[USA] Nowe spojrzenie na Teksas

Od dziś wracam do akutalizacji bloga. Podczas ciszy nie próżnowałem i zebrałem sporo nowych wiadomości, teraz pozostaje największe wyzwanie – przekuć myśli w słowa. Trzymajcie kciuki!

Ostatnio odkryłem, że potrzebowałem kilka miesięcy żeby nauczyć się zwiedzać Texas (który coraz bardziej lubię!). Pierwsze wrażenie jakie tu miałem, to, że prawdą jest, że wszystko jest większe w Teksasie. Drugie, że tu nic nie ma – absolutne zakuprze, gdzie wiatr zawraca, a psy szczekają tylną częścią ciała. Dopiero za trzecim spojrzeniem, po zrozumieniu, że tu trzeba doceniać drobiazgi, zacząłem od nowa odkrywać ciekawostki. Pisanie o nich jest trudniejsze niż o sprawach i miejscach szokujących, będę próbował – będę pisał ciekawie albo padnę próbując!

Zastanawiam się czy już o tym nie pisałem, ale kilka kilometrów na południe od naszego domu jest miejsce gdzie kręcono Teksańską Masakrę Piłą Mechaniczną – jeden z najlepszych filmów XX wieku. Wtedy, w 1974r było tam pustkowie, teraz w tym miejscu jest centrum biznesowe przy skrzyżowaniu autostrad, a samo miasto ciągnie się 15 kilomertów dalej na północ. Oryginalny dom, w którym kręcono Masakrę, został przeniesiony niedaleko (1.5 godziny drogi na zachód) do Kingsland i mieści się w nim restauracja. Odnaleźliśmy go zupełnie przypadkiem, ale o tym będzie później (dziś zmarnowałem cały przydzielony czas na próby przypomnienia sobie jak się pisze).

Zdaję sobie sprawę, że zbiór osób, które interesują informacje o starym domu z filmową historią jest raczej nieduży, dlatego miłośników mocniejszy wrażeń zapraszam do obejrzenia filmu, jak sępy jedzą sarnę zabitą na drodze, który nakręciłem w ostatnią sobotę tutaj:

ps. A to jeden główi sprawcy ciszy na blogu:
* Sklep z biżuterią goldcastu dostał nową karoserię i nowy silnik. Zapraszam do zostawiania tam dużej ilości gotówki. Cały dochód jest przeznaczony na wspieranie firmy rodzinnej.
* Podwodne słuchawki Swimp3 – wydałem nierosądną ilość pieniędzy na słuchawki podwone, więc muszę często chodzić na basen, żeby się zamortyzowały. Przy okazji polecam – dzwięk przekazują nie przez uszy, tylko przez kości – jak w kabinie myśliwców wojskowych. Pływanie jest zdecydowanie mniej nudne jak można słuchać dyskusji w radiu.
* Wbrew logice i architekturze kupiliśmy sobie stół bilardowy!

Share

[USA] Jakby przeoczyć tornado to jest nieźle

Są takie momenty, że cieszy mnie, że przeprowadziłem się do Austin – światowej stolicy muzyki*. W zeszłym tygodniu, gdy akurat miałem siadać do pisania bloga, odkryłem, że do Austin przyjechał łódzki zespół L.Stadt, z którego perkusistą miałem zaszczyt siedzieć w jednej ławce przez cztery lata liceum. To było bardzo miłe spotkanie po latach – pogadaliśmy, posłuchaliśmy muzyki (ich i nie tylko). Dobrze jest tak daleko spotkać kogoś bliskiego. Zapraszam do odwiedzenia ich profilu na facebooku i posłuchania ich muzyki na myspace.

Chłopaki swoim graniem opóźnili mój raport z wizyty w trzeciej pod względem wysokości nad poziomem morza stolicy w stanach – Denver, Kolorado. Ale nie trzecim miejscem chwalą się jej mieszkańcy, tylko tym, że ta wysokość wynosi dokładnie jedną milę (5280 stóp, 1600 metrów). Jedno czego nie mogą ustalić to gdzie dokładnie przebiega ta mila – mierzyli kilka razy i zawsze wychodzi im inaczej. A że każdy z pomiarów oznaczają na schodach Kapitolu (siedziby władz stanu), to turysta dowiaduje się, że jedna mila przebiega dokładnie na 13tym, 15tym i 18tym stopniu jednocześnie.


Optymiś na wysokości jednej mili. (Uważni czytelnicy zauważą, że Optymiś podróżuje ostatnio z własnym misiem)

Wysiadając z samolotu w Denver pierwsze co zauważyłem, to znaki wskazujące drogę do najbliższego schronu przeciwtornadowego. Zaczynam dochodzić do wniosku, że istnieje powód dla którego te ziemie do XVIII wieku były zamieszkałe tylko przez kilka plemion i bizony – przyroda w tych okolicach daje wyraźnie do zrozumienia, że tu nikt nie powinien mieszkać. Ostatnio obudziła nas tas taka burza, że nasz dom się cały trząsł od wiatru i grzmotów, a następnego dnia mieliśmy krótkie gradobicie i ulewy. Te ostatnie, mimo lokalnych powodzi i podtopień, traktowane są jako zbawienie – pozwoliły władzom zmienić poziom zagrożenia suszą z ekstremalnego na bardzo duży. Ogródek dalej mogę podlewać tylko raz w tygodniu (to akurat dobrze, nikt się nie przyczepi, że tego nie robię).

