[USA] Jackowo

Pierwszego dnia samodzielnego pobytu za granicą poszedłem do księgarni w Northampton, żeby kupić plan miasta. W głowie miałem przechowalnie toreb w Geancie i ochroniarzy zszywających reklamówki przed wejściem do łódzkiego Carrefoura, więc zastanawiałem się co zrobić z plecakiem, laptopem i walizką, którymi byłem obładowany. Zagubiony poszedłem do kasjerki i… zupełnie nie mogliśmy się zrozumieć. A właściwie ona nie mogła zrozumieć na czym polega mój problem z wnoszeniem toreb do sklepu. Wtedy nie wiedziałem, że można nie być podejrzewanym o niecne zamiary.

Od tamtego wydarzenia minęło prawie siedem lat i zdążyłem o nim zapomnieć. Wspomnienia wróciły podczas wizyty w Jackowie w Chicago, gdzie w sklepie spożywczym powitała mnie kartka:

Tak, wpis nie będzie marudny… Ale od początku:

Planując wizytę w Chicago spotkanie sławnej polonii z Jackowa (dzielnicy Chicago przy kościele św. Jacka) było dla nas kluczowym elementem wycieczki. Plan był prosty: żurek i schabowy, polskie muzeum i zwiedzanie dzielnicy.
Strona internetowa muzeum poleca restaruracje Podhalanka, opinie w internecie były zachęcające, a ceny przyjazne – poniżej $10 za obiad, więc postanowiliśmy właśnie ją odwiedzić:

Właściciel, krakowiak (od trzydziestu lat w usa), witając polsko-angielskim (przywodzącym na myśl wizyte Kargula i Pawlaka – “wy tu przyjechalyszcie na biznesz czy pleżer?”) usadził nas przy stole wyłożonym lekko pożółkłą ceratą. Lokal wyglądał jak tradycyjny bar mleczny dodatkowo przyozdobiony obrazami matki boskiej częstochowskiej, kilkoma obrazami papieża, lampkami choinkowymi i puszkami coca-coli. Gospodarz zaproponował, żebyśmy poza żurkiem spróbowali kilku ich specjałów. Dlaczego nie, pomyśleliśmy – dużo restauracji oferuje menu złożone z kilku próbek. Uradowany krakowiak zaczął przynosić jedzenie – siedem pełnych porcji, każda z nich wystarczająca za pełen obiad… Od tego momentu przestał też do nas podchodzić i zagadywać – złapał frajerów, to już więcej nie musiał. Przyszedł dopiero z rachunkiem na $51 i… prośbą, żeby napiwek mu dać gotówką, żeby nie musiał od niego opłat wnosić! Odmówiliśmy i z ciężkim sercem (a teraz myśle, że i niepotrzebnie) zostawiliśmy zwyczajowe 15%. To chyba jednak było za mało, na wyciągu z banku zobaczyłem, że krakowiak dopisał sobie trochę dodatkowo. Polak Polakowi Polakiem…

Z lekkim niesmakiem udaliśmy się do Polskiego Muzeum. Wejście do niego wymagało sporo wytrwałości – jedyna inforamcja na froncie to kartka na drzwiach biblioteki (widoczna poniżej). Potem już tylko wystarczyło wejść po nieoznaczonych schodach, zadzwonić domofonem znajduącym się przy ciężkich metalowych drzwiach i już po chwili można było wnieść opłatę za wejście. Przed główną salą muzeum, przy stoliku prezydialnym wyłożonym materiałem, siedziały trzy osoby. Wąsacz w środku rozmawiał przez telefon, pozostali patrzyli w dal. Wyglądali troche jak moja komisja poborowa albo sędziowie turnieju brydżowego, brakowało tylko popielniczki. Obok nich stał jeszcze ochroniarz, który nie pozwolił nam oglądać zbiorów do momentu aż zdejmę plecak. Na pytanie co mogę z nim zrobić zapoponowali, żebym rzucił go w pod zakurzony kaloryfer przy wejściu.

