[USA] Kraina uschnietych kaktusow

Dziś pierwszy raz widziałem Teksas i po trzech godzinach zwiedzania stwierdzam, że mi się bardzo podoba. Około 19tej samochód pokazywał wciąż 108 st F, czyli taką samą pogodę jaką mają tu od kilku tygodni. Bardzo mi odpowiada takie ciepło, szczególnie gdy o dziesiątej wieczorem można się taplac w hotelowym basenie patrząc w niebo. Z tego powodu opis Nagara Falls opóźniam, a wrzucam kilka spostrzeżeń na (nomen omen) gorąco.

Mojego entuzjazmu do aury nie podziela lokalna przyroda. Juz z samolotu bylo widac, ze Teksas jest żółty, a to od koloru trawy, ktora w znacznej części jest spalona słońcem.

Upał ma też wpływ na agawy i kaktusy. Te, które wytrzymały wyglądają rewelacyjnie, inne się poddały i wyglądają jak baloniki z wypuszczonym powietrzem. Na zdjęciu są te ładniejsze.

Bardzo podobają mi się tutaj krowy, które występują w dwóch postaciach:
* rogów przymocowanych do wszystkiego – samochodów, budynków wewnątrz, budynków na zewnątrz, reklam itp
* na talerzach w ilościach hurtowych. Na to drugie trzeba uważać, np z dania “trzy krowie żeberka” dwa wynieśliśmy w pudełku na później.

Rzeczą, której nie da się tu przeoczyć są drogi, które są szersze niż długość niektórych ulic w Europie. Wielopasmowe autostrady przestają mnie już trochę dziwić, za to nie mogę wyjść podziwu dla ilości asfaltu i betonu (spora część dróg jest betonowa) wylanego na osiedlach mieszkaniowych i między Austin a przylegającymi miastami. Dość ciężko jest przez to oszacować czas przejazdu przez skrzyżowanie – ciężko jest “przemknąć” przez 6 pasów. Ale nie tylko na szerokość budowali drogi, ale także w górę. Wielopoziomowe skrzyżowania już widziałem wcześniej, ale nigdy nie takie o wysokości solidnego wieżowca.

A na dobranoc landszafcik:

Share

[USA] Dzień trzeci – na zachód poprzez Nowy Jork

Trzeci dzień wycieczki spędziliśmy śpiewając lekko zmodyfikowaną wersję Ballady Wagonowej Maryli Rodowicz – “dwóch pasażerów PT Cruiser wiózł, od Saratoga Springs do Syracuse”. Mrozu akurat nie mieliśmy i przez Syracuse mieliśmy tylko przejechać, ale to miasto nie kojarzy mi się absolutnie z niczym innym. Tu przyszedł moment na refleksję – słuchając kilka lat temu Maryli (i nie tylko) nie wyobrażałem sobie, że możliwe jest zobaczenie tak odległych miejsc. A teraz wsiadam w auto, jadę i jestem. To jest piękne!

Wracając do faktów – noc spędziliśmy w hotelu w centrum Saratogi, która okazała się całkiem przyjemnym kurortem. Według przewodnika jest to jedno z głównych miejsc, gdzie nowojorczycy jeżdżą, żeby odpocząć. Chyba akurat nie byli zmęczeni, bo miasto wyglądało na zdecydowanie zbyt puste; do tego stopnia, że na festyn rzemiosła odbywający się w parku nie weszliśmy, bo wydawało mi sie, że jeszcze nie został otwarty – dokładnie ani jednego kupującego nie było. Obawiam się, że może to być spowodowane ograniczonymi urlopami.

