w filmie nie ma wybuchów, cycków ani bijatyki, więc nie mógł się tu dobrze sprzedać. Dziś już go zdjęli z ekranów we wszystkich okolicznych kinach.

Share and Enjoy:
  • Digg
  • Facebook
  • Blip
  • Kciuk.pl
  • StumbleUpon
  • Wykop
Share
January 9th, 2012 | Categories: Development, Geek, JavaScript | Tags: , ,

It’s easy to talk about clever ideas, but it takes genius to present them easily and powerfully – and those guys managed to do it both in this node.js basic concepts presentations. It changed my thinking about callbacks – the concept I loathed at the first sight. I’m going to give node.js a go, seems worth it!

Share and Enjoy:
  • Digg
  • Facebook
  • Blip
  • Kciuk.pl
  • StumbleUpon
  • Wykop
Share
January 9th, 2012 | Categories: USA | Tags: , , , , ,

Wigilię 2011 rozpoczęliśmy ostatnim świątecznym akcentem tego roku – bardzo miłą rozmową na Skype z rodziną zasiadającą w Polsce do wieczerzy. Różnica siedmiu godzin w teorii nie wydaje się duża, w praktyce kolacja wigilijna tam zaczęła się zaraz po naszym śniadaniu.

Po wyjściu z hotelu pożegnaliśmy się z kurortem pełnym plastikowych kościotrupów w akwariach (zgaduję, że to miał być motyw piracki), plastikowych rekinów i ruszyliśmy na do San Antonio.

Pogoda nie była zbyt świąteczna – zaczynał siąpić deszcz, więc jako atrakcję dnia wybraliśmy zwiedzanie muzeum, bo widoki po drodze wyglądały tak:

Zdecydowaliśmy się zwiedzić zamieniony w muzeum w lotniskowiec USS Lexington zacumowany przy Corpus Christi. Wewnątrz hali służącej wcześniej do transportu samolotów pod pokładem znaleźliśmy motyw świąteczny:

Mimo kłującej w oczy „estetyki” Mikołaj jednak cieszył – był to właściwie jedyny przejaw publicznej manifestacji świąteczności na jaki natknęliśmy się tego dnia. Samo muzeum okazało się bardzo interesujące (przynajmniej dla obdarzonej chromosomami XY części wycieczki). Okręt jest zwany Lady Lex lub nazwą nadaną przez Japończyków w czasie wojny – Blue Ghost – Niebieski Duch, która to nazwa powstała z połączenia dwóch faktów – koloru na jaki był pomalowany (zgadniecie jaki?) oraz z tego, że Tokio było przekonane, że zatopili ten lotniskowiec cztery razy, a on wciąż pływał. Prawdopodobnie raporty składane z kamikaze po wykonaniu misji nie były zbyt dokładne…
Dość napięty plan zwiedzania nie dawał nam wystarczająco dużo czasu, by zajrzeć we wszystkie zakątki okrętu, zdecydowaliśmy się więc zobaczyć film, który prezentowali w pełnowymiarowej sali kinowej wydzielonej z jednego z pokładów (obecność sali kinowej zajmującej drobną część statku pokazuje od razu jego skalę – jest to na pewno największy obiekt pływający jaki miałem możliwość zobaczyć, tzn. poza Irlandią oczywiście*). Film okazał się bardzo interesującym reportażem o manewrach sił powietrznych przeprowadzonych w Nevadzie i zostawił nas w dużym podziwie dla pilotów myśliwców oraz w głębokiej zadumie dlaczego na pokładzie siedemdziesięcioletniego statku o bogatej historii nie mówi się o niej, tylko o zabawach wojennych na pustyni. Nawet w dziale „wojna z Japonią” wystawa dotyczyła głównie bliźniaczego okrętu zatopionego w Pearl Harbor. Wystawę razem z nami zwiedzali Japończycy, którzy z uwagą i bez mrugnięcia okiem czytali relację Amerykanów opisujących atak na Hawaje jako czystą zbrodnię (z dodatkowym komentarzem, że ten atak był bezpośrednią przyczyną, dla której włączyli się do wojny i ją wygrali przy drobnej współpracy państw europejskich).

