[USA] Dziennik z podróży. O tym co w życiu ważne

Uważni czytelnicy zauważą, że zarzuciłem konwencję numerowania wpisów na rzecz skandalicznych tytułów w stylu gazeta.pl. Jest to związane z tym, że liczebniki powyżej dwudziestego robią się dość długie i trudne do zapisania, a ćwiczyłem tylko przy zapisywaniu dat, więc do trzydziestu jeden i nie chcę zrobić z siebie głupka jak przekroczę tę granicę. Nierobienie z siebie głupka wydawać by się mogło być czymś ważnym, ale badania oglądalności programów telewizyjnych oraz wyniki plebiscytów demokratycznych, mylnie nazywane wyborami, pokazują, że bycie głupkiem często wręcz pomaga. O niebalnej roli wsiowego głupka mówili różni wieszcze – od Monty Pythona i Poniedzielskiego po wielu mniej lub bardziej znanych autorów*, zatem pozostaje mi ten temat zostawić w spokoju jako rozbieżny z tytułem.

Po odrzuceniu rozsądku, do omówienia z rzeczy ważnych zostają czekoladki i piwo, o którym muszę wspomnieć jako pierwszym, gdyż kupiłem najnieprzyjemniejsze świata. W smaku było w miarę smaczne, nie za gorzkie, ale wyraziste. O mocy ciężko się wypowiedzieć, bo na etykiecie nie ma podanej zawartości alkoholu (jest za to jest informacja, w których stanach pusta butelka jest warta 10 centów, a w których tylko 5c), ale raczej lekkie – po wypiciu nie zauważyłem zbyt poważnych objawów. Do zakup tego piwa skusiła mnie jego zabawna etykietka:

Na czym polega feler tego trunku? Otoż jest to najbardziej moczopędny napój, jaki kiedykolwiek spotkałem. Wiem, że takie informacje nie licują z powagą tego miejsca, ale mogę o tym niie napisać. Przez pół nocy kursowałem!** Brrrr….

Czekolada, jako utwardzony substytut piwa, znalazła się w pierwszym koszyku moich zakupów tutaj. Po spróbowanieu okazała się rozczarowująca – papierowa w smaku i zupełnie niewywołująca zadowolenia. Pomyślałem, że źle trafiłem i kupiłem drugą. Potem trzecią. Po mału zaczynałem wierzyć, ze Amerykanie mają po prostu inny gust i celowo produkują produkty o tak specyficznym braku smaku. Jednak niedawno, zupełnie przypadkiem, wpadła mi do koszyka mała czekoladka firmy Godiva z Nowego Yorku i okazało się, że tubylcy jednak potrafią zrobić pyszne, aksamitne, przepełnione smakiem cudo w sreberku. Dziś powtórzyłem eksperyment i kupiłem trochę czekolady na wagę z delikatesowego stoiska z kakao i jego przetwoarami. Bingo! Rewelacja! Czyli:
a) w Ameryce istnieją dobre czekolady
b) dobre czekolady wyróżniają się ceną $50-$80/kg, gdy sklepowe kosztują $10-$20. God bless America.
Tu od razu ciekawostka – europejsie czekolady (Milka, Toblerone) mieszczą się w niższym przedziale cen.

Zostając w temacie jedzenia – na wczorajszej paradzie skusiłem się na precla z tego oto preclowozu. Wygląd trochę sugerował, że jest to typowy produkt turystyczno-odpustowy, ale moja misja poznawcza zmusza mnie do podejmowania zbędnego ryzyka. Stojąc w kolejce podpatrzyłem, że ludzie smarują precle musztardą, co i ja uczyniłem, gdy przyszła moja pora. Efekt tego przedsięwzięcia był średnio apetyczny:

Smak precla w pełni odpowiada jego wyglądowi. Smakował jak słonawa bułka posmarowana białkem z jajka przed upieczeniem, a po upieczeniu polana musztardą. Z sezamem… Z dobrych rzeczy, to zjedzenie na sucho takiego precla zapchało mnie na pół dnia.

Na zakończenie miły akcent – spotkałem dziś w sklepie bardzo przyjemną obsługę. Zarówno kasjerka (lat ok 60) jak i pakowaczka (lat ok 18) były uśmiechnięte od ucha do ucha, zagadywały, młodsza pochwaliła mój wybór masła orzechowego i skomplementowała moją koszulkę. To było przyjemne i odswieżające.
Teraz mi wpadło do głowy, że już wcześniej w kawiarni sprzedawczyni też dobrze zareagowała na tą koszulkę (taką zieloną z wielką żółtą uśmiechniętą buzią i napisem “Make me smile”). Muszę w niej częściej chodzić, chociaż dziwnie się w niej czuje. Ale o ubraniach i wyglądzie napiszę kiedyś indziej, jak już pozbieram myśli.


* Ta, to jest zabieg powszechnie stosowany przez dziennikarzy gazety gdy brakuje im twardych faktów.
** Inne piwa (dwa rodzaje), które tu spróbowałem nie powodują takich efektów i były smaczne.

Share