[USA] Jak nie zapłaciłem na czas czynszu za dom

Z bankowości internetowej korzystam już dziesięć lat. Dokładnej daty nie potrafię określić, ale było to niedługo po powstaniu mBanku. Pamiętam jak kusiły mnie reklamy z oprocentowaniem depozytów o wysokości 16.5%. Tzn. pamiętam to głównie z tego powodu, że długo liczyłem ile z moich uzbieranych wtedy 225zł 30gr mogę otrzymać odsetek jeśli zacisnę pasa i będę odkładał dodatkowe 25zł miesięcznie. To było pierwsze rozczarowanie procentem składanym, w który do tej pory nie wierzę, szczególnie przy obecnych stopach procentowych. Natomiast sama oferta mBanku, mimo, że początkowo mikra, wystarczała na moje potrzeby i do tej pory wyznacza dla mnie standard wygody obsługi kont bankowych. Korzystam codzienie z banków w trzech krajach i mBank jako jedyny jest przewidywalny, czego niestety nie mogę powiedzieć o Bank Of America, którego klientem mam przyjemność (?) być.

Kilka miesięcy temu opisywałem jak musiałem sam sobie udzielić kredytu na kartę kredytową i szczerze mówiąc nie wierzyłem, że cokolwiek mnie w bankowości jeszcze może zaskoczyć. Nie doceniłem amerykanów. Zaczęło się w zeszły czwartek, gdy postanowiłem zapłacić za czynsz. W umowie mamy zapisane, że będziemy płacić transferem na konto, co mnie cieszyło, bo w poprzednim domu musiałem wypisywać papierowe czeki i deponować je w skrzynce wiszącej na budynku administracji. Pełen optymizmu zalogowałem się do banku, wybrałem opcję “Zapłać rachunek” (“Pay Bills”) i spędziłem 10 minut na kroku pierwszym wypełniając formularz, który był projektowany przez kogoś, kto a) miał pomysł, ale był to pomysł bardzo zły; b) cierpiał na bardzo ciężki przypadek autyzmu; c) nienawidzi swojej pracy i klientów. Krok drugi okazał się niemniej zaskakujący – musiałem wybrać datę płatności, przy czym najbliży dopuszczalny termin to 1szy listopada. Sprawdziłem kalendarz – był wciąż 27my października. W tym momencie już czułem, że coś będzie źle, ale ostatecznie zapłacić za czynsz miałem do pierwszego, więc zaryzykowałem i wysłałem płatność. Tak mi się przynajmniej wydawało.

1 listopada sprawdzałem konto kilka razy – pieniądze z konta nie zostały pobrane. Znalazłem natomiast zagadkową informację, że pieniądze zostaną pobrane gdy adresat przyjmie płatność. Nie widziałem u siebie w banku opcji “przyjmij płatność”, ale też nikt mi za nic nie płacił, więc lekko zaniepokojony ponformowałem właściela domu o potencjalnych problemach i czekałem dalej. Dziś, drugiego, z mojego konta wciąż nie pobrano ani centa, za to listonosz przyniósł niedostarczony list z banku zawierający… papierowy czek za czynsz! Tak, Bank Of America przyjął moje zlecenie ze strony internetowej, wydrukował papierowy czek i wysłał go pocztą do odbiorcy, żeby ten go zaniósł do banku, gdzie wprowadzą go do komputera, żeby dokonać przelewu na numer konta, który został wydrukowany na czeku.

Po rozmasowaniu guza, którego nabiłem sobie waląc czołem w biurko, zalogowałem się ponownie do banku, żeby wysłać pieniądze w inny – elektroniczny sposób. Odnalazłem wymagany formularz i już za drugim razem wypełniłem go poprawnie. Po potwierdzeniu chęci wysłania przelewu bank zapytał kiedy mają dostarczyć przelew – w trzy dni, na jutro czy na dzisiaj. Każda z tych opcji miała swoją cenę, załączam fragment strony banku, bo inaczej nikt mi nie uwierzy:

Będąc spóźnionym z płatnością (tutaj grzech porównywalny do przypadkowego zastrzelenia syna sąsiada albo użycia słowa “seks” w miejscu pracy) musiałem wybrać ostatnią opcję. $25 za cholerny przelew! Smaczku dodaje fakt, że opcja z wydrukowaniem czeku i wysłaniem go pocztą jest darmowa. Po każdym kontaktcie z bankami jestem coraz bardziej Oburzony.

