[USA] Podróże kształcą c.d.

We Francji nauczyłem się pić wino, jeść pleśniowe sery i dojrzewającą kiełbasę. Nauczyłem się też, że nocne spacerowanie nad Garoną jest przyjemne, a w dobrym towarzystwie bardzo przyjemne. W Anglii nauczyłem się, że wyrafinowany dowcip i przeczytana książka to nie powód do wstydu; że przestrzegając zasad żyje się wszystkim lepiej i że można być uprzejmym z powodu poniedziałku albo nawet bez jakiegokolwiek powodu. W Texasie jak na razie dowiedziałem się, że 300 kilometrów to “niedaleko”; uśmiechanie się do sąsiada powoduje oduśmiechanie się tegoż; że wiewiórki wyjadają nasiona z karmika dla ptaków i trzeba je ganiać oraz że da się zrobić silnik mający 3.7l i 305 koni mechanicznych, a jeżdżący jakby miał 1.4l i 80KM. Taki właśnie silnik montują w najtańszej wersji Forda Mustanga, którego w sobotę zabrałem na jazdę testową. Auto jest bardzo zwinne i przyjemnie się w nim siedzi, jednak wciśnięcie gazu przy 40MPH powoduje redukcje biegów, większy hałas z silnika i niewiele więcej. Na (nie-)szczęście sprzedający namówił mnie na przejażdżkę Mustangiem GT z 5cio litrowym V8 (435KM). Na placu mieli tylko wersję z manualną skrzynią biegów, po trzykrotnym upewnieniu się czy wiem co to jest sprzęgło dostałem potwora pod ręce i… to jest piękna zabawka. Dźwięk tego silnika to poezja, przyspieszenie na dowolnym biegu przy dowolnej prędkości wciska w siedzenie. Jedyne co mnie może od niego uratować to sprzedawca, który mimo moich uslinych prośb nie chce wysłać mi mailem umowy leasingowej.

Ale nie o autach chciałem dziś pisać, tylko o innej Teksańskiej (z Wielkiej litery, bo Teksas jest naprawdę duży) umiejętności, którą dziś nabyłem – obsłudze pistoletu. Wg róźnych źródeł w USA z bronią oswaja się dzieci od czwartego roku życia. Jak się weszło między wrony trzeba strzelać tak jak one. W sobotę (tą samą, to był aktywny dzień) pojechałem na strzelnicę, żeby się troche podedukować. Podszedłem do sprzedawcy i mówię jak sprawa wygląda – nigdy nie strzelałem i chciałbym się nauczyć. Popatrzył na mnie i spytał – “chcesz wynająć pistolet i spróbować, tak?”. To nie był żart, facet za $10 dolarów był gotowy dać mi do ręki pistolet, za następne $20 pudełko amunicji i wpuścić mnie, żebym sobie postrzelał. Zrezygnowałem i kupiłem dwugodzinny kurs na dzisiaj.

Zanim pojawił się trener pokręciłem się po sklepie przy strzelnicy. Przypominał mi trochę sklep z komórkami, tylko zamiast pokrowców do iPhone sprzedają zapasowe magazynki. Na ścianach wiszą rzędem karabiny, w ladach pistolety, noże i czekoladki. Na półkach na środku leży używana broń, w tym jeden M16 za $790. W koszykach na ladzie leżą celowniki laserowe, w dalszym kącie sklepu lunety oraz pokrowce. Między półkami biegają sobie dzieci (na oko w wieku 5-8 lat), kilku nastolatków testuje celowniki, sprzedawcy kręcą się i zaczepiają jak w sklepie z butami “czy w czymś mogę pomóć?”.

Pierwszym pytaniem, które zadał mi trener, było: po co chcesz umieć strzelać. Niestety nie wyczułem motywu i odpowiedziałem zgodnie z prawdą – sportowo. On popatrzył, powiedział, że strzelanie sportowe to rzeczywiście przyjemność, ale tak naprawdę broń służy do obrony “w sytuacjach, które miejmy nadzieję nie wystąpią”. Po czym przedstawił mi swój Teksański światopogląd – “Prędzej zginę, niż oddam komuś mój porftel”. Po namyśle stwierdził, że jeśli mam ochotę, to pokaże mi oba style strzelania – obronny oraz precyzyjny.

