[USA] Niewolnictwo

W czasie ostatniej pogawędki z P. zapytałem czy robi sobie trochę przerwy jak będzie przechodził z jednej pracy do drugiej. “Nie, mam kredyt na dom do spłacania” zażartował. Wczoraj spotkaliśmy Rumuna z Izraela (losy ludzi bywają naprawde zaskakujące), który opowiadał jak bardzo się stara, żeby móc zacząć pracować nad swoim biznesem. Pomysł ma, środki ma, chęci też, niestety w USA przebywa na wizie H-1B, popularnie zwanej wizą niewolniczą. Taką samą jak moja.

Południowe stany cieszą się złą sławą za trwające do wojny secesyjnej niewolnictwo. Przed 1861 rokiem biały człowiek mógł posiadać i wykorzystywać czarnoskórych ludzi w taki sam sposób jak wykorzystuje się konie albo woły. Tej historii nas uczono w szkołach. Historii z pięknym zakończeniem – w 1862 roku Abraham Lincoln przeforsował Proklamację Emancypacji, a w 1865 roku konstytucja wzbogaciła się o trzynastą poprawkę znoszącą niewolnictwo i przymusowe prace. Emancypacja brzmi pięknie – jak historia miłości rodem z Hollywood – i tyle samo ma wspólnego z rzeczywistością!

Od 1865 roku konstytucja zabraniała niewolnictwa, jednak… nie wprowadzała kar za praktykowanie tego procederu. W południowych stanach przyniosło to skutek dokładnie odwrotny od zamierzonego – zjawisko zaczęło się nasilać. Niektórzy plantatorzy kontynuowali preceder bez zmian, inni poszli z duchem czasu i zaczęli płacić niewielkie stawki za pracę. Przynajmniej w teorii, gdyż w tym samym czasie pobierali opłatę za “opiekę” – dom i jedzenie, przeważnie przekraczającą zarobki. Głównym powodem dla którego “wolni” niewolnicy “dobrowolnie” zostawali było to, że nie mieli gdzie uciec – na wszystkich plantacjach panowały takie same warunki, a w miastach czarni nie mieli prawie żadnych praw (jak pisałem wcześniej aż do 1960 r czarnoskórym nie wolno było nic, nawet korzystać z tych samych sklepów, toalet czy kranów, co białym). Tych, którzy jednak gotowi byli próbować szczęścia w świecie, zatrzymywano siłą, do zakatowania na śmierć na oczach innych włącznie (zupełnym zbiegiem okoliczności zabicie czarnoskórego człowieka nie było karane). Uzasadnienie było proste – taki człowiek uciekał przed długiem, więc kradł – należało mu się!

W miarę rozwoju przemysłu zapotrzebowanie na siłę roboczą rosło, a ilość niewolników się nie zwiększała tak szybko jak by tego “biznesmeni” oczekiwali. Władze południowych stanów wymyśliły więc rozwiązanie – zaczęły wynajmować do pracy więźniów. Wiadomo – więźnia trzeba nakarmic, ogrzać, pilnować – to kosztuje. Zamiast tego lepiej go wypożyczyć do pracy przy budowie torów kolejowych i w kopalniach za niewielką opłatą dla budżetu. Pomysł trafił na podatny grunt i szybko okazało się, że więźniów też zaczęło brakować. Amerykanie to ludzie sprytni – wymyślili rozwiązanie i tego problemu – wystarczyło roszerzyć paletę przestępstw. W ten sposób bezdomność, plucie, bumelanctwo czy jechanie pociągiem towarowym (za to ostatnie “przestępstwo” w 1923 Martin Tabert z Północnej Dakoty został aresztowany i sprzedany do tartaku, gdzie zmarł na skutek pobicia przez nadzorców), a w skrajnych przypadkach spacerowanie przy torach i siedzenie na ławce, stały się wykroczeniami karanymi więzieniem. Lokalny sędzia miał sporą elastyczność i korzystając z wielowarstowości amerykańskiego prawa (federalne, stanowe, gminne, miejskie) tworzył przepisy na zawołanie (“znajdzie mi człowieka, a znajde na niego paragraf” Berii wydaje sie takie niewinne – Beria potrzebował mieć przepis zanim z niego skorzystał).
Większość skazanych więzienia nigdy nie widziała, bo od razu byli transportowani do pracy, czasami nawet bez wyroku sędziego, który papierkologię uzupełniał post factum na zlecenie “przedsiębiorcy”.
To rozwiązanie miało tą dotakową zaletę, że niwelowało ograniczenia rasowe – do niewolniczej pracy trafiali ludzie wszystkich kolorów (przy czym czarni szybko stali się większością więźniów – gdy wymyślono ten proceder w Louisianie czarni stanowili 30% skazany, a juz pod koniec lat osiemdziesiątych XIX wieku juz ponad 80%!). Wielu ze skazanych nie dożywała końca wyroku – w kopalniach ludzie wytrzymywali kilka do kilkunastu miesięcy. Proceder ten został oficjalnie zakończony w 1928, gdy Alabama jako ostatni stan zakazała sprzedawania pracy więźniów. W 1928! Dla porównania Polska rozkwitała już wtedy ponownie na mapie Europy, a Tuwim zdążył napisać co ostrzejsze wiersze.

Niewolnictwo nie zawsze wiązało się z wykorzystywaniem pracy, czasami wystarczył zabór wszelkiego mienia oraz pełne ubezwłasnowolnienie. Taki los spotkał indian. Muzeum Texasu w Austin poświęca niewielką część wystawy losom rodowitych amerykanów. Niewielką, acz dość szczerą i mocną – po kilku minutach czytania historii doszliśmy do wniosku, że czystki w europie w wykonianiu Hitlera nie odbiegały od tego, co tutaj robiono z Indianami. Eksterminacja miała podobną skalę. Getta i obozy nazywano tutaj “rezerwatami”, o tyle gorszymi, że światu zostały zaprezentowane jako oazy wolności i kultury lokalnej. Naziści głodzili ludzi bezpośrednio, Amerykanie stosowali subtelniejsze sposoby – rezerwaty tworzono na najmniej urodzajnych ziemiach (nie tam gdzie żyli wcześniej) i odcinano dopływ zwierzyny. Gdy to niewystarczało, wymyślano dodatkowe tortury – na przykład w rezerwacie indian Navajo biali zabili, na oczach właścicieli, praktycznie wszystkie zwierzęta hodowlane, a ich mięso, po polaniu benzyną, spalili na stosach. Działo się to na tyle niedawno, że istnieją telewizyjne nagrania świadków tego barbarzyństwa.