Share

[USA] Jak nie pojechałem pociągiem

Zajadam się właśnie czekoladkami, które były przeznaczone dla dzieci z okazji Halloween. Dzieci jednak nawaliły, przyszedł tylko jeden mały batman w obstawie brata, którego mina mówiła “kazali mi z nim przyjść”. Młody cukierki brał chętnie, starszy dał się też na cukierka namówić, ale z wyraźną dezaprobatą.

Nadmiar cukru we krwi pobudził mnie do kombinowania. Przypomniałem sobie, że wybierając bilet do USA musiałem kupić powrotny, bo wychodził połowę taniej niż przelot w jedną stronę. Datę powrotu wybrałem losowo i dopiero dziś zorientowałem się, że wykupiłem bilet na jedyny długi weekend w drugiej połowie roku – święto dziękczynienia (co trochę pokazuję moją wcześniejszą ignorancję). Pomyślałem, żeby połączyć przyjemne z pożytecznym i zamiast pozwolić biletowi się zmarnować mogę przelecieć się kawałek, a przy okazji bym miał pretekst do przejechania się pociągiem dalekobieżnym do Bostonu. W końcu USA rozwinęło się dzięki kolei, nieprawdaż?

Pomysł na przejażdżkę jednak niewypalił i to nie tylko ze względu na zbyt wysoką cenę biletu – $249.00 w jedną stronę, ale na czas. Najszybsze połączenie oferowane przez Amtrack trwa 58 godzin i 39 minut, w tym 7 i pół godziny oczekiwania na przesiadkę. Samolot lecący na tej samej trasie bez przesiadek 3 godziny i 34 minuty kosztuje $330, czyli $80 drożej, a lot z przesiadką połowe mniej – $156 przy łącznym czasie przelotu 5 godzin 25 minut.

Klikając dalej zrobiłem literówkę w nazwie stacji docelowej i automat postanowił przekierować mnie do Kaliforii. Z Austin podróż pociągiem na zachodnie wybrzeże trwa ponad 84 godziny. Najdłuższy ciągły odcinek zajmuje 49 godzin i łączy Illinois z Kalifornią. Tak, dobrze napisałem – Illinois. Wygląda na to, że dziki zachód wciąż nie dorobił się połączeń kolejowych.

Miałem dziś opisać weekendową wycieczkę krajoznawczo-historyczną, ale dostałem od Dziadków książkę Tomasza Zalewskiego – Inne Stany. Czym różnią się od nas Amerykanie i idę poczytać jak inni opisują to co ja widzę. Dziękuję!

Share

[USA] Nie rozumiem, nie ogarniam, nie mam siły

W weekend do kotleta włączyliśmy nagrany z telewizji serial The Big Bang Theory jako niezobowiązujący wzmacniacz trawienia. Rozpoczęło się jak zwykle – krótki dowcip na zachętę, potem czołówka i… blok reklamowy. W trzeciej minucie! Przewinęliśmy, obejrzeliśmy cztery minuty i następny ryczący na pełny regulator przerywnik z reklamami. Kilka dni wcześniej podczas innej próby oglądania czegoś w telewizji odkryliśmy inny patent nadawców – między reklamy wplecione są pułapki na przewijających nagrane programy. Standardem jest brak informacji o rozpoczęciu i zakończeniu przerywnika, jednak teraz już da zmyłki pomiędzy zachwalanie chrupków, a nowego modelu odkurzacza wstawiony jest fragment czołówki aktualnie lecącego serialu. Ja się poddałem, więcej nie będę oglądał telewizji „rozrywkowej”, za którą i tak będę płacił $40 miesięcznie żeby mieć dostęp do wiadomości.

