[USA] King Ranch

Mimo wszelkich prób zabetonowania całej powierzchni kraju, niektóre miejscowości nadmorskie zachowały swój urok. W jednym z takich miejsc zatrzymaliśmy się na kilka minut i w nagrodę mieliśmy możliwość obejrzenia zachodu słońca nad zatoką Palacios, która jest częścią zatoki Matagorda, która jest częścią zatoki Meksykańskiej. Nigdy wcześniej nie spotkałem wyodrębniania zatok z innych zatok (co może świadczyć o moim niedouczeniu), ale to nie jedyny nietrafiony pomysł nazewniczy tamtejszych okolic. Nazwę Matagorda nosi nie tylko zatoka, ale także wyspa, miasto, półwysep oraz cała kraina geograficzna. Ale to nie jedyne co mnie tam zaskoczyło, np. do tej pory nie wiem po co ta kobieta chodziła z parasolem:

Tym co wyróżnia Texas od innych części USA, które miałem okazję odwiedzić jest poczucie humoru. Momentami jest odrobine grubiańskie, bardzo często texaso-centryczne (np. już dwa razy słyszałem od przewodników „w 1845 Texas zezwolił Stanom Zjednoczonym na przyłączenie się do niego”), a mimo to dość swojskie (czy ktoś umie to przetłumaczyć tak, żeby zachować i treść i dowcip?):

Kilka innych zdjęć z tego samego miejsca:

Gdy wracaliśmy z plaży z przerażeniem odkryłem, że nasze auto gdzieś zniknęło. Na szczęście zostało tylko schowane za bardzo ładnym Fordem, który jest ucieleśnieniem powiedzenia, że „W Texasie wszystko jest większe”.

Tak bardzo jak lubię tutejszy humor, tak nie lubię niepunktualności, która niestety tu występuje tak masowo jak na południowym zachodzie Francji – osiem minut poślizgu przy rozpoczynaniu czegokolwiek (wycieczki, pokazu w kinie itp.) nie jest zauważane przez większość osób. Mimo porannej awarii auta (potwierdzającej starą zasadę „nie naprawiaj jeśli nie jest zepsute”) oraz zgubienia się na drodze (gdyż google maps oraz gps wsakzywały punkt oddalony o 10km od bramy wjazdowej) zdążyliśmy punktualnie na ostatnią przed świętami wycieczkę po największym na świecie ranczu King Ranch. Liczące obecnie 3340 km kwadratowych ranczo zostało założone w 1853 przez Richarda Kinga, który za 300 dolarów kupił 63 kilometry kwadratowe ziemi. Biznes rósł szybko i w połowie XX w. posiadał oddziały w kilku krajach świata, z czego jednak zaczął się wycofywać po założeniu embarga na Kubę i obecnie składa się z dwóch oddziałów – Texańskiego oraz Florydzkiego, gdzie produkuje pomarańcze. Oddział Texański utrzymuje 60000 sztuk bydła, 300 koni używanych przez kowboi oraz jest największym na świecie producentem orzechów pekanowych (z których w moim lokalnym supermarkecie powstaje przepyszny placek pekanowy!). Tamtejsi kowboje szczycą się szególnie własnymi gatunkami bydła powstałymi przez mieszanie osobników różnych gatunków, dzięki czemu uzyskali smaczniejsze mięso (podobno) oraz charakterystyczny brązowy kolor sierści. Wciąż nie wiem czy takie naturalne mieszanie gatunków jest lepsze czy gorsze od laboratoryjnej inżynierii genetycznej.

Ranczo King ma duże znaczenie dla gospodarki całego regionu, co zostało ukoronowane nazwaniem leżącego blisko miasta nazwą Kingsville. Ford dziesięć lat temu wprowadził wersję King Ranch Edition swojego flagowego pickupa F-150 , która dzięki ekskluzywnym dodatkom kosztuje dwa razy więcej niż wersja podstawowa, a w 2009 roku dostała nagrodę za najbardziej luksusowy pickup roku.

W czasie autobusowej wycieczki po ranczu mieliśmy okazję zobaczyć kojota, kilka gatunków orłów, jelenie, dziki i sporą ilość innych czworonogów, których nie rozpoznałem. Przewodnik opowiadał historie z życia rancza, np. że każdy kowboj dostaje rocznie pięć koni, które ma wytresować i od wyników egzaminu zależy jego premia. Jakbym mógł za $300 kupić kilka kilometrów kwadratowych ziemi…

Share and Enjoy:
  • Digg
  • Facebook
  • Blip
  • Kciuk.pl
  • StumbleUpon
  • Wykop
Share

[USA] Idzie zima, czas nad morze!

Wielką wadą świąt w odległych częściach świata jest to, że jest się daleko od wszystkich, z którymi by się chciało te dni spędzić. Zaletami zaś są niewątpliwie pogoda oraz możliwość dalszego poznawania tego zakątka planety.

Grudzień 2011 jest miesiącem rekordowym pod względem ilości opadów w Teksasie – w wiadomościach w TV mignęło mi, że średnia z ostatnich lat została przekroczona dziesięciokrotnie. Bynajmniej nie oznacza to, że tu wciąż pada, wręcz przeciwnie – ostatnie dni są słoneczne i bardzo przyjemne do spacerowania. Dziś, w czasie przebieżki po okolicy, przechodziłem koło termometru, który pokazywał 74 stopnie (23 stopnie Celsjusza) i chyba się nawet trochę opaliłem. Bardzo polecam ciepłe kraje!

Korzystając z niezłej pogody i przymusowego urlopu pojechaliśmy na wycieczkę po południowym i południowo-zachodnim Teksasie. Przebieg naszej drogi widać poniżej, łączna długość trasy to niecałe 2000km.


Pokaż dużą mapę w nowym oknie

Mieliśmy jechać odrobinę dalej na zachód do parku narodowego Big Bend oraz do El Paso, ale zrezygnowaliśmy ze względów bezpieczeństwa. Big Bend jest najmniej uczęszczanym parkiem narodowych w całych Stanach Zjednoczonych, co niestety oznacza, że nie ma tam cywilizacji takiej jak: telefon, stacje benzynowe czy sklepy, są za to różne zwierzęta, takie jak niedźwiedzie, drapieżne koty, węże, pająki i skorpiony. Przewodnik wprawdzie opisuje, że tamtejsze skorpiony nie są groźne dla życia… większości ludzi, ale po analizie sytuacji skorzystaliśmy z pretekstu, że auto dostało czkawki po tym jak nalałem w nie za dużo oleju i z tego powodu nie pojechaliśmy w dzicz (bo przecież nie dlatego, że strach nas obleciał. Zignorowaliśmy też fakt, że serwis powiedział, że autu nic nie jest, a lampka check engine sama zgasła).