W świetle tamtych strasznych czasów druga połowa XXgo wieku i nasz współczesny XXIw wydają się być bardzo delikatne. Kredyt na dom spłaca się trzydzieści lat. Odpowiednio opłacani prawnicy są w stanie wypełnić wystarczającą ilość papieru, żeby przenieść moją wizę do innego pracodawcy, jeśli spełnia on jeden z tysiąca wymogów (w szczególności nie mogę być właścicielem firmy, która mnie zatrudnia – zapomnij o pracy dla siebie. Amerykański sen od pucybuta do milionera nie jest dla mnie dostępny). Moja żona może przebywać w USA legalnie i robić co ma ochotę, po warunkiem, że nie ma ochoty pracować, kupić czegoś na kredyt czy głosować. Za to siedzieć w domu może tyle ile chce! A najgorsze jest to, że Europa robi dokładnie takie same obostrzenia dla ludzi, których jedyną winą było to, że urodzili się poza Unią Europejską.

ps. Za przykry ton tego wpisu odpowiedzialne są: muzeum Texasu, filmy dokumentalne oraz ostatnie przejścia z korporacją.

Share

[USA] Jakby przeoczyć tornado to jest nieźle

Są takie momenty, że cieszy mnie, że przeprowadziłem się do Austin – światowej stolicy muzyki*. W zeszłym tygodniu, gdy akurat miałem siadać do pisania bloga, odkryłem, że do Austin przyjechał łódzki zespół L.Stadt, z którego perkusistą miałem zaszczyt siedzieć w jednej ławce przez cztery lata liceum. To było bardzo miłe spotkanie po latach – pogadaliśmy, posłuchaliśmy muzyki (ich i nie tylko). Dobrze jest tak daleko spotkać kogoś bliskiego. Zapraszam do odwiedzenia ich profilu na facebooku i posłuchania ich muzyki na myspace.

Chłopaki swoim graniem opóźnili mój raport z wizyty w trzeciej pod względem wysokości nad poziomem morza stolicy w stanach – Denver, Kolorado. Ale nie trzecim miejscem chwalą się jej mieszkańcy, tylko tym, że ta wysokość wynosi dokładnie jedną milę (5280 stóp, 1600 metrów). Jedno czego nie mogą ustalić to gdzie dokładnie przebiega ta mila – mierzyli kilka razy i zawsze wychodzi im inaczej. A że każdy z pomiarów oznaczają na schodach Kapitolu (siedziby władz stanu), to turysta dowiaduje się, że jedna mila przebiega dokładnie na 13tym, 15tym i 18tym stopniu jednocześnie.


Optymiś na wysokości jednej mili. (Uważni czytelnicy zauważą, że Optymiś podróżuje ostatnio z własnym misiem)

Wysiadając z samolotu w Denver pierwsze co zauważyłem, to znaki wskazujące drogę do najbliższego schronu przeciwtornadowego. Zaczynam dochodzić do wniosku, że istnieje powód dla którego te ziemie do XVIII wieku były zamieszkałe tylko przez kilka plemion i bizony – przyroda w tych okolicach daje wyraźnie do zrozumienia, że tu nikt nie powinien mieszkać. Ostatnio obudziła nas tas taka burza, że nasz dom się cały trząsł od wiatru i grzmotów, a następnego dnia mieliśmy krótkie gradobicie i ulewy. Te ostatnie, mimo lokalnych powodzi i podtopień, traktowane są jako zbawienie – pozwoliły władzom zmienić poziom zagrożenia suszą z ekstremalnego na bardzo duży. Ogródek dalej mogę podlewać tylko raz w tygodniu (to akurat dobrze, nikt się nie przyczepi, że tego nie robię).

Na zwiedzenie Kolorado mieliśmy zdecydowanie zbyt mało czasu. Zdecydowaliśmy się nie wyjeżdżać z Denver, co pozwoliło nam zrezygnować z auta na rzecz komunikacji miejkiej. Korzystanie z usług transportu publicznego miało walory zarówno towarzyskie i humorystyczne. Towarzyskie ponieważ automaty do płacenia za przejazd nie wydają reszty, ale sympatyczny kierowca postanowił nam pomóc krzycząc na cały autobus i szukając drobnych u naszych współpodróżnych. Walory humorystyczny podróży pojawiły się po zderzeniu naszego wyobrażenia stacji przesiadkowej z tym co zastaliśmy. Spodziewałem się dużego budynku z setkami biegających ludzi, kawiarniami itp. Jednak jeden z głównych węzłów komunikacyjnych miasta okazał się polem betonu z czterema słupkami i trzema małymi wiatami. W Polsce słyszałem powiedzenie, które pasuje jak ulał: „Tu nie Europa”.

Tym co wyróżnia Denver od innych miast, które widziałem po tej stronie Oceanu, jest wyraźnie pozytywne nastawienie niezmotoryzowanych. W mieście dostępna jest sieć rowerów miejskich dostępnych na godziny za opłatą**, a główna ulica miasta jest niedostępna dla samochodów – jeżdżą nią tylko miejskie ekologiczne autobusy. Wszem i wobec ogłaszam, że mi się podoba.

Mimo istnienia kilku głupawych praw miejskich takich jak zakaz pożyczania odkurzacza sąsiadowi (serio!), Denver wprowadziło także kilka mądrych, m.in. przepis nakazujący inwestorom używanie 1% budżetu nowych budynków na sztukę w przestrzeni publicznej. W efekcie gdzie nie spojrzeć tam jest coś wartego zobaczenia, ładnego albo przynajmniej „interesującego” .

Nie każda sztuka do mnie przemawia. Patrząc na poniższe ludziki miałem nieodparte wrażenie, że wyglądają jak znaczek na drzwiach toalety:

Ku mojej wielkiej radości miasto wypełnione jest różnego rodzaju misiami i niedźwiedziami, ale nie udało mi się dotrzeć do korzeni tego zjawiska. Udało mi się za to rozbawić kilka osób, która podziwiały sesje zdjęciowe podróżującego ze mną Optymisia.

