[Szorty] Notatka dla siebie

Jakby mi kiedyś wpadło do głowy pomieszkać jeszcze raz w USA, to muszę sobie przypomnieć, że amerykańska telewizja przerywała reklamami transmisję ceremoni otwarcia Olimpiady. Jak nisko można upaść, żeby zarobić dolara? Na szczęście jest internet i BBC :)

Share

[USA] Jackowo

Pierwszego dnia samodzielnego pobytu za granicą poszedłem do księgarni w Northampton, żeby kupić plan miasta. W głowie miałem przechowalnie toreb w Geancie i ochroniarzy zszywających reklamówki przed wejściem do łódzkiego Carrefoura, więc zastanawiałem się co zrobić z plecakiem, laptopem i walizką, którymi byłem obładowany. Zagubiony poszedłem do kasjerki i… zupełnie nie mogliśmy się zrozumieć. A właściwie ona nie mogła zrozumieć na czym polega mój problem z wnoszeniem toreb do sklepu. Wtedy nie wiedziałem, że można nie być podejrzewanym o niecne zamiary.

Od tamtego wydarzenia minęło prawie siedem lat i zdążyłem o nim zapomnieć. Wspomnienia wróciły podczas wizyty w Jackowie w Chicago, gdzie w sklepie spożywczym powitała mnie kartka:

Tak, wpis nie będzie marudny… Ale od początku:

Planując wizytę w Chicago spotkanie sławnej polonii z Jackowa (dzielnicy Chicago przy kościele św. Jacka) było dla nas kluczowym elementem wycieczki. Plan był prosty: żurek i schabowy, polskie muzeum i zwiedzanie dzielnicy.
Strona internetowa muzeum poleca restaruracje Podhalanka, opinie w internecie były zachęcające, a ceny przyjazne – poniżej $10 za obiad, więc postanowiliśmy właśnie ją odwiedzić:

Właściciel, krakowiak (od trzydziestu lat w usa), witając polsko-angielskim (przywodzącym na myśl wizyte Kargula i Pawlaka – “wy tu przyjechalyszcie na biznesz czy pleżer?”) usadził nas przy stole wyłożonym lekko pożółkłą ceratą. Lokal wyglądał jak tradycyjny bar mleczny dodatkowo przyozdobiony obrazami matki boskiej częstochowskiej, kilkoma obrazami papieża, lampkami choinkowymi i puszkami coca-coli. Gospodarz zaproponował, żebyśmy poza żurkiem spróbowali kilku ich specjałów. Dlaczego nie, pomyśleliśmy – dużo restauracji oferuje menu złożone z kilku próbek. Uradowany krakowiak zaczął przynosić jedzenie – siedem pełnych porcji, każda z nich wystarczająca za pełen obiad… Od tego momentu przestał też do nas podchodzić i zagadywać – złapał frajerów, to już więcej nie musiał. Przyszedł dopiero z rachunkiem na $51 i… prośbą, żeby napiwek mu dać gotówką, żeby nie musiał od niego opłat wnosić! Odmówiliśmy i z ciężkim sercem (a teraz myśle, że i niepotrzebnie) zostawiliśmy zwyczajowe 15%. To chyba jednak było za mało, na wyciągu z banku zobaczyłem, że krakowiak dopisał sobie trochę dodatkowo. Polak Polakowi Polakiem…

Z lekkim niesmakiem udaliśmy się do Polskiego Muzeum. Wejście do niego wymagało sporo wytrwałości – jedyna inforamcja na froncie to kartka na drzwiach biblioteki (widoczna poniżej). Potem już tylko wystarczyło wejść po nieoznaczonych schodach, zadzwonić domofonem znajduącym się przy ciężkich metalowych drzwiach i już po chwili można było wnieść opłatę za wejście. Przed główną salą muzeum, przy stoliku prezydialnym wyłożonym materiałem, siedziały trzy osoby. Wąsacz w środku rozmawiał przez telefon, pozostali patrzyli w dal. Wyglądali troche jak moja komisja poborowa albo sędziowie turnieju brydżowego, brakowało tylko popielniczki. Obok nich stał jeszcze ochroniarz, który nie pozwolił nam oglądać zbiorów do momentu aż zdejmę plecak. Na pytanie co mogę z nim zrobić zapoponowali, żebym rzucił go w pod zakurzony kaloryfer przy wejściu.