W zeszłym tygodniu moja firma zdecydowała się jednak wystąpić o zieloną kartę dla mnie, co rozpoczyna długotrwały (2-7 lat) proces przebijania się przez meandry administracji amerykańskiej. Cały proces jest tak skonstruowany, że nie da się go przejść bez udziału prawników. Moja firma sponsoruje znaczną część procesu, jednak za trzeci etap muszę sam zapłacić, o czym radośnie poinformowało mnie wynajęte biuro prawne. Poproszono mnie, żebym podpisał i przesłał im informację, że zgadzam się zapłacić opłatę podstawową oraz koszty pracy prawnika w wymiarze takim jaki będzie potrzebny. Koszt podstawowy obejmuje wypełnienie formularza I-485 (6 stron), co wyceniono na $2750. Każda dodatkowa godzina pracy prawnika (rozmowa przez telefon, sprawdzanie czegoś, co musi być sprawdzone, odpisanie na maila, wypełnianie kwitków itp.) kosztuje $545. Firma przedstawia się jako dobra dla mnie, bo łatwiejsze czynności może wykonywać początkujący prawnik za jedyne $200/h. W papierach, które mi podesłali nie ma ograniczenia czasu, które oni mogą uznać za niezbędny. Jeśli mnie doświadczenie nie myli, to pewnie do wszystkiego doliczą podatek, opłaty i dopłaty.

Opłaty i dopłaty, które tu są wszędzie. Pisałem wcześniej o rachunku za wodę i za rejestrację samochodu, podobnie jest z telefonami, kablówką i dokładnie wszystkim innym. W mieście gdzie mieszkam podatek stanowy od zakupów wynosi 8.5%, ponieważ do 6.5% podatku obowiązującego w teksasie miasto dołożyło 2% podatku o tym samym tytule. Dobrze, że nie muszę dawać napiwku brygadzie wywożącej śmieci.

Siedząc 2.5h godziny na chodniku przed urzędem zastanawiałem się skąd się to tu bierze. I chyba wymyśliłem – tutaj ludzie w ogóle się nie szanują – ani sami siebie, ani innych. Nie wiem czy nikt im nie powiedział, że sprawdzając czy komuś nie blokują przejścia nie tracą dużo, a komuś pomagają czy wiedzą, ale wolą z jakiegoś powodu tego nie robić i godzą się, że im inni będą robić tak samo. Nie wiem, nie rozumiem, nikt mi nie chce wytłumaczyć. Wiem tylko, że mi się to (i przez to tu) nie podoba.

Na tym kończę cykl marudzeń (w tym tygodniu), następny wpis będzie o tej przyjemniejszej części stanów.

Share

[USA] Ja chcę pasy

Pasy bezpieczeństwa w autokarze widziałem pierwszy raz pięć lat temu w Anglii i wydawały mi się wielką bzdurą. Dziś jechałem z lotniska autokarem bez pasów i czułem się niekomfortowo, że nie mam się czym zapiąć. Przyzwyczaiłem się do takich drobnych detali poprawiających jakość życia i/lub bezpieczeństwo i bardzo mi ich tutaj brakuje na każdym kroku.

Share

[USA] Zwiedzanie New England w deszczu

W Massachusetts kolejny dzień pada. Niedzielę spędziliśmy w poszukiwaniu słońca na wycieczce do Maine, co nauczyło nas sprawdzać nie tylko prognozę pogody, ale dokładnie nazwy miast. Udało mi się pomylić Portland z Portsmouth, dzięki czemu niedoszacowałem wycieczki o jakieś 4 godziny. Moim skromnym zdaniem nie powinno się używać tak podobnych nazw dla miast na wybrzeżu oddalonych o dwie godziny drogi*…

W Maine przytłoczyła nas zieleń. W normalnych okolicznościach roślinność raczej uspokaja, tam jednak na otoczenie dróg przywoływało wyobrażenie lawiny albo rozstępujących się wód Morza Czerwonego – z groźbą natychmiastowego zawalenia się ścian jak się trochę nagrzeszy. Jechaliśmy drogami przy samym oceanie, a odrobinę wody zobaczyliśmy dopiero gdy dojechaliśmy do samego czubka półwyspu.