Z dużym niebieskim niedźwiedziem przy centrum konferencyjnym (jednym z nieoficjalnych symboli miasta):

Z niedźwiedziem z brązu zatytułowanym „O jak dobrze” (tłumaczenie własne z „Feels so Good”):

Z pluszowym niedźwiedziem, który swoje już w życiu wysiedział:

Historię miasta poznawaliśmy jeżdżąc dość podejrzanym pojazdem – zrobionym z desek, wyposażonym w salonowe fotele z poduszkami oraz poroże z przodu. Pojazd poza pokracznym wyglądem wyróżniał się dźwiękami, które wydawał – gwizdał „fiu-fiu”, szczekał, muczał i chrumkał. Gwizdanie najbardziej działało na przechodzących facetów, na szczekanie reagowały psy (i właściciele próbujący je później uciszyć). Ot taki amerykański humor.

O samej historii dowiedzieliśmy się niedużo, gdyż miasto jest bardzo młode i właściwie nic tam się nie działo. Początki miasta sięgają połowy XIX wieku, gdy w czasie gorączki złota okolica była przeczesywana przez śmiałków. W 1861r podpisano akt założycielski i populacja eksplodowała osiągając po dziesięciu latach około stu mieszkańców. Nie każdy w mieście zajmował się wydobywaniem kruszców, spora część żyła z prowadzenia domów publicznych, knajp oraz kasyn znacząco usprawniających przepływ gotówki. Od tego czasu miasto rosło i… nic ważnego się tam nie wydarzyło. W związku z tym przewodniczka skupiła się na historiach: o duchach (straszą na byłym cmentarzu, który miasto przerobiło na park pozostawiając blisko 1700 grobów pod cienką warstwą ziemi – lepiej nie grzebać za głęboko w czasie pikniku) oraz o domu publicznym z dobudowanym tajnym przejściem do hotelu po drugiej stronie ulicy. Tunel chronił klientów przed wścibskim wzrokiem odwiedzających pobliski kościół.
Ładna historia wiąże się z pozłacanym orłem znajdującym się na dachu urzędu miasta. Zamawiający rzeźbę burmistrz jawnie przyznawał się do bycia członkiem Ku Klux Klanu, co nie do końca było w smak artyście żydowskiego pochodzenia. Ten jednak zamiast jednak odmówić wykonania dzieła, postanowił wykonać niestandardowy wzór. Burmistrz był zachwycony ułożeniem ciała orła, które, jak sam określił, pokazywało go w czasie startu i miało symbolizować wzlot miasta. Ornitolodzy jednak mają inne zdanie – ułożenie ciała wyraźnie pokazuje iż orzeł przygotowuje się do defekacji.

Przewodniczka wspomniała wielokrotnie o jednej z głównych atrakcji miasta – prawie legalnej marihuanie. Prawo federalne zabrania posiadania nawet niewielkich ilości tego narkotyku, legalizacja w Kolorado (Kalifornii i jeszcze kilku innych stanach) polegała na wprowadzeniu pojęcia Medycznej Marihuany, którą można kupić na receptę. Niektóre ze sklepów, poza dystrybucją leku, oferują także błyskawiczne badania lekarskie.
Zwiedziliśmy jedną z takich „aptek” – wygląda ona jak mało medycznie – dywany, kanapy i fotele zachęcają do zażywania lekarstwa na miejscu. Zamieniliśmy kilka słów ze sprzedawcami, jako turystom mogli nam zaproponować tylko i wyłącznie gazety i akcesoria, aby uzyskać lek należy być mieszkańcem (wystarczy rachunek za czynsz albo media). Głupie zakazy powodują głupie rozwiązania.

Denver sprawia wrażenie miasta wolnego duchem i jako jedno z niewielu nie zaczęło rozprawiać się z okupującym kapitol ruchem 99%. Austin niestety rozpędziło demonstrantów w bardzo brzydki sposób – wprowadzili prawo nakazujące conocne mycie chodników dookoła urzędów. W połączeniu z prawem skazującym na bezwarunkowe więzienie każdego, kto uniemożliwia prace porządkowe w mieście (takie jak zamiatanie, odśnieżanie czy mycie) wypędziło to (a raczej uczyniło mobilnymi) protestujących. Na nic zdały się głosy, że a) nie jest to zgodne z duchem prawa; b) suszę mamy, więc marnowanie wody jest złe – Austin postawiło na swoim. W Ameryce mamy wolność słowa – każdy ma prawo mówić co ma ochotę, pod warunkiem, że mówi to co się władzy podoba albo że mówi to tak, żeby go nikt nie słyszał.

W Denver 99% jeszcze się bronią:

Bardzo chciałbym wrócić do Kolorado. Zabrakło nam czasu na choćby krótką wycieczkę w Góry Skaliste, zwiedzanie miasteczka hipisowskiego, dzielnicy teatrów, muzeów i wielu innych rzeczy. A jakby tego było mało, to mają tam przepyszną kranówkę –krystaliczną, smaczną, górską wodę.

Kilka innych fotek:
Droga koło naszego hotelu

Piesek preriowy pilnujący pola:

Góry Skaliste

Tablica umieszona przed Kapitolem – 10 przykazań

Widok z jednomilowego stopnia:

Lotnisko w namiocie:

* tytuł samozwańczy
** Właśnie wykreśliłem z poprzedniego zdania słowo „minimalną”. Jeśli od wypożyczenia roweru do jego odstawienia upłynie mniej niż 30min, to przejazd jest darmo, jednak zapłacić trzeba za dostęp do usługi – karta dzienna kosztuje $8, roczna $80. Ech, a chciałem ich pochwalić.

Share

[USA] Nieświąteczne święta po amerykańsku

Wigilię 2011 rozpoczęliśmy ostatnim świątecznym akcentem tego roku – bardzo miłą rozmową na Skype z rodziną zasiadającą w Polsce do wieczerzy. Różnica siedmiu godzin w teorii nie wydaje się duża, w praktyce kolacja wigilijna tam zaczęła się zaraz po naszym śniadaniu.

Po wyjściu z hotelu pożegnaliśmy się z kurortem pełnym plastikowych kościotrupów w akwariach (zgaduję, że to miał być motyw piracki), plastikowych rekinów i ruszyliśmy na do San Antonio.