Nawet skrócona droga dostarczyła nam dużo wrażeń i wiedzy – poznaliśmy Teksas jakiego nie znaliśmy. A właściwie kilka zupełnie różnych Teksasów. Pierwszego dnia za dużo nie zwiedziliśmy, gdyż trochę dałem ciała z przygotowaniami auta do drogi – dałem się zaskoczyć jak drogowcy zimie. Okazało się, że wszyscy mechanicy mający dobrą opinię są zawaleni robotą, gdyż studenci wrócili do domów na święta i przy okazji oddali auta do przeglądów. Ale może dzięki temu zrozumiałem na jak odległej od pracujących amerykanów planecie żyję. Serwisy samochodowe oferują darmowe przejazdy do domu po zostawieniu auta oraz do warsztatu po jego odbiór. Mnie woziła dwudziestokilkuletnia, bardzo sympatyczna dziewczyna i gadaliśmy po drodze o różnych rzeczach, m.in. o tym, że jadę nad morze. Entuzjastycznie opowiadała o plażach, to zasugerowałem, że skoro je lubi, to by się na pewno jej podobało południe Francji. Powiedziała, że bardzo by chciała, ale, że to chyba za drogo. A potem dodała, że na razie marzą o tym, żeby zabrać dziecko do Disneylandu, znaleźli nawet bilety za $160 od osoby, ale nie mogą sobie na to pozwolić. Nie wiem jak jej narzeczony, ale ona pracuje na dwóch etatach (porównaj prawnik za $545 za godzinę). Wtedy do mnie dotarło jak frustrujące musi tu być bardziej pechowym niż ja.

Wracając do przygotowań – rano przed wyjazdem pojechałem wymienić opony, bo przednie wydawały mi się zbyt łyse. Serwisant się zgodził, ale powiedział, że tylne są dobre i proponują, żeby przełożyć je na przód, a nowe założyć na tył. Zawsze mi się wydawało, że lepsze idą na oś napędową, ale internet też twierdzi, że lepsze opony zawsze idą na tylną oś (piszę o tym, bo może się komuś ta wiedza przyda). W drodze do domu odkryłem, że auto skręca w lewo, więc musiałem wrócić do warsztatu, gdzie inny specjalista odkrył, że opony przełożone z tyłu na przód różnią się o trzy mm i zasugerował wymianę tej bardziej zużytej na nową. Do tej pory śmieję się z jego miny po tym jak spytałem czy w takim przypadku auto nie będzie skręcało w prawo, bo ta znów koła nie będą równe. Po przemyśleniu sprawy facet dał mi czwartą oponę gratis, ale wymiana trwała długo i łącznie opóźnili nam wyjazd o jakieś dwie godziny. Czyta ktoś jeszcze? Chyba stęskniłem się za pisaniem, że opisuję takie pierdoły.

Wyjeżdżając z tak dużym opóźnieniem musieliśmy zrezygnować ze zwiedzania Huston. Z drogi zauważyliśmy tylko ślicznie oświetlone centrum, kilkukilometrowy ciąg supermarketów, sklepów i salonów samochodowych przy autostradzie oraz ogólne udrogowienie tego miasta. Żeby przejechać na przełaj przez miasto zmierzyliśmy się z gąszczem krzyżujących się autostrad (obwodnice w usa nie są standardem, zamiast tego zbudowane są gigantyczne betonowe arterie przez środek) – nawet w Nowym Jorku nie widziałem takiego gąszczu „głównych” dróg. Z resztą Huston znane jest z nieokiełznanej motoryzacji, w wyniku czego centrum wygląda miejscami tak (zdjęcie to obiegło internet w 2009, autora nie znam. Te male ciapki to auta na parkingach.):

Dzień zakończyliśmy w Galveston nad samym brzegiem Zatoki Meksykańskiej, gdzie właściciel hotelu postanowił przetestować nasze umiejętności szpiegowskie i ukrył wjazd tak doskonale, że jeździliśmy wokoło bloku (w USA – blok to jednostka długości – blok dalej = przecznicę dalej – lub powierzchni – 1 blok = obszar ograniczony czterema ulicami). To naprawdę wyjątkowe uczucie gdy widzisz hotel i nie jesteś w stanie do niego dojechać. Wjazd znaleźliśmy wjeżdżając w każdą uliczkę i zawracając gdy się skończyła…
Wieczorem starczyło nam siły na spacer w szumie fal oraz wizytę na molo, gdzie musiałem kupić batonika jako bilet wstępu („bez konsumpcji nie wpuszczamy”).

Drugi dzień rozpoczęliśmy od zwiedzenia samego miasta. Galveston to bardzo przyjemny nadmorski kurort z dosłownie kilkoma atrakcjami – starymi (około 1895) willami, przyjemnym centrum oraz parkiem rozrywki, w którym stoją dwie ogromne szklane piramidy. Pierwsza z nich skrywa sztuczną dżunglę, druga gigantyczne akwarium. O najciekawszej dla mnie atrakcji – muzeum platform wiertniczych – dowiedziałem się dopiero dwa dni później, gdy już było za późno żeby zawrócić.

Zapach morza wywołał w nas wielką ochotę na świeżą rybę, ruszyliśmy więc na południe licząc na to, że w porze obiadu znajdziemy gdzieś jakąś miłą smażalnie. Naszą uwagę od głodu odwracał widok osiedli na palach, które ciągnęły się wzdłuż całego wybrzeża. Zgadujemy, że taka konstrukcja ma coś wspólnego z tropikalną pogodą i huraganami nawiedzającymi tą część stanów.

