[USA] Krótki wypad do Ciudad Acuna w Meksyku

Kontynuacja świątecznego zwiedzania Teksasu.

Granica Texasu z Meksykiem cieszy się bardzo złą sławą za sprawą wojen gangów narkotykowych. Sprawy nie poprawiają nielegalni imigranci oraz przemytnicy. W efekcie turystyka w tym regionie właściwie upadła co doprowadziło do jeszcze głębszej zapaści regionu. Austin od Eagle Pass (przy Meksykańskim Piedras Negras) pod względem odległości dzieli 225 mil, czyli niecałe 4 godziny jazdy autem (według teksańskich standardów „niedaleko”), ale cywilizacyjnie te dwa miejsca nie mają ze sobą praktycznie nic wspólnego. W przygranicznych miastach dominuje język Hiszpański, bieda i nieufność do rządu amerykańskiego oraz jego przedstawicieli.

Na nocleg wybraliśmy miasto określane w przewodnikach jako przygraniczna stosunkowo bezpieczna enklawa normalności – Del Rio i rzeczywiście nie natknęliśmy się tam na nic niemiłego. Miasto z atrakcji oferuje kilka niskobudżetowych restauracji, niskobudżetowe hotele oraz całkiem ładne, acz opustoszałe „stare miasto”. Główną atrakcję jest tam jednak przejście graniczne do Meksyku do Ciudad Acuna.

Nad wycieczką do Meksyku zastanawialiśmy się wcześniej, ale po relacjach z internetu oraz opowieściach znajomych (podobno widoku wiszącej na moście odciętej głowy łatwo się nie zapomina nawet jak się ma na imię Jose), ale ostatecznie ciekawość wygrała. Pomógła nam bardzo wikitravel oraz właściciel hotelu. Rozmowa początkowo nie wyglądała obiecująco, gdyż na pytanie: „czy warto jechać do Meksyku i czy to jest bezpieczne?” uzyskałem błyskawiczną i rzeczową odpowiedź „1. Tak, 2. Nie”*, ale po dłuższej rozmowie ustaliliśmy, że niebezpiecznie jest tylko wyjść z centrum miasta albo poza miasto. Przygoda!

Ciudad Acuna jeszcze kilka lat temu była przeciętnym granicznym miasteczkiem, które w dużej części utrzymywało się z imprezowej turystyki – amerykanów wybierających się na smaczny obiad, wieczór/noc w klubach i powrót z bagażnikiem Tequilli. Na nieszczęście miasta włądze USA przymknęły granicę: zaczęli wymagać paszportów, przeprowadzać kontrolę oraz pobierać cło od alkoholu. Dzięki wysiłkom władz miasto utrzymało stosunkowo bezpieczne dla turystów centrum, jednak upadek widać na każdym kroku. Ale w temacie kroków zacznijmy od tego jak tam dotarliśmy.

Wikitravel poinstruowała nas, żeby podjechać samochodem pod granicę, zostawić go na parkingu strzeżonym i iść dalej na pieszo. Nie przygotowała nas jednak na to jak to będzie wyglądało w rzeczywistości. Po opisie wyobrażałem sobie parkingi zorganizowane jak lotniskowe – z bramkami, asfaltem i autobusami. Rzeczywistość była odrobinę inna – parkingi strzeżone okazały się półdzikimi piaskowymi placami z szopą i powolnym, grubym Meksykaninem wołającym Amigo! Zamiast w autobusie znaleźliśmy się na poboczu drogi szybkiego ruchu dochodzącej do mostu nad Rio Grande. W grzejącym słońcu (upał 26go grudnia jest warty trochę strachu!) uzbrojeni w butelkę wody i pluszowego misia ruszyliśmy na pieszo w stronę granicy.

Długi na 620 m most nad Rio Grande zakończony jest po obu stronach posterunkami granicznymi. Po stronie amerykańskiej przejście blokowała bramka, która otwierała się po wrzuceniu 75 centów od osoby – po uiszczeniu opłaty odprawa graniczna była zakończona. Strona meksykańska była równie otwarta dla pieszych – dla samochodów już nie – każde auto przechodziło szczegółową kontrolę z rozkręcaniem włącznie.