Pogoda nie była zbyt świąteczna – zaczynał siąpić deszcz, więc jako atrakcję dnia wybraliśmy zwiedzanie muzeum, bo widoki po drodze wyglądały tak:

Zdecydowaliśmy się zwiedzić zamieniony w muzeum w lotniskowiec USS Lexington zacumowany przy Corpus Christi. Wewnątrz hali służącej wcześniej do transportu samolotów pod pokładem znaleźliśmy motyw świąteczny:

Mimo kłującej w oczy „estetyki” Mikołaj jednak cieszył – był to właściwie jedyny przejaw publicznej manifestacji świąteczności na jaki natknęliśmy się tego dnia. Samo muzeum okazało się bardzo interesujące (przynajmniej dla obdarzonej chromosomami XY części wycieczki). Okręt jest zwany Lady Lex lub nazwą nadaną przez Japończyków w czasie wojny – Blue Ghost – Niebieski Duch, która to nazwa powstała z połączenia dwóch faktów – koloru na jaki był pomalowany (zgadniecie jaki?) oraz z tego, że Tokio było przekonane, że zatopili ten lotniskowiec cztery razy, a on wciąż pływał. Prawdopodobnie raporty składane z kamikaze po wykonaniu misji nie były zbyt dokładne…
Dość napięty plan zwiedzania nie dawał nam wystarczająco dużo czasu, by zajrzeć we wszystkie zakątki okrętu, zdecydowaliśmy się więc zobaczyć film, który prezentowali w pełnowymiarowej sali kinowej wydzielonej z jednego z pokładów (obecność sali kinowej zajmującej drobną część statku pokazuje od razu jego skalę – jest to na pewno największy obiekt pływający jaki miałem możliwość zobaczyć, tzn. poza Irlandią oczywiście*). Film okazał się bardzo interesującym reportażem o manewrach sił powietrznych przeprowadzonych w Nevadzie i zostawił nas w dużym podziwie dla pilotów myśliwców oraz w głębokiej zadumie dlaczego na pokładzie siedemdziesięcioletniego statku o bogatej historii nie mówi się o niej, tylko o zabawach wojennych na pustyni. Nawet w dziale „wojna z Japonią” wystawa dotyczyła głównie bliźniaczego okrętu zatopionego w Pearl Harbor. Wystawę razem z nami zwiedzali Japończycy, którzy z uwagą i bez mrugnięcia okiem czytali relację Amerykanów opisujących atak na Hawaje jako czystą zbrodnię (z dodatkowym komentarzem, że ten atak był bezpośrednią przyczyną, dla której włączyli się do wojny i ją wygrali przy drobnej współpracy państw europejskich).

Wycieczkę zakończyliśmy (jak zwykle) w muzealnym sklepiku, gdzie zauroczyła mnie poniższa tabliczka:

„Prosimy nie siadać na koszulkach”. Jakbym zawsze siadał…

Na wigilijną noc wybraliśmy dość ekstrawagancki hotel w turystycznym centrum San Anotnio z wyjściem na River Walk (ścieżkę nad rzeką obsadzoną gęsto restauracjami i galeriami – idealnym turystycznym miejscu). San Antonio zwiedziliśmy już w listopadzie, dlatego tą wizytę postanowiliśmy spędzić na relaksującym niewielerobieniu, odrobinę łamiąc tradycję szopki na rzecz prymitywnego acz przyjemnego hedonizmu. Wieczór rozpoczęliśmy lampką (albo dwoma) wina oferowanego przez hotel dla uprzyjemnienia pobytu, po czym poszliśmy na spacer po River Walk, gdzie dowiedzieliśmy się, że jak nie zdecydujemy się na wieczerzę teraz, to zostanie nam tylko McDonald’s, bo restauracje są zamykane o 20tej. Decyzja była szybka i w ten sposób karpia i pierogi zastąpiły mi krążki cebuli, pyszny półsurowy kawał krowy z ćwiartką kapusty z sosem z niebieskiego sera przepłukiwane kalifornijskim czerwonym winem (to jest ten moment gdzie ma czytelnikowi lecieć ślinka). Resztę świątecznego nastroju rozbili mi Anglicy rozmawiający w przez ścianki kabiny w toalecie o odmianach kupy i różnych sposobach na jakie rozpryskuje się woda gdy poszczególne rodzaje stolca wpadają do muszli. Alleluja. W tych okolicznościach nie zostało nic innego niż zanurzyć się w Jacuzzi (gorące wanny i basen umieszczone na dachu zostawiliśmy na następną wizytę).

Pierwszego dnia świąt ruszyliśmy na zachód – pod meksykańską granicę. 25 grudnia to jeden z niewielu dni w roku, gdzie prawie wszystko (poza McDonalds oczywiście) jest tu zamknięte i gdy zastanawialiśmy się co zrobić z dniem zobaczyliśmy wielką reklamę kasyna w rezerwacie Indian Kickapoo (czynne 24h 365 dni w roku). Pogodzeni z nieświątecznością naszego wyjazdu skręciliśmy w tamtą stronę i spędziliśmy ponad blisko trzy godziny grając na jednorękich bandytach ze stawką 1 cent. Wyszliśmy na niewielki minus – ja byłem $12 na plusie, małżonka przepuściła $14. Resztę dnia spędziliśmy zwiedzając przygraniczne miasta, które cieszą się sławą przemytniczą wojen meksykańskich.

… i znów zastała mnie północ, zaczytałem się o plemionach indiańskich na Wikipedii. W związku z tym o przygranicznych przygodach będzie dopiero w następnym odcinku. Jednak rządza wiedzy szkodzi.

* tak, wiem, wyspy nie pływają

Share

[USA] Czarny Piątek, Święto Dziękczynienia i termometr do mięsa

Kilka osób pytało mnie o wrażenia z Czarnego Piątku. Odpowiem prosto: było jak wszystko w Ameryce.

Już na kilka dni przed piątkiem, a już w święto dziękczynienia w czwartek najbardziej – wiadomości telewizyjne przygotowywały ludzi do gigantycznej fali zakupów. Wszystkie dzienniki pokazywały zdjęcia ludzi koczujących w namiotach na parkingu Walmartu, stacje lokalne dodatkowo prezentowały gdzie w okolicach centrów handlowych mogą tworzyć się korki, a policja apelowała, żeby nie trzymać zakupów w widocznym miejscu w samochodzie. Krótko mówiąc gorączka rosła.