Poniżej kilka zdjęć z muzeum:

Więcej zdjęć nie mam, bo… w pozostałych (ciekawszych) salach był zakaz fotografowania.

Polskie Muzeum w Chicago posiada bardzo zróżnicowaną kolekcję w skład której wchodzą skarby kultury przywiezione przez Polskę na wystawę w Nowym Jorku w 1939 (nigdy nie wróciły do ojczyzny), trochę średnio zachowanych strojów ludowych, sporej wystawy pamiątek po papieżu (firgurki, obrazy, dywaniki z podobizną itp), sporej ilości obrazów (wg. Eweliny całkiem dobrych) w tym prace Zofii Styjeńskiej. Dolne piętro wypełniała interesująca kolekcja pamiątek po Igancym Paderewskim. Pilnująca nas bardzo miła i ochoczo przedstawiająca zbiory Pani (większość pomieszczeń można zwiedzać tylko z opiekunem) opowiadała, że muzeum boryka się z problemami finansowymi. I szczerze mówiąc nic dziwnego – ciężko tam wejść, atmosfera jest depresyjna, a w sklepiku nie ma ani jednej pamiątki z tego miejsca (nawet pocztkówki, magnesu, kubka, broszurki itp. – nie było na co wydać pieniędzy). Podsumowując – bardzo interesujące miejsce w fatalnej oprawie. Szkoda, bo warto pokazać to światu to co tam mają.

Przewodniki turystyczne mówiąc o “polskiej dzielnicy” wspominały, że ostatnio zmieniła się ona w dzielnice polsko-meksykańską. Moim zdaniem okolica jest już głównie meksykańska, ale… to chyba dobrze dla Chicago. Do czasu wizyty w w polskim sklepie nie spotkałem się jeszcze z otwartym rasizmem. A tu proszę, przy pierwszej próbie kontaktu dowiedziałem się, że polska dzielnica maleje, bo “wpuścili ‘meksyków’ i ci wszystko zabierają”. Więcej się nie dowiedziałem, bo starsza Pani odwiedzająca ten sam sklep uznała, że moja rozmowa ze sprzedającym jest nieistotna i wchodząc mi w słowo przejęła całą uwagę sklepikarza (co mu nie przeszkadzało, zainkasował już podwójną cenę ($1) za pocztówkę). Ewelina też za dużo od polonii się nie dowiedziała, bo jej rozmowę przerwał wpadający do sklepu tubylec wykrzykując “Panie Andrzeju, Pan coś zrobi bo ten czarny tu znowu…” czy coś podobnego.
Główną atrakcją był tam dla mnie sklep spożywczy z mięsem na hakach (zdjęcia poniżej) i zadziwiającą ofertą polskich towarów (mieli na przykład mleko “Łaciate”!). Kupiliśmy trochę nałęczowianki i czekoladowego zająca (rozważałem “zwyczajną” za $0.99/lb – 8pln/kg!, ale zrezygnowałem) i z ulgą opuściliśmy krajan, którzy tkwią głęboko w latach osiemdziesiątych i nie mogą pozbyć się najgorszych stereotypowych zachować (chociaż przyznaję, że czerwone nosy podpitych panów w kufajkach wyglądały nawet trochę zabawnie w zestawieniu z meksykanami w kreszowych dresach).

Jakby się ktoś pytał, to jestem za tym, żeby emigrantom zabrać prawo głosowania i zostawić ich (nas) w spokoju. Kojarzenie z Polską poloni tkwiącej w dawno minionej historii to niepotrzebne szarganie orzełka.

ps. Powyższy opis nie oddaje rzeczywistości Chicago, jedynie drobny, acz rozczarowujący, jej wycinek.