Po kilkudziesięciu kilometrach drogi znaleźliśmy się w miejscowości Freeport, gdzie powitał nas nowy, zaskakujący widok, który nie opuścił nas przez kolejne trzysta kilometrów:

Moje zdjęcia nie obrazują ogromu fabryk chemicznych Teksańskiego wybrzeża, wyglądają one jak ogrodzone siatkami miasta z chromowanych rur, zbiorników, dymiących kominów i świec wypalających niepotrzebne gazy. Byliśmy przerażeni gdy zobaczyliśmy tę fabrykę, jednak w ciągu następnych dwóch dni przekonaliśmy się jak bardzo byliśmy nieprzygotowani na to co zastaliśmy – każda większa korporacja chemiczna, z Dupont, BASF i DOW na czele, ma tu znaczną część swojej produkcji. Co gorsza, poza produkcją mają także przepisy, niestety nie w sercu, ale w części ciała umieszczonej trochę z tyłu. Rząd federalny USA wydał ustawę „Clean Air Act”. W zeszłym roku gubernator Texasu Rick Perry delikatnie, ale stanowczo powiedział władzom federalnym, że mogą się swoimi przepisami podetrzeć, bo narzucenie ogólnoprzyjętych standardów ekologicznych skutkowałoby utratą tysięcy miejsc pracy. Dyskusję uciął twierdząc, że prawo stanowe ma w tym przypadku wyższy priorytet, mimo, że Waszyngton twierdzi inaczej. No i tak sobie dymią.

I zrobiło się tak późno, że największe ranczo świata i dlaczego wygrałem $8 dolarów w kasynie opiszę jutro.

Share and Enjoy:
  • Digg
  • Facebook
  • Blip
  • Kciuk.pl
  • StumbleUpon
  • Wykop
Share

[USA] Ozdoby świąteczne

Z okazji świąt amerykańskie miasta zmieniają się w bajkowe krainy pełne mikołajów, reniferów, pingwinów, bałwanów (ciekawe skąd teksańczycy wiedzą jak wygląda bałwan. Znaczy śniegowy, bo normalnych mają w telewizji) i setek różnego rodzaju świecących ozdób. Dla dzisiejszego wpisu wybraliśmy się w trzygodzinną misję fotograficzną, w wyniku której powstało trochę zdjęć i filmów (poniżej) oraz wielka chęć przyozdobienia własnego domu. Bardzo, bardzo mi się podoba moja okolica w blasku diód led i świecących dmuchanych pingwinów.

Zapraszam od objerzenia eksperymentalnego wpisu multimedialnego. Kliknij na strzałkę aby rozpocząć pokaz zdjęć:

A teraz kliknij na drugą strzałkę, żeby zobaczyć siedem krótkich filmów pokazujących jak to się rusza:

Share and Enjoy:
  • Digg
  • Facebook
  • Blip
  • Kciuk.pl
  • StumbleUpon
  • Wykop
Share

[USA] Świeże jedzenie po amerykańsku

Amerykanie jedzą dużo, ale kiepsko. W knajpach znacznie łatwiej znaleźć dzieła Sienkiewicza niż drugi plasterek pomidora (jeden wkładają gdzieniegdzie). Do tej pory demonstrowalnym przykładem amerykańskiego podejścia do jedzenia były reklamy potraw w puszkach oraz mrożonych steków (wysyłka z Nowego Jorku, dostawa na terenie całego kraju z 5 dni!) w przerwach programu Gordona Ramseya (brytyjskiego celebryto-kucharza), który gromi na prawo i lewo za używanie czegokolwiek co nie jest świeże, w szczególności mrożonek i konserw.

O tym jak inaczej można widzieć to samo przekonałem się w weekend gdy pytałem sprzedawce w sklepie czy mają świeża rybę, bo wszystko co jest w ladzie ma napisane (“produkt wcześniej mrożony”). To on mi odpowiada – to jest przecież świeże! Jak powiedziałem, że chodzi mi o świeże, a nie odmrożone, to popatrzył na mniej jak na przygłupa, zamyślił się i powiedział, że może dać mi zamrożone – ryba będzie świeża, nieodmrażana. Poddałem się.

Tego samego dnia, w tym samym sklepie widziałem jak w piekarni babka pakowała gorący chleb do szczelnych foliowych torebek, które błyskawicznie zachodziły parą…

W lodówce mam szynkę, którą kupiliśmy ponad miesiąc temu – stoi otwarta, a wygląda jakby właśnie wyszła z wędzarni. Nie zjem jej, trzymam ją jako eksperyment – kiedyś musi się coś z nią stać.

Wiedziałem też, że tutejszy przysmak na święto dziękczynienia nie może być wykwintny, bo jest to indyk smażony w głębokim oleju (wiem to z apeli straży pożarnej, żeby nie smażyć go w domu, tylko przed budynkiem, bo 10-15 litrów rozgrzanego oleju ma tendencje do zapalania się).

Dziś jednak na firmowym meetingu moje horyzonty kulinarne zostały poszerzone. Otóż dowiedziałem się, że indyk zachowuje smak nawet ponad rok po usmażeniu – to co zostanie z tegorocznego święta dziękczynienia, można z apetytem zjeść za rok. Podobno w drugim roku traci trochę na smaku i zmienia mu się konsystencja. Tak mówili Ci co sprawdzili. Smacznego!

Share and Enjoy:
  • Digg
  • Facebook
  • Blip
  • Kciuk.pl
  • StumbleUpon
  • Wykop
Share

[USA] Regulacje dotyczące flagi

Od przyjazdu do USA zastanawiałem się co oznaczają wywieszone na domach półokrągłe flagi takie jak na zdjęciach poniżej. Domyślałem się, że mają jakieś patriotyczne zabarwienie (a co tu nie ma?), bo ich wysyp był w okresie 4tego czerwca, ale nigdzie nie widziałem wyjaśnienia. Uknułem kilka teorii, z których najciekawsza była ta, że jest to forma prezentacji spódnicy w patriotyczne kolory – każdy sobie pociągnąć ten wątek może według uznania. Ja już nie muszę, bo wiem co to jest!