W czwartek podszedłem do zakupów metodycznie – poczytałem o historii tego dnia oraz sprawdziłem strony internetowe sklepów w okolicy. Oba zajęcia przyniosły zaskakujące rezultaty i o tym będzie ten artykuł.

Bardzo ciężko jest mówić o historii czarnego piątku nie wspominając Święta Dziękczynienia, więc pozwolę sobie tu zamieścić krótki rys historyczny tego ważnego dla Ameryki dnia. Niestety będzie to tylko garść suchych informacji, gdyż nie udało mi się przyłączyć nigdzie do tradycyjnej kolacji, która jest tutaj obchodzona w rodzinnym kręgu. Tylko dwie grupy wydały mi się na tyle otwarte, żeby przyjąć samotnego wędrowca – studenci, którzy nie polecieli do domu, oraz bezdomni. Pierwszy wariant wydał mi się zbyt bolesny dla wątroby, drugi zbyt przygnębiający, zostałem więc w domu.

Święto Dziękczynienia to nic innego niż dożynki, święto plonów, które w swoich tradycjach mieli zarówno europejscy przybysze jak i natywni amerykanie. Pierwszymi udokumentowanymi obchodami była wielka biesiada na plantacji Plymouth w Massachusetts w 1621 roku, w której wzięło udział 53 przyjezdnych i około 90 rodowitych amerykanów (co znów mówi o skali tego kraju niecałe 400 lat temu). Od tego czasu tradycje i okres świętowania zmieniały się wielokrotnie – każdy stan ustanawiał swoją datę, obchody odbywały się od połowy kwietnia do końca listopada – przeważnie jednak pod koniec lata, tak jak kończyły się zbiory.
W 1789, a następnie w 1795 George Washington Ogłosił jednorazowe święta dziękczynienia, po czym tradycja zamarła na 20 lat do momentu, gdy czwarty prezydent USA James Madison ogłosił święto raz w 1814, a potem dwa razy w jedyn roku – w 1815. Przez kolejne 50 lat każdy stan ustanawiał (lub nie) sobie dzień świąteczny kiedy im się podobało, aż w 1863 Abraham Lincoln wprowadził wspólne święto Państwowe aby scalić bardziej północ z południem.

W przywiązanym do tradycji kraju promowanie produktów bożonarodzeniowych przed świętem dziękczynienia było uznawane za nieprzyzwoite. Skłoniło to Franklina Roosevelta do przesunięcia w 1939 dziękczynienia o tydzień do przodu w nadziei, że dłuższy okres świąteczny wspomoże sprzedawców, co w efekcie pomoże wyciągnąć Amerykę z Wielkiego Kryzysu. Wrato tu zauważyć, że miłośnicy teorii spiskowych mówiących o tworzeniu komercyjnych świąt (jak walentynki, czarny piątek itp.) ze względów ekonomicznych mają rację!

Znamienne dla Ameryki jest to, że pomysł Roosevelta republikanie odebrali jako zamach na Lincolna i postanowili obchodzić święto tak jak wypadało według starego zwyczaju. W wyniku politycznego buntu, a także z praktycznych powodów takich jak wcześniej zaplanowane imprezy i mecze sportowe, połowa stanów zignorowała dekret prezydenta (a mnie uczyli, że Ameryka go kochała). Kilka stanów, w tym Texas nie mogąc się zdecydować który wybrać ogłosiły dniami wolnymi od pracy… oba.
Aby uniknąć takich sytuacji obie izby parlamentu porozumiały się i w 1941 roku uzgodniły z prezydentem, że święto będzie się już zawsze obchodziło się w czwarty czwartek listopada. Większość stanów zaakceptowała te postanowienia, ale nie wszystkie – na przykład Texas jeszcze w 1956 obchodził święto w piąty (ostatni) czwartek. Kowbojom się tak łatwo rozkazów nie wydaje!

Parafrazując Piłsudskiego: amerykańska historia jest jak dupa – każdy ma swoją. Niektóre źródła podają, że od 1947 roku Krajowa Federacja Indyka (National Turkey Federation) co roku przynosi do Białego Domu indyka w darze dla prezydenta, który korzystając z prawa łaski ratuje go od kary śmierci. Inni przypisują początek tej tradycji Lincolnowi, natomiast kancelaria prezydenta mówi, że poza jednorazowymi zdarzeniami indyki są ułaskawiane dopiero od czasów Regana, a pozostali po prostu przyjmowali drób jako prezent (źródła milczą czy indyki był zjadane ze smakiem czy nie). Poniższe zdjęcia prezentują w kolejności Ronalda Regana, Georga Busha starszego, Billa Clintona i George W. Busha ułaskawiających ptaki*:

Prawidłowa nazwa czarnego piątku to „Dzień po święcie dziękczynienia” i tak właśnie określany jest on wszędzie poza szukającymi skandalu mediami, co wygląda dość niefortunnie w kalendarzach:

Krótsza nazwa była wymyślona w 1966 przez filadelfijską policję na określenie dnia, gdy w centrum miasta tłumy w amoku zaczynają łazić od sklepu do sklepu, a jeszcze w 1985 była w ogóle nieznana na przykład w Los Angeles. Ja jestem jednak tu i teraz, postanowiłem więc przyłączyć się do zabawy, szczególnie, że reklamy w telewizji przypominały co trzy minuty (co tyle jest blok reklamowy w stacjach informacyjnych), że okazje czekają. Jako, że nie potrzebuję ani nowego telewizora postanowiłem odpuścić szturmowanie sklepów o północy i rozpocząć polowanie na okazje około 10tej nad ranem po spokojnym śniadaniu.

Tuż przed 11tą zabrałem do auta zapas wody mineralnej (TV ostrzegała przed korkami!), sprawdziłem czy na pewno jest zatankowane do pełna i ruszyłem do Walmartu, którego reklama o jednodniowych super ofertach była w każdym (!) bloku reklamowym w YNN***. Na parkingu przed marketem nie znalazłem miasteczek koczowników, ani nawet walczących tłumów. Co więcej – nie znalazłem też zbyt dużo aut, bym powiedział nawet, że było ich tyle co na co dzień. Porównałem ceny z tymi, które pamiętałem z wcześniejszych wizyt – wszystko kosztowało tyle samo. Na środku niektórych alejek stały kosze oznaczone jako super okazje z kocami i starymi filmami na DVD. Prawdopodobnie mały dopisek na reklamie „ilość produktów ograniczona” pozwolił sprzedawcom ograniczyć te produkty do jednego na sklep. Podobnie było w Best Buyu (sklep z elektroniką), gdzie przygotowania do święta dziękczynienia było widać – w dziale z „gorącymi” towarami było dużo więcej telewizorów (w normalnych cenach), a na środku stał jeszcze stojak po telewizorach 32” w dobrej cenie. Klientów brak, podobnie jak w Targecie, gdzie znalazłem tylko promocyjne mikrofalówki i płyty CD z muzyką lat 70tych i 80tych.

