[USA] Z Texasu do Michigan

Ubiegły tydzień spędziliśmy w drodze. Przejechaliśmy lub zahaczyliśmy o: Texas, Arkansas, Oklahomę, Missouri, Illinois, Indianę oraz Michigan. Widzieliśmy tak dużo, że dopiero po zdjęciach będziemy mogli odtworzyć wspomnienia, to był kolejny tydzień który wydaje się zupełnie nierzeczywisty.

Początkiem porządkowania pamięci zewnętrznej jest mapa:

Zobacz powiększenie.

Dzienne odcinki:
Austin, TX – Texarkana, AR
Texarkana, AR – Hot Springs, AR
Hot Springs, AR – Branson, MO
Branson, MO – St Louis, MO
St Louis, MO – Chicago, IL
Chicago, IL – Merryville, IN
Merryville, IN – Ann Arbor, MI

Każdego dnia widzieliśmy coś ważnego, ciekawego albo zaskakującego. Na przykład ostatniego dnia, zupełnie przypadkiem, odkryliśmy, że spaliśmy blisko domu, w którym wychowywał się młody Michael Jackson. Odwiedziliśmy jego dom, mimo, że miejscowość Gary, IN, w której się on znajduje, zaliczana jest do najbardziej niebezpiecznych miejsc w Stanach Zjednoczonych. W dzień nikt do nas nie strzelał, więc wycieczkę zaliczamy do udanych. Tego samego dnia odwiedziliśmy Świątynię Drogi Krzyżowej rekamującej (!) się w jako interaktywne (!) przeżycie duchowe. Wbrew naszym obawom interaktywność organiczała się do możliwości wciśnięcia guzików, które odtwarzały nagranie mówiące o danej stacji. Całość zrobiona była ze zdumiewającym smakiem, mimo gigantycznego sklepu z pamiątkami (1500m2 błyszczących dewocjonaliów robi wrażenie!) zostawiła nam pozytywne wrażenie. Potem szybka wizyta nad jeziorem Michigan, irlandzki obiad, 350km i koniec ostatniego dnia wycieczki. Wcześniejsze dni opiszę później patrząc na zdjęcia.

Share

[USA] Krótki wypad do Ciudad Acuna w Meksyku

Kontynuacja świątecznego zwiedzania Teksasu.

Granica Texasu z Meksykiem cieszy się bardzo złą sławą za sprawą wojen gangów narkotykowych. Sprawy nie poprawiają nielegalni imigranci oraz przemytnicy. W efekcie turystyka w tym regionie właściwie upadła co doprowadziło do jeszcze głębszej zapaści regionu. Austin od Eagle Pass (przy Meksykańskim Piedras Negras) pod względem odległości dzieli 225 mil, czyli niecałe 4 godziny jazdy autem (według teksańskich standardów „niedaleko”), ale cywilizacyjnie te dwa miejsca nie mają ze sobą praktycznie nic wspólnego. W przygranicznych miastach dominuje język Hiszpański, bieda i nieufność do rządu amerykańskiego oraz jego przedstawicieli.

Na nocleg wybraliśmy miasto określane w przewodnikach jako przygraniczna stosunkowo bezpieczna enklawa normalności – Del Rio i rzeczywiście nie natknęliśmy się tam na nic niemiłego. Miasto z atrakcji oferuje kilka niskobudżetowych restauracji, niskobudżetowe hotele oraz całkiem ładne, acz opustoszałe „stare miasto”. Główną atrakcję jest tam jednak przejście graniczne do Meksyku do Ciudad Acuna.

Nad wycieczką do Meksyku zastanawialiśmy się wcześniej, ale po relacjach z internetu oraz opowieściach znajomych (podobno widoku wiszącej na moście odciętej głowy łatwo się nie zapomina nawet jak się ma na imię Jose), ale ostatecznie ciekawość wygrała. Pomógła nam bardzo wikitravel oraz właściciel hotelu. Rozmowa początkowo nie wyglądała obiecująco, gdyż na pytanie: „czy warto jechać do Meksyku i czy to jest bezpieczne?” uzyskałem błyskawiczną i rzeczową odpowiedź „1. Tak, 2. Nie”*, ale po dłuższej rozmowie ustaliliśmy, że niebezpiecznie jest tylko wyjść z centrum miasta albo poza miasto. Przygoda!

Ciudad Acuna jeszcze kilka lat temu była przeciętnym granicznym miasteczkiem, które w dużej części utrzymywało się z imprezowej turystyki – amerykanów wybierających się na smaczny obiad, wieczór/noc w klubach i powrót z bagażnikiem Tequilli. Na nieszczęście miasta włądze USA przymknęły granicę: zaczęli wymagać paszportów, przeprowadzać kontrolę oraz pobierać cło od alkoholu. Dzięki wysiłkom władz miasto utrzymało stosunkowo bezpieczne dla turystów centrum, jednak upadek widać na każdym kroku. Ale w temacie kroków zacznijmy od tego jak tam dotarliśmy.

Wikitravel poinstruowała nas, żeby podjechać samochodem pod granicę, zostawić go na parkingu strzeżonym i iść dalej na pieszo. Nie przygotowała nas jednak na to jak to będzie wyglądało w rzeczywistości. Po opisie wyobrażałem sobie parkingi zorganizowane jak lotniskowe – z bramkami, asfaltem i autobusami. Rzeczywistość była odrobinę inna – parkingi strzeżone okazały się półdzikimi piaskowymi placami z szopą i powolnym, grubym Meksykaninem wołającym Amigo! Zamiast w autobusie znaleźliśmy się na poboczu drogi szybkiego ruchu dochodzącej do mostu nad Rio Grande. W grzejącym słońcu (upał 26go grudnia jest warty trochę strachu!) uzbrojeni w butelkę wody i pluszowego misia ruszyliśmy na pieszo w stronę granicy.

Długi na 620 m most nad Rio Grande zakończony jest po obu stronach posterunkami granicznymi. Po stronie amerykańskiej przejście blokowała bramka, która otwierała się po wrzuceniu 75 centów od osoby – po uiszczeniu opłaty odprawa graniczna była zakończona. Strona meksykańska była równie otwarta dla pieszych – dla samochodów już nie – każde auto przechodziło szczegółową kontrolę z rozkręcaniem włącznie.

Pierwsze co widać w Ciudad Acuna (poza żołnierzami uzbrojonymi po zęby) to zupełnie inna architektura i… dentyści, co nie dziwi, gdyż cena leczenia jednego zęba w USA zbliżyła się do 50% średniego miesięcznego uposażenia.

Na pierwszy rzut oka widać też szyldy i reklamy – w znacznej większości ręcznie malowane (pepsi mnie urzekło!).

Zwiedzanie miasta zaczęliśmy od wizyty w sklepie z pamiątkami, gdzie po raz kolejny zostałem zawstydzony – sprzedawca mówiący po angielsku znał polskich bohaterów narodowych (z Karolem Wojtyłą na czele), wiedział gdzie leży Polska i jaka jest jej sytuacja w Europie. Czyli dużo więcej niż ja wiedziałem o Meksyku przed przyjazdem tutaj (a pewnie nawet więcej niż do tej pory wiem). Zamiast sombrero kupiliśmy gliniany talerz na ścianę po czym wyraźnie zadowolony sprzedający zaproponował nam nocleg (w cenie talerza) zachwalając, że jest w takiej okolicy gdzie się gangi nie zapuszczają.

Dość specyficzną atrakcją sklepu, na którą z dumą zwrócił nam uwagę sprzedawca (jakby dało się ją przeoczyć) była lalka wisząca na stryczku z przyczepioną kartką „Meksykańska sprawiedliwość” oraz wytłumaczeniem na drugiej stronie – „złodzieje będą powieszeni. Nie martw się, nie będziesz cierpieć”.

W mieście znajduje się znaczna ilość sklepów „wielobrażowych”, które zwiedzałem z dwóch powodów – aby oglądać towar oraz podziwiać sprzedawców, którzy chodzili za nami krok w krok sprawdzając czy czegoś nie kradniemy. Tylko protest małżonki zniechęcił mnie do dodatkowych rundek z niedyskretną ochroną na karku (nie codziennie biegają za mną młode i ładne dziewczyny!). Sam towar też był fascynujący – ubrania na wieszakach szczelnie opakowane z foliowe torby, discmany zamknięte w gablotach oraz eksponowane na szyldach jako „prawdziwie amerykańskie”, spodnie Wrangler. Interesujące były też sklepy bez drzwi i okien – zamiast szyb czy drewna od ulicy dzieliła je tylko krata – nie dość, że to oszczędne rozwiązanie, to jeszcze sprawia wrażenie otwartości na klientów.