Gęstość zaludnienia w Maine jest dokładnie osiem razy mniejsza niż w Polsce (16 vs 120 osób/km2), co widać po kurortach turystycznych – wyglądają jak miniaturki europejskich – dwie knajpki, trzy sklepy z pamiątkami i plaza. Jednocześnie “Wakacyjny Stan” wyglądał przyjaźnie – zamiast popularnych w USA plastikowych “marmurów” i ogólnego nadęcia znaleźliśmy dużo przyczep kempingowych i uśmiechniętych ludzi. W sklepie z pamiątkami dostałem 20% zniżki zamiast 20% obowiązkowego napiwku. Tzn babka się pomyliła przy nabijaniu na kasę, ale jak jej powiedziałem, ze mi wychodzi jakoś więcej, to prychnęła i podziękowała, po czym spojrzała na mnie z uśmiechem jakbym się urwał z choinki. Kiedyś chcę tam pojechać na wakacje, najchętniej w okolicach wczesnej emerytury.

W tym tygodniu podróżujemy na zachód – w stronę stanu Nowy Jork i wodospadu Niagara. Dziś też dostaliśmy gratis, gdy zatrzymaliśmy się gdzieś w górach zachodniego Massachusetts na późny obiad. Knajpa miała wyjątkowy niedostatek kadry i kelnerka dosłownie biegała od stolika do stolika. Jak się zorientowała, że nie mamy typowo amerykańskich wymagań odnośnie obsługi (zabawiania rozmową, pytań co dwie minuty czy wszystko nadal jest dobre itp), to dostaliśmy gratis trzy herbaty.

Po pobycie w Anglii herbatę nauczyłem się traktować poważnie i z pokorą. Tutaj niestety tego nie umieją. Amerykanie jako pierwsi na świecie wymyślili niekończące się napoje (nie obejmuje piwa), tzn. płaci się za jedną colę czy kawę, a jak tylko jej poziom opadnie w kubku poniżej 20%, to przybiega ktoś i dolewa do pełna. Z herbatą próbowali zrobić podobnie, co zaowocowało dość dziwacznym pytaniem “czy chcecie jeszcze gorącej wody do swojej herbaty?”. Barbarzyńcy.

Osiem godzin na deszczowej drodze utwierdziło mnie w przekonaniu, że piętnaście tysięcy aktów prawnych Związku Socjalistycznych Republik Europejskich* ma trochę zalet. Amerykańska wolność zupełnie nie uwzględnia prawa innych ludzi do wygodnego i bezpiecznego życia. Przyzwyczaiłem się, że dozwolone jest jeżdżenie na długich światłach kiedy tylko się ma na to ochotę i przy odrobinie wprawy w obracaniu lusterek, zwalnianiu tak, żeby dać się wyprzedzić i patrzenia bardzo daleko w prawo można prawie nie zauważać oślepiających idiotów. Ich kraj, ich prawa. Dziś za to odkryłem, że Unia Europejska musi regulować ilość wody rozchlapywanej przez auta jeżdżące po deszczu. Dokładnie każdy Chrysler, Buick, Pontiac czy Ford wznieca za sobą wielką chmurę wody podczas gdy VW, Audi czy Porsche zostawiają drobną mgiełkę. Azjaci albo też planują dużą sprzedaż do Europy albo też myślą o tych, których mijają – jazda za Mazdą, KIA czy Toyotą to czysta przyjemność – nic nie chlapie, nic nie pryska. Muszę spytać jakiegoś autochtona czy posiadając wielkiego pickupa Dodge nie ma się świadomości jak to przeszkadza innym czy ma się tą świadomość, ale się tym nie przejmuje, bo “jestem wolny, mam prawo chlapać ile mam ochotę”.

Miałem iść spać jakieś dwie godziny temu, żeby jutro zwiedzać na całego i potem mieć siłę to opisać. Nie wyszło ale lecę ratować resztki snu. Do przeczytania!