Tajemnice wyjaśnił mi opiekun muzeum Teksańskiej Gwardii Narodowej. Otóż te ozdoby wywiesza się je wtedy, kiedy chce się ozdobić patriotycznie dom, a nie można użyć prawdziwej flagi lub nie chce się spełniać wszystkich koniecznych warunków, gdyż przepisów dotyczących flag jest tu więcej niż paragrafów w polskej ustawie o podatku VAT. Flaga USA jest chroniona prawem federalnym oraz stanowym, które reguluje także użycie flag lokalnych. A są to przepisy ciekawe, na przykład w czasie pogrzebu prawo do położenia flagi Teksasu na trumnie mają tylko potomkowie walczących w rewolucji teksańskiej (przeciw Meksykowi), inaczej tego przywileju nie da się zdobyć.

Podstawowa zasada brzmi “Flagę należy szanować”. Poniżej najciekawsze regulacje (pomijam nudy jak wymiary, ilość gwiazek itp):

  • Flaga amerykańska się nie pochyla/kłania przed nikim (“this flag dips before no earthly king”) – w 1908 w czasie olimpiady w Londynie jedynie amerykanie odmówili pochylenia flagi przed Królem Edwardem VII
  • Flaga nie może być wywieszona w ciemności – na noc należy ją ściągnąć lub oświetlać
  • Flaga nie może być używana jako ubranie, pościel ani jako draperia
  • Flaga nie może być używana jako element reklamowy
  • Flaga nie może pojawiać się na rzeczach przeznaczonych do szybkiego wyrzucenia – np opakowaniach chusteczek higienicznych
  • Flaga nie może być używana do przetrzymywania, podawania lub przenoszenia rzeczy
  • Nie wolno deptać flagi
  • Flaga musi wisieć wolno – nie wolno jej ograniczać, np podpierać albo rozciągać na samochodzie. Jedynym wyjątkiej była flaga wbita w księżyc – ze względu na brak wiatru była ona przymocowana od góry
  • Flaga nie może dotykać ziemii ani innych przedmiotów
  • W czasie opuszczania flagi na dole muszą czekać wyciągnięte ramiona, na których flaga spocznie.
  • Flaga nie powinna być wywieszona w trakcie burzy lub wiatrów
  • Żadna flaga (stanowa, stowarzyszenia itp) wywieszona z flagą usa nie może być od niej większa ani wisieć ponad nią
  • Zużyta flaga musi być godnie zniszczona, najlpeiej spalona. Lokalne grupy skautów świadczą usługę ceremonialnego palenia flag
  • Flaga musi być zawsze z prawej strony (mównicy, kolumny ludzi, wystawy, innych flag itd)

ps. Za złamanie powyższych przepisów nic nie grozi cywilom – nie ma prawa, które umożliwia karania za ich nieprzestrzeganie. W praktyce jest to źle widziane i grozi to złymi komentarzami od mijanych amerykanów lub wręcz rękoczynami (jak pisałem wcześniej w texasie nie dzwonimy na 911!). Przepisy dotyczące flagi są jednak bardzo surowo egzekwowane w przypadku żołnierzy, także emerytowanych.

ps2. A są na świecie miejsca gdzie jest inaczej:

Share and Enjoy:
  • Digg
  • Facebook
  • Blip
  • Kciuk.pl
  • StumbleUpon
  • Wykop
Share

[USA] Czarny Piątek, Święto Dziękczynienia i termometr do mięsa

Kilka osób pytało mnie o wrażenia z Czarnego Piątku. Odpowiem prosto: było jak wszystko w Ameryce.

Już na kilka dni przed piątkiem, a już w święto dziękczynienia w czwartek najbardziej – wiadomości telewizyjne przygotowywały ludzi do gigantycznej fali zakupów. Wszystkie dzienniki pokazywały zdjęcia ludzi koczujących w namiotach na parkingu Walmartu, stacje lokalne dodatkowo prezentowały gdzie w okolicach centrów handlowych mogą tworzyć się korki, a policja apelowała, żeby nie trzymać zakupów w widocznym miejscu w samochodzie. Krótko mówiąc gorączka rosła.

W czwartek podszedłem do zakupów metodycznie – poczytałem o historii tego dnia oraz sprawdziłem strony internetowe sklepów w okolicy. Oba zajęcia przyniosły zaskakujące rezultaty i o tym będzie ten artykuł.

Bardzo ciężko jest mówić o historii czarnego piątku nie wspominając Święta Dziękczynienia, więc pozwolę sobie tu zamieścić krótki rys historyczny tego ważnego dla Ameryki dnia. Niestety będzie to tylko garść suchych informacji, gdyż nie udało mi się przyłączyć nigdzie do tradycyjnej kolacji, która jest tutaj obchodzona w rodzinnym kręgu. Tylko dwie grupy wydały mi się na tyle otwarte, żeby przyjąć samotnego wędrowca – studenci, którzy nie polecieli do domu, oraz bezdomni. Pierwszy wariant wydał mi się zbyt bolesny dla wątroby, drugi zbyt przygnębiający, zostałem więc w domu.

Święto Dziękczynienia to nic innego niż dożynki, święto plonów, które w swoich tradycjach mieli zarówno europejscy przybysze jak i natywni amerykanie. Pierwszymi udokumentowanymi obchodami była wielka biesiada na plantacji Plymouth w Massachusetts w 1621 roku, w której wzięło udział 53 przyjezdnych i około 90 rodowitych amerykanów (co znów mówi o skali tego kraju niecałe 400 lat temu). Od tego czasu tradycje i okres świętowania zmieniały się wielokrotnie – każdy stan ustanawiał swoją datę, obchody odbywały się od połowy kwietnia do końca listopada – przeważnie jednak pod koniec lata, tak jak kończyły się zbiory.
W 1789, a następnie w 1795 George Washington Ogłosił jednorazowe święta dziękczynienia, po czym tradycja zamarła na 20 lat do momentu, gdy czwarty prezydent USA James Madison ogłosił święto raz w 1814, a potem dwa razy w jedyn roku – w 1815. Przez kolejne 50 lat każdy stan ustanawiał (lub nie) sobie dzień świąteczny kiedy im się podobało, aż w 1863 Abraham Lincoln wprowadził wspólne święto Państwowe aby scalić bardziej północ z południem.