Moją uwagę dość szybko przyciągnęły budy z ulicznym jedzeniem (pora obiadowa była!), które wyglądały paskudnie ale pachniały zachęcająco. Jako odważniejszy zdecydowałem się zaryzykować mięso w bułce i… do tej pory się cieszę. Mięso było soczyste i smaczne, a bułka pyszna i chrupiąca – zdecydowanie najlepsze pieczywo jakie jadłem po tej stronie oceanu. Odrobinę problemu sprawiła mi tylko, dorzucona jako przekąska, papryka, której mały gryz wywołał gwałtowną potrzebę znalezienia coli**. Weszliśmy więc do najbliższego miejsca gdzie wypatrzyłem czerwone logo i na migi kupiłem dwie butelki picia oraz (też na migi) dowiedziałem się, że nie jest na wynos tylko na miejscu. Usiedliśmy i zaraz podano nam gratisowe przekąski (tortille z kilkoma sosami – niezłe). Głupio mi było tak brać za darmo jedzenie do picia, więc poszedłem zamówić na migi coś kebabopodobnego (po tych ćwiczeniach z migowego mogę śmiało brać udział w mistrzostwach w kalambury) – także rewelacyjnie świeże i smaczne. Łącznie zostawiliśmy w tym miejscu niecałe $5 – tanio i smacznie – dokładnie przeciwnie niż po drugiej stronie Rio Grande.

O ile wejście do Meksyku było proste, o tyle wyjście z niego już nie. Przede wszystkim nikt na granicy nie mówił po angielsku, nie było też nigdzie informacji dla anglojęzycznych. Facet z karabinem ustawił nas w kolejce do zamkniętego okienka i bacznie nas obserwował. Gdy już doczekaliśmy się na obsługę okazało się, że zdolności językowe obsługującego nas dziewczęcia ograniczały się do czarującego uśmiechu i wymachiwania rękami. Po wezwaniu posiłków i nieudanej kolektywnej próbie ułożenia zdania grupa urzędnicza postanowiła pokierować nas na migi (albo tańczyli jakieś techno – ciężko powiedzieć). Kolejne 25 centów (lub 3 peso, co pozbawiło mnie pamiątkowych monet) opłaty za bramkę i znów byliśmy na moście. Wracając po trzech godzinach w stronę granicy rozmawialiśmy o tym, co różni małe meksykańskie miasteczko od miast Amerykańskich – po drugiej stronie Rio Grande ludzie żyją w mieście – chodzą, stoją, kupują, sprzedają, rozmawiają. Po prostu są na ulicach. Bardzo mi się to spodobało, dowolna liczba autostrad i parkingów nie zastąpi sprzedawcy ulicznego (szczególnie takiego krojącego na miejscu kokosa maczetą) czy straganu i trąbiących taksówek. Przynajmniej tam widać życie.

Po więcej zjdęć z krótkiej wycieczki do Meksyku zapraszan do albumu Eweliny oraz do mojego, znacznie skromniejszego.

ps. A tak właśnie wyglądają amerykańskie drogi około 20 kilometrów od granicy – taka blokada była na każdej drodze, którą jechaliśmy. Sprawdzają każdego – kontrola paszportów (w środku kraju!), zaglądanie do auta itp.

* plus poradę – jak chesz przejechać przez granicę nie przewoź narkotyków ani takich „małych ludzi”
** meksykańska coca-cola jest uznawana z teksasie jako przysmak – jest sprzedawana w sklepach dwa razy drożej niż lokalna.

Share

[USA] Nieświąteczne święta po amerykańsku

Wigilię 2011 rozpoczęliśmy ostatnim świątecznym akcentem tego roku – bardzo miłą rozmową na Skype z rodziną zasiadającą w Polsce do wieczerzy. Różnica siedmiu godzin w teorii nie wydaje się duża, w praktyce kolacja wigilijna tam zaczęła się zaraz po naszym śniadaniu.

Po wyjściu z hotelu pożegnaliśmy się z kurortem pełnym plastikowych kościotrupów w akwariach (zgaduję, że to miał być motyw piracki), plastikowych rekinów i ruszyliśmy na do San Antonio.

Pogoda nie była zbyt świąteczna – zaczynał siąpić deszcz, więc jako atrakcję dnia wybraliśmy zwiedzanie muzeum, bo widoki po drodze wyglądały tak:

Zdecydowaliśmy się zwiedzić zamieniony w muzeum w lotniskowiec USS Lexington zacumowany przy Corpus Christi. Wewnątrz hali służącej wcześniej do transportu samolotów pod pokładem znaleźliśmy motyw świąteczny:

Mimo kłującej w oczy „estetyki” Mikołaj jednak cieszył – był to właściwie jedyny przejaw publicznej manifestacji świąteczności na jaki natknęliśmy się tego dnia. Samo muzeum okazało się bardzo interesujące (przynajmniej dla obdarzonej chromosomami XY części wycieczki). Okręt jest zwany Lady Lex lub nazwą nadaną przez Japończyków w czasie wojny – Blue Ghost – Niebieski Duch, która to nazwa powstała z połączenia dwóch faktów – koloru na jaki był pomalowany (zgadniecie jaki?) oraz z tego, że Tokio było przekonane, że zatopili ten lotniskowiec cztery razy, a on wciąż pływał. Prawdopodobnie raporty składane z kamikaze po wykonaniu misji nie były zbyt dokładne…
Dość napięty plan zwiedzania nie dawał nam wystarczająco dużo czasu, by zajrzeć we wszystkie zakątki okrętu, zdecydowaliśmy się więc zobaczyć film, który prezentowali w pełnowymiarowej sali kinowej wydzielonej z jednego z pokładów (obecność sali kinowej zajmującej drobną część statku pokazuje od razu jego skalę – jest to na pewno największy obiekt pływający jaki miałem możliwość zobaczyć, tzn. poza Irlandią oczywiście*). Film okazał się bardzo interesującym reportażem o manewrach sił powietrznych przeprowadzonych w Nevadzie i zostawił nas w dużym podziwie dla pilotów myśliwców oraz w głębokiej zadumie dlaczego na pokładzie siedemdziesięcioletniego statku o bogatej historii nie mówi się o niej, tylko o zabawach wojennych na pustyni. Nawet w dziale „wojna z Japonią” wystawa dotyczyła głównie bliźniaczego okrętu zatopionego w Pearl Harbor. Wystawę razem z nami zwiedzali Japończycy, którzy z uwagą i bez mrugnięcia okiem czytali relację Amerykanów opisujących atak na Hawaje jako czystą zbrodnię (z dodatkowym komentarzem, że ten atak był bezpośrednią przyczyną, dla której włączyli się do wojny i ją wygrali przy drobnej współpracy państw europejskich).

Wycieczkę zakończyliśmy (jak zwykle) w muzealnym sklepiku, gdzie zauroczyła mnie poniższa tabliczka:

„Prosimy nie siadać na koszulkach”. Jakbym zawsze siadał…

Na wigilijną noc wybraliśmy dość ekstrawagancki hotel w turystycznym centrum San Anotnio z wyjściem na River Walk (ścieżkę nad rzeką obsadzoną gęsto restauracjami i galeriami – idealnym turystycznym miejscu). San Antonio zwiedziliśmy już w listopadzie, dlatego tą wizytę postanowiliśmy spędzić na relaksującym niewielerobieniu, odrobinę łamiąc tradycję szopki na rzecz prymitywnego acz przyjemnego hedonizmu. Wieczór rozpoczęliśmy lampką (albo dwoma) wina oferowanego przez hotel dla uprzyjemnienia pobytu, po czym poszliśmy na spacer po River Walk, gdzie dowiedzieliśmy się, że jak nie zdecydujemy się na wieczerzę teraz, to zostanie nam tylko McDonald’s, bo restauracje są zamykane o 20tej. Decyzja była szybka i w ten sposób karpia i pierogi zastąpiły mi krążki cebuli, pyszny półsurowy kawał krowy z ćwiartką kapusty z sosem z niebieskiego sera przepłukiwane kalifornijskim czerwonym winem (to jest ten moment gdzie ma czytelnikowi lecieć ślinka). Resztę świątecznego nastroju rozbili mi Anglicy rozmawiający w przez ścianki kabiny w toalecie o odmianach kupy i różnych sposobach na jakie rozpryskuje się woda gdy poszczególne rodzaje stolca wpadają do muszli. Alleluja. W tych okolicznościach nie zostało nic innego niż zanurzyć się w Jacuzzi (gorące wanny i basen umieszczone na dachu zostawiliśmy na następną wizytę).