Na zwiedzenie Kolorado mieliśmy zdecydowanie zbyt mało czasu. Zdecydowaliśmy się nie wyjeżdżać z Denver, co pozwoliło nam zrezygnować z auta na rzecz komunikacji miejkiej. Korzystanie z usług transportu publicznego miało walory zarówno towarzyskie i humorystyczne. Towarzyskie ponieważ automaty do płacenia za przejazd nie wydają reszty, ale sympatyczny kierowca postanowił nam pomóc krzycząc na cały autobus i szukając drobnych u naszych współpodróżnych. Walory humorystyczny podróży pojawiły się po zderzeniu naszego wyobrażenia stacji przesiadkowej z tym co zastaliśmy. Spodziewałem się dużego budynku z setkami biegających ludzi, kawiarniami itp. Jednak jeden z głównych węzłów komunikacyjnych miasta okazał się polem betonu z czterema słupkami i trzema małymi wiatami. W Polsce słyszałem powiedzenie, które pasuje jak ulał: „Tu nie Europa”.

Tym co wyróżnia Denver od innych miast, które widziałem po tej stronie Oceanu, jest wyraźnie pozytywne nastawienie niezmotoryzowanych. W mieście dostępna jest sieć rowerów miejskich dostępnych na godziny za opłatą**, a główna ulica miasta jest niedostępna dla samochodów – jeżdżą nią tylko miejskie ekologiczne autobusy. Wszem i wobec ogłaszam, że mi się podoba.

Mimo istnienia kilku głupawych praw miejskich takich jak zakaz pożyczania odkurzacza sąsiadowi (serio!), Denver wprowadziło także kilka mądrych, m.in. przepis nakazujący inwestorom używanie 1% budżetu nowych budynków na sztukę w przestrzeni publicznej. W efekcie gdzie nie spojrzeć tam jest coś wartego zobaczenia, ładnego albo przynajmniej „interesującego” .

Nie każda sztuka do mnie przemawia. Patrząc na poniższe ludziki miałem nieodparte wrażenie, że wyglądają jak znaczek na drzwiach toalety:

Ku mojej wielkiej radości miasto wypełnione jest różnego rodzaju misiami i niedźwiedziami, ale nie udało mi się dotrzeć do korzeni tego zjawiska. Udało mi się za to rozbawić kilka osób, która podziwiały sesje zdjęciowe podróżującego ze mną Optymisia.

Z dużym niebieskim niedźwiedziem przy centrum konferencyjnym (jednym z nieoficjalnych symboli miasta):

Z niedźwiedziem z brązu zatytułowanym „O jak dobrze” (tłumaczenie własne z „Feels so Good”):

Z pluszowym niedźwiedziem, który swoje już w życiu wysiedział:

Historię miasta poznawaliśmy jeżdżąc dość podejrzanym pojazdem – zrobionym z desek, wyposażonym w salonowe fotele z poduszkami oraz poroże z przodu. Pojazd poza pokracznym wyglądem wyróżniał się dźwiękami, które wydawał – gwizdał „fiu-fiu”, szczekał, muczał i chrumkał. Gwizdanie najbardziej działało na przechodzących facetów, na szczekanie reagowały psy (i właściciele próbujący je później uciszyć). Ot taki amerykański humor.

O samej historii dowiedzieliśmy się niedużo, gdyż miasto jest bardzo młode i właściwie nic tam się nie działo. Początki miasta sięgają połowy XIX wieku, gdy w czasie gorączki złota okolica była przeczesywana przez śmiałków. W 1861r podpisano akt założycielski i populacja eksplodowała osiągając po dziesięciu latach około stu mieszkańców. Nie każdy w mieście zajmował się wydobywaniem kruszców, spora część żyła z prowadzenia domów publicznych, knajp oraz kasyn znacząco usprawniających przepływ gotówki. Od tego czasu miasto rosło i… nic ważnego się tam nie wydarzyło. W związku z tym przewodniczka skupiła się na historiach: o duchach (straszą na byłym cmentarzu, który miasto przerobiło na park pozostawiając blisko 1700 grobów pod cienką warstwą ziemi – lepiej nie grzebać za głęboko w czasie pikniku) oraz o domu publicznym z dobudowanym tajnym przejściem do hotelu po drugiej stronie ulicy. Tunel chronił klientów przed wścibskim wzrokiem odwiedzających pobliski kościół.
Ładna historia wiąże się z pozłacanym orłem znajdującym się na dachu urzędu miasta. Zamawiający rzeźbę burmistrz jawnie przyznawał się do bycia członkiem Ku Klux Klanu, co nie do końca było w smak artyście żydowskiego pochodzenia. Ten jednak zamiast jednak odmówić wykonania dzieła, postanowił wykonać niestandardowy wzór. Burmistrz był zachwycony ułożeniem ciała orła, które, jak sam określił, pokazywało go w czasie startu i miało symbolizować wzlot miasta. Ornitolodzy jednak mają inne zdanie – ułożenie ciała wyraźnie pokazuje iż orzeł przygotowuje się do defekacji.

Przewodniczka wspomniała wielokrotnie o jednej z głównych atrakcji miasta – prawie legalnej marihuanie. Prawo federalne zabrania posiadania nawet niewielkich ilości tego narkotyku, legalizacja w Kolorado (Kalifornii i jeszcze kilku innych stanach) polegała na wprowadzeniu pojęcia Medycznej Marihuany, którą można kupić na receptę. Niektóre ze sklepów, poza dystrybucją leku, oferują także błyskawiczne badania lekarskie.
Zwiedziliśmy jedną z takich „aptek” – wygląda ona jak mało medycznie – dywany, kanapy i fotele zachęcają do zażywania lekarstwa na miejscu. Zamieniliśmy kilka słów ze sprzedawcami, jako turystom mogli nam zaproponować tylko i wyłącznie gazety i akcesoria, aby uzyskać lek należy być mieszkańcem (wystarczy rachunek za czynsz albo media). Głupie zakazy powodują głupie rozwiązania.