Nasz hotel nie oferował rozsądnego śniadania. Tzn $3 za tosta, $3 za kubek soku, $4 za płatki + $3 za mleko, $3 za jajko, $4 za kiełbaskę i $5 za kawę (plus napiwek i podatek stanowy) itp uważam za lekko nierozsądne. Może czterogwiazdkowe jajko jest na tyle lepsze, że usprawiedliwia to cenę, ale na razie nie jestem przekonany. Gram ostatnio w totolotka, jak wygram, to sprawdzę. Tak czy inaczej moje skąpstwo dało nam szansę porannego spaceru w poszukiwaniu lokalnej jadłodajni. Główna ulica Saratogi przypomina trochę krupówki, ale z dopuszczonym ruchem samochodów środkiem*. Znaleźliśmy wszystko co chcieliśmy – jadłodajnię ze znakiem jakości (tzn. wypełnioną po brzegi lokalnymi ludźmi), sklep z pamiątkami i publicznie dostępne źródełko z wodą mineralną, którą z resztą wciąż mamy, bo jest tak słona, że ciężko się ją pije. W Saratoga Springs zwiedziliśmy także park zdrojowy, nabraliśmy jeszcze więcej niesmacznej (musi być zdrowa) wody, objerzeliśmy z zewnątrz wielkie budynki parkowe oraz pusty basen i ruszyliśmy dalej (do Syracuse!).

Mówiłem to już kilka razy, ale powtórze jeszcze raz – stany zjednoczone są wielkie. Z tego powodu aż do Syracuse pojechaliśmy autostradą, a dopiero pozniej skręciliśmy na północ w stronę Oswego. Już od zjazdu z autostrady widać wyraźnie – że stan Nowy Jork jest inny niż Massachusetts. Odległości między domami są jeszcze większe, miasta wyglądają na znacznie starsze, a ich ścisłe centra na scenografie westernów (małe sześcienne domki połączone szeregowo). Mijane miasta są znacznie mniej wybetonowane niż na wschodzie, na przykład komisy samochodowe trzymają auta na trawie zamiast na asfalcie, co sprawia bardzo swojskie i wakacyjne wrażenie. Podoba mi się,
Druga rzecz, którą można widać z drogi to sprzedaż lokalna. Przy ulicach stoi bardzo dużo aut charakterystycznie wystawionych daleko od domu, a blisko drogi. Najpierw myślałem, że niektórzy bardzo się lubią chwalić jakie ładny samochód (albo kosiarkę, traktor, przyczepę, łódkę itp) mają, ale w końcu wypatrzyłem, że większość z nich ma niewielką informację “na sprzedaż”. Jestem przekonany, że widziałem już podobnie wystawiane sprzęty, ale tam to wyglądało bardzo harmonijnie i dobrze wkomponowywało się w krajobraz. Podobnie jak stoiska farmerów – wzdłuż całej drogi łatwo było kupić świeżą kukurydzę, pomidory i melony. Niektóre z wystawionych stoisk były samoosbługowe – należy sobie samemu zważyć, zapakować i wrzucić pieniądze do przygotowanej skarbonki. Wieś amerykańska ma coś w sobie pociągającego.

Kolejnym przystankiem na trasie było Oswego, niewielkie miasto z fortem, który nie wytrzymał oblężenia brytyjczyków. Obsłudze fortu nie można odmówić pomysłowości – na drugim brzegu rzeki rozbili bardzo dużo pustych namiotów, żeby najeźcy się wystaraszyli ogromu wojsk czekających i zajęli się atakowaniem pustego obou. Fortel działał przez chwilę, ale stosunkowo niedługą – anglicy zaatakowali puste namioty, ale dość szybko zorientowali się, ze coś jest nie tak, więc wycofali się i przeprowadzili normalny szturm. Ford padł po dniu ataku.

Ostatni etap drogi pokonywaliśmy małymi drogami rozkoszując się widokiem lasów, pół, farm, wrzosów i temu podobnych wiejskich atrakcji. Po drodze zatrzymaliśmy się w lokalnej jadłodajni, w której byliśmy chyba jedynymi ludzmi, którzy nie znali wszystkich pozostałych, a następnie zatrzymaliśmy się na Sodus Point popatrzeć na zachód słońca nad jeziorem Ontario oraz starą latarnię morską (? jeziorną?), która nie stoi przy wejściu do zatoki. Jak ją budowali, to wejście stała prawidłowo na cyplu sygnalizując drogę do portu, jendak jezioro naniosło tyle piasu, że teraz latarnię od kanału dzieli ponad półtora kilometra. Muzum nie zobaczyliśmy, bo już było zamknięte, ale zrobiliśmy kilka zdjęć, m.in.:

Nie dokładnie pamiętam jak dojechaliśmy do hotelu, pamiętam tylko gorącą wannę z bąbelkami. To akurat amerykanie naprawdę dobrze wymyślili.