Pierwszego dnia świąt ruszyliśmy na zachód – pod meksykańską granicę. 25 grudnia to jeden z niewielu dni w roku, gdzie prawie wszystko (poza McDonalds oczywiście) jest tu zamknięte i gdy zastanawialiśmy się co zrobić z dniem zobaczyliśmy wielką reklamę kasyna w rezerwacie Indian Kickapoo (czynne 24h 365 dni w roku). Pogodzeni z nieświątecznością naszego wyjazdu skręciliśmy w tamtą stronę i spędziliśmy ponad blisko trzy godziny grając na jednorękich bandytach ze stawką 1 cent. Wyszliśmy na niewielki minus – ja byłem $12 na plusie, małżonka przepuściła $14. Resztę dnia spędziliśmy zwiedzając przygraniczne miasta, które cieszą się sławą przemytniczą wojen meksykańskich.

… i znów zastała mnie północ, zaczytałem się o plemionach indiańskich na Wikipedii. W związku z tym o przygranicznych przygodach będzie dopiero w następnym odcinku. Jednak rządza wiedzy szkodzi.

* tak, wiem, wyspy nie pływają

Share

[USA] King Ranch

Mimo wszelkich prób zabetonowania całej powierzchni kraju, niektóre miejscowości nadmorskie zachowały swój urok. W jednym z takich miejsc zatrzymaliśmy się na kilka minut i w nagrodę mieliśmy możliwość obejrzenia zachodu słońca nad zatoką Palacios, która jest częścią zatoki Matagorda, która jest częścią zatoki Meksykańskiej. Nigdy wcześniej nie spotkałem wyodrębniania zatok z innych zatok (co może świadczyć o moim niedouczeniu), ale to nie jedyny nietrafiony pomysł nazewniczy tamtejszych okolic. Nazwę Matagorda nosi nie tylko zatoka, ale także wyspa, miasto, półwysep oraz cała kraina geograficzna. Ale to nie jedyne co mnie tam zaskoczyło, np. do tej pory nie wiem po co ta kobieta chodziła z parasolem:

Tym co wyróżnia Texas od innych części USA, które miałem okazję odwiedzić jest poczucie humoru. Momentami jest odrobine grubiańskie, bardzo często texaso-centryczne (np. już dwa razy słyszałem od przewodników „w 1845 Texas zezwolił Stanom Zjednoczonym na przyłączenie się do niego”), a mimo to dość swojskie (czy ktoś umie to przetłumaczyć tak, żeby zachować i treść i dowcip?):

Kilka innych zdjęć z tego samego miejsca:

Gdy wracaliśmy z plaży z przerażeniem odkryłem, że nasze auto gdzieś zniknęło. Na szczęście zostało tylko schowane za bardzo ładnym Fordem, który jest ucieleśnieniem powiedzenia, że „W Texasie wszystko jest większe”.

Tak bardzo jak lubię tutejszy humor, tak nie lubię niepunktualności, która niestety tu występuje tak masowo jak na południowym zachodzie Francji – osiem minut poślizgu przy rozpoczynaniu czegokolwiek (wycieczki, pokazu w kinie itp.) nie jest zauważane przez większość osób. Mimo porannej awarii auta (potwierdzającej starą zasadę „nie naprawiaj jeśli nie jest zepsute”) oraz zgubienia się na drodze (gdyż google maps oraz gps wsakzywały punkt oddalony o 10km od bramy wjazdowej) zdążyliśmy punktualnie na ostatnią przed świętami wycieczkę po największym na świecie ranczu King Ranch. Liczące obecnie 3340 km kwadratowych ranczo zostało założone w 1853 przez Richarda Kinga, który za 300 dolarów kupił 63 kilometry kwadratowe ziemi. Biznes rósł szybko i w połowie XX w. posiadał oddziały w kilku krajach świata, z czego jednak zaczął się wycofywać po założeniu embarga na Kubę i obecnie składa się z dwóch oddziałów – Texańskiego oraz Florydzkiego, gdzie produkuje pomarańcze. Oddział Texański utrzymuje 60000 sztuk bydła, 300 koni używanych przez kowboi oraz jest największym na świecie producentem orzechów pekanowych (z których w moim lokalnym supermarkecie powstaje przepyszny placek pekanowy!). Tamtejsi kowboje szczycą się szególnie własnymi gatunkami bydła powstałymi przez mieszanie osobników różnych gatunków, dzięki czemu uzyskali smaczniejsze mięso (podobno) oraz charakterystyczny brązowy kolor sierści. Wciąż nie wiem czy takie naturalne mieszanie gatunków jest lepsze czy gorsze od laboratoryjnej inżynierii genetycznej.

Ranczo King ma duże znaczenie dla gospodarki całego regionu, co zostało ukoronowane nazwaniem leżącego blisko miasta nazwą Kingsville. Ford dziesięć lat temu wprowadził wersję King Ranch Edition swojego flagowego pickupa F-150 , która dzięki ekskluzywnym dodatkom kosztuje dwa razy więcej niż wersja podstawowa, a w 2009 roku dostała nagrodę za najbardziej luksusowy pickup roku.

W czasie autobusowej wycieczki po ranczu mieliśmy okazję zobaczyć kojota, kilka gatunków orłów, jelenie, dziki i sporą ilość innych czworonogów, których nie rozpoznałem. Przewodnik opowiadał historie z życia rancza, np. że każdy kowboj dostaje rocznie pięć koni, które ma wytresować i od wyników egzaminu zależy jego premia. Jakbym mógł za $300 kupić kilka kilometrów kwadratowych ziemi…

Share

[USA] Idzie zima, czas nad morze!

Wielką wadą świąt w odległych częściach świata jest to, że jest się daleko od wszystkich, z którymi by się chciało te dni spędzić. Zaletami zaś są niewątpliwie pogoda oraz możliwość dalszego poznawania tego zakątka planety.

Grudzień 2011 jest miesiącem rekordowym pod względem ilości opadów w Teksasie – w wiadomościach w TV mignęło mi, że średnia z ostatnich lat została przekroczona dziesięciokrotnie. Bynajmniej nie oznacza to, że tu wciąż pada, wręcz przeciwnie – ostatnie dni są słoneczne i bardzo przyjemne do spacerowania. Dziś, w czasie przebieżki po okolicy, przechodziłem koło termometru, który pokazywał 74 stopnie (23 stopnie Celsjusza) i chyba się nawet trochę opaliłem. Bardzo polecam ciepłe kraje!

Korzystając z niezłej pogody i przymusowego urlopu pojechaliśmy na wycieczkę po południowym i południowo-zachodnim Teksasie. Przebieg naszej drogi widać poniżej, łączna długość trasy to niecałe 2000km.


Pokaż dużą mapę w nowym oknie

Mieliśmy jechać odrobinę dalej na zachód do parku narodowego Big Bend oraz do El Paso, ale zrezygnowaliśmy ze względów bezpieczeństwa. Big Bend jest najmniej uczęszczanym parkiem narodowych w całych Stanach Zjednoczonych, co niestety oznacza, że nie ma tam cywilizacji takiej jak: telefon, stacje benzynowe czy sklepy, są za to różne zwierzęta, takie jak niedźwiedzie, drapieżne koty, węże, pająki i skorpiony. Przewodnik wprawdzie opisuje, że tamtejsze skorpiony nie są groźne dla życia… większości ludzi, ale po analizie sytuacji skorzystaliśmy z pretekstu, że auto dostało czkawki po tym jak nalałem w nie za dużo oleju i z tego powodu nie pojechaliśmy w dzicz (bo przecież nie dlatego, że strach nas obleciał. Zignorowaliśmy też fakt, że serwis powiedział, że autu nic nie jest, a lampka check engine sama zgasła).