Pierwsze co widać w Ciudad Acuna (poza żołnierzami uzbrojonymi po zęby) to zupełnie inna architektura i… dentyści, co nie dziwi, gdyż cena leczenia jednego zęba w USA zbliżyła się do 50% średniego miesięcznego uposażenia.

Na pierwszy rzut oka widać też szyldy i reklamy – w znacznej większości ręcznie malowane (pepsi mnie urzekło!).

Zwiedzanie miasta zaczęliśmy od wizyty w sklepie z pamiątkami, gdzie po raz kolejny zostałem zawstydzony – sprzedawca mówiący po angielsku znał polskich bohaterów narodowych (z Karolem Wojtyłą na czele), wiedział gdzie leży Polska i jaka jest jej sytuacja w Europie. Czyli dużo więcej niż ja wiedziałem o Meksyku przed przyjazdem tutaj (a pewnie nawet więcej niż do tej pory wiem). Zamiast sombrero kupiliśmy gliniany talerz na ścianę po czym wyraźnie zadowolony sprzedający zaproponował nam nocleg (w cenie talerza) zachwalając, że jest w takiej okolicy gdzie się gangi nie zapuszczają.

Dość specyficzną atrakcją sklepu, na którą z dumą zwrócił nam uwagę sprzedawca (jakby dało się ją przeoczyć) była lalka wisząca na stryczku z przyczepioną kartką „Meksykańska sprawiedliwość” oraz wytłumaczeniem na drugiej stronie – „złodzieje będą powieszeni. Nie martw się, nie będziesz cierpieć”.

W mieście znajduje się znaczna ilość sklepów „wielobrażowych”, które zwiedzałem z dwóch powodów – aby oglądać towar oraz podziwiać sprzedawców, którzy chodzili za nami krok w krok sprawdzając czy czegoś nie kradniemy. Tylko protest małżonki zniechęcił mnie do dodatkowych rundek z niedyskretną ochroną na karku (nie codziennie biegają za mną młode i ładne dziewczyny!). Sam towar też był fascynujący – ubrania na wieszakach szczelnie opakowane z foliowe torby, discmany zamknięte w gablotach oraz eksponowane na szyldach jako „prawdziwie amerykańskie”, spodnie Wrangler. Interesujące były też sklepy bez drzwi i okien – zamiast szyb czy drewna od ulicy dzieliła je tylko krata – nie dość, że to oszczędne rozwiązanie, to jeszcze sprawia wrażenie otwartości na klientów.

Moją uwagę dość szybko przyciągnęły budy z ulicznym jedzeniem (pora obiadowa była!), które wyglądały paskudnie ale pachniały zachęcająco. Jako odważniejszy zdecydowałem się zaryzykować mięso w bułce i… do tej pory się cieszę. Mięso było soczyste i smaczne, a bułka pyszna i chrupiąca – zdecydowanie najlepsze pieczywo jakie jadłem po tej stronie oceanu. Odrobinę problemu sprawiła mi tylko, dorzucona jako przekąska, papryka, której mały gryz wywołał gwałtowną potrzebę znalezienia coli**. Weszliśmy więc do najbliższego miejsca gdzie wypatrzyłem czerwone logo i na migi kupiłem dwie butelki picia oraz (też na migi) dowiedziałem się, że nie jest na wynos tylko na miejscu. Usiedliśmy i zaraz podano nam gratisowe przekąski (tortille z kilkoma sosami – niezłe). Głupio mi było tak brać za darmo jedzenie do picia, więc poszedłem zamówić na migi coś kebabopodobnego (po tych ćwiczeniach z migowego mogę śmiało brać udział w mistrzostwach w kalambury) – także rewelacyjnie świeże i smaczne. Łącznie zostawiliśmy w tym miejscu niecałe $5 – tanio i smacznie – dokładnie przeciwnie niż po drugiej stronie Rio Grande.