Poniżej kilka zdjęć z muzeum:

Więcej zdjęć nie mam, bo… w pozostałych (ciekawszych) salach był zakaz fotografowania.

Polskie Muzeum w Chicago posiada bardzo zróżnicowaną kolekcję w skład której wchodzą skarby kultury przywiezione przez Polskę na wystawę w Nowym Jorku w 1939 (nigdy nie wróciły do ojczyzny), trochę średnio zachowanych strojów ludowych, sporej wystawy pamiątek po papieżu (firgurki, obrazy, dywaniki z podobizną itp), sporej ilości obrazów (wg. Eweliny całkiem dobrych) w tym prace Zofii Styjeńskiej. Dolne piętro wypełniała interesująca kolekcja pamiątek po Igancym Paderewskim. Pilnująca nas bardzo miła i ochoczo przedstawiająca zbiory Pani (większość pomieszczeń można zwiedzać tylko z opiekunem) opowiadała, że muzeum boryka się z problemami finansowymi. I szczerze mówiąc nic dziwnego – ciężko tam wejść, atmosfera jest depresyjna, a w sklepiku nie ma ani jednej pamiątki z tego miejsca (nawet pocztkówki, magnesu, kubka, broszurki itp. – nie było na co wydać pieniędzy). Podsumowując – bardzo interesujące miejsce w fatalnej oprawie. Szkoda, bo warto pokazać to światu to co tam mają.

Przewodniki turystyczne mówiąc o “polskiej dzielnicy” wspominały, że ostatnio zmieniła się ona w dzielnice polsko-meksykańską. Moim zdaniem okolica jest już głównie meksykańska, ale… to chyba dobrze dla Chicago. Do czasu wizyty w w polskim sklepie nie spotkałem się jeszcze z otwartym rasizmem. A tu proszę, przy pierwszej próbie kontaktu dowiedziałem się, że polska dzielnica maleje, bo “wpuścili ‘meksyków’ i ci wszystko zabierają”. Więcej się nie dowiedziałem, bo starsza Pani odwiedzająca ten sam sklep uznała, że moja rozmowa ze sprzedającym jest nieistotna i wchodząc mi w słowo przejęła całą uwagę sklepikarza (co mu nie przeszkadzało, zainkasował już podwójną cenę ($1) za pocztówkę). Ewelina też za dużo od polonii się nie dowiedziała, bo jej rozmowę przerwał wpadający do sklepu tubylec wykrzykując “Panie Andrzeju, Pan coś zrobi bo ten czarny tu znowu…” czy coś podobnego.
Główną atrakcją był tam dla mnie sklep spożywczy z mięsem na hakach (zdjęcia poniżej) i zadziwiającą ofertą polskich towarów (mieli na przykład mleko “Łaciate”!). Kupiliśmy trochę nałęczowianki i czekoladowego zająca (rozważałem “zwyczajną” za $0.99/lb – 8pln/kg!, ale zrezygnowałem) i z ulgą opuściliśmy krajan, którzy tkwią głęboko w latach osiemdziesiątych i nie mogą pozbyć się najgorszych stereotypowych zachować (chociaż przyznaję, że czerwone nosy podpitych panów w kufajkach wyglądały nawet trochę zabawnie w zestawieniu z meksykanami w kreszowych dresach).

Jakby się ktoś pytał, to jestem za tym, żeby emigrantom zabrać prawo głosowania i zostawić ich (nas) w spokoju. Kojarzenie z Polską poloni tkwiącej w dawno minionej historii to niepotrzebne szarganie orzełka.

ps. Powyższy opis nie oddaje rzeczywistości Chicago, jedynie drobny, acz rozczarowujący, jej wycinek.

Share

[USA] Podróż na północ

Od tygodnia jestem w drodze. Widziałem piękne rzeczy i przerażające rzeczy, a nawet pogoniło mnie tornado. Na wszystko mam dokumentację, którą zaprezentuję jak osiądę na dłużej niż jeden dzień w tym samym miejscu (poniedziałek wydaje się prawdopodobny).