Nawet skrócona droga dostarczyła nam dużo wrażeń i wiedzy – poznaliśmy Teksas jakiego nie znaliśmy. A właściwie kilka zupełnie różnych Teksasów. Pierwszego dnia za dużo nie zwiedziliśmy, gdyż trochę dałem ciała z przygotowaniami auta do drogi – dałem się zaskoczyć jak drogowcy zimie. Okazało się, że wszyscy mechanicy mający dobrą opinię są zawaleni robotą, gdyż studenci wrócili do domów na święta i przy okazji oddali auta do przeglądów. Ale może dzięki temu zrozumiałem na jak odległej od pracujących amerykanów planecie żyję. Serwisy samochodowe oferują darmowe przejazdy do domu po zostawieniu auta oraz do warsztatu po jego odbiór. Mnie woziła dwudziestokilkuletnia, bardzo sympatyczna dziewczyna i gadaliśmy po drodze o różnych rzeczach, m.in. o tym, że jadę nad morze. Entuzjastycznie opowiadała o plażach, to zasugerowałem, że skoro je lubi, to by się na pewno jej podobało południe Francji. Powiedziała, że bardzo by chciała, ale, że to chyba za drogo. A potem dodała, że na razie marzą o tym, żeby zabrać dziecko do Disneylandu, znaleźli nawet bilety za $160 od osoby, ale nie mogą sobie na to pozwolić. Nie wiem jak jej narzeczony, ale ona pracuje na dwóch etatach (porównaj prawnik za $545 za godzinę). Wtedy do mnie dotarło jak frustrujące musi tu być bardziej pechowym niż ja.

Wracając do przygotowań – rano przed wyjazdem pojechałem wymienić opony, bo przednie wydawały mi się zbyt łyse. Serwisant się zgodził, ale powiedział, że tylne są dobre i proponują, żeby przełożyć je na przód, a nowe założyć na tył. Zawsze mi się wydawało, że lepsze idą na oś napędową, ale internet też twierdzi, że lepsze opony zawsze idą na tylną oś (piszę o tym, bo może się komuś ta wiedza przyda). W drodze do domu odkryłem, że auto skręca w lewo, więc musiałem wrócić do warsztatu, gdzie inny specjalista odkrył, że opony przełożone z tyłu na przód różnią się o trzy mm i zasugerował wymianę tej bardziej zużytej na nową. Do tej pory śmieję się z jego miny po tym jak spytałem czy w takim przypadku auto nie będzie skręcało w prawo, bo ta znów koła nie będą równe. Po przemyśleniu sprawy facet dał mi czwartą oponę gratis, ale wymiana trwała długo i łącznie opóźnili nam wyjazd o jakieś dwie godziny. Czyta ktoś jeszcze? Chyba stęskniłem się za pisaniem, że opisuję takie pierdoły.

Wyjeżdżając z tak dużym opóźnieniem musieliśmy zrezygnować ze zwiedzania Huston. Z drogi zauważyliśmy tylko ślicznie oświetlone centrum, kilkukilometrowy ciąg supermarketów, sklepów i salonów samochodowych przy autostradzie oraz ogólne udrogowienie tego miasta. Żeby przejechać na przełaj przez miasto zmierzyliśmy się z gąszczem krzyżujących się autostrad (obwodnice w usa nie są standardem, zamiast tego zbudowane są gigantyczne betonowe arterie przez środek) – nawet w Nowym Jorku nie widziałem takiego gąszczu „głównych” dróg. Z resztą Huston znane jest z nieokiełznanej motoryzacji, w wyniku czego centrum wygląda miejscami tak (zdjęcie to obiegło internet w 2009, autora nie znam. Te male ciapki to auta na parkingach.):

Dzień zakończyliśmy w Galveston nad samym brzegiem Zatoki Meksykańskiej, gdzie właściciel hotelu postanowił przetestować nasze umiejętności szpiegowskie i ukrył wjazd tak doskonale, że jeździliśmy wokoło bloku (w USA – blok to jednostka długości – blok dalej = przecznicę dalej – lub powierzchni – 1 blok = obszar ograniczony czterema ulicami). To naprawdę wyjątkowe uczucie gdy widzisz hotel i nie jesteś w stanie do niego dojechać. Wjazd znaleźliśmy wjeżdżając w każdą uliczkę i zawracając gdy się skończyła…
Wieczorem starczyło nam siły na spacer w szumie fal oraz wizytę na molo, gdzie musiałem kupić batonika jako bilet wstępu („bez konsumpcji nie wpuszczamy”).

Drugi dzień rozpoczęliśmy od zwiedzenia samego miasta. Galveston to bardzo przyjemny nadmorski kurort z dosłownie kilkoma atrakcjami – starymi (około 1895) willami, przyjemnym centrum oraz parkiem rozrywki, w którym stoją dwie ogromne szklane piramidy. Pierwsza z nich skrywa sztuczną dżunglę, druga gigantyczne akwarium. O najciekawszej dla mnie atrakcji – muzeum platform wiertniczych – dowiedziałem się dopiero dwa dni później, gdy już było za późno żeby zawrócić.

Zapach morza wywołał w nas wielką ochotę na świeżą rybę, ruszyliśmy więc na południe licząc na to, że w porze obiadu znajdziemy gdzieś jakąś miłą smażalnie. Naszą uwagę od głodu odwracał widok osiedli na palach, które ciągnęły się wzdłuż całego wybrzeża. Zgadujemy, że taka konstrukcja ma coś wspólnego z tropikalną pogodą i huraganami nawiedzającymi tą część stanów.

Po kilkudziesięciu kilometrach drogi znaleźliśmy się w miejscowości Freeport, gdzie powitał nas nowy, zaskakujący widok, który nie opuścił nas przez kolejne trzysta kilometrów:

Moje zdjęcia nie obrazują ogromu fabryk chemicznych Teksańskiego wybrzeża, wyglądają one jak ogrodzone siatkami miasta z chromowanych rur, zbiorników, dymiących kominów i świec wypalających niepotrzebne gazy. Byliśmy przerażeni gdy zobaczyliśmy tę fabrykę, jednak w ciągu następnych dwóch dni przekonaliśmy się jak bardzo byliśmy nieprzygotowani na to co zastaliśmy – każda większa korporacja chemiczna, z Dupont, BASF i DOW na czele, ma tu znaczną część swojej produkcji. Co gorsza, poza produkcją mają także przepisy, niestety nie w sercu, ale w części ciała umieszczonej trochę z tyłu. Rząd federalny USA wydał ustawę „Clean Air Act”. W zeszłym roku gubernator Texasu Rick Perry delikatnie, ale stanowczo powiedział władzom federalnym, że mogą się swoimi przepisami podetrzeć, bo narzucenie ogólnoprzyjętych standardów ekologicznych skutkowałoby utratą tysięcy miejsc pracy. Dyskusję uciął twierdząc, że prawo stanowe ma w tym przypadku wyższy priorytet, mimo, że Waszyngton twierdzi inaczej. No i tak sobie dymią.

I zrobiło się tak późno, że największe ranczo świata i dlaczego wygrałem $8 dolarów w kasynie opiszę jutro.

Share

[USA] Skąd się bierze woda sodowa?

Uwaga: artykuł zawiera dużo informacji zupełnie Ci zbędnych.

Na tytułowe pytanie próbował już odpowiedzieć Tadeusz Baranowski (“Ależ wodzu, co wódz!”), ale zmierzę się z jego wyzwaniem, gdyż tu odpowiedź jest inna.

Soda – tak Amerykanie nazywają wszystkie napoje gazowane, od lemoniady po cole. Nigdy wcześniej nie poświęcałem za dużo uwagi napojom tego typu, one po prostu były. Na studiach przed lub po wykładach szliśmy na coca-cole w butelkach 0.2l, a jakieś dwa lata temu dowiedziałem się, że napoje mają kalorie. Było to podczas spaceru po Canary Wharf w Londynie* – popijałem kupioną w Mark & Spencer lemoniadę i czekając aż Ewelina zrobi kolejne trzysta pięćdziesiąt zdjęć tego samego banku zacząłem z desperacji czytać etykietkę i mnie zamurowało, że litrowa butelka napoju dostarcza tyle samo energii co schabowy na smalcu.