* można by odnieść wrażenie, że trochę dałem ciała, ale chętnie zwalę winę na kogoś innego
** zwanych czasem “Unią Europejską”

Share

[USA] Po czym poznać, że coś jest nie tak z tekstem?

Proste – nie ma do niego dobrego tytułu. Widzę, że za dużo wątków nawciskałem poniżej, ale stęskniłem się za pisaniem, więc zostawiam.

Wczoraj, po trzech i pol miesiącach od wysłania z Londynu, przyjechały nasze rzeczy. Straty są zadzwiająco nieduże – drewniany kurczak kuchenny stracił prawą stopę (2.5 x 2.5 cm) oraz zniknęła gdzieś stalowa rama do biurka (1.7 x 1.3 m). W zamian dostaliśmy czyjś plecak z koncerwami, hinduskimi świecznikami i starymi klapkami, ale za to oznaczony kartka “Gorcki”. Najważniejsze rzeczy przybyły bez szwanku i w tej chwili poza nami nasz dom zamieszkuje 41 pluszowych zabawek* oraz jeden pluszowy miś do samodzielnego montażu (wykroje, niktki, jakiś wypełniacz itp).

Ostatnie kilka dni w USA upłynęło pod znakiem tradegii narodowej spowodowanej obniżeniem rankingu przez S&P. Najlepszym dowodem na to, że decyzja była słuszna było to, że Pan Prezydent Obama spóźnił się na przemówienie o 45min, a potem powiedział tylko, że może i USA mają problem, ale według niego gdyby istniała nota AAAA, to ten kraj by na nią zasługiwał. Rynek odpowiedział nurkując na łeb na szyję w tak dynamiczny sposób, że wszystkie “Breaking news” pokazywały stan indeksów. Moje skromne przemyślenia po wysłuchaniu głowy kraju były następujące: trzeba zwiększyć tempo odkładania w funduszu wyprowadzkowym, a w wolnej chwili zacząć się uczyć chińskiego.
Coraz bardziej mam wrażenie, ze Amerykanie nie rozumieją, że czasy się zmieniają i zamiast tego wciąż starają się zaklinać rzeczywistość. Przyjaciel pracujący na styku starych (TV) i nowych (internet) mediów opowiadał kiedyś, jak tam prawnicy próbują zmienić fakty wytaczając procesy “internautom i internetowi”, bo w 1985 się tak dawało rozwiązywać problemy. Przykłady można mnożyć. W ostatnich tygodniach ostatecznie splajtowała największa w stanach sieć księgarni – Borders. W tej chwili jest w stanie likwidacji, we wszystkich sklepach jest wielka wyprzedaż, na której można kupić wszystko łącznie z meblami (rozważałem zakup kasjerki, ale przestraszyłem się, że małżonka może nie zrozumieć). Zachęceni wielkimi platakami “Wyprzedaż, okazje, wszystko musi zniknąć” pojechaliśmy kupić tyle przewodników ile udźwigniemy i po 45 minutach wyszliśmy z pustymi rękami. Dlaczego? Bo oni wciąż nie rozumieją dlaczego zbankrutowali – mimo wielkiej wyprzedaży ceny wciąż były wyższe niż w Amazonie czy Alibrisie. Drodzy Amerykanie, Panie Prezydencie – wielkie kolorowe plakaty “tanio” nie mają takiej masy, żeby zagiąć czasoprzestrzeń**!