W przywiązanym do tradycji kraju promowanie produktów bożonarodzeniowych przed świętem dziękczynienia było uznawane za nieprzyzwoite. Skłoniło to Franklina Roosevelta do przesunięcia w 1939 dziękczynienia o tydzień do przodu w nadziei, że dłuższy okres świąteczny wspomoże sprzedawców, co w efekcie pomoże wyciągnąć Amerykę z Wielkiego Kryzysu. Wrato tu zauważyć, że miłośnicy teorii spiskowych mówiących o tworzeniu komercyjnych świąt (jak walentynki, czarny piątek itp.) ze względów ekonomicznych mają rację!

Znamienne dla Ameryki jest to, że pomysł Roosevelta republikanie odebrali jako zamach na Lincolna i postanowili obchodzić święto tak jak wypadało według starego zwyczaju. W wyniku politycznego buntu, a także z praktycznych powodów takich jak wcześniej zaplanowane imprezy i mecze sportowe, połowa stanów zignorowała dekret prezydenta (a mnie uczyli, że Ameryka go kochała). Kilka stanów, w tym Texas nie mogąc się zdecydować który wybrać ogłosiły dniami wolnymi od pracy… oba.
Aby uniknąć takich sytuacji obie izby parlamentu porozumiały się i w 1941 roku uzgodniły z prezydentem, że święto będzie się już zawsze obchodziło się w czwarty czwartek listopada. Większość stanów zaakceptowała te postanowienia, ale nie wszystkie – na przykład Texas jeszcze w 1956 obchodził święto w piąty (ostatni) czwartek. Kowbojom się tak łatwo rozkazów nie wydaje!

Parafrazując Piłsudskiego: amerykańska historia jest jak dupa – każdy ma swoją. Niektóre źródła podają, że od 1947 roku Krajowa Federacja Indyka (National Turkey Federation) co roku przynosi do Białego Domu indyka w darze dla prezydenta, który korzystając z prawa łaski ratuje go od kary śmierci. Inni przypisują początek tej tradycji Lincolnowi, natomiast kancelaria prezydenta mówi, że poza jednorazowymi zdarzeniami indyki są ułaskawiane dopiero od czasów Regana, a pozostali po prostu przyjmowali drób jako prezent (źródła milczą czy indyki był zjadane ze smakiem czy nie). Poniższe zdjęcia prezentują w kolejności Ronalda Regana, Georga Busha starszego, Billa Clintona i George W. Busha ułaskawiających ptaki*:

Prawidłowa nazwa czarnego piątku to „Dzień po święcie dziękczynienia” i tak właśnie określany jest on wszędzie poza szukającymi skandalu mediami, co wygląda dość niefortunnie w kalendarzach:

Krótsza nazwa była wymyślona w 1966 przez filadelfijską policję na określenie dnia, gdy w centrum miasta tłumy w amoku zaczynają łazić od sklepu do sklepu, a jeszcze w 1985 była w ogóle nieznana na przykład w Los Angeles. Ja jestem jednak tu i teraz, postanowiłem więc przyłączyć się do zabawy, szczególnie, że reklamy w telewizji przypominały co trzy minuty (co tyle jest blok reklamowy w stacjach informacyjnych), że okazje czekają. Jako, że nie potrzebuję ani nowego telewizora postanowiłem odpuścić szturmowanie sklepów o północy i rozpocząć polowanie na okazje około 10tej nad ranem po spokojnym śniadaniu.

Tuż przed 11tą zabrałem do auta zapas wody mineralnej (TV ostrzegała przed korkami!), sprawdziłem czy na pewno jest zatankowane do pełna i ruszyłem do Walmartu, którego reklama o jednodniowych super ofertach była w każdym (!) bloku reklamowym w YNN***. Na parkingu przed marketem nie znalazłem miasteczek koczowników, ani nawet walczących tłumów. Co więcej – nie znalazłem też zbyt dużo aut, bym powiedział nawet, że było ich tyle co na co dzień. Porównałem ceny z tymi, które pamiętałem z wcześniejszych wizyt – wszystko kosztowało tyle samo. Na środku niektórych alejek stały kosze oznaczone jako super okazje z kocami i starymi filmami na DVD. Prawdopodobnie mały dopisek na reklamie „ilość produktów ograniczona” pozwolił sprzedawcom ograniczyć te produkty do jednego na sklep. Podobnie było w Best Buyu (sklep z elektroniką), gdzie przygotowania do święta dziękczynienia było widać – w dziale z „gorącymi” towarami było dużo więcej telewizorów (w normalnych cenach), a na środku stał jeszcze stojak po telewizorach 32” w dobrej cenie. Klientów brak, podobnie jak w Targecie, gdzie znalazłem tylko promocyjne mikrofalówki i płyty CD z muzyką lat 70tych i 80tych.

Byłem zdeterminowany, żeby odkryć gdzie są te wielkie okazje, więc kontynuowałem podróż, aż znalazłem miejsce z parkingiem zapchanym po brzegi – było to przy lokalnym skupisku outletów, sklepów które nawet na co dzień oferują ubrania w niskich cenach. Większość sklepów rzeczywiście oferowała obniżki 40-55%, podobnie jak to robią przy innych wyprzedażach. Księgarnia i sklep z zabawkami rabatów nie oferowały, sprzęt AV był dostępny 10% taniej niż zwykle, czyli tyle ile kosztuje normalnie przez internet. Dla przyzwoitości kupiłem trzy koszulki w dobrej cenie i termometr do mięsa za $9.99 (bez rabatu) i wróciłem do domu słuchając w radio jak wielkie okazje mnie dziś czekają w miejscach, z których właśnie wróciłem.

* zdjęcia pochodzą z Wikipedii i dostępne są na wolnej licencji **
** Indyk z ostatniego zdjęcia spędził resztę życia w jednym z parków rozrywki Disneya.
*** lokalna stacja informacyjna

Share and Enjoy:
  • Digg
  • Facebook
  • Blip
  • Kciuk.pl
  • StumbleUpon
  • Wykop
Share

[Szorty] Prawnicy a poczucie rzeczywistości

Im wieęcej słyszę o dokonaniach amerykańskich prawników, tym bardziej mam wrażenie, że żyją na innej planecie. Dzisiaj grupa Universal Music wystąpiła do sądu przeciwko Grooveshark o złamanie praw autorskich. Ok, do tego miejsca ma to sens, ale zaraz przestaje: UMG rząda zadośćuczynienia w wysokości $150000 za KAŻDE udostępnienie piosenki osobno, co łącznie daje odszkodowanie na poziomie 15 miliardów dolarów. Wg mnie każdy prawnik, który się pod tym podpisze powinien być starannie przebadany pod kątem kontaktu z rzeczywistością.