Ale skąd się wzięły napoje gazowane? Kiedy powstały? Na te i inne nigdy nie zadane pytania uzyskałem odpowiedzi zwiedzając muzeum Dr Peppera – napoju prawie zupełnie nieznanego w Polsce, a dość popularnego w tej części świata. Muzeum mieści się w ślicznym, choć nieco sennym Waco, TX, około półtorej godziny na północ od Austin.

Kariera napojów zaczęła się od przedsiębiorczych aptekarzy, którzy starając się ulepszać smak swoich leków, dodawali do nich soków i innych substancji smakowych. Dokładnie nie wiadomo kto się pierwszy zorientował, że można zrezygnować z dodawania do nich medykamentów, tylko sprzedawać dla smaku, ale w połowie XIX wieku aptekarze zarabiali nieźle sprzedając farmerom nie tylko cygara, ale także „brain tonic” – napój robiący dobrze na głowę (czytaj wodę z sokiem). Aby przyciągnąć klientelę mieszali soki w tajnych proporcjach (w 1885, rok przed premierą coca-coli, Charles Alderton zaprezentował swój napój złożony z 23 różnych smaków (!), nazwany później dr Pepper). Do dzisiaj większość napojów, lącznie z coca-cola itp, sprzedawanych jest jako koncentrat do mieszania z wodą.

Napoje początkowo były nalewane z syfonów, a ich transport był niemożliwy aż do momentu wymyślenia wytrzymałych szklanych butelek. Będące w powszechnym użyciu w XIX butelki gliniane przepuszczały dwutlenek węgla, a szklane butelki nie wytrzymywały ciśnienia i pękały. Gdy już wymyślono butelki problemem okazały się… zatyczki. Okazało się bowiem, że korek wsadzony do szczelnej butelki z gazowanym napojem albo wystrzeliwuje albo schnie, kurczy się i wtedy wystrzeliwuje. Rozwiązanie – zaciskany kapsel – wymyślił i opatentował w 1892 William Painter. Dopiero ten wynalazek umożliwił obniżenie kosztów produkcji po poziomu opłacalności i masowa dystrybucja ruszyła – pierwsze maszyny potrafiły napełniać nawet 10 butelek na minutę! Ciekawostka: początkowo jako uszczelka w kapslu stosowana była płytka z naturalnego korka.

Dalsza historia dr Peppera to prawdziwy Amerykański Sen – laboratorium na zapleczu rozbudowano do małej fabryczki, potem większej aż stała się globalną korporacją i obecnie napój jest dziesiątym pod względem popularności na świecie. Warto wspomnieć, że autor oryginalnej receptury nie skorzystał na popularności swojego dzieła – recepturę przekazał swojemu szefowi Wade Morrisonowi, a sam zniknął w odmętach historii.

Wartym (?) wspomnienia zabiegiem marketingowym dr Peppera było promowanie produktów firmy jako „nie-cola”. W czasach gdy Pepsi i Coca-Cola wlaczyły na noże i ograniczały wzajemnie dystrybucję wymuszając na lokalach wyłączność na jeden gatunek coli, Dr Pepper sprzedawał się cichcem jako drugi – bo „nie jest colą”. Innym ciekawym zabiegiem marketingowym wykazał się wynalazca piwa korzennego (root beer) – początkowo swój napój nazywał herbatą korzenną, ale ktoś mu zasugerował, że piwo jest znacznie popularniejsze niż herbata. Tak się budowało USA.

Amerykańska „soda” wydaje się czymś więcej niż napojem – jest tu elementem kultury. W restauracjach, nawet tych lepszych, ludzie do wymyślnych posiłków sączą przez rurki napoje ze szklanek wyładowanych po brzegi lodem.
Napoje te sprzedawane są przeważnie jako kubek bez dna (bottomless) – czasami odnoszę wrażenie, że kelnerzy przynoszą nowe kubki tak szybko, że wygląda to jakby chcieli klientów utopić. Wyjątkowo zabawną konsekwencje ma to dolewanie dla mnie – przeważnie proszę o gorącą herbatę do posiłku. Gdy zbliżam się do dna biedny kelner z niepewną miną pyta „czy chciałby Pan trochę więcej wody do swojej herbaty”? I tak, zalewają potem moje resztki herbaty i wymoczoną torebkę drugą porcją wody. Dzięki temu mam do wyboru herbatę zbyt słabą (z drugiego parzenia) albo zbyt mocną (gdy po przemyśleniu stanu mojego kubka przynoszą drugą torebkę do dołożenia do poprzedniej).

Ps. Przypomniało mi się jak pewnego dnia poznana w Tuluzie amerykańska studentka bardzo uskarżała się na ból brzucha. Odrzuciła wszelkie możliwe europejskie sugestie (coś ciepłego, jakaś tabletka etc.) tylko poprosiła o coś z bąbelkami – w Ameryce wierzą, że to pomaga. I co ciekawe – jej pomogło.

* a dokładniej (z dokładnością do 5m) tutaj: N 51° 30′ 7.09″, W 0° 1′ 27.16″

Share

[USA] Yazoo, Mississippi (Jak tu wszędzie daleko!)

W naszej wspólnej podróży przez południe dojechaliśmy ostatnio na przedmieści miasta, które mnie zafascynowało na tyle, że postanowiłem poświęcić mu cały odcinek. Tam czas płynął inaczej, dzisiejszy wpis także będzie bardziej statyczny. Proszę czytać wolno.

Mississippi to biedny stan i tę biedę widać na każdym kroku. Pierwszym, dość łatwo zauważalnym sygnałem jest brak miejsc, w których można zjeść ciepły posiłek. We wszystkich stanach, które odwiedzaliśmy do tej pory, jeśli nie przy drodze, to wewnątrz osiedli łatwo było znaleźć coś na ząb. Różniły się ceny, jakość i nazwy (restauracja, diner, eatery, pub itd.), ale zawsze było co do ust włożyć. W Mississippi nie.

Jadąc na północ deltą Mississippi poszukiwanie strawy duchowej i cielesnej zaprowadziło nas do Yazoo City – największego (~14 tysięcy mieszkańców) miasta położonego przy naszej drodze. W USA miasta zwiedza się łatwo, ponieważ nazwy ulic (jak i wszystko inne) są dosłowne. Ustawiłem w gps kierunek na jadłodajnię przy Main Street (ul. Głównej) i dojechałem tam gdzie chciałem – w samo centrum. Zostawiliśmy auto przy miejskim rynku – klasycznym, kwadratowym z urzędem miasta w środku*. Nasza wybrana restauracja była jeszcze zamknięta (otwarcie za dwa tygodnie), więc ruszyliśmy w głąb ulicy, do czego zachęcała delikatna, acz przyjemna muzyka płynącą z głośników rozmieszczonych na słupach. Spodobało mi się tam od pierwszego wejrzenia, głównie za sprawą ślicznie zadbanych domów:

Szliśmy radośnie w przyjemnie grzejącym słońcu słuchając kojących dzwięków muzyki klasyczne i oglądając wystawy sklepów z antykami, meblami i innymi drobiazgami. W pewnym momencie naszą uwagę przyciągnął “teatr” zrobiony z zawalonym sklepie:

Weszliśmy do środka. Widać, że ktoś włożył sporo pracy w to miejsce (efekty zostawmy z boku, doceńmy wysiłek).

Pomijając kwestię bezpieczeństwa jest to niewątpliwie interesujące wykorzystanie rudery, która w ten sposób zamiast straszyć – cieszy. Coś jednak było niepokojącego w samym fakcie istnienia takiego miejsca w centrum miasta. Dalszy spacer zamiast odpowiedzi dołożył pytań – jak w ciągu pięćdziesięciu metrów centrum może zmienić się w coś takiego?