Żeby nie wyszło na to, że spędziłem kilka tygodniu na marudzeniu chciałbym przedstawić jeden z najbardziej nieprawdopodobnych pomysłów jakie Amerykanie wprowadzili w życie – Skyway. Jest to system tuneli poprowadzonych między budynkami i przez budynki. W Minneapolis znajduję się on na wysokości pierwszego piętra i ma łączną długość około trzynastu kilometrów. W sąsiadującym St Paul tunele mają osiem kilometrów. Po zaparkowaniu auta na parkingu pod budynkiem można przejść całe centrum klimatyzowanymi przejściami nie stawiając nogi ani raz na ziemii. O ile w Minneapolis duża część sklepów ma dwa wejścia – ze Skywaya i z ulicy, o tyle w St Paul wejścia są tylko z tunelu. Spacerując ulicami ma się wrażenie, że stolica stanu jest zupełnie opuszczona i zapuszczona. W zamian dostaje się prawdziwy Amerykański sen – z klimatyzowanego domu można przez klimatyzowany garaż wsiąść do klimatyzowanego auta i przejść do klimatyzowanego biura klimatyzowanym korytarzem. Wciąż się nie mogę zdecydować czy to wyższy stopień rozwoju miast czy raczej tamtejsi mieszkańcy to po prostu miękkie dupy.

Czy te tunele mają uzasadnienie w pogodzie? Trochę tak – aura w Minnesocie jest podobna podobna do polskiej, może za wyjątkiem tornad, których mają trochę więcej. Temperatury są zbliżone – od -15 do +35 st C, przy czym odczuwalne są trochę wyższe z powodu ogromnej wilgotności powietrza. Podczas dosłownie pierwszego kroku poza lotniskiem straciłem orientację – poczułem jakby ktoś buchnął we mnie chmurą sprężonego gorącego powietrza, okulary natychmiast zaszły parą, a skóra zaczęła momentalnie pompować pot aby połączył się z wodą skraplającą się na mnie. To był pierwszy raz kiedy zastanowiłem się czy pomysł na wyjazd do Texasu był jednak do końca rozsądny. Na szczęście już za późno na zmianę decyzji.

* głównie misiów, ale są też: pies, dwa króliki, trzy łosie, dwie małpy, psopodobny gryzak dla zwierząt, kubuś puchatek jako myjka prysznicowa, pat i mat oraz kilka mniej lub bardziej niezidentyfikowanych stworzeń. Muszę niedługo zrobić stronę o nich zanim zgubię rachubę kto skąd przyszedł.
** tak, wiem, że nawet najmniejsza masa zagina, ale fizyczne dywagacje o wielkościach rzędu 10^-194 zostawmy na dyskusje przy piwie.

Share

[USA] Autostrady

Ameryka posiada 6.430.366 (słownie sześć milionów czterysta trzydzieści tysięcy trzysta sześćdziesiąt sześć) kilometrów autostrad*. Spróbowałem sobię wyobrazić ile to naprawdę jest i nie mogę – nawet inforamcja, że jest to 160 obwodów Ziemii lub 16 odległości Ziemii do ksieżyca nie przybliżyła mnie do zrozumienia ogromu ilości betonu i asfaltu, który Amerykanie mają do dyspozycji. Zakładając, że jeden pas drogi ma 2.5 metera, jedna nitka autostrady ma średnio 3 pasy (w Nowym Jorku ma 8 w jedną i 8 w drugą), a na każdej autostradzie (pomijając Katowice-Kraków) nitek są dwie, to z tego samego materiału można by wybudować drogę z Londynu do Bostonu (5300km) o szerokości (6.4M/5.3k)*3m*2.5*2=~18km. O, i to w końcu zrozumiałem – 18km to jest połowa mojej drogi do pracy, umiem sobie wyobrazić!