Byłem zdeterminowany, żeby odkryć gdzie są te wielkie okazje, więc kontynuowałem podróż, aż znalazłem miejsce z parkingiem zapchanym po brzegi – było to przy lokalnym skupisku outletów, sklepów które nawet na co dzień oferują ubrania w niskich cenach. Większość sklepów rzeczywiście oferowała obniżki 40-55%, podobnie jak to robią przy innych wyprzedażach. Księgarnia i sklep z zabawkami rabatów nie oferowały, sprzęt AV był dostępny 10% taniej niż zwykle, czyli tyle ile kosztuje normalnie przez internet. Dla przyzwoitości kupiłem trzy koszulki w dobrej cenie i termometr do mięsa za $9.99 (bez rabatu) i wróciłem do domu słuchając w radio jak wielkie okazje mnie dziś czekają w miejscach, z których właśnie wróciłem.

* zdjęcia pochodzą z Wikipedii i dostępne są na wolnej licencji **
** Indyk z ostatniego zdjęcia spędził resztę życia w jednym z parków rozrywki Disneya.
*** lokalna stacja informacyjna

Share

[USA] Skąd się bierze woda sodowa?

Uwaga: artykuł zawiera dużo informacji zupełnie Ci zbędnych.

Na tytułowe pytanie próbował już odpowiedzieć Tadeusz Baranowski (“Ależ wodzu, co wódz!”), ale zmierzę się z jego wyzwaniem, gdyż tu odpowiedź jest inna.

Soda – tak Amerykanie nazywają wszystkie napoje gazowane, od lemoniady po cole. Nigdy wcześniej nie poświęcałem za dużo uwagi napojom tego typu, one po prostu były. Na studiach przed lub po wykładach szliśmy na coca-cole w butelkach 0.2l, a jakieś dwa lata temu dowiedziałem się, że napoje mają kalorie. Było to podczas spaceru po Canary Wharf w Londynie* – popijałem kupioną w Mark & Spencer lemoniadę i czekając aż Ewelina zrobi kolejne trzysta pięćdziesiąt zdjęć tego samego banku zacząłem z desperacji czytać etykietkę i mnie zamurowało, że litrowa butelka napoju dostarcza tyle samo energii co schabowy na smalcu.

Ale skąd się wzięły napoje gazowane? Kiedy powstały? Na te i inne nigdy nie zadane pytania uzyskałem odpowiedzi zwiedzając muzeum Dr Peppera – napoju prawie zupełnie nieznanego w Polsce, a dość popularnego w tej części świata. Muzeum mieści się w ślicznym, choć nieco sennym Waco, TX, około półtorej godziny na północ od Austin.

Kariera napojów zaczęła się od przedsiębiorczych aptekarzy, którzy starając się ulepszać smak swoich leków, dodawali do nich soków i innych substancji smakowych. Dokładnie nie wiadomo kto się pierwszy zorientował, że można zrezygnować z dodawania do nich medykamentów, tylko sprzedawać dla smaku, ale w połowie XIX wieku aptekarze zarabiali nieźle sprzedając farmerom nie tylko cygara, ale także „brain tonic” – napój robiący dobrze na głowę (czytaj wodę z sokiem). Aby przyciągnąć klientelę mieszali soki w tajnych proporcjach (w 1885, rok przed premierą coca-coli, Charles Alderton zaprezentował swój napój złożony z 23 różnych smaków (!), nazwany później dr Pepper). Do dzisiaj większość napojów, lącznie z coca-cola itp, sprzedawanych jest jako koncentrat do mieszania z wodą.

Napoje początkowo były nalewane z syfonów, a ich transport był niemożliwy aż do momentu wymyślenia wytrzymałych szklanych butelek. Będące w powszechnym użyciu w XIX butelki gliniane przepuszczały dwutlenek węgla, a szklane butelki nie wytrzymywały ciśnienia i pękały. Gdy już wymyślono butelki problemem okazały się… zatyczki. Okazało się bowiem, że korek wsadzony do szczelnej butelki z gazowanym napojem albo wystrzeliwuje albo schnie, kurczy się i wtedy wystrzeliwuje. Rozwiązanie – zaciskany kapsel – wymyślił i opatentował w 1892 William Painter. Dopiero ten wynalazek umożliwił obniżenie kosztów produkcji po poziomu opłacalności i masowa dystrybucja ruszyła – pierwsze maszyny potrafiły napełniać nawet 10 butelek na minutę! Ciekawostka: początkowo jako uszczelka w kapslu stosowana była płytka z naturalnego korka.

Dalsza historia dr Peppera to prawdziwy Amerykański Sen – laboratorium na zapleczu rozbudowano do małej fabryczki, potem większej aż stała się globalną korporacją i obecnie napój jest dziesiątym pod względem popularności na świecie. Warto wspomnieć, że autor oryginalnej receptury nie skorzystał na popularności swojego dzieła – recepturę przekazał swojemu szefowi Wade Morrisonowi, a sam zniknął w odmętach historii.

Wartym (?) wspomnienia zabiegiem marketingowym dr Peppera było promowanie produktów firmy jako „nie-cola”. W czasach gdy Pepsi i Coca-Cola wlaczyły na noże i ograniczały wzajemnie dystrybucję wymuszając na lokalach wyłączność na jeden gatunek coli, Dr Pepper sprzedawał się cichcem jako drugi – bo „nie jest colą”. Innym ciekawym zabiegiem marketingowym wykazał się wynalazca piwa korzennego (root beer) – początkowo swój napój nazywał herbatą korzenną, ale ktoś mu zasugerował, że piwo jest znacznie popularniejsze niż herbata. Tak się budowało USA.