O ile wejście do Meksyku było proste, o tyle wyjście z niego już nie. Przede wszystkim nikt na granicy nie mówił po angielsku, nie było też nigdzie informacji dla anglojęzycznych. Facet z karabinem ustawił nas w kolejce do zamkniętego okienka i bacznie nas obserwował. Gdy już doczekaliśmy się na obsługę okazało się, że zdolności językowe obsługującego nas dziewczęcia ograniczały się do czarującego uśmiechu i wymachiwania rękami. Po wezwaniu posiłków i nieudanej kolektywnej próbie ułożenia zdania grupa urzędnicza postanowiła pokierować nas na migi (albo tańczyli jakieś techno – ciężko powiedzieć). Kolejne 25 centów (lub 3 peso, co pozbawiło mnie pamiątkowych monet) opłaty za bramkę i znów byliśmy na moście. Wracając po trzech godzinach w stronę granicy rozmawialiśmy o tym, co różni małe meksykańskie miasteczko od miast Amerykańskich – po drugiej stronie Rio Grande ludzie żyją w mieście – chodzą, stoją, kupują, sprzedają, rozmawiają. Po prostu są na ulicach. Bardzo mi się to spodobało, dowolna liczba autostrad i parkingów nie zastąpi sprzedawcy ulicznego (szczególnie takiego krojącego na miejscu kokosa maczetą) czy straganu i trąbiących taksówek. Przynajmniej tam widać życie.

Po więcej zjdęć z krótkiej wycieczki do Meksyku zapraszan do albumu Eweliny oraz do mojego, znacznie skromniejszego.

ps. A tak właśnie wyglądają amerykańskie drogi około 20 kilometrów od granicy – taka blokada była na każdej drodze, którą jechaliśmy. Sprawdzają każdego – kontrola paszportów (w środku kraju!), zaglądanie do auta itp.

* plus poradę – jak chesz przejechać przez granicę nie przewoź narkotyków ani takich „małych ludzi”
** meksykańska coca-cola jest uznawana z teksasie jako przysmak – jest sprzedawana w sklepach dwa razy drożej niż lokalna.

Share

[USA] Świeże jedzenie po amerykańsku

Amerykanie jedzą dużo, ale kiepsko. W knajpach znacznie łatwiej znaleźć dzieła Sienkiewicza niż drugi plasterek pomidora (jeden wkładają gdzieniegdzie). Do tej pory demonstrowalnym przykładem amerykańskiego podejścia do jedzenia były reklamy potraw w puszkach oraz mrożonych steków (wysyłka z Nowego Jorku, dostawa na terenie całego kraju z 5 dni!) w przerwach programu Gordona Ramseya (brytyjskiego celebryto-kucharza), który gromi na prawo i lewo za używanie czegokolwiek co nie jest świeże, w szczególności mrożonek i konserw.

O tym jak inaczej można widzieć to samo przekonałem się w weekend gdy pytałem sprzedawce w sklepie czy mają świeża rybę, bo wszystko co jest w ladzie ma napisane (“produkt wcześniej mrożony”). To on mi odpowiada – to jest przecież świeże! Jak powiedziałem, że chodzi mi o świeże, a nie odmrożone, to popatrzył na mniej jak na przygłupa, zamyślił się i powiedział, że może dać mi zamrożone – ryba będzie świeża, nieodmrażana. Poddałem się.

Tego samego dnia, w tym samym sklepie widziałem jak w piekarni babka pakowała gorący chleb do szczelnych foliowych torebek, które błyskawicznie zachodziły parą…

W lodówce mam szynkę, którą kupiliśmy ponad miesiąc temu – stoi otwarta, a wygląda jakby właśnie wyszła z wędzarni. Nie zjem jej, trzymam ją jako eksperyment – kiedyś musi się coś z nią stać.

Wiedziałem też, że tutejszy przysmak na święto dziękczynienia nie może być wykwintny, bo jest to indyk smażony w głębokim oleju (wiem to z apeli straży pożarnej, żeby nie smażyć go w domu, tylko przed budynkiem, bo 10-15 litrów rozgrzanego oleju ma tendencje do zapalania się).

Dziś jednak na firmowym meetingu moje horyzonty kulinarne zostały poszerzone. Otóż dowiedziałem się, że indyk zachowuje smak nawet ponad rok po usmażeniu – to co zostanie z tegorocznego święta dziękczynienia, można z apetytem zjeść za rok. Podobno w drugim roku traci trochę na smaku i zmienia mu się konsystencja. Tak mówili Ci co sprawdzili. Smacznego!

Share

[USA] Weekend na sporotowo

To była dobra sportowa sobota, wariant amerykański.