Dziś dojechaliśmy do Chicago. Jazda po tutejszych drogach przypomina bieganie z zamniętymi oczami po lesie (tylko tu bardziej trąbią… i trąbią i trąbią i trąbią…). Na razie w planach mamy żurek i schabowego w Jackowie, reszty nie zaplanowaliśmy, bo nie wiem co zrobic z autem. Przy tutejszej cenie parkingów może się opłacać sprzedać auto rano i kupić nowe wieczorem… Może troche przesadzam, ale $35-$52 za parking wydaje mi się ceną tak abstrakcyjną, że jej nawet nie rozważam. Jedyny trop na rozsądniejszy parking podał nam facet w hotelu – porozmawiać z parkingowym w hotelu i “mrug, mrug okiem” pozwoli zostawić auto trochę dłużej. Jeśli rozumiem poprawnie zostałem poproszony o wręczenie łapówki.

Share

[Szorty] Osłabiony

Przed chwilą w radiu słyszałem audycje o odszkodowaniach. Dzwonił facet, który złamał zęba na kawału kamienia w gofrze i teraz zastanawia się ile pieniędzy może wycisnąć od restauracji. Prowadzący z zapałem wyjaśniał co ofiarze zamachu gofrowego przysługuje:
– zwrot kosztów za zabiegi dentystyczne (ok, to rozumiem)
– zwrot kosztów za inne przyszłe zabiegi dentystyczne (to już trochę dziwne)
– zwrot utraconych korzyści (np. jeśli nie mógł pracować, powiedzmy…)
– odszkodowanie za cierpienie (ja często cierpię jedząc amerykańską paszę – czy to już wystarczające cierpienie?)
A na koniec coś, co osłabiło* mnie tak, że muszę jak najszybciej zamknąć komputer i iść spać. Prezenter podkreślał, że to standardowe odszkodowanie:
– odszkodowanie dla małżonki za ograniczenie ilość kontaktów seksualnych w wyniku obrażeń partnera.

Po wysłuchaniu audycji postanowiłem, że jest jedna rzecz, którą muszę pilnie zrobić – rozregulować radio.

* istnieje prawdopodobieństwo, że tak mnie osłabił basen, ale lepiej zrzucić winę na kogoś innego.

Share

[USA] [Szorty] Denerwuje mnie, gdy traktują mnie jak głupka

…ale widocznie trafiają tu na podatny grunt, skoro tak robią. Sprawdzałem dziś koszt wynajęcia auta na weekend w Denver. Hertz zaproponował cenę $11.62/dzień, co po dodaniu opłat, dodatków i podatków daje cenę za dwa dni: $101.21! Nawet nie chce mi się wymieniać wszystkiego, co doliczyli (rachunek miał 7 pozycji), moje ulubione to:

  • Energy Surcharge – Dopłata energetyczna, z wytłumaczniem, że koszty mediów, paliwa do autobusów i olejów poszły w górę, więc Hertz dolicza dopłatę energetczną (“The costs of energy needed to support our business operations have escalated considerably. To offset the increasing costs of utilities, bus fuel, oil and grease, etc., Hertz is separately imposing an Energy Surcharge”).
  • Airport Concession Fee On Flight Arrivals Within 24 Hours – Opłata lotniskowa za przyloty mające miejsce w ciągu 24h od zamówienia auta (auto było zamówione na za dwa tygodnie, ale opłatę z karty kredytowej pobierają na miejscu, więc chyba te 24h liczą od tamtego momentu.
  • Facility Use Fee On Flight Arrivals – Opłata za wykorzystanie obiektu w sali przylotów.

Według mojego prymitywnego pojmowania gospodarki są to tak zwane koszty, które pokrywa się z marży. Ale wtedy nie można kłamać, że wynajęcie auta kosztuje $11.62. Samochodu nie wynająłem.

Share

[Szorty] Tinker, Tailor, Soldier, Spy

Poniedziałkowe popołudnie spędziłem dość nerwowo – spiesząc się do kina na film, na który czekałem cztery miesiące (premiera amerykańska była poważnie opóźniona) – Tinker, Tailor, Soldier, Spy – w Polsce pokazywany jako “Szpieg”. Bardzo chciałem być w kinie wcześniej, żeby zająć dobre miejsce. I miałem takie jak chciałem, bo na film przyszły cztery osoby.

Tinker, Tailor, Soldier, Spy jest produkcją udaną, śmiało konkurującą z poprzednią telewizyjną adaptacją z 1979 (którą bardzo polecam!), co potwierdziło 7 nagród i 21 nominacji. Gra aktorów świetnie oddaje charaktery i emocje, obrazy są przyjemnie statyczne, muzyka łagodnie dodaje tła, a sama historia od początku do końca trzyma w napięciu. Jednak w filmie nie ma wybuchów, cycków ani bijatyki, więc nie mógł się tu dobrze sprzedać. Dziś już go zdjęli z ekranów we wszystkich okolicznych kinach.