Część wykładową dzisiejszego spotkania spędziliśmy rozmawiając o prawidłowym trzymaniu broni, celowaniu, balansie ciałem itp technicznych sprawach. Potem porozmawialiśmy o rodzajach aminunicji. Według instruktora na ćwiczeniach będę strzelał nabojami full metal jacket (prawidłowego terminu polskiego nie znalazłem) – ołowianymi w metalowej osłonie, natomiast do prywatnego pistoletu polecił mi amunicję hollow point (jedyna polska nazwa jaką znalałem, to dum-dum), czyli taką, która po wejściu w ciało rozbija się na kawałki powodując znacznie więcej obrażeń niż typowa amunicja. Według niego wielką zaletą tego typu pocisków jest to, że nie przelatują przez ciało ofiary, co ma wielkie znaczenie, gdyż normalne pociski często przelatują przez ciało i wychodzą drugą stroną. W USA strzelający jest w pełni odpowiedzialny za każdy wystrzelony pocisk i nawet jeśli strzelę w bandziora, a kula wyjdzie mu plecami, a następnie kogoś trafi, to ten ktoś może mnie sądzić o odszkodowanie. Hollow pointy nie mają tego problemu – zmasakrują ofiarę, ale dalej nie polecą. M.in. z tego powodu tylko takimi strzela ochrona w samolotach. Sprawdziłem, że tego typu amunicja jest zabroniona w większości krajów europejskich. Co więcej konwencja haska zabrania użycia jej w działaniach wojennych, jako niehumanitarną. W USA jedynym ograniczeniem jest jej cena – $1.5/sztukę przy cenie Full Metal Jacket około $0.3.

Ważną częścią szkolenia było bezpieczeństwo posługiwania się bronią. Mój instruktor stwierdził, że jak paragrafów będzie za dużo, to i tak zapomne, więc ograniczy się do dwóch – 1) nigdy nie kieruj wylotu lufy w stronę czegoś, czego nie jesteś gotowy roztrzaskać; 2) nie kładz palca na spuście aż nie będziesz gotowy strzelić. Dziękuję, edukacja zakończona.

Wiedząc trochę o polskich realiach (tj wymaganym sejfie itp) spytałem o przepisy regulujące posiadanie broni w domu. Tu sprawa jest prosta – bez zezwolenia naładowany pistolet mogę posiadać i trzymać gdziekolwiek (np na stoliku przed telewizorem) oraz użyć gdy tylko do domu wejdzie ktoś, kogo nie zaprosiłem. Mogę go zastrzelić i nikt nie będzie zadawał pytań. Tak samo nikt nie będzie sprawdzał gdzie moja broń leży – mogę ją położyć gdziekolwiek w domu. W przypadku włamania i kradzieży mam obowiązek zadzwonić na policję i podać numer utraconego pistoletu. To wszystko.
Od 2007r w Teksasie prawo do obrony obejmuje nie tylko dom, ale także “mienie”, czego konsekwencją jest to, że mogę wozić naładowaną broń w aucie i użyć jej gdy poczuję, że moje mienie jest zagrożone, pod warunkiem, że 1) broń jest legalnie kupiona; 2) nie jest widoczna z zewnątrz; 3) ja prowadzę auto. Ostatnią zasadą, którą mi przedstawił było, żeby nie mówić policjantowi, który mnie zatrzymuje na drodze, że mam broń do momentu aż o to nie spyta. Rzeczywiście dialog by mógł niefortunnie wyglądać:
– zatrzymałem pana za przekroczenie prędkości, proszę o prawo jazdy
– mam załadowany pistolet…
Zamiast tego należy zaczekać na pytanie policjata o broń, po którym trzeba udzielić pełnej informacji, łącznie z miejscem gdzie w samochodzie znajduje się pistolet. Policjant powinien zakończyć dialog mówiąc “to zostawmy go w tam gdzie jest” i przystąpić do sprawdzania dokumentów.

Zanim dostałem broń do ręki musiałem podpisać kartkę, że nie jestem zbiegłym więźniem, nie byłem skazany za przemoc w rodzinie oraz kilka innych przestępstw. Na tym zakończyła się moja weryfikacja (nawet się pośmialiśmy, że wjeżdżając do USA musiałem wypełnić formularz, że nie jestem terrorystą), po czym dostałem do ręki Glocka 19 i 50 sztuk amunicji. Instruktarz jak go ładować trwał może trzy minuty, po czym weszliśmy na strzelnicę, dostałem broń do ręki i zacząłem strzelać. Nie chwaląc się doskonale mi poszło, nawet “strzelanie instynktowne” – według trenera najważniejsze – strzelanie z broni uniesionej do połowy bez celowania muszką i szczerbinką, tylko “w stonę bandziora”. W każdej z trzech kategorii strzałów (samoobrona z celowaniem, celowanie precyzyjne z dużej odległości, strzelanie instynktowne) pierwszy strzał trafiał w sam środek tarczy. W końcu znalazłem coś, w czym jestem dobry! Wystrzelałem łącznie 150 pocisków, oto zdjęcie jeden z tarczy, w których środek zastąpiła wielka dziura:

Instuktor stwierdził, że gdyby nie nasza początkowa rozmowa, to by nigdy nie powiedział, że to moje pierwsze strzelanie. Jeden strzał “z brzucha” poza numerowane pole (widoczny na zjęciu) skwitował – ważne, że kula weszła w sylwetkę oprawcy, to obronie to wystarczy. Portfela by nie dostał.

Share