Za około 8 godzin dołączę do kilkudziesięciu tysięcy osób z Bostonu, które próbują jednocześnie przejechać fragment autostrady by dostać się do pracy na 9tą rano. 50 minut ciągłego przyspieszania, zwalniania, zatrzymywania się i zaglądania w lusterko czy ten za mną zdąży się zatrzymać. Pierwsze kilka dni próbowałem słuchać lokalnych rozgłośni radiowych, ale poddałem się po debacie na temat wielkości dotacji rządowych na zakup farm dla weteranów wracających z Afganistanu (uniwersalny temat jak akurat nic się nie dzieje ważnego, wraca co tydzień), analizie przemówienia Obamy wygłoszonego na zakończenie roku szkolnego gdzieś z Mississippi (“jak Wy możecie, to i cała Ameryka może!”) i dyskusji na temat tego, czy objadanie się gigantycznymi ilościami tłustych potraw z barów szybkiej obsługi jest szkodliwe, cytuję z pamięci:
– Lekarze tak mówią, ale nie ma dowodów, że bycie grubym szkodzi!
– Są badania…
– Oszukują! To manipulacje, nie ma korelacji między otyłością a zdrowiem!
– Jest! Cukrzyca, zawały, ciśnenie krwi…
– Udowodnij! To manipulacje, nie ma takich badań….!
Najpierw myślałem, że oni żartują, ale dyskusja była jednak na serio. Z resztą amerykanie mówią jak żartują (“costam costam, to była ironia”), bo pozbawieni poczucia humoru interlokutorzy (czy. statystyczny amerykanin) mogli by czuć się wprowadzeni w błąd.
Tak czy inaczej zakupiłem mały chiński odtwarzacz mp3 i słucham sobie wczorajszych audycji z Londyńskiego radia.

Żeby nie było, że znów marudzę, to wymyśliłem jak Polska może nadgonić Stany i Europę w ilości autostrad – wystarczy zmienić jednostki mierzenia polskich dróg – z kilometrów na kilkometry (1 kilkometr = około 7 metrów). Nikt się nie zorientuje czytając dokumentację, nawet może nawet dostacje z Uni będą.

* stan na koniec 2008. Informacji o planach rozbudowy autostrad na 2012 nie znalazłem.

Share

[USA] Jak ja nie lubie druczków!

Mało rzeczy tak drażni jak niekompetencja, a już szczególnie gdy nie można na obwinianego nakrzyczeć, bo się jest od niego zależnym. Tak bardzo by się chciało skarcić, dać w ucho, a trzeba siedzieć z podkulonym ogonem, żeby nie pogorszyć sprawy. Jest jednak sytuacja gorsza – gdy po ataku wściekłości odkrywamy, że to my jesteśmy winni, bo zapomnieliśmy czegoś zrobić. Wielką ulgę przynosi myśl, że na szczęście nie zdążyliśmy zrobić z siebie głupka przed niesłusznie posądzaną osobą! Dokładnie w ten sposób spędziliśmy dzisiejszy wieczór – firma od przeprowadzki odezwała się, że proszą o przesłanie wypełnionych formularzy, w tym dokładnej rozpiski co wysyłamy, bo chcą wsadzić nasze rzeczy na statek. Jak już nawymyślaliśmy im dlaczego proszą o taką listę teraz a nie wtedy jak mogliśmy zajrzeć do pudełek, to znaleźliśmy list z 20 kwietnia, w którym proszą dokładnie o to samo. Ups i uff na raz. Koniec przerwy, wracam do formularzy.

ps. wszystkich czytelników proszę o trzymanie dzisiaj kciuków za mojego Dziadka!

Share

[USA] Nie wszystko złoto co na dzikim zachodzie

Czy wspominałem ostatnio, że jak amerykanie coś robią, to robią to dobrze? Jak tak to muszę dodać “… chyba, że robią to absolutnie beznadzienie”. Przykładem dziś będzie moja ulubiona biurokratyczna maszyna nadająca numery ubezpieczenia społecznego. Wczoraj minęły cztery tygodnie od kiedy dwa tygodnie po przyjeździe wystąpiłem o przyznanie mi numeru, dzięki któremu będę mógł dostawać wynagrodzenie za pracę, na która wcześniej dali mi pozwolenie. Chyba wciąż nie są w stanie sprawdzić, że naprawdę tu przyjechałem, bo numeru jeszcze nie dostałem. Zgodnie z instrukcją zadzowniłem więc, żeby spytać co się dzieje. Dowiedziałem się dwóch rzeczy:
1. nie mogą mi nic powiedzieć przez telefon
2. jeśli na skrzynce pocztowej nie będzie mojego nazwiska, to listonosz i tak nie zostawi listu z numerem. Dla mojego dobra (!).
O tej drugiej informacji powinni mnie byli poinformować gdy składałem wniosek, ale zapomnieli.

