[USA] Wakacji dzień pierwszy

Pierwszy dzień wycieczki był już raz wspomniany tu na blogu, ale zaczynanie relacji od dnia drugiego wygląda głupio, więc opisuję ponownie.

Wycieczkę nad Niagarę rozpoczęliśmy jadąc w złym kierunku – do Maine, na północny wschód. W ten sposób załapaliśmy się na ostatnie dni lata, które w “Wakacyjnym Stanie” zaczyna się bardzo późno, ale za to kończy się bardzo wcześnie. Według wszelkich przewodników czyni to ten stan idealnym miejscem dla szukaczy jesiennych liści. Jak dziwnie by to nie brzmiało, to Fall Foliage jest na tyle dużą atrakcją turystyczną, że władze stanu aktywnie wspomagają tych ludzi, m.in gromadząc i udostępniając statystyki dotyczące sezonu czerwienienia liści. Główne serwisy pogodowe w USA także prezentują mapy ujesieniowienia drzew. Jakbym miał wybierać, to chyba wolę to zajęcie od “łowców burz” – ludzi, którzy jeżdżą z aparatem tam, gdzie ogłoszony jest alarm o huraganie albo planowane są wielkie opady.

Ze względów sentymentalnych do angielskiego Bath, postanowiliśmy zwiedzić miasto o tej samej nazwie, ale po drugiej stronie oceanu. Jak twierdzą jego mieszkańcy miasto jest jednym z “Najładniejszych Małych Miast w USA”, a głównymi atrakcjami miasteczka są muzeum morskie (już było zamknięte) i (uwaga, uwaga…) czekoladowy kościół. Dopiero na miejscu zorientowałem się, że przymiotnik w nazwie nie definiuje materiału budowlanego ani nawet funkcji, a kolor – podczas zmieniania funkcji budynku z religijnej na artystyczną został on przemalowany na brązowo. Od początku wydawało mi się, że Kult Wyznawców Milki z Orzechami by się nie reklamował na tablicach, ale nadzieję warto mieć do końca.

Główna ulica miejscowości rzeczywiście była bardzo ładna i spokojna, z szeroką gamą przybytków kulinarnych do wyboru – od budki z kebabem do całkiem przyjemnie wyglądających restauracji. Do tego kilka galerii oraz obowiązkowy sklep sznurek, mydło i powidło. Całość na dobry kwadrans zwiedzania (nie licząc muzeum), co nie jest złym wynikiem jak na tą część kraju.

Linia brzegowa Maine ma około 400 km długości, przy czym jest tak pofalowana, że po wyprostowaniu wszystkich zatok łączna długość wyniosłaby 5600 km (nie licząc wysp). Jak już pisałem wcześniej naprawdę ciężko jest to zobaczyć, bo stan jest zalesiony w sposób absolutnie uniemożliwiający zorientowanie się co się dzieje dalej niż 50m od miejsca gdzie się stoi/jedzie. Chcąc zobaczyć morze skręciłem z Bath na wschód (tam musi być jakaś cywilizacja) i całkiem niespodziewanie dotarliśmy do Fortu Popham. Dlaczego niespodziewanie? Bo Amerykanie jeszcze nie odkryli, że oznaczenie atrakcji turystycznych by mogło komuś pomóc albo zainteresować kogoś zwiedzaniem.

Fort Popham został wybudowany podczas Wojny Secesyjnej i był w pełni obsadzony podczas pierwszej i drugiej wojny światowej, jednak nigdy nie został przez nikogo zaatakowany. W środku fortu znaleźliśmy całą serię tablic informacyjnych (ładnych i interesujących!), z których dowiedziałem się, że do strzelania z armaty potrzeba było aż ośmiu osób. Dodatkowymi atrakcjami były stalaktyty i stalagmity, co pokazuje, że kiepski wybór materiałów budowlanych pozwala uzyskać to, co na natura potrzebuje w normalnych okolicznościach dziesiątek tysięcy lat.

Dzień pierwszy zakończyliśmy wizytami na stacjach benzynowych, kawiarniach i fotografowaniu wszystkiego co nie uciekało na drzewo, ale zamiast to opisywać idę spać, żeby zbierać siły na jutrzejsze opisywanie dnia drugiego – deszczu, sklepów i miejscowości gdzie 20.5% ludzi ma polskie pochodzenie.