* Deptaki są wogóle rzadkością w USA, nawet po cmentarzach jeździ się autem.

Share

[USA] Garść zdjęć

Dla urozmaicenia podrózy po USA z przewodnikiem Marcinem postanowiłem udostępnić kilka zdjęć. Niestety nie zdążyłem wszystkich opisać, niecierpliwi mogą zajrzeć:

Spora kolecja zdjęć, które pokazują USA jakie spotykam na codzień. Zdjęcia są różnej jakości, niektóre wymagają komentarza, który zostanie dodany jutro. Fotografie prezentują zarówno obraz zwyczajnej ulicy jak i przyciągających wzrok szczegółów. A inne mi się po prostu podobają.

Pierwsza wycieczka do Bostonu. Także jeszcze bez komentarzy.

Zdjęcia mojego Optymisia z jego podróży po USA. A tu akurat komentarze są!

Share

[USA] Dzień drugi – do Ciechocinka!

Dziś około godziny 14:00* spodziewałem się, że będę pisał nie o wakacjach, ale o trzęsieniu ziemii, które miało miejsce gdzieś w północnej Virgini**. O całej sprawie dowiedzieliśmy się gdy żona kolegi z pracy zadzwoniła przestraszona, że ich dom (w Massachusetts) się zatrząsł. Biuro mojego klienta musi być solidnie zbudowane, bo nic nie poczuliśmy, tylko kolega Amit chodził po biurze i opowiadał – najpierw, że mu się przewróciła kawa, potem siła wstrząsów tak rosła, że w końcu dowiedzielismy się, że jego komputer podskoczył i obkręcił się o 360 stopni w powietrzu. Serwisy informacyjne pokazały trzęsącą się lampę podłogową, zawaloną ścianę na budowie i supermarket z porozrzucanymi na podłodze puszkami. Poczytałem trochę i o ile rzeczywiście było to największe trzęsienie ziemii w tym regionie od drugiej wojny światowej, to nie jest to coś specjalnie wyjątkowego – trzęsień o tej sile rocznie notuje się około 800. Jesteśmy cali i zdrowi, serdecznie dziękuję za pytania o nasze zdrowie!

Wracając do wycieczki – drugiego dnia padało solidnie. Prognoza pogody mówiła, że nie przestanie i pierwszy raz się sprawdziła. Nauczeni w Londynie, że “nie ma złej pogody, jest tylko źle dobrane ubranie” postanowiliśmy kontynuować podróż zgodnie z nieplanem***. Pierwsze 150 kilometrów spędziliśmy na autostradzie słuchając audycji LBC o zamieszkach w Londynie i zastanawiając się jakby takie zamieszki przebiegały u Wuja Sama. Obawiam się, że zamiast kordonu popijającej herbatę policji (zdjęcie z prawiej jest autentyczne) na ulice by wyszła uzbrojona po zęby drużyna specjalna, przykładnie zastrzeliła kilku awanturników, a potem by wystawiła by pozostałym rachunek za wystrzelną z ich winy amunicję.

W okolicach Sprinfield z autostrady skręciliśmy na północ na małe lokalne drogi zwiedzać “prawdziwą Ameryką”. Przejechaliśmy przez Northampton, które okazało się podobnie porywające, co jego Angielski odpowiednik (przy czym nie wykluczam, że podobnie miłe) i kontynuowaliśmy drogę w kierunku Deerfield aby zobaczyć doskonale zachowaną historycznej części miasta składającą się z trzystuletniej drogi i kilkunastu XVIII-XIX wiecznych budynków. Dopiero wczoraj dowiedziałem się, że w Deerfield 20% ludzi przynaje się do polskich korzeni (w całych stanach za Amerykanów Polskiego Pochodzenia uważa się 3% ludności!). Równie zaskakujące co liczba polonusów były polskie garnki w sklepach z pamiątkami. Jedną z pierwszych rzeczy, którą kupiłem tu w USA były polskie kubki kamionkowe, ale myślałem, że to przypadkiem trafiło do sklepu. Teraz już wiem, że to jest jeden z podstawowych towarów w sklepach z pamiątkami, tak jak każdy supermarket musi sprzedawać szynkę konserwową Krakus (muszę ją kiedyś spróbować, może naprawdę jest dobra?). Aby za przyjemnie nie było odkryliśmy, że wszystkie muzea są pozamykane po 16tej, więc Deerfield zobaczyliśmy tylko z zewnątrz.