Denver sprawia wrażenie miasta wolnego duchem i jako jedno z niewielu nie zaczęło rozprawiać się z okupującym kapitol ruchem 99%. Austin niestety rozpędziło demonstrantów w bardzo brzydki sposób – wprowadzili prawo nakazujące conocne mycie chodników dookoła urzędów. W połączeniu z prawem skazującym na bezwarunkowe więzienie każdego, kto uniemożliwia prace porządkowe w mieście (takie jak zamiatanie, odśnieżanie czy mycie) wypędziło to (a raczej uczyniło mobilnymi) protestujących. Na nic zdały się głosy, że a) nie jest to zgodne z duchem prawa; b) suszę mamy, więc marnowanie wody jest złe – Austin postawiło na swoim. W Ameryce mamy wolność słowa – każdy ma prawo mówić co ma ochotę, pod warunkiem, że mówi to co się władzy podoba albo że mówi to tak, żeby go nikt nie słyszał.

W Denver 99% jeszcze się bronią:

Bardzo chciałbym wrócić do Kolorado. Zabrakło nam czasu na choćby krótką wycieczkę w Góry Skaliste, zwiedzanie miasteczka hipisowskiego, dzielnicy teatrów, muzeów i wielu innych rzeczy. A jakby tego było mało, to mają tam przepyszną kranówkę –krystaliczną, smaczną, górską wodę.

Kilka innych fotek:
Droga koło naszego hotelu

Piesek preriowy pilnujący pola:

Góry Skaliste

Tablica umieszona przed Kapitolem – 10 przykazań

Widok z jednomilowego stopnia:

Lotnisko w namiocie:

* tytuł samozwańczy
** Właśnie wykreśliłem z poprzedniego zdania słowo „minimalną”. Jeśli od wypożyczenia roweru do jego odstawienia upłynie mniej niż 30min, to przejazd jest darmo, jednak zapłacić trzeba za dostęp do usługi – karta dzienna kosztuje $8, roczna $80. Ech, a chciałem ich pochwalić.

Share

Nie ma takiego miasta – Londyn

Czasem śmiejemy sie z kogoś tylko po to, żeby dowiedzieć się, że sami nie jesteśmy lepsi. Oto przykład.

Urzędniczka: Nie mogę wysłać tej depeszy! Nie ma takiego miasta – Lądyn! Jest Lądek, Lądek Zdrój, tak…
Ochódzki: Ale Londyn – miasto w Anglii.

A w wersji audiowizualnej:

Niestety okazuje się, że racji nie miał ani Ochódzki ani urzędniczka. To co nazywamy Londynem to zbiór 32 jednostek administracyjnych wspólnie zarządzanych. Dwie z tych jednostek posiadaja prawa miejskie – City of London (obecnie dzielnica bankowa) oraz Westminister. Czyli Londyn jako miasto istnieje, ale to nie jest to o czym myślał Rysiu.

Aby poczytać o kolejnych dzielnicach walczących o prawa miejskie kliknij tutaj.

Share

[USA] [Szorty] Wydatki administracji publicznej

Przeczytałem ostatnio książkę ex-agentki CIA (nuda – pamiętniki kogoś, kto nie zrobił w życiu nic ciekawego), która wspominała jak CIA szastała pieniędzmi na prawo i lewo (wszystkie przeloty pracowników biznes klasą, drogie auta z wypożyczalni, utrzymywanie rzeszy informatorów nieposiadających informacji itd). Byłem w stanie zrozumieć, że to się dzieje pod przykrywą tajności, ale dziś uderzyło mnie prosto w twarz.

Wszystkie sieci tutejszych hoteli, w tym Hilton z którego chciałem skorzystać, oferują kilka różnych stawek (zwykłe, promocyjne, dla członów klubów, dla seniorów oraz rządowo-wojskowe). Rezerwując hotel kliknąłem z ciekawości ile kosztuje ten sam pokój w różnych taryfach i witki mi opadły:
* korzystając z promocji “conajmniej tydzien przed” – $71 za noc
* cena normalna – bez promocji – $109 za noc
* cena rządowo-wojskowa – $149 za noc

Share

[USA] Nieświąteczne święta po amerykańsku

Wigilię 2011 rozpoczęliśmy ostatnim świątecznym akcentem tego roku – bardzo miłą rozmową na Skype z rodziną zasiadającą w Polsce do wieczerzy. Różnica siedmiu godzin w teorii nie wydaje się duża, w praktyce kolacja wigilijna tam zaczęła się zaraz po naszym śniadaniu.

Po wyjściu z hotelu pożegnaliśmy się z kurortem pełnym plastikowych kościotrupów w akwariach (zgaduję, że to miał być motyw piracki), plastikowych rekinów i ruszyliśmy na do San Antonio.