Z każdym krokiem coraz bardziej niedowierzałem temu co widzę:

I zaglądając przez wybitą szybę:

I tak już było do końca drogi, wszystko było zakmnięte za wyjątkiem baru z piwem i leżącego przy poprzecznej ulicy fryzjera. Tego ostatniego nie zapomnę długo, gdyż wziąłem go za sklep spożywczy i poszedłem tam kupować colę. Widząć, że jesteśmy lekko zagubieni, miejscowi postanowili nam pomóc i rozpoczęła się typowa rozmowa (skąd jesteś itp). Tym razem rozmowa ucięła się dość szybko, bo każdy z nich rozumiał co któreś nasze słowo i próbowali sobie wzajemnie wytłumaczyć co my powiedzieliśmy. W jakiś sposób zrozumieli, że chcemy zwiedzić ten oto lokalny salon fryzjerski i porobić tam zdjęcia. Jeden z nich wykazał się podziwu godną nadgorliwością i pobiegł o tym fakcie poinformować właściciela oraz gości salonu (a patrząc po ilości ludzi w środku jest to lokalne centrum rozrywki) po czym wprosił nas do środka. Wewnątrz zobaczyliśmy jakieś dziesięć, równie zdziwionych co my całą sytuacją, osób. Ze względów na różnice w wymowie między polsko-angielskim a afro-angielskim i całkiem uzasadniony brak tematów do konwersacji, rozmowa nie specjalnie się kleiła. Mimo bardzo przychylnego podejścia wciąż lekko oniemiałego towarzystwa nie podjąłem próby kupowania coli, tylko podziękowaliśmy i zwialiśmy zostawiając tą lekko Monty Pythonowską scenę za nami.

Poniższe zdjęcie przedstawia sklepo-fryzjera oraz naszych przemiłych gospodarzy.

Fryzjerzy mieli pełne ręce roboty nawet bez naszej wizytacji:

Warto odnotować, że wszyscy byli dla nas bardzo mili, uprzejmi i pomocni. Po doświadczeniach z podróży i obu krótkich pobytów w Texasie jestem gotowy zaryzywkować stwierdzenie, że na południu ludzie są bardziej radośni, uśmiechnięci i otwarci. Przy nich północni amerykanie wydają się gburami (którymi nie są, w szczególności w porównaniu z kolei do mieszkańców niektórych zakątków europy). Nigdzie wcześniej sprzedawca w sklepie nie oferował opowieści o regionie i zaproszenia do domu na obiad podczas następnej wizyty.

Otwartość i gadatliwość miejscowych rzuciła trochę światła na stan centrum miasta. Okazuje się, że Yazoo City nie ma szczęscia do pogody. Pierwszym powodem upadku centrum była powódź w 1927, po której miasto bardzo zubożało i już nigdy nie przestało biednieć, co z kolei spowodowało stopniowe zaniedbanie reprezentacyjnej ulicy aż do jej całkowitego porzucenia i zamknięcia kilkadziesiąt lat później. Opuszczonym budynkom nie pomogły też dwa tornada** z 2004 roku, które zabiły kilka osób i zdemolowały znaczną część miasta. Dopiero w ostatnich latach grupa mieszkańców nie mogąc patrzeć na straszące rudery zdecydowała się odbudować i ożywić miasto. Wynikem tych operacji jest muzyka, kolorowe budynki i sklepy z towarami dla turystów, głównie oferujące produkty lokalnych artystów i rupiecie (zwane w USA antykami). Wyjątkowo spodobał mi się sklep, w którym na dwóch piętrach były porozstawiane stragany ze wszyskim – od mrożonej kiełbasy, przez drewniane jezusiki do mebli i sukni balowych. Na stoiskach nie ma tam sprzedawców – można chodzić i oglądać wszystko, po czym zapłacić w kasie. Sprzedawca-właściciel jest jednym z ludzi zaangażowanych w odbudowę miasta i opowiadał nam o rekonstrukcji z prawdziwą pasją, zarażającym optymizmem i wielką wiarą, że Yazoo City znów będzie lśniło jak w 1920 roku. Trzymam za nich kciuki.

Poniżej udostępniam kilka zdjęć z tego właśnie sklepu. To naprawdę nie jest rupieciarnia, tylko źródło utrzymania dla wielu mieszkańców:

Lokalni artyści reprezentują bardzo zróżnicowany poziom, a nie mają oporów, żeby prezentować swoje prace. Może dzięki temu w USA jest bardziej kolorowo. Prawie każda knajpa ma interesujący wystrój, na przykład obrazki z życia okolicy malowane na ścianie albo wyszyte haftem krzyżykowym, wycinanki z gazet, zdjęcia gwiazd przeplatane kawałkami instrumentów lub po prostu stare żelastwo poustawiane ozdobnie w najmniej rozsądnych miejscach (czytaj “sztuka”). A biorą to wszysto pewnie z tego typu miejsc:

Poniższe zdjęcie oddaje nastrój panujący w sklepie. Twarz należy do właściciela tego marketu:

Górne piętro nie odbiegało jakością wystawy od dolnego:

Podobne kompozycje papierowo-materiałowo-wstążkowe widziałem już w kilku miejscach, nie tylko na sprzedaż, ale także naprawdę wywieszone jako ozdoby. Nie udało mi się jeszcze dotrzeć do nazwy tego czegoś, jakby ktoś wiedział, to poproszę o informację.

Ciężko niezgodzić się z nazwą sprzedawcy, to stoisko naprawdę miało “Kreatywną Aranżację” (poszerzając przy tym odrobinę zares słowa kreatywny na obszary zarezerwowane do tej pory na bałagan. Podobna mi się, zawsze wiedziałem, że jestem kreatywny!).

W szafie siedziała czyjaś stara lalka:

Nie żartowałem z tą kiełbasą. Sprzedawca pochodzi z sąsiedniego (około 200km) miasta i według informacji przyjmuje zamówienia na wszelkiego rodzaju mięsa oraz gotowe potrawy. To by jednak sugerowało, że w tym sklepie kupują także miejscowi, ciężko mi sobie wyobrazić turystę, który dzwoni z tygodniowym wyprzedzeniem, że chciałby w Yazoo odebrać mrożone udka indyka oraz tamale***.

W zachodniej części miasta też się nie przelewa. A tu nie ma pomocy socjalnej – jak Ci się dom wali, to albo go podeprzesz kijem, albo śpisz w samochodzie, namiocie albo pod gołym niebem.

Gdyby nie bieda i przyroda mógłbym rozważyć życie w Mississippi. Podoba mi się tutejsze tempo pracy.

Yazoo City zapamiętam tak jak na zdjęciu poniżej. Bardzo chcę wrócić tam za kilka lat i zobaczyć czy mieszkańcy zrealizowali swoje marzenie o odbudowie.

Dziękuję, że mogłem zabrać Cię do tego niesamowitego miejsca. Dalszy ciąg podróży już niedługo.

* miasta są tu bardzo podobne, większość realizuje jeden z dwóch wariantów – główna ulica i przy niej wszystkie budynki lub centralny plac od którego odchodzi głowna ulica. W centrum placu poza urzędami dopuszczalne są także banki, parkingi i fontanny.
** mieszkanie na południu ma swoje wady. Poza przyrodą ożywioną, która stara sprawia wrażenie zdeterminowanej aby ugryźć lub użądlić każdego conajmniej raz dziennie, przyroda nieożywiona w postaci huraganów, tornad, ulew, powodzi i suszy nie daje tu spokojnie odpoczywać.
*** lokalna potrawa – papka fasolowa lub kukurydziana na ostro gotowane po zawinięciu w liście kukurydzy. Bardzo smaczne! Przy okazji dziękuję kelnerce, która uprzedziła nas, że liści się nie je, pewnie do tej pory byśmy siedzieli w knajpie i próbowali je przeżuć.