Zaczęliśmy wczesnym popołudniem od wycieczki do niewielkiego parku znajdującego się jakies czterysta metrów od naszego domu. Upał odstraszył innych chętnych do aktywnego wypoczynku, dzięki czemu nie mieliśmy problemu z zaparkowaniem auta. Park okazał się jednak tak mały, że zrezygnowaliśmy ze spaceru na rzecz drugiego, znacznie popularniejszego, sportu – zakupów. Kupon na $10 do sklepu z elektroniką, który nosiłem w portfelu wygasał za kilka dni, więc udaliśmy się go wydać na jakiś film czy inny drobiazg. W ten sposób weszliśmy w posiadanie kina domowego 5.1 z blurayem i dostępem do intenetu. Do kuponu odrobinę trzeba było dopłacić, ale konsumpcjonizm zobowiązuje.

Zanim zakończyliśmy dzień gapieniem się w telewizor i próbą zjedzenia wszystkiego co było w lodówce (próbie wprawdzie nieudanej, ale podejście zasługuje na wyróżnienie, gdyż efekty były doskonałe) pojechaliśmy na stadion obejrzeć mecz hokeja, który zaraz po baseballu i footballu (amerykańskim) jest ulubionym sportem tubylców. Wbrew moim oczekiwaniom do popularnych sportów nie należy tu koszykówka. W czasie rozmów w różnych kręgach – od pogawędek ze sprzedawcami po spotkania firmowe – słyszałem jak ludzie opowiadali o przeróżnych dyscyplinach*: curlinging (puszczanie czajników po lodzie), lacrosse (noszenie piłki w kiju z siatką), najnudniejszy sport świata – golf i kręgle, jednak nigdy o koszykówce.

Sport na żywo daje sporo satysfacji i to nie tylko dlatego, że można objadać się chipsami gdy ktoś męczy się dla naszej uciechy – co jest przyjemne także w pracy, sklepie i kilku innych miejscach i okolicznościach. Na taką radość, ale też na walor poznawczy wycieczki liczyłem – i nie rozczarowałem się.

Mecz rozgrywany był na lodowisku Texas Stars, a przeciwnikami była drużyna Peoria Rivermen. Zupełnym zbiegiem okoliczności przy calych 400 milionowych Stanach Zjednoczonych goście pochodzili z niewielkiego miasta w Illinois, w którym znajduje się siedziba mojego obecnego klienta. Postanowiłem więc nie kibicować żadnej z drużyn (ze względów bezpieczeństwa udając kibicowanie lokalnemu zespołowi). Obie drużyny prezentowały dość wysoki poziom gry (należą do ligi AHL – przedsionka NHL), ale także gigantyczne pokłady bezsensownej agresji, co zepsuło mi całą przyjemność z oglądania gry. Agresję, na szczęście tylko w formie słownej, słychać było także ze strony kibiców, a największe wybuchy radości powodowały momenty gdy ktoś kogoś wepchnął na bandę lub walił pięścią w twarz. Bijatyk na lodzie było kilka, niektórzy uczestnicy strącali przeciwnikowi hełm i zrzucali rękawice, żeby mocniej trafiać. Zniesmaczyło mnie to bardzo, pobodnie jak buczenie na zawodników przeciwnej drużyny, i tylko szacunek dla potencjalnie lubiących hokej czytelników powstrzymuje mnie przed publicznym użyciem słów, które krążą mi po głowie. Ja już chyba wole ustawki polskich kiboli piłki nożnej – przynajmniej nikt nie udaje, że to ma być sport.

Od zachowania graczy i kibiców znacznie więcej przyjemności sprawiło mi oglądanie otoczki meczu. Organizacja meczu na 5031 kibiców (podali z głośników liczbę) przebiegła idealnie sprawnie – największym indycentem była rozlana cola. A, i jeszcze zabrakło darmowych płuciennych toreb z logo drużyny, ale głównie dlatego, że niektórzy brali pełne naręcza. Dobrze mi się też kojarzyło, że lokalni oglądając sport pałaszują hotdogi z chili oraz wielkie kopce tortilli polane połpłynnym serem (sprzedają go w spreju) oraz posypanych taką ilością jalapeno, że od samego patrzenia jeszcze dziś mnie boli.