Pogoda nie była zbyt świąteczna – zaczynał siąpić deszcz, więc jako atrakcję dnia wybraliśmy zwiedzanie muzeum, bo widoki po drodze wyglądały tak:

Zdecydowaliśmy się zwiedzić zamieniony w muzeum w lotniskowiec USS Lexington zacumowany przy Corpus Christi. Wewnątrz hali służącej wcześniej do transportu samolotów pod pokładem znaleźliśmy motyw świąteczny:

Mimo kłującej w oczy „estetyki” Mikołaj jednak cieszył – był to właściwie jedyny przejaw publicznej manifestacji świąteczności na jaki natknęliśmy się tego dnia. Samo muzeum okazało się bardzo interesujące (przynajmniej dla obdarzonej chromosomami XY części wycieczki). Okręt jest zwany Lady Lex lub nazwą nadaną przez Japończyków w czasie wojny – Blue Ghost – Niebieski Duch, która to nazwa powstała z połączenia dwóch faktów – koloru na jaki był pomalowany (zgadniecie jaki?) oraz z tego, że Tokio było przekonane, że zatopili ten lotniskowiec cztery razy, a on wciąż pływał. Prawdopodobnie raporty składane z kamikaze po wykonaniu misji nie były zbyt dokładne…
Dość napięty plan zwiedzania nie dawał nam wystarczająco dużo czasu, by zajrzeć we wszystkie zakątki okrętu, zdecydowaliśmy się więc zobaczyć film, który prezentowali w pełnowymiarowej sali kinowej wydzielonej z jednego z pokładów (obecność sali kinowej zajmującej drobną część statku pokazuje od razu jego skalę – jest to na pewno największy obiekt pływający jaki miałem możliwość zobaczyć, tzn. poza Irlandią oczywiście*). Film okazał się bardzo interesującym reportażem o manewrach sił powietrznych przeprowadzonych w Nevadzie i zostawił nas w dużym podziwie dla pilotów myśliwców oraz w głębokiej zadumie dlaczego na pokładzie siedemdziesięcioletniego statku o bogatej historii nie mówi się o niej, tylko o zabawach wojennych na pustyni. Nawet w dziale „wojna z Japonią” wystawa dotyczyła głównie bliźniaczego okrętu zatopionego w Pearl Harbor. Wystawę razem z nami zwiedzali Japończycy, którzy z uwagą i bez mrugnięcia okiem czytali relację Amerykanów opisujących atak na Hawaje jako czystą zbrodnię (z dodatkowym komentarzem, że ten atak był bezpośrednią przyczyną, dla której włączyli się do wojny i ją wygrali przy drobnej współpracy państw europejskich).

Wycieczkę zakończyliśmy (jak zwykle) w muzealnym sklepiku, gdzie zauroczyła mnie poniższa tabliczka:

„Prosimy nie siadać na koszulkach”. Jakbym zawsze siadał…

Na wigilijną noc wybraliśmy dość ekstrawagancki hotel w turystycznym centrum San Anotnio z wyjściem na River Walk (ścieżkę nad rzeką obsadzoną gęsto restauracjami i galeriami – idealnym turystycznym miejscu). San Antonio zwiedziliśmy już w listopadzie, dlatego tą wizytę postanowiliśmy spędzić na relaksującym niewielerobieniu, odrobinę łamiąc tradycję szopki na rzecz prymitywnego acz przyjemnego hedonizmu. Wieczór rozpoczęliśmy lampką (albo dwoma) wina oferowanego przez hotel dla uprzyjemnienia pobytu, po czym poszliśmy na spacer po River Walk, gdzie dowiedzieliśmy się, że jak nie zdecydujemy się na wieczerzę teraz, to zostanie nam tylko McDonald’s, bo restauracje są zamykane o 20tej. Decyzja była szybka i w ten sposób karpia i pierogi zastąpiły mi krążki cebuli, pyszny półsurowy kawał krowy z ćwiartką kapusty z sosem z niebieskiego sera przepłukiwane kalifornijskim czerwonym winem (to jest ten moment gdzie ma czytelnikowi lecieć ślinka). Resztę świątecznego nastroju rozbili mi Anglicy rozmawiający w przez ścianki kabiny w toalecie o odmianach kupy i różnych sposobach na jakie rozpryskuje się woda gdy poszczególne rodzaje stolca wpadają do muszli. Alleluja. W tych okolicznościach nie zostało nic innego niż zanurzyć się w Jacuzzi (gorące wanny i basen umieszczone na dachu zostawiliśmy na następną wizytę).

Pierwszego dnia świąt ruszyliśmy na zachód – pod meksykańską granicę. 25 grudnia to jeden z niewielu dni w roku, gdzie prawie wszystko (poza McDonalds oczywiście) jest tu zamknięte i gdy zastanawialiśmy się co zrobić z dniem zobaczyliśmy wielką reklamę kasyna w rezerwacie Indian Kickapoo (czynne 24h 365 dni w roku). Pogodzeni z nieświątecznością naszego wyjazdu skręciliśmy w tamtą stronę i spędziliśmy ponad blisko trzy godziny grając na jednorękich bandytach ze stawką 1 cent. Wyszliśmy na niewielki minus – ja byłem $12 na plusie, małżonka przepuściła $14. Resztę dnia spędziliśmy zwiedzając przygraniczne miasta, które cieszą się sławą przemytniczą wojen meksykańskich.

… i znów zastała mnie północ, zaczytałem się o plemionach indiańskich na Wikipedii. W związku z tym o przygranicznych przygodach będzie dopiero w następnym odcinku. Jednak rządza wiedzy szkodzi.

* tak, wiem, wyspy nie pływają

Share

[USA] King Ranch

Mimo wszelkich prób zabetonowania całej powierzchni kraju, niektóre miejscowości nadmorskie zachowały swój urok. W jednym z takich miejsc zatrzymaliśmy się na kilka minut i w nagrodę mieliśmy możliwość obejrzenia zachodu słońca nad zatoką Palacios, która jest częścią zatoki Matagorda, która jest częścią zatoki Meksykańskiej. Nigdy wcześniej nie spotkałem wyodrębniania zatok z innych zatok (co może świadczyć o moim niedouczeniu), ale to nie jedyny nietrafiony pomysł nazewniczy tamtejszych okolic. Nazwę Matagorda nosi nie tylko zatoka, ale także wyspa, miasto, półwysep oraz cała kraina geograficzna. Ale to nie jedyne co mnie tam zaskoczyło, np. do tej pory nie wiem po co ta kobieta chodziła z parasolem:

Tym co wyróżnia Texas od innych części USA, które miałem okazję odwiedzić jest poczucie humoru. Momentami jest odrobine grubiańskie, bardzo często texaso-centryczne (np. już dwa razy słyszałem od przewodników „w 1845 Texas zezwolił Stanom Zjednoczonym na przyłączenie się do niego”), a mimo to dość swojskie (czy ktoś umie to przetłumaczyć tak, żeby zachować i treść i dowcip?):

Kilka innych zdjęć z tego samego miejsca:

Gdy wracaliśmy z plaży z przerażeniem odkryłem, że nasze auto gdzieś zniknęło. Na szczęście zostało tylko schowane za bardzo ładnym Fordem, który jest ucieleśnieniem powiedzenia, że „W Texasie wszystko jest większe”.