Share

[USA] Jak tu wszędzie daleko! (część 2 z 3)

Oto faktografii podróżniczej część druga, ale nie ostatnia. Musiałem znów podzielić tekst, gdyż tu się dużo dzieje – dziś byłem na spotkaniu Geeków z Round Rock (wireshark wyjątkowo dobrze pasuje do hamburgera z niebieskim serem). Ciąg dalszy w najbliższej przyszłości, opóźnienia mogą być spowodowane tym, że jutro i pojutrze idziemy na festiwal malowania kredą po chodniku. A biurko wciąż czeka w 132 częściach…:

  • Odwiedzone stany c.d.
    • Georgia – autostrada z Chattanogi w Tennessee (TN) do Winchester TN prowadziła przez, a raczej zahaczała o, Georgie. Po kilku milach wróciliśmy do TN, odległość jednak wystarczyła a) mi, żeby odnotować ten fakt tutaj; b) amerykanom do wystawienia gigantycznych (wysokość swiecących czerwonych liter jakieś 10 metrów) reklam fajerwerków.
    • Alabama – słowa piosenki “Sweet home alabama” znajdują się nawet na rejestracjach samochodów. Ze wszystkich atrakcji stanu wybraliśmy obiad w kafeterii Irondale Cafe znanej z książki i filmu “Zielone Smażone Pomidory”. Lokal okazał się nie być atrakcją turystyczną, lecz miejscem gdzie lokalni emeryci przychodzą zjeść obiad słuchając muzyki lat 50tych. Główna potrawa spełniła oczekiwania – aromatyczne zielone pomidory smażone w głębokim oleju oraz mnogość świeżych sałatek stanowiły miłą odmianę od paszy serwowanej w większości tutejszych lokali.
    • Mississippi – jeszcze nigdy żadne miejsce nie budziło we mnie tak skrajnie sprzecznych emocji. Wjeżdżając do MS jedynymi skojarzeniami jakie miałem z tym stanem były Blues i huragan Katrina. Jako pierwszy odwiedziliśmy stary kapitol w Jackson – stolicy stanu. Po wyjściu z przypieczonego południowym słońcem auta weszliśmy do pięknie wyremontowanego budynku, który okazał się być… muzeum tego budynku utowrzonym po tym jak inne muzeum przeniosło się do większego miejsca. Sama historia i stan budynku rzucają sporo światła na Amerykę: ten historyczny (wg Amerykanów właściwie antyczny) budynek został wybudowany w 1839, a już po niecałych czterdziestu latach wymagał generalnego remontu łączie z fundamentami. Około 1910 roku budynekowi groziła rozbiórka ze względu na fatalny stan konktrukcji. Obecnie budynek wygląda ślicznie jak na (zwracam uwagę na “jak na”) amerykańskie standardy – dużo tam pomalowanej dykty, plastikowych odpowiedników itd – według tutejszych standardów pomalowana sklejka nie jest gorsza od mahoniu, a okleina od marmuru. Według opisów remont muzeum kosztował grube miliony dolarów, ale zgadzam się, że efekt był tego warty.

      Nie jestem do końca przekonany czy ludzie mieszkający około 2-3 mil na północny-zachów od muzeum podzielają mój entuzjazm
      do ślicznych budowli podczas gdy sami mieszkają w slumsach. Inaczej tego nie można nazwać – 40% ludzi żyje tam poniżej progu ubóstwa/głodu. Mając swieże obrazy nieskazitelnego budynku przejeżdżaliśmy między domami trzymającymi się na taśmę klejącą, sznurek i podpory; osiedla brudu i totalnego rozkładu. Zaniemówiliśmy wtedy, brakuje mi też trochę słów teraz.

      Doszedłem jednak do wniosku, że remont muzeum nie był złym pomysłem – bez niego Jackson by było jeszcze smutniejszym i jeszcze mniej atrakcyjnym miejscem. Nie można równać do dołu, trzbea podciągnąć poprzeczkę, żeby można się podciągnąć. Dalej nie wiem czy się ze sobą zgadzam w tym temacie.

      W Jackson moją uwagę przyciągnęła blisko 100% korelacja między kolorem skóry mieszkańców, a zamożnością okolicy. Oficjalnie rasizm jest tu zabroniony od lat 50tych. Osoby o czarnej skórze mają już prawo jeść w tym samym budynku co biali, wchodzić tymi samymi drzwiami do sklepu czy do tej samej toalety oraz nie zostaną legalnie skatowane gdy zaczną jeść loda/ciastko wewnątrz sklepu (takie przestępstwa co w latach 40tych groziły linczem), ale równości tu nie ma. Przewodniki wciąż ostrzegają czarnoskórych turystów przed atakami ze strony białej mniejszości…

      Z biedy i krwi rodził się blues. Ale zanim o tym napiszę zostawiam to miejsce na chwilę kontemplacji o tych, co mają przesrane życie z powodu idiotów o silnych przekonaniach i ambicjach.

Część biała:

Część czarna (tam gdzie było naprawdę biednie dużo ludzi siedziało na ulicach. Baliśmy się zrobić zdjęcie):

Share

[USA] Jak tu wszędzie daleko!

Poniższa mapa prezentuje trasę naszej wycieczki przeprowadzkowej – od praktycznie europejskiego Massachusetts przez szokująco odmienne południe aż do sielankowej części Texasu.

Faktograficznie rzecz ujmując na mapie widać:

  • odległość 2600 mil (>4100km)
  • najwyższy punkt drogi – szczyt Clingmans Dome w Great Smokey Mountains – 6,643 stóp (2,025 m). Samochodem podjeżdża się prawie na szczyt, do przejścia zostaje mniej niż 400m betonowego deptaka zakończonego wieżą widokową na szczycie. Byliśmy tam w najlepszą możliwą pogodę, idealnie przejrzyste powietrze pozwalało nam podziwiać pełną panoramę gór, a suche i ciepłe powietrze unosiło intensywny zapach jakiegoś drzewa iglastego. Nigdy wcześniej nie czułem tego zapachu i nie wiem z jakiego drzewa pochodził mimo, że ku uciesze innych turystów biegałem od drzewa do drzewa, żeby je powąchać.
  • odwiedzone stany:
    • Massachusetts – do widzeania!
    • Connecticut – tym razem przywitał nas ulewą, wtedy ostatni raz auto wyglądało na czystawe
    • Nowy York – korki i paliwo 30% droższe niż na południu
    • Pennsylvania – widziałem tylko autostradę
    • Maryland – drugi raz tam byliśmy i drugi raz zatrzymaliśmy się tylko na 15 minut. Dobrą kawę mają na stacji benzynowej, ale mam przeczucie, że Baltimore i okolice kryją znacznie więcej. Zanotowałem w planach do zwiedzenia kiedyś, przy bliskości Washingtonu (do którego chcę wrócic) jest to wykonalne
    • Zachodnia Virginia – wizyta tam trwała krótko, ale pracownicy punktu informacyjnego kupili moje serce częstując mnie najlepszym jabłkiem świata.
    • Virginia – tam rozpoczęło się prawdziwe zwiedzanie – zjechaliśmy z autostrady i po zwiedzeniu kilku miasteczek wjechaliśmy do parku narodowego Shenandoah, gdzie przejechaliśmy około 100 km drogą ciągnącą się szczytami gór. Punktem kulminacyjnym wycieczki była czarna niedzwiedzica z małymi misiami. Tu będzie dobre miejsce na przestrogę – jak chcesz iść spacerować po lesie, to oglądanie niedzwiedzi na żywo kawałek wcześniej nie jest dobrym pomysłem. Później w czasie spaceru każdy trzask wywołuje spore emocje.
    • North Carolina – zaczynamy czuć głębokie południe. Zjeżdżając z Blue Ridge Mountains nie tylko zmieniamy wysokość, ale także porę roku – wjechaliśmy jesienią, wyjechaliśmy w pełnie lata. Na noc zatrzymaliśmy się w rezerwacie indian Cherokee w zachodniej części kraju, miejscu uważanym za dom przez dziesiątki tysięcy ludzi posiadających choć kroplę indiańskiej krwi, nawet jeśli mieszkają 3000 mil dalej. Samo miasto nie miało niestety za dużo do zaoferowania – sklepy dla turystów z indianskimi pamiątkami wyprodukowanymi w Chinach, Indonezji oraz Pakistanie; muzeum opisane w przewodniku jako “odpuść sobie” i gigantyczne kasyno.
    • Tennessee – południe w pełnej krasie – szerokie drogi, dziesiątki kościołow, coraz więcej ludzi o ciemnej skórze i prawdziwy upał. Ale zapytany o dwie rzeczy, które wyróżniają Tennessee odpowiem bez wachania – absurdy – 1. strefa czasowa zmienia się w 1/3 stanu, bez zaznaczonej strefy; 2. w wielu częściach stanu panuje prohibicja – nie wolno sprzedawać, a w niektórych miastach nawet posiadać, alkoholu. W jednej z okolic objętych zakazem znajduje się największa w USA destylernia Whiskey – Jack Daniel’s. Byliśmy na wycieczce, po której dostaliśmy szklaneczkę… wody z cytryną. Nie udało nam się też kupić butelki trunku – nie ma i tyle. W mieście obok znajduje się dużo sklepów z pamiątkami, które sprzedają akcesoria (koszulki, długopisy, fragmenty beczek) tylko i wyłącznie osobom pełnoletnim. Widocznie logo JD na długopisie zatruwa umysł i duszę.