Po odjechaniu 150km od Bostonu Ameryka jest zupełnie inna i, co stwierdzam trochę z żalem, znacznie fajniejsza. Domy są od siebie znacznie bardziej oddalone niż tu na wybrzeżu, przydrożne wsie z czterdziestu chałup potrafią ciągnąć się na kilka kilometrów. Miasto Floryda, które przy 676 mieszkańcach ma 63.6km2 powierzchni wciąż jest uznawane za umiarkowanie gęsto zamieszkane – jest 24te pod względem gęstości w swoim hrabstwie.

Kolejna rzecz, która pojawia się gwałtownie i bez wyraźnego powodu to sklepy z pamiątkami. Południowe Massachusetts, stan Nowy York, Maine i Vermont zwiedzaliśmy jeżdżąc małymi drogami i wszędzie znajdowaliśmy sklepy sprzedające mieszaninę lokalnych produktów, polskich garnków i chińskich figurek. Niektóre sklepy znajdowały się w tak małych miejscowościach, że lokalne pamiątki były “produkowane” przez sklepikarzy przez dopisywanie czarnym mazakiem nazwy miesca na uniwersalnych magnesach czy zabawkach. Bardzo mi się to podoba, chociaż zupełnie nie rozumiem z czego się te sklepy mogą utrzymywać.

Ostatnim przystankiem dnia drugiego był Ciechocinek. Tak naprawdę miasto nazywało się Saratoga Springs, ale wyglądało jak Ciechocinek bez tężni i kurortowiczów. Ale dużo nie zobaczyliśmy tego wieczora, bo przyjechaliśmy kolo 22:00 (dzie-sią-tej wieczorem) i dalej padało. Obejrzeliśmy je dopiero następnego dnia, więc opiszę je dopiero jutro.

* albo cytujac jednego ze spotkanych amerykanow “dla tych co nie rozumieją formatu wojskowego – o drugiej po południu” – serio nam tak tłumaczył!
** lub jak podają tutejsze media – “gdzieś w okolicach Washington D.C.” – i bardziej sensacyjnie brzmi, i wiecej osób zlokalizuje to na mapie…
*** planu wycieczki nie mieliśmy, z dnia na dzień wyliczaliśmy optimum lokalne do wyznaczenia kolejnego noclegu i zarysu trasy, a szczegóły wyznaczaliśmy w drodze w oparciu o znalezione ulotki, przypadkiem przegapione zjazdy i napotkane tablice informacyjne.

Kilka zdjęć z drogi:


Wiejska babka.


Sklep z pamiątkami.


Osiedle domów mobilnych.


Restauracja na największym zakręcie drogi, dolina schowana w chmurach.

Share

[USA] Wakacji dzień pierwszy

Pierwszy dzień wycieczki był już raz wspomniany tu na blogu, ale zaczynanie relacji od dnia drugiego wygląda głupio, więc opisuję ponownie.

Wycieczkę nad Niagarę rozpoczęliśmy jadąc w złym kierunku – do Maine, na północny wschód. W ten sposób załapaliśmy się na ostatnie dni lata, które w “Wakacyjnym Stanie” zaczyna się bardzo późno, ale za to kończy się bardzo wcześnie. Według wszelkich przewodników czyni to ten stan idealnym miejscem dla szukaczy jesiennych liści. Jak dziwnie by to nie brzmiało, to Fall Foliage jest na tyle dużą atrakcją turystyczną, że władze stanu aktywnie wspomagają tych ludzi, m.in gromadząc i udostępniając statystyki dotyczące sezonu czerwienienia liści. Główne serwisy pogodowe w USA także prezentują mapy ujesieniowienia drzew. Jakbym miał wybierać, to chyba wolę to zajęcie od “łowców burz” – ludzi, którzy jeżdżą z aparatem tam, gdzie ogłoszony jest alarm o huraganie albo planowane są wielkie opady.