Tak bardzo jak lubię tutejszy humor, tak nie lubię niepunktualności, która niestety tu występuje tak masowo jak na południowym zachodzie Francji – osiem minut poślizgu przy rozpoczynaniu czegokolwiek (wycieczki, pokazu w kinie itp.) nie jest zauważane przez większość osób. Mimo porannej awarii auta (potwierdzającej starą zasadę „nie naprawiaj jeśli nie jest zepsute”) oraz zgubienia się na drodze (gdyż google maps oraz gps wsakzywały punkt oddalony o 10km od bramy wjazdowej) zdążyliśmy punktualnie na ostatnią przed świętami wycieczkę po największym na świecie ranczu King Ranch. Liczące obecnie 3340 km kwadratowych ranczo zostało założone w 1853 przez Richarda Kinga, który za 300 dolarów kupił 63 kilometry kwadratowe ziemi. Biznes rósł szybko i w połowie XX w. posiadał oddziały w kilku krajach świata, z czego jednak zaczął się wycofywać po założeniu embarga na Kubę i obecnie składa się z dwóch oddziałów – Texańskiego oraz Florydzkiego, gdzie produkuje pomarańcze. Oddział Texański utrzymuje 60000 sztuk bydła, 300 koni używanych przez kowboi oraz jest największym na świecie producentem orzechów pekanowych (z których w moim lokalnym supermarkecie powstaje przepyszny placek pekanowy!). Tamtejsi kowboje szczycą się szególnie własnymi gatunkami bydła powstałymi przez mieszanie osobników różnych gatunków, dzięki czemu uzyskali smaczniejsze mięso (podobno) oraz charakterystyczny brązowy kolor sierści. Wciąż nie wiem czy takie naturalne mieszanie gatunków jest lepsze czy gorsze od laboratoryjnej inżynierii genetycznej.

Ranczo King ma duże znaczenie dla gospodarki całego regionu, co zostało ukoronowane nazwaniem leżącego blisko miasta nazwą Kingsville. Ford dziesięć lat temu wprowadził wersję King Ranch Edition swojego flagowego pickupa F-150 , która dzięki ekskluzywnym dodatkom kosztuje dwa razy więcej niż wersja podstawowa, a w 2009 roku dostała nagrodę za najbardziej luksusowy pickup roku.

W czasie autobusowej wycieczki po ranczu mieliśmy okazję zobaczyć kojota, kilka gatunków orłów, jelenie, dziki i sporą ilość innych czworonogów, których nie rozpoznałem. Przewodnik opowiadał historie z życia rancza, np. że każdy kowboj dostaje rocznie pięć koni, które ma wytresować i od wyników egzaminu zależy jego premia. Jakbym mógł za $300 kupić kilka kilometrów kwadratowych ziemi…

Share

[USA] Idzie zima, czas nad morze!

Wielką wadą świąt w odległych częściach świata jest to, że jest się daleko od wszystkich, z którymi by się chciało te dni spędzić. Zaletami zaś są niewątpliwie pogoda oraz możliwość dalszego poznawania tego zakątka planety.

Grudzień 2011 jest miesiącem rekordowym pod względem ilości opadów w Teksasie – w wiadomościach w TV mignęło mi, że średnia z ostatnich lat została przekroczona dziesięciokrotnie. Bynajmniej nie oznacza to, że tu wciąż pada, wręcz przeciwnie – ostatnie dni są słoneczne i bardzo przyjemne do spacerowania. Dziś, w czasie przebieżki po okolicy, przechodziłem koło termometru, który pokazywał 74 stopnie (23 stopnie Celsjusza) i chyba się nawet trochę opaliłem. Bardzo polecam ciepłe kraje!

Korzystając z niezłej pogody i przymusowego urlopu pojechaliśmy na wycieczkę po południowym i południowo-zachodnim Teksasie. Przebieg naszej drogi widać poniżej, łączna długość trasy to niecałe 2000km.


Pokaż dużą mapę w nowym oknie

Mieliśmy jechać odrobinę dalej na zachód do parku narodowego Big Bend oraz do El Paso, ale zrezygnowaliśmy ze względów bezpieczeństwa. Big Bend jest najmniej uczęszczanym parkiem narodowych w całych Stanach Zjednoczonych, co niestety oznacza, że nie ma tam cywilizacji takiej jak: telefon, stacje benzynowe czy sklepy, są za to różne zwierzęta, takie jak niedźwiedzie, drapieżne koty, węże, pająki i skorpiony. Przewodnik wprawdzie opisuje, że tamtejsze skorpiony nie są groźne dla życia… większości ludzi, ale po analizie sytuacji skorzystaliśmy z pretekstu, że auto dostało czkawki po tym jak nalałem w nie za dużo oleju i z tego powodu nie pojechaliśmy w dzicz (bo przecież nie dlatego, że strach nas obleciał. Zignorowaliśmy też fakt, że serwis powiedział, że autu nic nie jest, a lampka check engine sama zgasła).