Share

[USA] [Szorty] Uwaga kabel!

Chodząc po ulicach wielokrotnie zastanawiałem się po co co kilka metrów wbijają brzydkie pomarańczowe tabliczki “[NAZWA_FIRMY] Uwaga kabel”. Wszystko wyjaśniło się gdy nasza telewizja kablowa wysłała specjalistę do zakopania przewodu, który został zostawiony na ziemii przez montera. Zakopywacz kabli przyjechał (z czterotygodniowym opóźnieniem), zrobił lopatą rowek głęboki na 10cm, wcisnął kabel, przyklepał i wbił brzydką tabliczę. Tyle o amerykańskiej solidności.

Share

[USA] Świeże jedzenie po amerykańsku

Amerykanie jedzą dużo, ale kiepsko. W knajpach znacznie łatwiej znaleźć dzieła Sienkiewicza niż drugi plasterek pomidora (jeden wkładają gdzieniegdzie). Do tej pory demonstrowalnym przykładem amerykańskiego podejścia do jedzenia były reklamy potraw w puszkach oraz mrożonych steków (wysyłka z Nowego Jorku, dostawa na terenie całego kraju z 5 dni!) w przerwach programu Gordona Ramseya (brytyjskiego celebryto-kucharza), który gromi na prawo i lewo za używanie czegokolwiek co nie jest świeże, w szczególności mrożonek i konserw.

O tym jak inaczej można widzieć to samo przekonałem się w weekend gdy pytałem sprzedawce w sklepie czy mają świeża rybę, bo wszystko co jest w ladzie ma napisane (“produkt wcześniej mrożony”). To on mi odpowiada – to jest przecież świeże! Jak powiedziałem, że chodzi mi o świeże, a nie odmrożone, to popatrzył na mniej jak na przygłupa, zamyślił się i powiedział, że może dać mi zamrożone – ryba będzie świeża, nieodmrażana. Poddałem się.

Tego samego dnia, w tym samym sklepie widziałem jak w piekarni babka pakowała gorący chleb do szczelnych foliowych torebek, które błyskawicznie zachodziły parą…

W lodówce mam szynkę, którą kupiliśmy ponad miesiąc temu – stoi otwarta, a wygląda jakby właśnie wyszła z wędzarni. Nie zjem jej, trzymam ją jako eksperyment – kiedyś musi się coś z nią stać.

Wiedziałem też, że tutejszy przysmak na święto dziękczynienia nie może być wykwintny, bo jest to indyk smażony w głębokim oleju (wiem to z apeli straży pożarnej, żeby nie smażyć go w domu, tylko przed budynkiem, bo 10-15 litrów rozgrzanego oleju ma tendencje do zapalania się).

Dziś jednak na firmowym meetingu moje horyzonty kulinarne zostały poszerzone. Otóż dowiedziałem się, że indyk zachowuje smak nawet ponad rok po usmażeniu – to co zostanie z tegorocznego święta dziękczynienia, można z apetytem zjeść za rok. Podobno w drugim roku traci trochę na smaku i zmienia mu się konsystencja. Tak mówili Ci co sprawdzili. Smacznego!

Share

[USA] Czarny Piątek, Święto Dziękczynienia i termometr do mięsa

Kilka osób pytało mnie o wrażenia z Czarnego Piątku. Odpowiem prosto: było jak wszystko w Ameryce.

Już na kilka dni przed piątkiem, a już w święto dziękczynienia w czwartek najbardziej – wiadomości telewizyjne przygotowywały ludzi do gigantycznej fali zakupów. Wszystkie dzienniki pokazywały zdjęcia ludzi koczujących w namiotach na parkingu Walmartu, stacje lokalne dodatkowo prezentowały gdzie w okolicach centrów handlowych mogą tworzyć się korki, a policja apelowała, żeby nie trzymać zakupów w widocznym miejscu w samochodzie. Krótko mówiąc gorączka rosła.

W czwartek podszedłem do zakupów metodycznie – poczytałem o historii tego dnia oraz sprawdziłem strony internetowe sklepów w okolicy. Oba zajęcia przyniosły zaskakujące rezultaty i o tym będzie ten artykuł.