Ze względów sentymentalnych do angielskiego Bath, postanowiliśmy zwiedzić miasto o tej samej nazwie, ale po drugiej stronie oceanu. Jak twierdzą jego mieszkańcy miasto jest jednym z “Najładniejszych Małych Miast w USA”, a głównymi atrakcjami miasteczka są muzeum morskie (już było zamknięte) i (uwaga, uwaga…) czekoladowy kościół. Dopiero na miejscu zorientowałem się, że przymiotnik w nazwie nie definiuje materiału budowlanego ani nawet funkcji, a kolor – podczas zmieniania funkcji budynku z religijnej na artystyczną został on przemalowany na brązowo. Od początku wydawało mi się, że Kult Wyznawców Milki z Orzechami by się nie reklamował na tablicach, ale nadzieję warto mieć do końca.

Główna ulica miejscowości rzeczywiście była bardzo ładna i spokojna, z szeroką gamą przybytków kulinarnych do wyboru – od budki z kebabem do całkiem przyjemnie wyglądających restauracji. Do tego kilka galerii oraz obowiązkowy sklep sznurek, mydło i powidło. Całość na dobry kwadrans zwiedzania (nie licząc muzeum), co nie jest złym wynikiem jak na tą część kraju.

Linia brzegowa Maine ma około 400 km długości, przy czym jest tak pofalowana, że po wyprostowaniu wszystkich zatok łączna długość wyniosłaby 5600 km (nie licząc wysp). Jak już pisałem wcześniej naprawdę ciężko jest to zobaczyć, bo stan jest zalesiony w sposób absolutnie uniemożliwiający zorientowanie się co się dzieje dalej niż 50m od miejsca gdzie się stoi/jedzie. Chcąc zobaczyć morze skręciłem z Bath na wschód (tam musi być jakaś cywilizacja) i całkiem niespodziewanie dotarliśmy do Fortu Popham. Dlaczego niespodziewanie? Bo Amerykanie jeszcze nie odkryli, że oznaczenie atrakcji turystycznych by mogło komuś pomóc albo zainteresować kogoś zwiedzaniem.

Fort Popham został wybudowany podczas Wojny Secesyjnej i był w pełni obsadzony podczas pierwszej i drugiej wojny światowej, jednak nigdy nie został przez nikogo zaatakowany. W środku fortu znaleźliśmy całą serię tablic informacyjnych (ładnych i interesujących!), z których dowiedziałem się, że do strzelania z armaty potrzeba było aż ośmiu osób. Dodatkowymi atrakcjami były stalaktyty i stalagmity, co pokazuje, że kiepski wybór materiałów budowlanych pozwala uzyskać to, co na natura potrzebuje w normalnych okolicznościach dziesiątek tysięcy lat.

Dzień pierwszy zakończyliśmy wizytami na stacjach benzynowych, kawiarniach i fotografowaniu wszystkiego co nie uciekało na drzewo, ale zamiast to opisywać idę spać, żeby zbierać siły na jutrzejsze opisywanie dnia drugiego – deszczu, sklepów i miejscowości gdzie 20.5% ludzi ma polskie pochodzenie.

Share

[USA] 2700 kilometrów w 7 dni

Dzisiejszy wpis prezentuje trasę, którą pokonaliśmy w ciągu ostatniego tygodnia. W tym krótkim, ale intensywnym czasie pokonaliśmy 2700 kilometrów autostrad, dróg lokalnych i gruntowych (czasami w dość nieoczekiwanej kolejności) i wydaliśmy małą fortunę na hotele, paliwo oraz posiłki w przeróżnych jadłodajniach, dzięki czemu poznaliśmy kilka nowych obliczy Stanów Zjednoczonych.

Każdy kolor na mapie poniżej odpowiada odcinkowi przejechanemu w jednym dniu. Jak widać w kilku miejscach jeździliśmy w kółko (mój ulubiony odcinek to okolice Albany szóstego dnia gdy próbowałem dojechać do Akademii Policyjnej i nie mogłem wycelować w odpowiedni wjazd).