Nawet skrócona droga dostarczyła nam dużo wrażeń i wiedzy – poznaliśmy Teksas jakiego nie znaliśmy. A właściwie kilka zupełnie różnych Teksasów. Pierwszego dnia za dużo nie zwiedziliśmy, gdyż trochę dałem ciała z przygotowaniami auta do drogi – dałem się zaskoczyć jak drogowcy zimie. Okazało się, że wszyscy mechanicy mający dobrą opinię są zawaleni robotą, gdyż studenci wrócili do domów na święta i przy okazji oddali auta do przeglądów. Ale może dzięki temu zrozumiałem na jak odległej od pracujących amerykanów planecie żyję. Serwisy samochodowe oferują darmowe przejazdy do domu po zostawieniu auta oraz do warsztatu po jego odbiór. Mnie woziła dwudziestokilkuletnia, bardzo sympatyczna dziewczyna i gadaliśmy po drodze o różnych rzeczach, m.in. o tym, że jadę nad morze. Entuzjastycznie opowiadała o plażach, to zasugerowałem, że skoro je lubi, to by się na pewno jej podobało południe Francji. Powiedziała, że bardzo by chciała, ale, że to chyba za drogo. A potem dodała, że na razie marzą o tym, żeby zabrać dziecko do Disneylandu, znaleźli nawet bilety za $160 od osoby, ale nie mogą sobie na to pozwolić. Nie wiem jak jej narzeczony, ale ona pracuje na dwóch etatach (porównaj prawnik za $545 za godzinę). Wtedy do mnie dotarło jak frustrujące musi tu być bardziej pechowym niż ja.

Wracając do przygotowań – rano przed wyjazdem pojechałem wymienić opony, bo przednie wydawały mi się zbyt łyse. Serwisant się zgodził, ale powiedział, że tylne są dobre i proponują, żeby przełożyć je na przód, a nowe założyć na tył. Zawsze mi się wydawało, że lepsze idą na oś napędową, ale internet też twierdzi, że lepsze opony zawsze idą na tylną oś (piszę o tym, bo może się komuś ta wiedza przyda). W drodze do domu odkryłem, że auto skręca w lewo, więc musiałem wrócić do warsztatu, gdzie inny specjalista odkrył, że opony przełożone z tyłu na przód różnią się o trzy mm i zasugerował wymianę tej bardziej zużytej na nową. Do tej pory śmieję się z jego miny po tym jak spytałem czy w takim przypadku auto nie będzie skręcało w prawo, bo ta znów koła nie będą równe. Po przemyśleniu sprawy facet dał mi czwartą oponę gratis, ale wymiana trwała długo i łącznie opóźnili nam wyjazd o jakieś dwie godziny. Czyta ktoś jeszcze? Chyba stęskniłem się za pisaniem, że opisuję takie pierdoły.

Wyjeżdżając z tak dużym opóźnieniem musieliśmy zrezygnować ze zwiedzania Huston. Z drogi zauważyliśmy tylko ślicznie oświetlone centrum, kilkukilometrowy ciąg supermarketów, sklepów i salonów samochodowych przy autostradzie oraz ogólne udrogowienie tego miasta. Żeby przejechać na przełaj przez miasto zmierzyliśmy się z gąszczem krzyżujących się autostrad (obwodnice w usa nie są standardem, zamiast tego zbudowane są gigantyczne betonowe arterie przez środek) – nawet w Nowym Jorku nie widziałem takiego gąszczu „głównych” dróg. Z resztą Huston znane jest z nieokiełznanej motoryzacji, w wyniku czego centrum wygląda miejscami tak (zdjęcie to obiegło internet w 2009, autora nie znam. Te male ciapki to auta na parkingach.):

Dzień zakończyliśmy w Galveston nad samym brzegiem Zatoki Meksykańskiej, gdzie właściciel hotelu postanowił przetestować nasze umiejętności szpiegowskie i ukrył wjazd tak doskonale, że jeździliśmy wokoło bloku (w USA – blok to jednostka długości – blok dalej = przecznicę dalej – lub powierzchni – 1 blok = obszar ograniczony czterema ulicami). To naprawdę wyjątkowe uczucie gdy widzisz hotel i nie jesteś w stanie do niego dojechać. Wjazd znaleźliśmy wjeżdżając w każdą uliczkę i zawracając gdy się skończyła…
Wieczorem starczyło nam siły na spacer w szumie fal oraz wizytę na molo, gdzie musiałem kupić batonika jako bilet wstępu („bez konsumpcji nie wpuszczamy”).

Drugi dzień rozpoczęliśmy od zwiedzenia samego miasta. Galveston to bardzo przyjemny nadmorski kurort z dosłownie kilkoma atrakcjami – starymi (około 1895) willami, przyjemnym centrum oraz parkiem rozrywki, w którym stoją dwie ogromne szklane piramidy. Pierwsza z nich skrywa sztuczną dżunglę, druga gigantyczne akwarium. O najciekawszej dla mnie atrakcji – muzeum platform wiertniczych – dowiedziałem się dopiero dwa dni później, gdy już było za późno żeby zawrócić.

Zapach morza wywołał w nas wielką ochotę na świeżą rybę, ruszyliśmy więc na południe licząc na to, że w porze obiadu znajdziemy gdzieś jakąś miłą smażalnie. Naszą uwagę od głodu odwracał widok osiedli na palach, które ciągnęły się wzdłuż całego wybrzeża. Zgadujemy, że taka konstrukcja ma coś wspólnego z tropikalną pogodą i huraganami nawiedzającymi tą część stanów.