Share and Enjoy:
  • Digg
  • Facebook
  • Blip
  • Kciuk.pl
  • StumbleUpon
  • Wykop
Share

[USA] Skąd się bierze woda sodowa?

Uwaga: artykuł zawiera dużo informacji zupełnie Ci zbędnych.

Na tytułowe pytanie próbował już odpowiedzieć Tadeusz Baranowski (“Ależ wodzu, co wódz!”), ale zmierzę się z jego wyzwaniem, gdyż tu odpowiedź jest inna.

Soda – tak Amerykanie nazywają wszystkie napoje gazowane, od lemoniady po cole. Nigdy wcześniej nie poświęcałem za dużo uwagi napojom tego typu, one po prostu były. Na studiach przed lub po wykładach szliśmy na coca-cole w butelkach 0.2l, a jakieś dwa lata temu dowiedziałem się, że napoje mają kalorie. Było to podczas spaceru po Canary Wharf w Londynie* – popijałem kupioną w Mark & Spencer lemoniadę i czekając aż Ewelina zrobi kolejne trzysta pięćdziesiąt zdjęć tego samego banku zacząłem z desperacji czytać etykietkę i mnie zamurowało, że litrowa butelka napoju dostarcza tyle samo energii co schabowy na smalcu.

Ale skąd się wzięły napoje gazowane? Kiedy powstały? Na te i inne nigdy nie zadane pytania uzyskałem odpowiedzi zwiedzając muzeum Dr Peppera – napoju prawie zupełnie nieznanego w Polsce, a dość popularnego w tej części świata. Muzeum mieści się w ślicznym, choć nieco sennym Waco, TX, około półtorej godziny na północ od Austin.

Kariera napojów zaczęła się od przedsiębiorczych aptekarzy, którzy starając się ulepszać smak swoich leków, dodawali do nich soków i innych substancji smakowych. Dokładnie nie wiadomo kto się pierwszy zorientował, że można zrezygnować z dodawania do nich medykamentów, tylko sprzedawać dla smaku, ale w połowie XIX wieku aptekarze zarabiali nieźle sprzedając farmerom nie tylko cygara, ale także „brain tonic” – napój robiący dobrze na głowę (czytaj wodę z sokiem). Aby przyciągnąć klientelę mieszali soki w tajnych proporcjach (w 1885, rok przed premierą coca-coli, Charles Alderton zaprezentował swój napój złożony z 23 różnych smaków (!), nazwany później dr Pepper). Do dzisiaj większość napojów, lącznie z coca-cola itp, sprzedawanych jest jako koncentrat do mieszania z wodą.

Napoje początkowo były nalewane z syfonów, a ich transport był niemożliwy aż do momentu wymyślenia wytrzymałych szklanych butelek. Będące w powszechnym użyciu w XIX butelki gliniane przepuszczały dwutlenek węgla, a szklane butelki nie wytrzymywały ciśnienia i pękały. Gdy już wymyślono butelki problemem okazały się… zatyczki. Okazało się bowiem, że korek wsadzony do szczelnej butelki z gazowanym napojem albo wystrzeliwuje albo schnie, kurczy się i wtedy wystrzeliwuje. Rozwiązanie – zaciskany kapsel – wymyślił i opatentował w 1892 William Painter. Dopiero ten wynalazek umożliwił obniżenie kosztów produkcji po poziomu opłacalności i masowa dystrybucja ruszyła – pierwsze maszyny potrafiły napełniać nawet 10 butelek na minutę! Ciekawostka: początkowo jako uszczelka w kapslu stosowana była płytka z naturalnego korka.

Dalsza historia dr Peppera to prawdziwy Amerykański Sen – laboratorium na zapleczu rozbudowano do małej fabryczki, potem większej aż stała się globalną korporacją i obecnie napój jest dziesiątym pod względem popularności na świecie. Warto wspomnieć, że autor oryginalnej receptury nie skorzystał na popularności swojego dzieła – recepturę przekazał swojemu szefowi Wade Morrisonowi, a sam zniknął w odmętach historii.

Wartym (?) wspomnienia zabiegiem marketingowym dr Peppera było promowanie produktów firmy jako „nie-cola”. W czasach gdy Pepsi i Coca-Cola wlaczyły na noże i ograniczały wzajemnie dystrybucję wymuszając na lokalach wyłączność na jeden gatunek coli, Dr Pepper sprzedawał się cichcem jako drugi – bo „nie jest colą”. Innym ciekawym zabiegiem marketingowym wykazał się wynalazca piwa korzennego (root beer) – początkowo swój napój nazywał herbatą korzenną, ale ktoś mu zasugerował, że piwo jest znacznie popularniejsze niż herbata. Tak się budowało USA.

Amerykańska „soda” wydaje się czymś więcej niż napojem – jest tu elementem kultury. W restauracjach, nawet tych lepszych, ludzie do wymyślnych posiłków sączą przez rurki napoje ze szklanek wyładowanych po brzegi lodem.
Napoje te sprzedawane są przeważnie jako kubek bez dna (bottomless) – czasami odnoszę wrażenie, że kelnerzy przynoszą nowe kubki tak szybko, że wygląda to jakby chcieli klientów utopić. Wyjątkowo zabawną konsekwencje ma to dolewanie dla mnie – przeważnie proszę o gorącą herbatę do posiłku. Gdy zbliżam się do dna biedny kelner z niepewną miną pyta „czy chciałby Pan trochę więcej wody do swojej herbaty”? I tak, zalewają potem moje resztki herbaty i wymoczoną torebkę drugą porcją wody. Dzięki temu mam do wyboru herbatę zbyt słabą (z drugiego parzenia) albo zbyt mocną (gdy po przemyśleniu stanu mojego kubka przynoszą drugą torebkę do dołożenia do poprzedniej).

Ps. Przypomniało mi się jak pewnego dnia poznana w Tuluzie amerykańska studentka bardzo uskarżała się na ból brzucha. Odrzuciła wszelkie możliwe europejskie sugestie (coś ciepłego, jakaś tabletka etc.) tylko poprosiła o coś z bąbelkami – w Ameryce wierzą, że to pomaga. I co ciekawe – jej pomogło.