Wakacje dzień po dniu:

  • Dzień 1 – Dom – Maine – Dom
  • Dzień 2 – Dom – Saratoga Springs
  • Dzień 3 – Saratoga Springs – Rochester
  • Dzień 4 – Rochester – Niagara Falls – Rochester
  • Dzień 5 – Rochester – Albany
  • Dzień 6 – Albany – Rutland
  • Dzień 7 – Rutland – Dom

Mapę zdecydowanie lepiej jest oglądać w dużym powiększeniu – kliknij tutaj, żeby otworzyć ją w nowym oknie. Napisy “Dzień 1 – 6” nad mapą są klikalne i pozwalają włączać/wyłączać poszczególne odcinki. Kolejne wpisy będą dokumentowały co widziałem, co słyszałem i co o tym pomyślałem każdego dnia.

Pokaż dużą mapę w nowym oknie

Share

[USA] Po czym poznać, że coś jest nie tak z tekstem?

Proste – nie ma do niego dobrego tytułu. Widzę, że za dużo wątków nawciskałem poniżej, ale stęskniłem się za pisaniem, więc zostawiam.

Wczoraj, po trzech i pol miesiącach od wysłania z Londynu, przyjechały nasze rzeczy. Straty są zadzwiająco nieduże – drewniany kurczak kuchenny stracił prawą stopę (2.5 x 2.5 cm) oraz zniknęła gdzieś stalowa rama do biurka (1.7 x 1.3 m). W zamian dostaliśmy czyjś plecak z koncerwami, hinduskimi świecznikami i starymi klapkami, ale za to oznaczony kartka “Gorcki”. Najważniejsze rzeczy przybyły bez szwanku i w tej chwili poza nami nasz dom zamieszkuje 41 pluszowych zabawek* oraz jeden pluszowy miś do samodzielnego montażu (wykroje, niktki, jakiś wypełniacz itp).

Ostatnie kilka dni w USA upłynęło pod znakiem tradegii narodowej spowodowanej obniżeniem rankingu przez S&P. Najlepszym dowodem na to, że decyzja była słuszna było to, że Pan Prezydent Obama spóźnił się na przemówienie o 45min, a potem powiedział tylko, że może i USA mają problem, ale według niego gdyby istniała nota AAAA, to ten kraj by na nią zasługiwał. Rynek odpowiedział nurkując na łeb na szyję w tak dynamiczny sposób, że wszystkie “Breaking news” pokazywały stan indeksów. Moje skromne przemyślenia po wysłuchaniu głowy kraju były następujące: trzeba zwiększyć tempo odkładania w funduszu wyprowadzkowym, a w wolnej chwili zacząć się uczyć chińskiego.
Coraz bardziej mam wrażenie, ze Amerykanie nie rozumieją, że czasy się zmieniają i zamiast tego wciąż starają się zaklinać rzeczywistość. Przyjaciel pracujący na styku starych (TV) i nowych (internet) mediów opowiadał kiedyś, jak tam prawnicy próbują zmienić fakty wytaczając procesy “internautom i internetowi”, bo w 1985 się tak dawało rozwiązywać problemy. Przykłady można mnożyć. W ostatnich tygodniach ostatecznie splajtowała największa w stanach sieć księgarni – Borders. W tej chwili jest w stanie likwidacji, we wszystkich sklepach jest wielka wyprzedaż, na której można kupić wszystko łącznie z meblami (rozważałem zakup kasjerki, ale przestraszyłem się, że małżonka może nie zrozumieć). Zachęceni wielkimi platakami “Wyprzedaż, okazje, wszystko musi zniknąć” pojechaliśmy kupić tyle przewodników ile udźwigniemy i po 45 minutach wyszliśmy z pustymi rękami. Dlaczego? Bo oni wciąż nie rozumieją dlaczego zbankrutowali – mimo wielkiej wyprzedaży ceny wciąż były wyższe niż w Amazonie czy Alibrisie. Drodzy Amerykanie, Panie Prezydencie – wielkie kolorowe plakaty “tanio” nie mają takiej masy, żeby zagiąć czasoprzestrzeń**!