(…wpis urwany jak hejnał z Wieży Mariackiej z powodu późnej wczesnej godziny i konieczności wstawania do pracy…) ciąg dalszy i zdjęcia będą jutro. Przepraszam i dobranoc!

Share

[USA] Dzień czwarty wakacji – Niagara!

Dzisiejszy wpis wraca do dawno (trzy tygodnie temu) minionych wakacji.

Początkowo całe wakacje miały być wycieczką nad Niagarę (taka widać nasza Górecka tradycja – pozdrawiam tych co byli przede mną i tych co będą po mnie!) i nawet po zmianie formuły na wycieczkę objazdową w dalszym ciągu wielkie wodospady były głównym celem. Z lekcji geografii wiedziałem, że wodospad Niagara to wielkie przelewisko na granicy USA i Kanady oraz że węgiel brunatny wydobywa się w Polsce w trzech zagłębiach: Konińskim, Turoszowskim i Bełchatowskim, których łączne wydobycie wynosi około 50mln ton rocznie*. To czego nie wiedziałem, to, że wodospady są trzy, znajdują się na rzece Niagara, która dzieli miasto Niagara na dwie części – amerykańską i kanadyjską. Nie miałem też zupełnie pojęcia o skali zjawiska – ze szkoły pozostało mi wyobrażenie, że cała granica to ciągnący się wodospad, wyobrażałem sobie kilometry lejącej się wody gdzieś na dalekim odludziu.

Z hotelu zerwaliśmy się wczesnym rankiem koło 10 rano i pognaliśmy jak najszybciej na zachód ignorując wszelkie możliwe atrakcje po drodze (poza pomyleniem obwodnic w Rochesterze i awarią GPSa tuż przed najważniejszym zjazdem z autostrady). Dojeżdzając na miejsce przypomniano nam, że Ameryka to miejsce gdzie zawsze trzeba trzymać gardę wysoko albo będzie bolało. Zatrzymaliśmy się w informacji turystycznej i niestety, jak się później dowiedzieliśmy, amerykańska informacja nie służy pomocy w zwiedzaniu, tylko najbiajniu ich w butelkę. Nastraszony problemami z zapełnionymi parkingami i jeżdzeniem między atrakcjami przepłaciłem straszliwie za wycieczkę po wodospadach**. Do spotkania z przewodnikiem mieliśmy blisko dwie godziny, w informacji dowiedzieliśmy się, że pomijając wodospad to okolica oferuje następujące atrakcje: supermarket, restauracje przy supermarketach i outlety (sklepy z wyprzedażami) z ubraniami. Zamiast zakupów wybraliśmy zwiedzanie “Grand Island” – jak twierdził dezinformator turystyczny – największej słodkowodnej wyspy świata (a według encyklopedii największej wyspy na rzece Niagara). Znaleźliśmy tam… lokalną restaurację i ścieżkę spacerową nad rzeką.

Na szczęscie poza tfu, tfu, informacją turystyczną reszta dnia była wyjątkowo udana. Zwiedzanie zaczęliśmy od kotła na rzece, który na skutek ingerencji człowieka stał się podwójną atrakcją – nie dość, że ślicznie wygląda, to jeszcze jest jedynym tego typu miejscem na ziemii gdzie woda kręci się w dzień w inną stronę niż w nocy. Wynika to z tego, że w ciągu dnia 50% rzeki przekierowane jest do elektrowni wodnej, a w ciągu nocy, gdy turyści już nie widzą, prad produkuje aż 75% płynącej wody. Z kanadyjskiej strony można wsiąść do rozciągniętej nad kotłem kolejki linowej – jeśli ktoś lubi wisieś 50m nad spienioną wodą i skałami. W momencie jej wybudowania kolejka miała dwie staje, obie po stronie kanadyjskiej co podobno było wykorzystywane przez cwaniaków (tradycja?) do “przemycania ludzi do USA” – wsadzali zdesperowanych biedaków na jednej stacji, całkiem legalnie przewozili ich na drugi brzeg i tam wysadzali pomniejszonych o dorobek życia.

Kocioł warto jest zobaczyć nie tylko ze względu na historie z nim związane, ale przedewszystkim na piękny lazurowy kolor wody oraz otaczajacy go park. Wzdłuż rzeki ciągną się szlaki turystyczne, a cała okolica jest dobrze oznaczona tablicami informacyjnymi. Zdecydowanie warte zobaczenia.

Z kotła przejechaliśmy nad same wodospady. Zwiedzając Niagarę warto skorzystać ze wszystkich dostępnych atrakcji. My zaczęliśmy od statku Maid of the Mist, który podpływa z turystami wystarczając blisko ściany wodospadu, żeby dać odczuć huk wody, dokładnie wszystkich skąpać od stóp do głow oraz pokazać tęcze tworzące się na rozbryzgującej wodzie (tym co mają okulary, bo Ci bez okularów nie widzą za duzo – tam napradę mocno chlapie!).

Ze statku wjeżdza się windą na wieżę widokową, z której jest śliczny widok na wszystkie trzy wodospady. Na zewnątrz prowadzi tylko jedna droga – przez sklep z pamiątkami. Nasz przewodnik bardzo nalegał, żebyśmy przeszli przez niego nie zatrzymując się. Dopiero po chwili dowiedzieliśmy się dlaczego – kolejnym punktem wycieczki był trzydziestominutowy postój dwie przecznice dalej… w innym sklepie z pamiątkami.

Ostatnią atrakcją do zobaczenia po stronie amerykańskiej (ze względu na paszport Eweliny nie mogliśmy zwiedzić strony kanadyjskiej) jest Jakinia Wiatrów, która składa się z windy oraz pomostu (jaskini nie znalazłem), którym podchodzi się bardzo blisko – na wyciągnięcie ręki – do wodospadu. Dobre miejsce, żeby się zmoczyć jak się już wyschło.

Garść ciekawostek:
– dojeżdżając do Niagara Falls widać spore miasto. Z bliska okazuje się, że prawie wszystkie wysokie budynki to kasyna znajdujące się po stronie kanadyjskiej. Amerykańska część miasta wygląda jak Ozorków.
– Niagara Falls są trzecimi pod względem wielkości wodospadami na świecie, wyprzedzają je: Victoria Falls (2gie miejsce) między Zambią i Zimbabwe oraz Iguazu Falls (największe) między Argentyną a Brazylią
– Wodospady Niagary składają się z trzech niezależnych wodogrzmotów – dwóch mniejszych (łącznie 320m długości) po stronie amerykańskiej i największego (790m, tego znanego z widokówek), zwanego podkową, należącego do Kanady
– Wysokość wodospadu to 51-53 metrów
– Ilość przepływającej wody to 1834 m3/s

* Za przekazanie mi tej jakże cennej wiedzy dedykuję poniższy wpis Ministerstu Edukacji Narodowej.
** Porada dla jadących nad Niagarę: nie kupujcie zorganizowanych wycieczek po wodospadach – zupełnie nie ma takiej potrzeby. Wszystkie miejsca są łatwo dostępne i rzeczywiście w okolicy jest pięc parkingów po $10 za wjazd, ale wbrew temu co mówi dezinformator z “informacji turystycznej” wjeżdza się raz na jeden, a potem można sobie przejść wszędzie… Nazywając rzeczy po imieniu zostaliśmy nabici w butelkę. Z drugiej strony nie wiem czy bez wycieszki byśmy się zdecydowali wejść na wszystkie atrakcje, a na pewno warto.
A, bym zapomniał – zaraz po wjeściu do busu kierowca poprosił, żebyśmy się zapoznali z najniesmaczniejszą tablicą informacyjną przymocowaną tak, żeby nikt jej nie przeoczył:

“Zwyczajowo powinno się dać kierowcy napiwek w wysokości 15% ceny wycieczki. Wasz kierowca pracuje dla was na dwóch etatach – także jako przewodnik. Napiwki stanowią większość jego dochodu.” – na usta cisnęło mi się: to mu płaćcie do cholery! Naprawdę ciężko jest być turystą w tym kraju.

Share