* a dokładniej (z dokładnością do 5m) tutaj: N 51° 30′ 7.09″, W 0° 1′ 27.16″

Share and Enjoy:
  • Digg
  • Facebook
  • Blip
  • Kciuk.pl
  • StumbleUpon
  • Wykop
Share

[USA] Krótka historia Texasu

Zwiedzając teksas dość ciężko jest nie trafić na powtarzające się hasło “Remember The Alamo!” – “Pamiętaj Alamo”. Widać je na ścianach, flagach i na pamiątkach. Niedawna wizyta w San Antonio, 150 km na południe od Austin, pozwoliła mi przyswoić trochę więcej historii Texasu i zrozumieć znaczenie wspomnianego okrzyku. Teoretycznie czytałem wcześniej skróconą historię mojego akutalnego stanu, ale jest ona tak inna od wszystkich innych, że wcześniej jakoś do mnie nie dotarła. Tutejsza historia nawet w ostanich stuleciach opiera się o losy jednostek, po części ze względu na ich bohaterstwo, po części dlatego, że nikt tu nie chciał mieszkać więc zagęszczenie ludzi na km kwadratowy było minimalne.

Pierwszy Europejczyk, kartograf i odkrywca Alonso Álvarez de Pineda, przybył do Texasu w 1519, ogłosił, że ta ziemia należy do Hiszpanii, po czym wsiadł na statek, odpłynął i zamieszkał na Jamajce, gdzie zginął z rąk tubylców. Przez kolejne 160 lat nikt, nawet Hiszpanie, nie interesował się tym kawałkiem pustyni – lokalne plemiona żyły sobie spokojnie i nic się tu nie działo. W 1685 Francuz René-Robert Cavelier, Sieur de La Salle próbował odpłynąć do swojego fortu nad rzęką Mississippi, jednak w wyniku niedokładnych map, niedokładnych obliczeń i niedokładnych pomiarów wylądował ostatecznie 644 km na Zachód, gdzie założył Fort Saint Louis. Z fortu wyruszyła wyprawa podbijająca Texas. Dotarli aż do Rio Grande, jednak dość szybko ekspedycja się rozpadła – za sprawą pogody, chorób i tubylców. Nie wiedział o tym król Hiszpanii Carlos II i wysłał ekspedycję mającą doprowadzić Francuzów do podrządku. Wyprawa przemierzyła i rozpoznała znaczną część powierzchni Teksasu zanim dotarła do Saint Louis (wyobraź sobie szukanie kilku budynków na setkach kilometrów pustyni), a dokładniej do jego ruin, bo tylko tyle po Francuzach zostało.

Hiszpanie ustanowili gubernatora stanu i wysłali wielu księży, aby zakładali misje i podbijali lokalną ludność przez ureligijnianie, jednak mało się interesowali swoim nabytkiem – plemniona tubylcze sprawiały dużo problemów, a posiadanie pustyni nie przynosiło specjalnych korzyści. Tablice historyczne wywieszone w San Antionio mówią wprost, że Hiszpanie najchętniej by tą całą ziemie porzucili, ale nie chcieli, żeby ją dostali Francuzi, z którymi wciąż prowadzili wojnę. Ten stan trwał do 1821 roku, kiedy to Hiszpania straciła Teksas na rzecz Meksyku w trającej 11 lat wojnie o niepodległość. Konstytucja nowoutworzonego Meksyku (Meksyk też jest młodym krajem!) ustanowiła Texas jako stosunkowo niezależny stan oraz ustaliła szereg praw wspomagających kolonizację, gdyż chętnych do przyjazdu z własnej woli wcale nie było tak dużo. Ustalono bardzo proste zasady – aby kupić ziemię w Texasie należało przedstawić zaświadczenie o dobrym charakterze i praworządności, wyznawać lub przyjąć chrześcijaństwo oraz zapłacić niewielką kwotę. Cena ziemii była dziesięciokrotnie niższa niż w innych częściach Ameryki Półnoncej, a do tego można było spłacać ją na raty z przyszłych zysków podczas, gdy na północy trzeba było wykładać gotówkę. Krainę zaczeli zapełniać przybysze z północy i południa, a także z Europy, w tym znaczna ilość emigrantów z Niemiec i Polski (stąd w każdym supermarkecie dostępne są pierogi i kapusta kiszona). Niektórzy do ludności stanu zaliczali także niewolników kupowanych do prac na plantacjach.

Texas zaczynał się bogacić, a w Meksyku umacniały się środowiska domagające się przekształcenia federacji stanów meksyku w kraj ze ściśle scentralizowaną władzą, co nie podobało się wolnych duchem Teksańczykom, którzy coraz bardziej domagali się niezależności. Teksas nie był w tych czasach potęgą, o czym świadczyć może, że w 1831 ludzie świętowali otrzymanie (pożyczkę) jednej małej armaty z brązu, jako że zmieniała ona znacznie siły zbrojne stanu. Ta sama armata stała się symbolem rewolucji teksańskiej po bitwie pod Gonzales, gdy obrońcy miasta odparli Meksykańską armię, która przybyła by armatę odebrać. Wykrzyczane w czasie bity zawołanie “Come and take it!” jest do tej pory jednym z symboli walki o niepodległość.

W poł roku po bitwię o armatę prezydent Meksyku Antonio Lopez de Santa Anna postanowił zakończyć konflikt i wysłał armią liczącą 6000 ludzi (słownie sześć tysięcy), żeby rozprawili się z buntownikami w całym Texasie. 23 lutego 1836 armia dostarła do San Antoni i rozpoczęła się okupacja Alamo, klasztoru misyjnego znanego wtedy jako Mission San Antonio de Valero, w którym zamknęło się około dwustu żołnierzy i ochotników. Po pierwszym dniu oblężenia dowódzca placówki James Bowie – wcześniej spekulant ziemią i handlarz niewolnikami – ciężko się rozchorował i do samego końca oblężenia (i swojego życia, oba fakty powiązane) przeleżał w łóżku. Jego miejsce zajął William Barrett Travis, którego listy do władz Teksasu oraz sąsiadujących stanów z prośbą o pomoc są podstawą nauczania historii i patriotyzmu. Listy, które zostały bez odpowiedzi. Travis i jego ludzie przysięgli walczyć do ostatniej kropli krwi i dokładnie tak się stało. 6 marca armia Meksyku przełamała obronę i zabiła wszystkich żołnierzy broniących klasztoru oraz znaczną część swoich (z powodu strzałów oddawanych na ślepo, także wewnątrz budynków).
Przegrana bitwa o Alamo stała się symbolem rewolucji. “Remember The Alamo” podnosiło na duchu walczących o niepodległość aż do jej uzyskania i utworzenia Republiki Teksasu w pażdzierniku 1836, zaś sama bitwa do tej pory jest prezentowana jako symbol walki o niepodległość.