Żeby nie wyszło na to, że spędziłem kilka tygodniu na marudzeniu chciałbym przedstawić jeden z najbardziej nieprawdopodobnych pomysłów jakie Amerykanie wprowadzili w życie – Skyway. Jest to system tuneli poprowadzonych między budynkami i przez budynki. W Minneapolis znajduję się on na wysokości pierwszego piętra i ma łączną długość około trzynastu kilometrów. W sąsiadującym St Paul tunele mają osiem kilometrów. Po zaparkowaniu auta na parkingu pod budynkiem można przejść całe centrum klimatyzowanymi przejściami nie stawiając nogi ani raz na ziemii. O ile w Minneapolis duża część sklepów ma dwa wejścia – ze Skywaya i z ulicy, o tyle w St Paul wejścia są tylko z tunelu. Spacerując ulicami ma się wrażenie, że stolica stanu jest zupełnie opuszczona i zapuszczona. W zamian dostaje się prawdziwy Amerykański sen – z klimatyzowanego domu można przez klimatyzowany garaż wsiąść do klimatyzowanego auta i przejść do klimatyzowanego biura klimatyzowanym korytarzem. Wciąż się nie mogę zdecydować czy to wyższy stopień rozwoju miast czy raczej tamtejsi mieszkańcy to po prostu miękkie dupy.

Czy te tunele mają uzasadnienie w pogodzie? Trochę tak – aura w Minnesocie jest podobna podobna do polskiej, może za wyjątkiem tornad, których mają trochę więcej. Temperatury są zbliżone – od -15 do +35 st C, przy czym odczuwalne są trochę wyższe z powodu ogromnej wilgotności powietrza. Podczas dosłownie pierwszego kroku poza lotniskiem straciłem orientację – poczułem jakby ktoś buchnął we mnie chmurą sprężonego gorącego powietrza, okulary natychmiast zaszły parą, a skóra zaczęła momentalnie pompować pot aby połączył się z wodą skraplającą się na mnie. To był pierwszy raz kiedy zastanowiłem się czy pomysł na wyjazd do Texasu był jednak do końca rozsądny. Na szczęście już za późno na zmianę decyzji.

* głównie misiów, ale są też: pies, dwa króliki, trzy łosie, dwie małpy, psopodobny gryzak dla zwierząt, kubuś puchatek jako myjka prysznicowa, pat i mat oraz kilka mniej lub bardziej niezidentyfikowanych stworzeń. Muszę niedługo zrobić stronę o nich zanim zgubię rachubę kto skąd przyszedł.
** tak, wiem, że nawet najmniejsza masa zagina, ale fizyczne dywagacje o wielkościach rzędu 10^-194 zostawmy na dyskusje przy piwie.

Share

[USA] Lotnisko, ochrona i prawie ataki terrorystyczne

W wyniku tragedii, która miejscowi nazywają “operator telefonii komórkowej” moj poprzedni wpis zaginął gdzieś w odchłani sieci. Będę go próbował odtworzyć z pamięci, ale to nie jest specjalnie wiarygodne źródło.

Zresztą na drodze do publikacji stanął nie tylko mój telefon, ale też problemy logistyczne. Na szczęście tradycyjna polska SRPIRN* jeszcze mnie nie opuściła, więc mogłem przygotować napar konieczny do pisania – herbatę PG z mlekiem. Trudność zadania polegała na tym, że nie mam czajnika, bo lokalne dzikusy piją tylko kawę z ekspresu. Jakby ktoś znalazł się w podobnym potrzasku i potrzebował porady, to proszę: to wystarczy zapchać torebką herbaty otwór wypływowy ekspresu przelewowego, włączyć normalnie i herbatka się zaparza powoli, ale skutecznie.