Share

[USA] Dzień trzeci – na zachód poprzez Nowy Jork

Trzeci dzień wycieczki spędziliśmy śpiewając lekko zmodyfikowaną wersję Ballady Wagonowej Maryli Rodowicz – “dwóch pasażerów PT Cruiser wiózł, od Saratoga Springs do Syracuse”. Mrozu akurat nie mieliśmy i przez Syracuse mieliśmy tylko przejechać, ale to miasto nie kojarzy mi się absolutnie z niczym innym. Tu przyszedł moment na refleksję – słuchając kilka lat temu Maryli (i nie tylko) nie wyobrażałem sobie, że możliwe jest zobaczenie tak odległych miejsc. A teraz wsiadam w auto, jadę i jestem. To jest piękne!

Wracając do faktów – noc spędziliśmy w hotelu w centrum Saratogi, która okazała się całkiem przyjemnym kurortem. Według przewodnika jest to jedno z głównych miejsc, gdzie nowojorczycy jeżdżą, żeby odpocząć. Chyba akurat nie byli zmęczeni, bo miasto wyglądało na zdecydowanie zbyt puste; do tego stopnia, że na festyn rzemiosła odbywający się w parku nie weszliśmy, bo wydawało mi sie, że jeszcze nie został otwarty – dokładnie ani jednego kupującego nie było. Obawiam się, że może to być spowodowane ograniczonymi urlopami.

Nasz hotel nie oferował rozsądnego śniadania. Tzn $3 za tosta, $3 za kubek soku, $4 za płatki + $3 za mleko, $3 za jajko, $4 za kiełbaskę i $5 za kawę (plus napiwek i podatek stanowy) itp uważam za lekko nierozsądne. Może czterogwiazdkowe jajko jest na tyle lepsze, że usprawiedliwia to cenę, ale na razie nie jestem przekonany. Gram ostatnio w totolotka, jak wygram, to sprawdzę. Tak czy inaczej moje skąpstwo dało nam szansę porannego spaceru w poszukiwaniu lokalnej jadłodajni. Główna ulica Saratogi przypomina trochę krupówki, ale z dopuszczonym ruchem samochodów środkiem*. Znaleźliśmy wszystko co chcieliśmy – jadłodajnię ze znakiem jakości (tzn. wypełnioną po brzegi lokalnymi ludźmi), sklep z pamiątkami i publicznie dostępne źródełko z wodą mineralną, którą z resztą wciąż mamy, bo jest tak słona, że ciężko się ją pije. W Saratoga Springs zwiedziliśmy także park zdrojowy, nabraliśmy jeszcze więcej niesmacznej (musi być zdrowa) wody, objerzeliśmy z zewnątrz wielkie budynki parkowe oraz pusty basen i ruszyliśmy dalej (do Syracuse!).

Mówiłem to już kilka razy, ale powtórze jeszcze raz – stany zjednoczone są wielkie. Z tego powodu aż do Syracuse pojechaliśmy autostradą, a dopiero pozniej skręciliśmy na północ w stronę Oswego. Już od zjazdu z autostrady widać wyraźnie – że stan Nowy Jork jest inny niż Massachusetts. Odległości między domami są jeszcze większe, miasta wyglądają na znacznie starsze, a ich ścisłe centra na scenografie westernów (małe sześcienne domki połączone szeregowo). Mijane miasta są znacznie mniej wybetonowane niż na wschodzie, na przykład komisy samochodowe trzymają auta na trawie zamiast na asfalcie, co sprawia bardzo swojskie i wakacyjne wrażenie. Podoba mi się,
Druga rzecz, którą można widać z drogi to sprzedaż lokalna. Przy ulicach stoi bardzo dużo aut charakterystycznie wystawionych daleko od domu, a blisko drogi. Najpierw myślałem, że niektórzy bardzo się lubią chwalić jakie ładny samochód (albo kosiarkę, traktor, przyczepę, łódkę itp) mają, ale w końcu wypatrzyłem, że większość z nich ma niewielką informację “na sprzedaż”. Jestem przekonany, że widziałem już podobnie wystawiane sprzęty, ale tam to wyglądało bardzo harmonijnie i dobrze wkomponowywało się w krajobraz. Podobnie jak stoiska farmerów – wzdłuż całej drogi łatwo było kupić świeżą kukurydzę, pomidory i melony. Niektóre z wystawionych stoisk były samoosbługowe – należy sobie samemu zważyć, zapakować i wrzucić pieniądze do przygotowanej skarbonki. Wieś amerykańska ma coś w sobie pociągającego.