Z Alamo zapamiętałem kilka ciekawostek:
* Na dziedzińcu Alamo od 1914 roku stoi kamień ufundowany przez Japońskiego profesora geografii Shigetaka Shiga z wierszem upamiętniającm oblężenie zamku Nagashino w 1575. Informacja przy pomniku mówi o tym, że dużo krajów w swoje historii ma jakąś odmianę Alamo – beznadzienych walk skazanych na klęskę i ludzi oddających w nich życie. Trzydzieści lat po postawieniu pomnika Powstanie Warszawskie zostało kolenym przykładem.
* Wszystkie filmy o bitwie o Alamo dzieją się w dzień, podczas gdy sama bitwa odbyła się w nocy. Przesunięcie w historii zostało dokonane, aby lepiej było widać na ekranie.
* Jednym z obrońców Alamo był wyzwolony czarnoskóry niewolnik. Na liście walczących jego nazwisko nie zostało odnotowane, ponieważ… go nie miał. Czarnym nazwiska nie przysługiwały.

Republika Teksasu istniała do 1845 roku, kiedy po wielu latach negocjacji US zgodziły się przyjąć Texas jako kolejny stan. W 1860 około 30% populacji stanu stanowili niewolnicy generujący znaczną część bogatwa. Z tego powodu w 1861, w obliczu wojny domowej, Texas zdecydował się opuścić Stany Zjednoczone i przyłączyć się do Konfederacji Stanów, z którą pozostał aż do przegranej wojny w 1865. Po pięciu latach w zawieszeniu, w 1870 roku Texas został ostatecznie przyłączony do Stanów Zjednoczonych Ameryki gdzie pozostaje do dzisiaj, mimo silnych ruchów separystycznych dążących do usamodzielnienia największego stanu.

Przedstawiona skrótowo powyżej faktografia nie oddaje do końca smaku historii, którą odkrywam tu na miejscu. Myśląc “bitwa” mam przed oczami grunwald – po trzydzieści tysięcy ludzi po każdej ze stron. Bardzo, bardzo, bardzo ciężko mi zrozumieć, ze tutaj 400 lat później walka dwudziestu na dwudziestu to historycznie znacząca bitwa. Tutaj pojdyńczy kowboj czy szeryf zmieniali historię (może to tłumaczy trochę tutejszy kult jednostki i samodzielności?)!

Aby oddać skalę tutejszych działań wspomnę jeszcze historę bardziej lokalną. Moj dom znajduje się w hrabstwie Williamson utowrzonym w 1848 roku na prośbę mieszkańców, którzy mieli dość jeżdżenia 100km (1.5 dnia koniem) do urzędu celem załatwienia ślubu, poświadczenia sprzedaży ziemii itp. Utworzone hrabstwo miało trzech komisarzy, ale nie otrzymało funduszy na działanie, przez co posiedzenia władz odbywały się… pod dużym dębem. Pewnego dnia pod dąb zajechał George Glasscock, który zaproponował, że odda 173 akrów ziemii pod siedzibę władz jeśli zgodzą się oni nazwać stolicę hrabstwa jego imieniem. Z tego powodu egzamin na prawo jazdy zdawałem w Georgetown.

Historię stanu w XX wielu odkryłem na razie tylko w drobnych fragmentach. Wiem tylko, że Teksas pozostał na długo stanem rasistowskim – w urzędzie miasta Georgetown do 1960 były trzy toalety – dla kobiet, mężczyzn i kolorowych, a w głównym holu były dwa punkty z wodą do picia – biali mieli higieniczną fontannę, czarni mogli korzystać z niewygodnego kranu z którego pić dało się tylko z kubka przyczepionego łańcuchem do ściany. Dopiero 50 lat temu (!!!) za sprawdą postępowego zarządcy miasta (nazwiska nie mogę odnaleźć, sprawdzę je w muzeum) usunięto tabliczki “dla czarnych”.

W powyższym skrócie brakuje historii wydobycia ropy (mijałem szyby wydobywające czarne złoto, ale jeszcze nie dotrałem do interesującego źródła wiedzy), kowbojskiej duszy (najpopularniejsza koszulka w sklepach z pamiątkami ma narysowany pistolet i podpis “Texas – my nie dzwonimy na 911*”) i wielu innych wątków, których albo nie znam, albo zostawiłem sobie na przyszłość. Zabrakło też tu miejsca na historię samego klasztoru Alamo, bardzo podobną do historii wielu innych budnków na południu USA. O tym też będzie osobny artykuł.

* 911 – telefon na policję

Share and Enjoy:
  • Digg
  • Facebook
  • Blip
  • Kciuk.pl
  • StumbleUpon
  • Wykop
Share

[USA] Pusto

Nowy wpis już jutro. Od kilku dni próbuję napisać o tym, co mi się tu podoba i zupełnie mi nie idzie – ja chyba tylko marudzić umiem. Jutro zmiana nastroju, a dziś już spanie!

Chciałbym też podziękować wszystkim “wykopującym” na wykop.pl – post o problemach z czynszem znalazł się na stronie głównej, dzięki czemu kliknęo na niego 11344 osób w ciągu jednego dnia, co jest wynikiem o tyle niezłym, że przeciętnie na tą stronę zagląda dziennie 25-50 osób. Jakby ktoś chciał sobie jeszcze raz wykopnąć, to zachęcam, to było bardzo miłe!

Dobranoc.

Share and Enjoy:
  • Digg
  • Facebook
  • Blip
  • Kciuk.pl
  • StumbleUpon
  • Wykop
Share