Wycieczkę zakończyliśmy (jak zwykle) w muzealnym sklepiku, gdzie zauroczyła mnie poniższa tabliczka:

„Prosimy nie siadać na koszulkach”. Jakbym zawsze siadał…

Na wigilijną noc wybraliśmy dość ekstrawagancki hotel w turystycznym centrum San Anotnio z wyjściem na River Walk (ścieżkę nad rzeką obsadzoną gęsto restauracjami i galeriami – idealnym turystycznym miejscu). San Antonio zwiedziliśmy już w listopadzie, dlatego tą wizytę postanowiliśmy spędzić na relaksującym niewielerobieniu, odrobinę łamiąc tradycję szopki na rzecz prymitywnego acz przyjemnego hedonizmu. Wieczór rozpoczęliśmy lampką (albo dwoma) wina oferowanego przez hotel dla uprzyjemnienia pobytu, po czym poszliśmy na spacer po River Walk, gdzie dowiedzieliśmy się, że jak nie zdecydujemy się na wieczerzę teraz, to zostanie nam tylko McDonald’s, bo restauracje są zamykane o 20tej. Decyzja była szybka i w ten sposób karpia i pierogi zastąpiły mi krążki cebuli, pyszny półsurowy kawał krowy z ćwiartką kapusty z sosem z niebieskiego sera przepłukiwane kalifornijskim czerwonym winem (to jest ten moment gdzie ma czytelnikowi lecieć ślinka). Resztę świątecznego nastroju rozbili mi Anglicy rozmawiający w przez ścianki kabiny w toalecie o odmianach kupy i różnych sposobach na jakie rozpryskuje się woda gdy poszczególne rodzaje stolca wpadają do muszli. Alleluja. W tych okolicznościach nie zostało nic innego niż zanurzyć się w Jacuzzi (gorące wanny i basen umieszczone na dachu zostawiliśmy na następną wizytę).

Pierwszego dnia świąt ruszyliśmy na zachód – pod meksykańską granicę. 25 grudnia to jeden z niewielu dni w roku, gdzie prawie wszystko (poza McDonalds oczywiście) jest tu zamknięte i gdy zastanawialiśmy się co zrobić z dniem zobaczyliśmy wielką reklamę kasyna w rezerwacie Indian Kickapoo (czynne 24h 365 dni w roku). Pogodzeni z nieświątecznością naszego wyjazdu skręciliśmy w tamtą stronę i spędziliśmy ponad blisko trzy godziny grając na jednorękich bandytach ze stawką 1 cent. Wyszliśmy na niewielki minus – ja byłem $12 na plusie, małżonka przepuściła $14. Resztę dnia spędziliśmy zwiedzając przygraniczne miasta, które cieszą się sławą przemytniczą wojen meksykańskich.

… i znów zastała mnie północ, zaczytałem się o plemionach indiańskich na Wikipedii. W związku z tym o przygranicznych przygodach będzie dopiero w następnym odcinku. Jednak rządza wiedzy szkodzi.

* tak, wiem, wyspy nie pływają

Share and Enjoy:
  • Digg
  • Facebook
  • Blip
  • Kciuk.pl
  • StumbleUpon
  • Wykop
Share
January 2nd, 2012 | Categories: USA | Tags: ,

Chodząc po ulicach wielokrotnie zastanawiałem się po co co kilka metrów wbijają brzydkie pomarańczowe tabliczki “[NAZWA_FIRMY] Uwaga kabel”. Wszystko wyjaśniło się gdy nasza telewizja kablowa wysłała specjalistę do zakopania przewodu, który został zostawiony na ziemii przez montera. Zakopywacz kabli przyjechał (z czterotygodniowym opóźnieniem), zrobił lopatą rowek głęboki na 10cm, wcisnął kabel, przyklepał i wbił brzydką tabliczę. Tyle o amerykańskiej solidności.

Share and Enjoy:
  • Digg
  • Facebook
  • Blip
  • Kciuk.pl
  • StumbleUpon
  • Wykop
Share
TOP