Amerykańska „soda” wydaje się czymś więcej niż napojem – jest tu elementem kultury. W restauracjach, nawet tych lepszych, ludzie do wymyślnych posiłków sączą przez rurki napoje ze szklanek wyładowanych po brzegi lodem.
Napoje te sprzedawane są przeważnie jako kubek bez dna (bottomless) – czasami odnoszę wrażenie, że kelnerzy przynoszą nowe kubki tak szybko, że wygląda to jakby chcieli klientów utopić. Wyjątkowo zabawną konsekwencje ma to dolewanie dla mnie – przeważnie proszę o gorącą herbatę do posiłku. Gdy zbliżam się do dna biedny kelner z niepewną miną pyta „czy chciałby Pan trochę więcej wody do swojej herbaty”? I tak, zalewają potem moje resztki herbaty i wymoczoną torebkę drugą porcją wody. Dzięki temu mam do wyboru herbatę zbyt słabą (z drugiego parzenia) albo zbyt mocną (gdy po przemyśleniu stanu mojego kubka przynoszą drugą torebkę do dołożenia do poprzedniej).

Ps. Przypomniało mi się jak pewnego dnia poznana w Tuluzie amerykańska studentka bardzo uskarżała się na ból brzucha. Odrzuciła wszelkie możliwe europejskie sugestie (coś ciepłego, jakaś tabletka etc.) tylko poprosiła o coś z bąbelkami – w Ameryce wierzą, że to pomaga. I co ciekawe – jej pomogło.

* a dokładniej (z dokładnością do 5m) tutaj: N 51° 30′ 7.09″, W 0° 1′ 27.16″

Share

[USA] Krótka historia Texasu

Zwiedzając teksas dość ciężko jest nie trafić na powtarzające się hasło “Remember The Alamo!” – “Pamiętaj Alamo”. Widać je na ścianach, flagach i na pamiątkach. Niedawna wizyta w San Antonio, 150 km na południe od Austin, pozwoliła mi przyswoić trochę więcej historii Texasu i zrozumieć znaczenie wspomnianego okrzyku. Teoretycznie czytałem wcześniej skróconą historię mojego akutalnego stanu, ale jest ona tak inna od wszystkich innych, że wcześniej jakoś do mnie nie dotarła. Tutejsza historia nawet w ostanich stuleciach opiera się o losy jednostek, po części ze względu na ich bohaterstwo, po części dlatego, że nikt tu nie chciał mieszkać więc zagęszczenie ludzi na km kwadratowy było minimalne.

Pierwszy Europejczyk, kartograf i odkrywca Alonso Álvarez de Pineda, przybył do Texasu w 1519, ogłosił, że ta ziemia należy do Hiszpanii, po czym wsiadł na statek, odpłynął i zamieszkał na Jamajce, gdzie zginął z rąk tubylców. Przez kolejne 160 lat nikt, nawet Hiszpanie, nie interesował się tym kawałkiem pustyni – lokalne plemiona żyły sobie spokojnie i nic się tu nie działo. W 1685 Francuz René-Robert Cavelier, Sieur de La Salle próbował odpłynąć do swojego fortu nad rzęką Mississippi, jednak w wyniku niedokładnych map, niedokładnych obliczeń i niedokładnych pomiarów wylądował ostatecznie 644 km na Zachód, gdzie założył Fort Saint Louis. Z fortu wyruszyła wyprawa podbijająca Texas. Dotarli aż do Rio Grande, jednak dość szybko ekspedycja się rozpadła – za sprawą pogody, chorób i tubylców. Nie wiedział o tym król Hiszpanii Carlos II i wysłał ekspedycję mającą doprowadzić Francuzów do podrządku. Wyprawa przemierzyła i rozpoznała znaczną część powierzchni Teksasu zanim dotarła do Saint Louis (wyobraź sobie szukanie kilku budynków na setkach kilometrów pustyni), a dokładniej do jego ruin, bo tylko tyle po Francuzach zostało.

Hiszpanie ustanowili gubernatora stanu i wysłali wielu księży, aby zakładali misje i podbijali lokalną ludność przez ureligijnianie, jednak mało się interesowali swoim nabytkiem – plemniona tubylcze sprawiały dużo problemów, a posiadanie pustyni nie przynosiło specjalnych korzyści. Tablice historyczne wywieszone w San Antionio mówią wprost, że Hiszpanie najchętniej by tą całą ziemie porzucili, ale nie chcieli, żeby ją dostali Francuzi, z którymi wciąż prowadzili wojnę. Ten stan trwał do 1821 roku, kiedy to Hiszpania straciła Teksas na rzecz Meksyku w trającej 11 lat wojnie o niepodległość. Konstytucja nowoutworzonego Meksyku (Meksyk też jest młodym krajem!) ustanowiła Texas jako stosunkowo niezależny stan oraz ustaliła szereg praw wspomagających kolonizację, gdyż chętnych do przyjazdu z własnej woli wcale nie było tak dużo. Ustalono bardzo proste zasady – aby kupić ziemię w Texasie należało przedstawić zaświadczenie o dobrym charakterze i praworządności, wyznawać lub przyjąć chrześcijaństwo oraz zapłacić niewielką kwotę. Cena ziemii była dziesięciokrotnie niższa niż w innych częściach Ameryki Półnoncej, a do tego można było spłacać ją na raty z przyszłych zysków podczas, gdy na północy trzeba było wykładać gotówkę. Krainę zaczeli zapełniać przybysze z północy i południa, a także z Europy, w tym znaczna ilość emigrantów z Niemiec i Polski (stąd w każdym supermarkecie dostępne są pierogi i kapusta kiszona). Niektórzy do ludności stanu zaliczali także niewolników kupowanych do prac na plantacjach.

Texas zaczynał się bogacić, a w Meksyku umacniały się środowiska domagające się przekształcenia federacji stanów meksyku w kraj ze ściśle scentralizowaną władzą, co nie podobało się wolnych duchem Teksańczykom, którzy coraz bardziej domagali się niezależności. Teksas nie był w tych czasach potęgą, o czym świadczyć może, że w 1831 ludzie świętowali otrzymanie (pożyczkę) jednej małej armaty z brązu, jako że zmieniała ona znacznie siły zbrojne stanu. Ta sama armata stała się symbolem rewolucji teksańskiej po bitwie pod Gonzales, gdy obrońcy miasta odparli Meksykańską armię, która przybyła by armatę odebrać. Wykrzyczane w czasie bity zawołanie “Come and take it!” jest do tej pory jednym z symboli walki o niepodległość.