Po kilkudziesięciu kilometrach drogi znaleźliśmy się w miejscowości Freeport, gdzie powitał nas nowy, zaskakujący widok, który nie opuścił nas przez kolejne trzysta kilometrów:

Moje zdjęcia nie obrazują ogromu fabryk chemicznych Teksańskiego wybrzeża, wyglądają one jak ogrodzone siatkami miasta z chromowanych rur, zbiorników, dymiących kominów i świec wypalających niepotrzebne gazy. Byliśmy przerażeni gdy zobaczyliśmy tę fabrykę, jednak w ciągu następnych dwóch dni przekonaliśmy się jak bardzo byliśmy nieprzygotowani na to co zastaliśmy – każda większa korporacja chemiczna, z Dupont, BASF i DOW na czele, ma tu znaczną część swojej produkcji. Co gorsza, poza produkcją mają także przepisy, niestety nie w sercu, ale w części ciała umieszczonej trochę z tyłu. Rząd federalny USA wydał ustawę „Clean Air Act”. W zeszłym roku gubernator Texasu Rick Perry delikatnie, ale stanowczo powiedział władzom federalnym, że mogą się swoimi przepisami podetrzeć, bo narzucenie ogólnoprzyjętych standardów ekologicznych skutkowałoby utratą tysięcy miejsc pracy. Dyskusję uciął twierdząc, że prawo stanowe ma w tym przypadku wyższy priorytet, mimo, że Waszyngton twierdzi inaczej. No i tak sobie dymią.

I zrobiło się tak późno, że największe ranczo świata i dlaczego wygrałem $8 dolarów w kasynie opiszę jutro.

Share

[USA] Regulacje dotyczące flagi

Od przyjazdu do USA zastanawiałem się co oznaczają wywieszone na domach półokrągłe flagi takie jak na zdjęciach poniżej. Domyślałem się, że mają jakieś patriotyczne zabarwienie (a co tu nie ma?), bo ich wysyp był w okresie 4tego czerwca, ale nigdzie nie widziałem wyjaśnienia. Uknułem kilka teorii, z których najciekawsza była ta, że jest to forma prezentacji spódnicy w patriotyczne kolory – każdy sobie pociągnąć ten wątek może według uznania. Ja już nie muszę, bo wiem co to jest!

Tajemnice wyjaśnił mi opiekun muzeum Teksańskiej Gwardii Narodowej. Otóż te ozdoby wywiesza się je wtedy, kiedy chce się ozdobić patriotycznie dom, a nie można użyć prawdziwej flagi lub nie chce się spełniać wszystkich koniecznych warunków, gdyż przepisów dotyczących flag jest tu więcej niż paragrafów w polskej ustawie o podatku VAT. Flaga USA jest chroniona prawem federalnym oraz stanowym, które reguluje także użycie flag lokalnych. A są to przepisy ciekawe, na przykład w czasie pogrzebu prawo do położenia flagi Teksasu na trumnie mają tylko potomkowie walczących w rewolucji teksańskiej (przeciw Meksykowi), inaczej tego przywileju nie da się zdobyć.

Podstawowa zasada brzmi “Flagę należy szanować”. Poniżej najciekawsze regulacje (pomijam nudy jak wymiary, ilość gwiazek itp):

  • Flaga amerykańska się nie pochyla/kłania przed nikim (“this flag dips before no earthly king”) – w 1908 w czasie olimpiady w Londynie jedynie amerykanie odmówili pochylenia flagi przed Królem Edwardem VII
  • Flaga nie może być wywieszona w ciemności – na noc należy ją ściągnąć lub oświetlać
  • Flaga nie może być używana jako ubranie, pościel ani jako draperia
  • Flaga nie może być używana jako element reklamowy
  • Flaga nie może pojawiać się na rzeczach przeznaczonych do szybkiego wyrzucenia – np opakowaniach chusteczek higienicznych
  • Flaga nie może być używana do przetrzymywania, podawania lub przenoszenia rzeczy
  • Nie wolno deptać flagi
  • Flaga musi wisieć wolno – nie wolno jej ograniczać, np podpierać albo rozciągać na samochodzie. Jedynym wyjątkiej była flaga wbita w księżyc – ze względu na brak wiatru była ona przymocowana od góry
  • Flaga nie może dotykać ziemii ani innych przedmiotów
  • W czasie opuszczania flagi na dole muszą czekać wyciągnięte ramiona, na których flaga spocznie.
  • Flaga nie powinna być wywieszona w trakcie burzy lub wiatrów
  • Żadna flaga (stanowa, stowarzyszenia itp) wywieszona z flagą usa nie może być od niej większa ani wisieć ponad nią
  • Zużyta flaga musi być godnie zniszczona, najlpeiej spalona. Lokalne grupy skautów świadczą usługę ceremonialnego palenia flag
  • Flaga musi być zawsze z prawej strony (mównicy, kolumny ludzi, wystawy, innych flag itd)

ps. Za złamanie powyższych przepisów nic nie grozi cywilom – nie ma prawa, które umożliwia karania za ich nieprzestrzeganie. W praktyce jest to źle widziane i grozi to złymi komentarzami od mijanych amerykanów lub wręcz rękoczynami (jak pisałem wcześniej w texasie nie dzwonimy na 911!). Przepisy dotyczące flagi są jednak bardzo surowo egzekwowane w przypadku żołnierzy, także emerytowanych.

ps2. A są na świecie miejsca gdzie jest inaczej:

Share

[USA] Po czym poznać, że coś jest nie tak z tekstem?

Proste – nie ma do niego dobrego tytułu. Widzę, że za dużo wątków nawciskałem poniżej, ale stęskniłem się za pisaniem, więc zostawiam.