Kolejnym przystankiem na trasie było Oswego, niewielkie miasto z fortem, który nie wytrzymał oblężenia brytyjczyków. Obsłudze fortu nie można odmówić pomysłowości – na drugim brzegu rzeki rozbili bardzo dużo pustych namiotów, żeby najeźcy się wystaraszyli ogromu wojsk czekających i zajęli się atakowaniem pustego obou. Fortel działał przez chwilę, ale stosunkowo niedługą – anglicy zaatakowali puste namioty, ale dość szybko zorientowali się, ze coś jest nie tak, więc wycofali się i przeprowadzili normalny szturm. Ford padł po dniu ataku.

Ostatni etap drogi pokonywaliśmy małymi drogami rozkoszując się widokiem lasów, pół, farm, wrzosów i temu podobnych wiejskich atrakcji. Po drodze zatrzymaliśmy się w lokalnej jadłodajni, w której byliśmy chyba jedynymi ludzmi, którzy nie znali wszystkich pozostałych, a następnie zatrzymaliśmy się na Sodus Point popatrzeć na zachód słońca nad jeziorem Ontario oraz starą latarnię morską (? jeziorną?), która nie stoi przy wejściu do zatoki. Jak ją budowali, to wejście stała prawidłowo na cyplu sygnalizując drogę do portu, jendak jezioro naniosło tyle piasu, że teraz latarnię od kanału dzieli ponad półtora kilometra. Muzum nie zobaczyliśmy, bo już było zamknięte, ale zrobiliśmy kilka zdjęć, m.in.:

Nie dokładnie pamiętam jak dojechaliśmy do hotelu, pamiętam tylko gorącą wannę z bąbelkami. To akurat amerykanie naprawdę dobrze wymyślili.

* Deptaki są wogóle rzadkością w USA, nawet po cmentarzach jeździ się autem.

Share

[USA] Biegiem przez Washington D.C.

Stany Zjednoczone zostały zbudowane na czterech fundamentach – jedności, bezpieczeństwa, dobrobytu oraz wolności. W celu zapewnienia powyższych kongres jest zobowiązany przez konstytucję do wspierania nauki oraz do ciągłej eksploracji nowych miejsc. Będąc w Waszyngtonie czuje się powiew powyższych zasad oraz potęgi tego kraju.

Pierwszy budynek Waszyngtonu – Capitol – zoostał zaprojektowany tak, by być największym budynkiem w całej uni stanów. Gdy miasto się zaczęło rozwijac kolejne budynki, pomniki i parki były budowane tak by dorównać siedzibie parlamentu, który to zamiar został zrealizowany w pełni, dzięki czemu centrum miasta jest majestatyczne i piękne zarówno w nocy jak i za dnia. Największe wrażenie zrobił na mnie gigantyczny, blisko sześciometrowy (na siedząco), Abraham Lincoln siedzący w marmurowym budnyku wzorowanym na greckich świątyniach. Zza piętnastometrowych kolumn widać pięknie podświetlonego ojca narodu patrzącego na Monument Waszyngtona i Budynek Capitolu. Nieprawdopodobne wrażenie.


Waszyngton zaskoczył mnie pozytywnie na wiele sposobów – National Mall, parki oraz monumenty dostępne są dla zwiedzających do jedenastej w nocy(!); główne muzea oraz budynki można zwiedzać całkowicie za darmo (!!); muzea są pełne informacji (jest co CZYTAĆ!) i błyskotliwych rozwiązań. Jeden z pomysłów, który mogę podrzucić władzom Łodzi to darmowe telefoniczne przewodniki. Działa to tak, że można sobie zadzwonić na podany numer i wybrać z klawiatury numerek odpowiadający oglądanemu miejscu po czym wysłuchać opowieści czytanej przez lektora. Tanie w przygotowaniu i w użyciu, po prostu genialne!