W poł roku po bitwię o armatę prezydent Meksyku Antonio Lopez de Santa Anna postanowił zakończyć konflikt i wysłał armią liczącą 6000 ludzi (słownie sześć tysięcy), żeby rozprawili się z buntownikami w całym Texasie. 23 lutego 1836 armia dostarła do San Antoni i rozpoczęła się okupacja Alamo, klasztoru misyjnego znanego wtedy jako Mission San Antonio de Valero, w którym zamknęło się około dwustu żołnierzy i ochotników. Po pierwszym dniu oblężenia dowódzca placówki James Bowie – wcześniej spekulant ziemią i handlarz niewolnikami – ciężko się rozchorował i do samego końca oblężenia (i swojego życia, oba fakty powiązane) przeleżał w łóżku. Jego miejsce zajął William Barrett Travis, którego listy do władz Teksasu oraz sąsiadujących stanów z prośbą o pomoc są podstawą nauczania historii i patriotyzmu. Listy, które zostały bez odpowiedzi. Travis i jego ludzie przysięgli walczyć do ostatniej kropli krwi i dokładnie tak się stało. 6 marca armia Meksyku przełamała obronę i zabiła wszystkich żołnierzy broniących klasztoru oraz znaczną część swoich (z powodu strzałów oddawanych na ślepo, także wewnątrz budynków).
Przegrana bitwa o Alamo stała się symbolem rewolucji. “Remember The Alamo” podnosiło na duchu walczących o niepodległość aż do jej uzyskania i utworzenia Republiki Teksasu w pażdzierniku 1836, zaś sama bitwa do tej pory jest prezentowana jako symbol walki o niepodległość.

Z Alamo zapamiętałem kilka ciekawostek:
* Na dziedzińcu Alamo od 1914 roku stoi kamień ufundowany przez Japońskiego profesora geografii Shigetaka Shiga z wierszem upamiętniającm oblężenie zamku Nagashino w 1575. Informacja przy pomniku mówi o tym, że dużo krajów w swoje historii ma jakąś odmianę Alamo – beznadzienych walk skazanych na klęskę i ludzi oddających w nich życie. Trzydzieści lat po postawieniu pomnika Powstanie Warszawskie zostało kolenym przykładem.
* Wszystkie filmy o bitwie o Alamo dzieją się w dzień, podczas gdy sama bitwa odbyła się w nocy. Przesunięcie w historii zostało dokonane, aby lepiej było widać na ekranie.
* Jednym z obrońców Alamo był wyzwolony czarnoskóry niewolnik. Na liście walczących jego nazwisko nie zostało odnotowane, ponieważ… go nie miał. Czarnym nazwiska nie przysługiwały.

Republika Teksasu istniała do 1845 roku, kiedy po wielu latach negocjacji US zgodziły się przyjąć Texas jako kolejny stan. W 1860 około 30% populacji stanu stanowili niewolnicy generujący znaczną część bogatwa. Z tego powodu w 1861, w obliczu wojny domowej, Texas zdecydował się opuścić Stany Zjednoczone i przyłączyć się do Konfederacji Stanów, z którą pozostał aż do przegranej wojny w 1865. Po pięciu latach w zawieszeniu, w 1870 roku Texas został ostatecznie przyłączony do Stanów Zjednoczonych Ameryki gdzie pozostaje do dzisiaj, mimo silnych ruchów separystycznych dążących do usamodzielnienia największego stanu.

Przedstawiona skrótowo powyżej faktografia nie oddaje do końca smaku historii, którą odkrywam tu na miejscu. Myśląc “bitwa” mam przed oczami grunwald – po trzydzieści tysięcy ludzi po każdej ze stron. Bardzo, bardzo, bardzo ciężko mi zrozumieć, ze tutaj 400 lat później walka dwudziestu na dwudziestu to historycznie znacząca bitwa. Tutaj pojdyńczy kowboj czy szeryf zmieniali historię (może to tłumaczy trochę tutejszy kult jednostki i samodzielności?)!

Aby oddać skalę tutejszych działań wspomnę jeszcze historę bardziej lokalną. Moj dom znajduje się w hrabstwie Williamson utowrzonym w 1848 roku na prośbę mieszkańców, którzy mieli dość jeżdżenia 100km (1.5 dnia koniem) do urzędu celem załatwienia ślubu, poświadczenia sprzedaży ziemii itp. Utworzone hrabstwo miało trzech komisarzy, ale nie otrzymało funduszy na działanie, przez co posiedzenia władz odbywały się… pod dużym dębem. Pewnego dnia pod dąb zajechał George Glasscock, który zaproponował, że odda 173 akrów ziemii pod siedzibę władz jeśli zgodzą się oni nazwać stolicę hrabstwa jego imieniem. Z tego powodu egzamin na prawo jazdy zdawałem w Georgetown.

Historię stanu w XX wielu odkryłem na razie tylko w drobnych fragmentach. Wiem tylko, że Teksas pozostał na długo stanem rasistowskim – w urzędzie miasta Georgetown do 1960 były trzy toalety – dla kobiet, mężczyzn i kolorowych, a w głównym holu były dwa punkty z wodą do picia – biali mieli higieniczną fontannę, czarni mogli korzystać z niewygodnego kranu z którego pić dało się tylko z kubka przyczepionego łańcuchem do ściany. Dopiero 50 lat temu (!!!) za sprawdą postępowego zarządcy miasta (nazwiska nie mogę odnaleźć, sprawdzę je w muzeum) usunięto tabliczki “dla czarnych”.

W powyższym skrócie brakuje historii wydobycia ropy (mijałem szyby wydobywające czarne złoto, ale jeszcze nie dotrałem do interesującego źródła wiedzy), kowbojskiej duszy (najpopularniejsza koszulka w sklepach z pamiątkami ma narysowany pistolet i podpis “Texas – my nie dzwonimy na 911*”) i wielu innych wątków, których albo nie znam, albo zostawiłem sobie na przyszłość. Zabrakło też tu miejsca na historię samego klasztoru Alamo, bardzo podobną do historii wielu innych budnków na południu USA. O tym też będzie osobny artykuł.

* 911 – telefon na policję

Share