Mecz rozpoczął się od wniesienia na lodowisko flagi USA oraz odśpiewaniem hymnu. Zaraz po tym rozpoczął się szoł audio-wizualny – rozwieszone dookoła i na środku sali wyświetlacze błyskały krzykliwymi grafikami (dość mizernej jakości), a głośniki starały się narobić jak najwięcej hałasu, w czym pomagali widzowie podjudzani przez prowadzącego. Dość zabawne, choć prawdopodobnie w sposób inny niż zamierzony, wydało mi się dorabianie tła fragmentami piosenek – tercja rozpoczynała się krzykiem Ozzy Osbourne “All aboard!” z Crazy Train (puszczone pierwsze 7 sekund piosenki), w tłem podreślającym karę po faulach były “Breaking the law” Judas Priest i “Bad Boys” Inner Cirle. Pełne teksty tych utworów wogóle nie pasują do sytuacji, ale krótkie, wyrwane z kontekstu wypowiedzi wystarczą tłumowi (naprawdę nie chciałem wspominać tu dwóch ostatnich premierów RP, zbieżność faktów jest prawie przypadkowa).

W przerwach między tercjami lodowisko odwiedzały różne postaci – od skaczących cheerleaderek z odsłoniętymi brzuchami do grupy wyleczonych z raka kobiet grających w gorące krzesła, co nie jest takie proste na lodzie. Całość imprezy okraszona była dziesiątkami mniej lub bardziej pomysłowych reklam. Nauczyłem się ignorować napisy zachwalające różne “niezbędne” towary i usługi, ale zostałem przechytrzony przez wielkiego, latającego, zdalnie sterowanego hamburgera rozrzucającego kupony na darmowe kanapki. Niestety kuponu nie dostałem, podobnie jak koszulek zrzucanych z dachu na spadochronach. Za to piosenkę o pizzy (z Pizza Hut) miałem niewątpliwą przyjemność wysłuchać w całości.

W przerwach od reklam telebimy prezentowały gry interaktywne jak na przykład konkurs machania włosami, czy kiss cam – konkurs całowania się. W niektórych z zabaw można było wygrać prawdziwe nagrody i tak na przykład Hokejowa Mama Tygodnia wygrała przejażdżkę dla siebie i syna na maszynie wyrównującej lód przed grą – jak się bawić to na całego!

I tylko jedno pytanie mi chodzi po glowie – ale gdzie w tym wszystkim jest sport?

ps. Obijania pięściami twarzy nie nakręciłem – byłem zbyt zdziwiony, żeby zareagować. Mam tylko fragment pokazujący atmosferę po gwizdku zamykającym grę:

* Lista uporządkowana według popularności

Share

[USA] Nie wszystko złoto co na dzikim zachodzie

Czy wspominałem ostatnio, że jak amerykanie coś robią, to robią to dobrze? Jak tak to muszę dodać “… chyba, że robią to absolutnie beznadzienie”. Przykładem dziś będzie moja ulubiona biurokratyczna maszyna nadająca numery ubezpieczenia społecznego. Wczoraj minęły cztery tygodnie od kiedy dwa tygodnie po przyjeździe wystąpiłem o przyznanie mi numeru, dzięki któremu będę mógł dostawać wynagrodzenie za pracę, na która wcześniej dali mi pozwolenie. Chyba wciąż nie są w stanie sprawdzić, że naprawdę tu przyjechałem, bo numeru jeszcze nie dostałem. Zgodnie z instrukcją zadzowniłem więc, żeby spytać co się dzieje. Dowiedziałem się dwóch rzeczy:
1. nie mogą mi nic powiedzieć przez telefon
2. jeśli na skrzynce pocztowej nie będzie mojego nazwiska, to listonosz i tak nie zostawi listu z numerem. Dla mojego dobra (!).
O tej drugiej informacji powinni mnie byli poinformować gdy składałem wniosek, ale zapomnieli.

Rzuciłem pracę, pojechałem od urzędu wylegitymować się paszportem i po 35 minutach czekania w kolejce dowiedziałem się, że:
1. numeru nie ma
2. nie wiedzą dlaczego
3. nie mogę zmienić adresu zamieszkania na który prześlą kartę, bo… do zmiany adresu potrzebny jest numer ssn (którego nie dostanę, bo nie mam dostępu do skrzynki pocztowej w poprzednim domu). Jeśli list odbije się od skrzynki i wróci do nich, to będę mógł wystapić o wydanie duplikatu karty. Dla swojego zdrowia psychicznego nie pytałem czy będę mógł wtedy zmienić adres…
Prosząc o ponowne wydanie wykorzystałbym jeden z możliwych duplikatów karty – każdy ma prawo do trzech duplikatów rocznie i nie więcej niż dziesiąciu w ciągu całego życia. Amerykanie uwielbiają takie idiotyczne regulacje i ograniczenia.