Bardzo ciężko jest mówić o historii czarnego piątku nie wspominając Święta Dziękczynienia, więc pozwolę sobie tu zamieścić krótki rys historyczny tego ważnego dla Ameryki dnia. Niestety będzie to tylko garść suchych informacji, gdyż nie udało mi się przyłączyć nigdzie do tradycyjnej kolacji, która jest tutaj obchodzona w rodzinnym kręgu. Tylko dwie grupy wydały mi się na tyle otwarte, żeby przyjąć samotnego wędrowca – studenci, którzy nie polecieli do domu, oraz bezdomni. Pierwszy wariant wydał mi się zbyt bolesny dla wątroby, drugi zbyt przygnębiający, zostałem więc w domu.

Święto Dziękczynienia to nic innego niż dożynki, święto plonów, które w swoich tradycjach mieli zarówno europejscy przybysze jak i natywni amerykanie. Pierwszymi udokumentowanymi obchodami była wielka biesiada na plantacji Plymouth w Massachusetts w 1621 roku, w której wzięło udział 53 przyjezdnych i około 90 rodowitych amerykanów (co znów mówi o skali tego kraju niecałe 400 lat temu). Od tego czasu tradycje i okres świętowania zmieniały się wielokrotnie – każdy stan ustanawiał swoją datę, obchody odbywały się od połowy kwietnia do końca listopada – przeważnie jednak pod koniec lata, tak jak kończyły się zbiory.
W 1789, a następnie w 1795 George Washington Ogłosił jednorazowe święta dziękczynienia, po czym tradycja zamarła na 20 lat do momentu, gdy czwarty prezydent USA James Madison ogłosił święto raz w 1814, a potem dwa razy w jedyn roku – w 1815. Przez kolejne 50 lat każdy stan ustanawiał (lub nie) sobie dzień świąteczny kiedy im się podobało, aż w 1863 Abraham Lincoln wprowadził wspólne święto Państwowe aby scalić bardziej północ z południem.

W przywiązanym do tradycji kraju promowanie produktów bożonarodzeniowych przed świętem dziękczynienia było uznawane za nieprzyzwoite. Skłoniło to Franklina Roosevelta do przesunięcia w 1939 dziękczynienia o tydzień do przodu w nadziei, że dłuższy okres świąteczny wspomoże sprzedawców, co w efekcie pomoże wyciągnąć Amerykę z Wielkiego Kryzysu. Wrato tu zauważyć, że miłośnicy teorii spiskowych mówiących o tworzeniu komercyjnych świąt (jak walentynki, czarny piątek itp.) ze względów ekonomicznych mają rację!

Znamienne dla Ameryki jest to, że pomysł Roosevelta republikanie odebrali jako zamach na Lincolna i postanowili obchodzić święto tak jak wypadało według starego zwyczaju. W wyniku politycznego buntu, a także z praktycznych powodów takich jak wcześniej zaplanowane imprezy i mecze sportowe, połowa stanów zignorowała dekret prezydenta (a mnie uczyli, że Ameryka go kochała). Kilka stanów, w tym Texas nie mogąc się zdecydować który wybrać ogłosiły dniami wolnymi od pracy… oba.
Aby uniknąć takich sytuacji obie izby parlamentu porozumiały się i w 1941 roku uzgodniły z prezydentem, że święto będzie się już zawsze obchodziło się w czwarty czwartek listopada. Większość stanów zaakceptowała te postanowienia, ale nie wszystkie – na przykład Texas jeszcze w 1956 obchodził święto w piąty (ostatni) czwartek. Kowbojom się tak łatwo rozkazów nie wydaje!

Parafrazując Piłsudskiego: amerykańska historia jest jak dupa – każdy ma swoją. Niektóre źródła podają, że od 1947 roku Krajowa Federacja Indyka (National Turkey Federation) co roku przynosi do Białego Domu indyka w darze dla prezydenta, który korzystając z prawa łaski ratuje go od kary śmierci. Inni przypisują początek tej tradycji Lincolnowi, natomiast kancelaria prezydenta mówi, że poza jednorazowymi zdarzeniami indyki są ułaskawiane dopiero od czasów Regana, a pozostali po prostu przyjmowali drób jako prezent (źródła milczą czy indyki był zjadane ze smakiem czy nie). Poniższe zdjęcia prezentują w kolejności Ronalda Regana, Georga Busha starszego, Billa Clintona i George W. Busha ułaskawiających ptaki*:

Prawidłowa nazwa czarnego piątku to „Dzień po święcie dziękczynienia” i tak właśnie określany jest on wszędzie poza szukającymi skandalu mediami, co wygląda dość niefortunnie w kalendarzach:

Krótsza nazwa była wymyślona w 1966 przez filadelfijską policję na określenie dnia, gdy w centrum miasta tłumy w amoku zaczynają łazić od sklepu do sklepu, a jeszcze w 1985 była w ogóle nieznana na przykład w Los Angeles. Ja jestem jednak tu i teraz, postanowiłem więc przyłączyć się do zabawy, szczególnie, że reklamy w telewizji przypominały co trzy minuty (co tyle jest blok reklamowy w stacjach informacyjnych), że okazje czekają. Jako, że nie potrzebuję ani nowego telewizora postanowiłem odpuścić szturmowanie sklepów o północy i rozpocząć polowanie na okazje około 10tej nad ranem po spokojnym śniadaniu.

Tuż przed 11tą zabrałem do auta zapas wody mineralnej (TV ostrzegała przed korkami!), sprawdziłem czy na pewno jest zatankowane do pełna i ruszyłem do Walmartu, którego reklama o jednodniowych super ofertach była w każdym (!) bloku reklamowym w YNN***. Na parkingu przed marketem nie znalazłem miasteczek koczowników, ani nawet walczących tłumów. Co więcej – nie znalazłem też zbyt dużo aut, bym powiedział nawet, że było ich tyle co na co dzień. Porównałem ceny z tymi, które pamiętałem z wcześniejszych wizyt – wszystko kosztowało tyle samo. Na środku niektórych alejek stały kosze oznaczone jako super okazje z kocami i starymi filmami na DVD. Prawdopodobnie mały dopisek na reklamie „ilość produktów ograniczona” pozwolił sprzedawcom ograniczyć te produkty do jednego na sklep. Podobnie było w Best Buyu (sklep z elektroniką), gdzie przygotowania do święta dziękczynienia było widać – w dziale z „gorącymi” towarami było dużo więcej telewizorów (w normalnych cenach), a na środku stał jeszcze stojak po telewizorach 32” w dobrej cenie. Klientów brak, podobnie jak w Targecie, gdzie znalazłem tylko promocyjne mikrofalówki i płyty CD z muzyką lat 70tych i 80tych.

Byłem zdeterminowany, żeby odkryć gdzie są te wielkie okazje, więc kontynuowałem podróż, aż znalazłem miejsce z parkingiem zapchanym po brzegi – było to przy lokalnym skupisku outletów, sklepów które nawet na co dzień oferują ubrania w niskich cenach. Większość sklepów rzeczywiście oferowała obniżki 40-55%, podobnie jak to robią przy innych wyprzedażach. Księgarnia i sklep z zabawkami rabatów nie oferowały, sprzęt AV był dostępny 10% taniej niż zwykle, czyli tyle ile kosztuje normalnie przez internet. Dla przyzwoitości kupiłem trzy koszulki w dobrej cenie i termometr do mięsa za $9.99 (bez rabatu) i wróciłem do domu słuchając w radio jak wielkie okazje mnie dziś czekają w miejscach, z których właśnie wróciłem.

* zdjęcia pochodzą z Wikipedii i dostępne są na wolnej licencji **
** Indyk z ostatniego zdjęcia spędził resztę życia w jednym z parków rozrywki Disneya.
*** lokalna stacja informacyjna

Share

[Szorty] Prawnicy a poczucie rzeczywistości

Im wieęcej słyszę o dokonaniach amerykańskich prawników, tym bardziej mam wrażenie, że żyją na innej planecie. Dzisiaj grupa Universal Music wystąpiła do sądu przeciwko Grooveshark o złamanie praw autorskich. Ok, do tego miejsca ma to sens, ale zaraz przestaje: UMG rząda zadośćuczynienia w wysokości $150000 za KAŻDE udostępnienie piosenki osobno, co łącznie daje odszkodowanie na poziomie 15 miliardów dolarów. Wg mnie każdy prawnik, który się pod tym podpisze powinien być starannie przebadany pod kątem kontaktu z rzeczywistością.

Share