Rzuciłem pracę, pojechałem od urzędu wylegitymować się paszportem i po 35 minutach czekania w kolejce dowiedziałem się, że:
1. numeru nie ma
2. nie wiedzą dlaczego
3. nie mogę zmienić adresu zamieszkania na który prześlą kartę, bo… do zmiany adresu potrzebny jest numer ssn (którego nie dostanę, bo nie mam dostępu do skrzynki pocztowej w poprzednim domu). Jeśli list odbije się od skrzynki i wróci do nich, to będę mógł wystapić o wydanie duplikatu karty. Dla swojego zdrowia psychicznego nie pytałem czy będę mógł wtedy zmienić adres…
Prosząc o ponowne wydanie wykorzystałbym jeden z możliwych duplikatów karty – każdy ma prawo do trzech duplikatów rocznie i nie więcej niż dziesiąciu w ciągu całego życia. Amerykanie uwielbiają takie idiotyczne regulacje i ograniczenia.

Druga rzecz, która średnio Amerykanom wychodzi, to dostrzeganie związków przyczynowo-skutkowych i wnioskowanie. Idealną ilustracją będzie krótka przypowieść o naszej wizycie w restauracji w sobotę. Wybraliśmy się do lokalu w ładnej miejscowości turystycznej, blisko oceanu, pośród pięknego lasu. Wystrój był bardzo gustownie stylizowany na brytyjski pub z dużą ilością detali typu tabliczki, napisy i plakaty, zgrabnie połączonych z typowo amerykańską restaruracją, w szczególności z wszechobecnymi reklamami, dość topornym humorem i zdecydowanym z nadmiarem osób: osobną obsługą do wskazywania stolików, inna do przynoszenia sztućców oraz kolejną do podawania jedzenia. To jest dobry moment, by wspomnieć kolejną amerykańską regulacje – wejście do pustej restauracji i pominięcie osoby, która wskaże nam wolny stolik, jest traktowane jako grzech, nietakt oraz zamach stanu w jednym i skutkuje niemiłymi uwagami ze strony obsługi, brakiem obsługi lub wyproszeniem z lokalu. Bycie prowadzonym przez pusty lokal aby usłyszeć pytanie “gdzie chciałby Pan usiąść” kruszy moją wiarę w ten naród.
Ale wracając do lokalu – było to naprawdę dobrze przygotowane miejsce. Przed jedzeniem postanowiłem umyć ręce, rozejrzałem się i… nie znalazłem wskazówkek gdzie jest łazienka, więc zacząłem krążyć, aż po zwiedzeniu całego lokalu spytałem kogoś z obsługi, kto wskazał doskonale ukryte wejście za załomem ściany. W tym czasie kelnerka zagadała do Eweliny pytając czy szukam łazienki, na co Ewelina zgodnie z prawdą przytaknęła. Na to kelnerka wyraźnie żaląc się na swój los odpowiedziała “wszyscy tak maja, po sto razy dziennie muszę mówić gdzie to jest”. Postawię pytanie: w jakim stanie intelektualnym trzeba być, zeby po 500 powtórzeniach tygodniowo nie wymyślić, żeby zrobić tabliczki z dyskretymi kierunkowskazami?
Wracając z łazienki wziąłem z korytarza wydanie “jedynej ogólnokrajowej brytyjskiej gazety”. Wertując ją zatrzymałem się na informacji, żę Anglia wygrała Ashes Series, co miało miejsce cztery mięsiące temu. Pomyślałem, że może wiadomości wolno przez ocean płyną, ale rzuciłem okiem na datę – to było poprzednie Ashes, a gazeta była datowana na wrzesień 2009. To tyle jeśli chodzi o jakość detali i ilość osób czytających.

Na zakończenie ciekawostka – nasza kablówka oferuje dostęp do “Pakietu Polskiego”, w skład którego wchodzą… TV Polonia. Tak, jest tylko ten jeden program. Dostęp do niego kosztuje $19.95 miesięcznie, tyle samo co do 10 kanałów HD z nowościami filmowymi. Cenimy się.

Share