Budynek kongresu jest nazywany wspólnym domem i jest otwarty dla każdego, kto ma ochotę go odwiedzić. Naprawdę warto to zrobić i spędzić trochę czasu na obejrzenie niedużej, acz treściwej wystawy o splecionej z historią kraji opowieści o budynku, mieście i ludziach. Historię Stanów znałem głównie przez pryzmat wojen, dat i faktów wtłaczanych mi, z dość kiepskim wynikiem, przez różnych nauczycieli. Dopiero jednak tam na miejscu zrozumiałem jak myśleli pierwsi Amerykanie i dlaczego podejmowali takie, a nie inne wybory. Ze wstydem zauważyłem też, że bardzo niewiele wiem o konstytucji USA, więc zakupiłem sobie podręczne wydanie za okrągłego dolara. Drugiego dolara wydałem na książce o fladze i jej historii. W jak głębokiej ignorancji żyłem do tej pory przekonałem się, gdy zobaczyłem pierwszą (drugą, ale pierwszą po wykopaniu anglików) flagę USA. Jak obywatel uni czuję, że powiniem był znać poniższy wzór:

Poza budynkami rządowymi i muzeami miasto oferuje szereg innych atrakcji – w tym ogromną gotycką katedrę narodową budowaną od 1907 roku. Jednym z głównych powodów pielgrzymek do tego miejsca nie jest religia, a sto dwanaście gargulców. Przy czym większść osób nie jest zainteresowana stu jedenastoma, a tylko jednym przedstawiającym Dartha Vadera. Rzeźbiarz tłumaczył się, że gargulce przeważnie przestawiają demony i diabły, a że Vader był złym bohaterem to pasuje. Nie wiem kto to zatwierdził, ale czekam na Kaczora Donalda na ostatniej wieczerzy.

Półtora dnia to zdecydowanie za mało, żeby zwiedzić Waszyngton. Czasu zabrakło na zobaczenie wielu interesujących miejsc – pentagotnu, CIA z Kryptosem przed wejściem (mam pomysł jak go odczytać!), muzeum lotnictwa, muzeum szpiegów, stary (jak na USA) rynek, bibliotekę kongresu itp, itd. Tak, Waszynton, to miasto wielu atrakcji.

Share

[USA] Aktywna sobota

Uff… Wakacje zaplanowane, hotele zabookowane, rachunki zapłacone – mozna zasiąść do bloga! A nie, jest 23:45… Wszystko przez to, że muszę jeździć do klienta, 2h dziennie w aucie i ponad 8h wysiadywania na krześle (pojęcie praca nie jest tak szerokie, żeby to objąć). Nie umiem się zorganizować w tym trybie i chyba nie chcę się nauczyć.

Skoro mam dziś nie za dużo czasu, to wrzucę skróconą listę rzeczy, które odwiedziliśmy w ubiegły weekend:

  • New London, CT – robotnicze, biedne miasto, którego nazwa musiała być nadana po złośliwości
  • Naval Submarine Base New London, CT – baza marynarki wojennej, a przy niej pasjonujące muzeum łodzi podwodnych z koronnym eksponatem – atomową łodzią USS Nautilus (SSN-571), którą mozna zwiedzać. Muzeum jest szokujące, gdyż: jest dobrze oznakowane, posiada dużo informacji pisanych, jest darmowe, ma audioguide (przewodnik odtwarzany z plastikowego pilota). Tego ostatniego brakowalo mi najbardziej w miejscach, które odwiedzaliśmy wcześniej. Anglia przyzwyczaila mnie, że zwiedzając można się i bawić i uczyć, tu ten koncept wydawał się do tej pory zupełnie obcy. Brawo! Ciekawe było to, że amerykańskie rodziny wyraźnie nie wiedziały co z tym przewodnikiem zrobić – słuchać? stać w miejscu? probować przekrzyczeć? chodzić w kółko Zupełnie jak Kargul w Chicago.
  • Florence Griswold Museum, Old Lyme, CT – muzeum impresjonizmu założone na miejscu kolonii artystycznej z początku XXw. Oryginalnie był to pensjonat, do którego zjeżdżali przeróżni malarze i, każdy na swój sposób, przenosił uroki Connecticut na płótno, a potem także na drzwi i panele ścienne. Polecam to muzeum nawet średniozainteresowanym sztuką, poza ślicznymi krajobrazami i kilkoma napawdę udanymi malowidłami amerykańskich twórców do dyspozycji mamy obsługę, która z wielką pasją opowiada o historii i ciekawostkach związanych z kolonią. Mimo, że prowincjonalne i nieduże, muzeum to przerasta wszystkie, które obejrzałem w Bostonie – wygląda nowocześnie, a na ścianach są informacje, które można PRZECZYTAĆ. Bostońskie muzea są niestety przygotowane dla analfabetów, którzy gustują w przykurzonych panelach z płyty pilśniowej.
  • Essex – mała wieś nosząca dumną nazwę brytyjskiej krainy. Jest to niewielka miejscowość, która kilka lat temu wygrała konkurs na najładniejsze miasteczko w USA. I rzeczywiście jest śliczna i sielankowa. W ramach zwiedzania odwiedziliśmy kościółek (naprawdę niechcący wpakowaliśmy się w czasie wydawania opłatków w trakcie ślubu) – wnętrze stanowiło poważną konkurencję dla Lichenia – było male, ale każdy fragment był pokryty marmurem albo czymś złotawym. Na głównej ulicy znaleźliśmy butiki ze zbyt drogimi ubraniami, sklep z mydłem i powidłem w astronomicznych cenach i dużo lodziarni. Warto odwiedzić.
  • Goodspeed Theatre – prawdziwy teatr (taki prawdziwy-prawdziwy) na totalnej prowinicji. Widownia mieści więcej ludzi niż ma otaczająca miejscowość, w środku czerwony atłas, brąz i marmury – trochę jak Londyński Drury Lane Theatre. Na przedstawienie nie udało nam się wejść, bo bilety były wyprzedane, zamiast tego poszliśmy popatrzeć jak młody pilot uczy się lądować i startować na pobliskim lotnisku. Można powiedzieć, że to była rozrywka dość wysokich lotów.
  • Zamek Gillette’a – aktora najbardziej znanego z roli Sherlocka Holmesa. Zamek jest zbudowany z kamienia i przypomina europejskie średniowieczne zamki, nawet ma trochę ruin na dachu. Ruiny te zostały starannie zaprojektowane i wybudowane na początku XXw. Całość trochę trąciła plastikiem i wydaje mi się dobrą reprezentacją dla Stanów Zjedonczonych – kilka lat historii, ale można zapłacić, żeby wyglądało na zabytkowe.
  • Rezerwat Foxwoods – indianie w USA cieszą się wieloma przywilejami socjalnymi i podatkowymi, którymi rząd amerykański gasi poczucie winy. Jednym z przywilejów są rezerwaty, w których indianie mogą ustanawiać swoje prawa i żyć tak jak chcą. W ten sposób rezerwat Foxwoods zamienił się w betonowy jarmark – całość terenu pokryły hotele i kasyna. Skorzystaliśmy z gościnności i przegraliśmy w jednorękim bandycie $8.5 (ale przez moment byliśmy na plusie!), minęliśmy salę wielkostawkowego bingo (do wygrania Chevrolet Corvette), teatry i sale koncertowe, na których scenie występowali między innymi Elvis Presley, Michael Jackson i Britney Spears. Zrezygnowaliśmy z ofery restaruracji, ominęliśmy sklepy z pamiątkami i odjechaliśmy w siną dal. Przyznaję się, że uważam amerykańskie stosunki z indianami jako głupie. Pradziad jednego był tak głupi, że za butelkę whiskey i kilka wisiorków oddał pół lasu, a teraz ich prawnukowie bezwzględnie rypią pracujących Amerykanów na opiece zdrowotnej, podatkach i świadczeniach socjalnych, a gdy ktoś o tym coś wspomni, to krzyczą “ukradliście nasze ziemie, to nam się należy!”. Jednocześnie prawnukowie “gnębionych” butelkami wody ognistej w swoich wigwamo-kasynach nie zatrudniają ani jednego rdzennego mieszkańca. I tak pewnie by żaden się nie pofatygował do pracy, bo dostaje za darmo nieopodatkwoane pieniądze socjalne. I może też z tego powodu, że 95% “indian” ma w sobie mniej niż 10% natywnej krwi, a z religią przodków łączy ich tylko rabat podatkowy. Głupie, złe, niesmaczne.