Share

[USA] Zwiedzanie New England w deszczu

W Massachusetts kolejny dzień pada. Niedzielę spędziliśmy w poszukiwaniu słońca na wycieczce do Maine, co nauczyło nas sprawdzać nie tylko prognozę pogody, ale dokładnie nazwy miast. Udało mi się pomylić Portland z Portsmouth, dzięki czemu niedoszacowałem wycieczki o jakieś 4 godziny. Moim skromnym zdaniem nie powinno się używać tak podobnych nazw dla miast na wybrzeżu oddalonych o dwie godziny drogi*…

W Maine przytłoczyła nas zieleń. W normalnych okolicznościach roślinność raczej uspokaja, tam jednak na otoczenie dróg przywoływało wyobrażenie lawiny albo rozstępujących się wód Morza Czerwonego – z groźbą natychmiastowego zawalenia się ścian jak się trochę nagrzeszy. Jechaliśmy drogami przy samym oceanie, a odrobinę wody zobaczyliśmy dopiero gdy dojechaliśmy do samego czubka półwyspu.

Gęstość zaludnienia w Maine jest dokładnie osiem razy mniejsza niż w Polsce (16 vs 120 osób/km2), co widać po kurortach turystycznych – wyglądają jak miniaturki europejskich – dwie knajpki, trzy sklepy z pamiątkami i plaza. Jednocześnie “Wakacyjny Stan” wyglądał przyjaźnie – zamiast popularnych w USA plastikowych “marmurów” i ogólnego nadęcia znaleźliśmy dużo przyczep kempingowych i uśmiechniętych ludzi. W sklepie z pamiątkami dostałem 20% zniżki zamiast 20% obowiązkowego napiwku. Tzn babka się pomyliła przy nabijaniu na kasę, ale jak jej powiedziałem, ze mi wychodzi jakoś więcej, to prychnęła i podziękowała, po czym spojrzała na mnie z uśmiechem jakbym się urwał z choinki. Kiedyś chcę tam pojechać na wakacje, najchętniej w okolicach wczesnej emerytury.

W tym tygodniu podróżujemy na zachód – w stronę stanu Nowy Jork i wodospadu Niagara. Dziś też dostaliśmy gratis, gdy zatrzymaliśmy się gdzieś w górach zachodniego Massachusetts na późny obiad. Knajpa miała wyjątkowy niedostatek kadry i kelnerka dosłownie biegała od stolika do stolika. Jak się zorientowała, że nie mamy typowo amerykańskich wymagań odnośnie obsługi (zabawiania rozmową, pytań co dwie minuty czy wszystko nadal jest dobre itp), to dostaliśmy gratis trzy herbaty.

Po pobycie w Anglii herbatę nauczyłem się traktować poważnie i z pokorą. Tutaj niestety tego nie umieją. Amerykanie jako pierwsi na świecie wymyślili niekończące się napoje (nie obejmuje piwa), tzn. płaci się za jedną colę czy kawę, a jak tylko jej poziom opadnie w kubku poniżej 20%, to przybiega ktoś i dolewa do pełna. Z herbatą próbowali zrobić podobnie, co zaowocowało dość dziwacznym pytaniem “czy chcecie jeszcze gorącej wody do swojej herbaty?”. Barbarzyńcy.

Osiem godzin na deszczowej drodze utwierdziło mnie w przekonaniu, że piętnaście tysięcy aktów prawnych Związku Socjalistycznych Republik Europejskich* ma trochę zalet. Amerykańska wolność zupełnie nie uwzględnia prawa innych ludzi do wygodnego i bezpiecznego życia. Przyzwyczaiłem się, że dozwolone jest jeżdżenie na długich światłach kiedy tylko się ma na to ochotę i przy odrobinie wprawy w obracaniu lusterek, zwalnianiu tak, żeby dać się wyprzedzić i patrzenia bardzo daleko w prawo można prawie nie zauważać oślepiających idiotów. Ich kraj, ich prawa. Dziś za to odkryłem, że Unia Europejska musi regulować ilość wody rozchlapywanej przez auta jeżdżące po deszczu. Dokładnie każdy Chrysler, Buick, Pontiac czy Ford wznieca za sobą wielką chmurę wody podczas gdy VW, Audi czy Porsche zostawiają drobną mgiełkę. Azjaci albo też planują dużą sprzedaż do Europy albo też myślą o tych, których mijają – jazda za Mazdą, KIA czy Toyotą to czysta przyjemność – nic nie chlapie, nic nie pryska. Muszę spytać jakiegoś autochtona czy posiadając wielkiego pickupa Dodge nie ma się świadomości jak to przeszkadza innym czy ma się tą świadomość, ale się tym nie przejmuje, bo “jestem wolny, mam prawo chlapać ile mam ochotę”.

Miałem iść spać jakieś dwie godziny temu, żeby jutro zwiedzać na całego i potem mieć siłę to opisać. Nie wyszło ale lecę ratować resztki snu. Do przeczytania!

* można by odnieść wrażenie, że trochę dałem ciała, ale chętnie zwalę winę na kogoś innego
** zwanych czasem “Unią Europejską”

Share