Druga rzecz, która średnio Amerykanom wychodzi, to dostrzeganie związków przyczynowo-skutkowych i wnioskowanie. Idealną ilustracją będzie krótka przypowieść o naszej wizycie w restauracji w sobotę. Wybraliśmy się do lokalu w ładnej miejscowości turystycznej, blisko oceanu, pośród pięknego lasu. Wystrój był bardzo gustownie stylizowany na brytyjski pub z dużą ilością detali typu tabliczki, napisy i plakaty, zgrabnie połączonych z typowo amerykańską restaruracją, w szczególności z wszechobecnymi reklamami, dość topornym humorem i zdecydowanym z nadmiarem osób: osobną obsługą do wskazywania stolików, inna do przynoszenia sztućców oraz kolejną do podawania jedzenia. To jest dobry moment, by wspomnieć kolejną amerykańską regulacje – wejście do pustej restauracji i pominięcie osoby, która wskaże nam wolny stolik, jest traktowane jako grzech, nietakt oraz zamach stanu w jednym i skutkuje niemiłymi uwagami ze strony obsługi, brakiem obsługi lub wyproszeniem z lokalu. Bycie prowadzonym przez pusty lokal aby usłyszeć pytanie “gdzie chciałby Pan usiąść” kruszy moją wiarę w ten naród.
Ale wracając do lokalu – było to naprawdę dobrze przygotowane miejsce. Przed jedzeniem postanowiłem umyć ręce, rozejrzałem się i… nie znalazłem wskazówkek gdzie jest łazienka, więc zacząłem krążyć, aż po zwiedzeniu całego lokalu spytałem kogoś z obsługi, kto wskazał doskonale ukryte wejście za załomem ściany. W tym czasie kelnerka zagadała do Eweliny pytając czy szukam łazienki, na co Ewelina zgodnie z prawdą przytaknęła. Na to kelnerka wyraźnie żaląc się na swój los odpowiedziała “wszyscy tak maja, po sto razy dziennie muszę mówić gdzie to jest”. Postawię pytanie: w jakim stanie intelektualnym trzeba być, zeby po 500 powtórzeniach tygodniowo nie wymyślić, żeby zrobić tabliczki z dyskretymi kierunkowskazami?
Wracając z łazienki wziąłem z korytarza wydanie “jedynej ogólnokrajowej brytyjskiej gazety”. Wertując ją zatrzymałem się na informacji, żę Anglia wygrała Ashes Series, co miało miejsce cztery mięsiące temu. Pomyślałem, że może wiadomości wolno przez ocean płyną, ale rzuciłem okiem na datę – to było poprzednie Ashes, a gazeta była datowana na wrzesień 2009. To tyle jeśli chodzi o jakość detali i ilość osób czytających.

Na zakończenie ciekawostka – nasza kablówka oferuje dostęp do “Pakietu Polskiego”, w skład którego wchodzą… TV Polonia. Tak, jest tylko ten jeden program. Dostęp do niego kosztuje $19.95 miesięcznie, tyle samo co do 10 kanałów HD z nowościami filmowymi. Cenimy się.

Share

[USA] Dziennik z podróży. O tym co w życiu ważne

Uważni czytelnicy zauważą, że zarzuciłem konwencję numerowania wpisów na rzecz skandalicznych tytułów w stylu gazeta.pl. Jest to związane z tym, że liczebniki powyżej dwudziestego robią się dość długie i trudne do zapisania, a ćwiczyłem tylko przy zapisywaniu dat, więc do trzydziestu jeden i nie chcę zrobić z siebie głupka jak przekroczę tę granicę. Nierobienie z siebie głupka wydawać by się mogło być czymś ważnym, ale badania oglądalności programów telewizyjnych oraz wyniki plebiscytów demokratycznych, mylnie nazywane wyborami, pokazują, że bycie głupkiem często wręcz pomaga. O niebalnej roli wsiowego głupka mówili różni wieszcze – od Monty Pythona i Poniedzielskiego po wielu mniej lub bardziej znanych autorów*, zatem pozostaje mi ten temat zostawić w spokoju jako rozbieżny z tytułem.