Wczoraj, po trzech i pol miesiącach od wysłania z Londynu, przyjechały nasze rzeczy. Straty są zadzwiająco nieduże – drewniany kurczak kuchenny stracił prawą stopę (2.5 x 2.5 cm) oraz zniknęła gdzieś stalowa rama do biurka (1.7 x 1.3 m). W zamian dostaliśmy czyjś plecak z koncerwami, hinduskimi świecznikami i starymi klapkami, ale za to oznaczony kartka “Gorcki”. Najważniejsze rzeczy przybyły bez szwanku i w tej chwili poza nami nasz dom zamieszkuje 41 pluszowych zabawek* oraz jeden pluszowy miś do samodzielnego montażu (wykroje, niktki, jakiś wypełniacz itp).

Ostatnie kilka dni w USA upłynęło pod znakiem tradegii narodowej spowodowanej obniżeniem rankingu przez S&P. Najlepszym dowodem na to, że decyzja była słuszna było to, że Pan Prezydent Obama spóźnił się na przemówienie o 45min, a potem powiedział tylko, że może i USA mają problem, ale według niego gdyby istniała nota AAAA, to ten kraj by na nią zasługiwał. Rynek odpowiedział nurkując na łeb na szyję w tak dynamiczny sposób, że wszystkie “Breaking news” pokazywały stan indeksów. Moje skromne przemyślenia po wysłuchaniu głowy kraju były następujące: trzeba zwiększyć tempo odkładania w funduszu wyprowadzkowym, a w wolnej chwili zacząć się uczyć chińskiego.
Coraz bardziej mam wrażenie, ze Amerykanie nie rozumieją, że czasy się zmieniają i zamiast tego wciąż starają się zaklinać rzeczywistość. Przyjaciel pracujący na styku starych (TV) i nowych (internet) mediów opowiadał kiedyś, jak tam prawnicy próbują zmienić fakty wytaczając procesy “internautom i internetowi”, bo w 1985 się tak dawało rozwiązywać problemy. Przykłady można mnożyć. W ostatnich tygodniach ostatecznie splajtowała największa w stanach sieć księgarni – Borders. W tej chwili jest w stanie likwidacji, we wszystkich sklepach jest wielka wyprzedaż, na której można kupić wszystko łącznie z meblami (rozważałem zakup kasjerki, ale przestraszyłem się, że małżonka może nie zrozumieć). Zachęceni wielkimi platakami “Wyprzedaż, okazje, wszystko musi zniknąć” pojechaliśmy kupić tyle przewodników ile udźwigniemy i po 45 minutach wyszliśmy z pustymi rękami. Dlaczego? Bo oni wciąż nie rozumieją dlaczego zbankrutowali – mimo wielkiej wyprzedaży ceny wciąż były wyższe niż w Amazonie czy Alibrisie. Drodzy Amerykanie, Panie Prezydencie – wielkie kolorowe plakaty “tanio” nie mają takiej masy, żeby zagiąć czasoprzestrzeń**!

Żeby nie wyszło na to, że spędziłem kilka tygodniu na marudzeniu chciałbym przedstawić jeden z najbardziej nieprawdopodobnych pomysłów jakie Amerykanie wprowadzili w życie – Skyway. Jest to system tuneli poprowadzonych między budynkami i przez budynki. W Minneapolis znajduję się on na wysokości pierwszego piętra i ma łączną długość około trzynastu kilometrów. W sąsiadującym St Paul tunele mają osiem kilometrów. Po zaparkowaniu auta na parkingu pod budynkiem można przejść całe centrum klimatyzowanymi przejściami nie stawiając nogi ani raz na ziemii. O ile w Minneapolis duża część sklepów ma dwa wejścia – ze Skywaya i z ulicy, o tyle w St Paul wejścia są tylko z tunelu. Spacerując ulicami ma się wrażenie, że stolica stanu jest zupełnie opuszczona i zapuszczona. W zamian dostaje się prawdziwy Amerykański sen – z klimatyzowanego domu można przez klimatyzowany garaż wsiąść do klimatyzowanego auta i przejść do klimatyzowanego biura klimatyzowanym korytarzem. Wciąż się nie mogę zdecydować czy to wyższy stopień rozwoju miast czy raczej tamtejsi mieszkańcy to po prostu miękkie dupy.

Czy te tunele mają uzasadnienie w pogodzie? Trochę tak – aura w Minnesocie jest podobna podobna do polskiej, może za wyjątkiem tornad, których mają trochę więcej. Temperatury są zbliżone – od -15 do +35 st C, przy czym odczuwalne są trochę wyższe z powodu ogromnej wilgotności powietrza. Podczas dosłownie pierwszego kroku poza lotniskiem straciłem orientację – poczułem jakby ktoś buchnął we mnie chmurą sprężonego gorącego powietrza, okulary natychmiast zaszły parą, a skóra zaczęła momentalnie pompować pot aby połączył się z wodą skraplającą się na mnie. To był pierwszy raz kiedy zastanowiłem się czy pomysł na wyjazd do Texasu był jednak do końca rozsądny. Na szczęście już za późno na zmianę decyzji.

* głównie misiów, ale są też: pies, dwa króliki, trzy łosie, dwie małpy, psopodobny gryzak dla zwierząt, kubuś puchatek jako myjka prysznicowa, pat i mat oraz kilka mniej lub bardziej niezidentyfikowanych stworzeń. Muszę niedługo zrobić stronę o nich zanim zgubię rachubę kto skąd przyszedł.
** tak, wiem, że nawet najmniejsza masa zagina, ale fizyczne dywagacje o wielkościach rzędu 10^-194 zostawmy na dyskusje przy piwie.

Share