O, i tyle zdążyliśmy zobaczyć w poprzednią sobotę. Niedziela minęła nam na pokazach lotniczych, a potem poniedziałek i wtorek na odzyskiwaniu jakotakiej równowagi. Trochę się boję, bo w poprzedni tydzień przejechaliśmy około 400 mil, na ten planujemy ponad 1000. Mam nadzięję, że i ja i auto damy radę.

Aaaa, przypomniało mi się niedzielne śniadanie w hotelu. Ceny hoteli, nawet przydrożnych bud, śa tutaj gdzieś między “bardzo drogo” a “kosmicznie drogo”, co niestety nie ma odzwieciedlenia w jakości. Za nocleg w Warwick, RI zapłaciliśmy $60 i to tylko dlatego, że Ewelina znalazła serwis, który sprzedaje noclegi w anonimowych hotelach, ale za to tanio – hotwire.com. Działa to tak, że podaje się region, oni pokazują, że dwugwiazdkowy kosztuje tyle i tyle, a trzygwiazdkowy tyle i tyle. Nazwę hotelu poznaje się dopiero po zapłaceniu. My wylosowaliśmy Comfort Inn, który był całkiem znośny tak długo jak się nie patrzyło na sufit i nie ma się wymagań odnośnie ilości kołder i prześcieradeł, ale po takim przydługim dniu usnąłbym nawet w aucie. Chyba właśnie odkryłem sposób na spanie tanio w czasie wakacji – tak się sponiewierać, żeby deska wydawała się pięknym łożem! Ale wracając z dygresji – oferowane śniadanie składało się tostów, sera topionego i… maszyny do pieczenia gofrów. Na blacie stało takie wielke pudło z kranikiem, z którego przelewało się trochę mazi (ciasta?) do kubka, nastpępnie psikało się sprejem na gofrowicę (zabrako mi odwagi, żeby sprawdzić co to za sprej), wylewało się maź i po dwóch minutach wyciągnąć można było gorfa. Efekt zjedzenia tego wynalazku przypominał połknięcie cegły, ale dzięki temu mogliśmy zrezygnować z obiadu. Dziś wyczytałem, że przeciętny amerykanin w ciągu ostatnich 30 lat zwiększył ilość przyjmowanych kalorii z 1900 do 2300. Nie wierzę w to, jestem przekonany, że albo mają tu wielką armię głodujących ludzi, którzy zaniżają średnią, albo ktoś źle zrobił badania. Na moje oko, to oni zjadają z 3500 dziennie, o ile się nie obiadają. Po tutejszych posiłkach zatęskniłem za owocami i sałatą! Naprawdę z własnej woli ostatnio zjadłem jabłko!

ps. Jest pierwsza 1:02, nie wyszło mi skracanie. Dobranoc i dzień dobry.

Share