Po odrzuceniu rozsądku, do omówienia z rzeczy ważnych zostają czekoladki i piwo, o którym muszę wspomnieć jako pierwszym, gdyż kupiłem najnieprzyjemniejsze świata. W smaku było w miarę smaczne, nie za gorzkie, ale wyraziste. O mocy ciężko się wypowiedzieć, bo na etykiecie nie ma podanej zawartości alkoholu (jest za to jest informacja, w których stanach pusta butelka jest warta 10 centów, a w których tylko 5c), ale raczej lekkie – po wypiciu nie zauważyłem zbyt poważnych objawów. Do zakup tego piwa skusiła mnie jego zabawna etykietka:

Na czym polega feler tego trunku? Otoż jest to najbardziej moczopędny napój, jaki kiedykolwiek spotkałem. Wiem, że takie informacje nie licują z powagą tego miejsca, ale mogę o tym niie napisać. Przez pół nocy kursowałem!** Brrrr….

Czekolada, jako utwardzony substytut piwa, znalazła się w pierwszym koszyku moich zakupów tutaj. Po spróbowanieu okazała się rozczarowująca – papierowa w smaku i zupełnie niewywołująca zadowolenia. Pomyślałem, że źle trafiłem i kupiłem drugą. Potem trzecią. Po mału zaczynałem wierzyć, ze Amerykanie mają po prostu inny gust i celowo produkują produkty o tak specyficznym braku smaku. Jednak niedawno, zupełnie przypadkiem, wpadła mi do koszyka mała czekoladka firmy Godiva z Nowego Yorku i okazało się, że tubylcy jednak potrafią zrobić pyszne, aksamitne, przepełnione smakiem cudo w sreberku. Dziś powtórzyłem eksperyment i kupiłem trochę czekolady na wagę z delikatesowego stoiska z kakao i jego przetwoarami. Bingo! Rewelacja! Czyli:
a) w Ameryce istnieją dobre czekolady
b) dobre czekolady wyróżniają się ceną $50-$80/kg, gdy sklepowe kosztują $10-$20. God bless America.
Tu od razu ciekawostka – europejsie czekolady (Milka, Toblerone) mieszczą się w niższym przedziale cen.

Zostając w temacie jedzenia – na wczorajszej paradzie skusiłem się na precla z tego oto preclowozu. Wygląd trochę sugerował, że jest to typowy produkt turystyczno-odpustowy, ale moja misja poznawcza zmusza mnie do podejmowania zbędnego ryzyka. Stojąc w kolejce podpatrzyłem, że ludzie smarują precle musztardą, co i ja uczyniłem, gdy przyszła moja pora. Efekt tego przedsięwzięcia był średnio apetyczny:

Smak precla w pełni odpowiada jego wyglądowi. Smakował jak słonawa bułka posmarowana białkem z jajka przed upieczeniem, a po upieczeniu polana musztardą. Z sezamem… Z dobrych rzeczy, to zjedzenie na sucho takiego precla zapchało mnie na pół dnia.

Na zakończenie miły akcent – spotkałem dziś w sklepie bardzo przyjemną obsługę. Zarówno kasjerka (lat ok 60) jak i pakowaczka (lat ok 18) były uśmiechnięte od ucha do ucha, zagadywały, młodsza pochwaliła mój wybór masła orzechowego i skomplementowała moją koszulkę. To było przyjemne i odswieżające.
Teraz mi wpadło do głowy, że już wcześniej w kawiarni sprzedawczyni też dobrze zareagowała na tą koszulkę (taką zieloną z wielką żółtą uśmiechniętą buzią i napisem “Make me smile”). Muszę w niej częściej chodzić, chociaż dziwnie się w niej czuje. Ale o ubraniach i wyglądzie napiszę kiedyś indziej, jak już pozbieram myśli.


* Ta, to jest zabieg powszechnie stosowany przez dziennikarzy gazety gdy brakuje im twardych faktów.
** Inne piwa (dwa rodzaje), które tu spróbowałem nie powodują takich efektów i były smaczne.

Share