W zgubionym wpisie opisywałem jak bardzo podoba mi się wylot z lotniska w Providence w Rhode Island. Z bliżej nieokreślnonych powodów nie lubie lotniska w Bostonie. Może dlatego, że za każdym razem gubię drogę jak tam jadę, czekam tam na coś (kontrolę, żonę albo lot) dwie godziny za długo albo dlatego, że jest brzydkie (lotnisko, żona jest całkiem ładna) i nudne (też lotnisko…). Niezależnie od przyczyn cieszyłem się jak głupi, że nie muszę go oglądać ponownie, mimo, że wylot szedł pod górkę. Najpierw obsługa parkingu odmówiła mi wjazdu na wykupione miejsce, ponieważ nie umieją czytać i/albo nie zrozumieli karki, którą im podstawiłem pod nos. Następnie policjant zapytany o parking wskazal mi drogę w dokładnie przeciną stronę, co skutkowało tym, że musiałem wykonać siedmiomilowe kóło, bo wpadłem na autostradę. W drodze z parkingu na lotnisko obraził się na mnie kierowca autobusu, bo nie kwapiłem się do dania mu napiwku, za to, że przewozi mnie całe 900 metrów. Potem było już tylko przyjemniej.

Pierwszą częścią wycieczki było pokazanie mojego dorodnego ciała jakiejś biednej istocie. W Providence wdrożyli w życie marzenie każdego nastolatka – automat zaglądający pod ubranie. Działa to tak, że wchodzi się do bramki, tam prześwietlają słabymi promieniami Roentgena ciuchy i na ekranie widzą golasa. W USA bym raczej nie chciał takiej pracy mieć, ale jeśli Hiszpania czy Francja wdrożą, to mogę się na ochotnika zgłościć, może być nawet jako wolontariat.
Jak już sobie mnie doklanie obejrzeli, to zabrali się za mój bagaż, w którym pod dłuższym grzebaniu znaleźli scyzoryk. Znając eurpejskie służby graniczne zacząłem się z nim żegnać, co dość mocno mnie zmartwiło, bo dostałem ten nóż od rodziców i bardzo go lubię. Druga myśl, którą miałem, to że skoro w Europie robią problemy ze zbyt dużą pastę do zębów jako potencjalnym narzędziem zamachu terrorystycznego, to tu na pewno mnie zaraz mnie aresztują. Amerykański ochroniarz podszedł i zaczął mi proponować jak mogę zrobić, żebym nie stracił noża. Auto miałem za daleko, bagaż już nadałem, a nikt mnie nie odprowadzał, więc facet zaproponował, żebym sobie wysłał ten nóż listem do siebie. Dał mi nawet kartkę pozwalającą ominąc kolejkę do odprawy, a potem ookazał mi gdzie jest samoobsługowa skrzynka nadawcza. Przy okazji warto wspomnieć o skrzynce – to jest genialne rozwiązanie – skrzynka zawiera wszystko, co potrzeba do wysłania paczki, tj. koperty, materiały pakowe i druczki (długopis ktoś zaiwanił, ale miałem swój**). Na druczek wpisuje się numer karty kredytowej, wsadza się tak przygotowaną przesyłkę do innej przegródki w tej skrzynce i za jedyne $8 (drogo, bo ubezpieczyłem od razu) paczka trafia do adresata. Tzn prawie trafia – listonosz zostawił paczkę przed drzwiami naszego bloku. Ważne, że doszło!

Na lotnisku czekały już same przyjemności – darmowy internet, darmowa woda do picia, pamiątkowe pocztówki, tani pączęk (na wagę nie wchodzę!) i gdyby nie to, że tu telefonia nie działa, to by tu było dużo więcej radości. Ale przepadło nieodwracalnie, a ja jak nie mogę na coś marudzić, to zapominam o tym.

Patrząc na kontrolę na małym lotnisku, który doświadczyliśmy w drodze na Nantucket, gdzie procedury bezpieczeństwa ograniczyły się do pytania “ile ważysz” i sprawdzenia czy nie zgubiłem numerka do szatni, który udawał kartę pokładową, a następnie na podejście obsługi w Providence, dochodzę do wniosku, że Europa się coś za bardzo rozpędziła z tą całą ochroną antyterrorystyczną. To amerykanie mieli być paranoikami, a to my wychodzimy na świętszych od papieża. Amerykanom chyba wystarczy, że wszystkim mówią, że są groźni. Czasem nawet to pokażą – przed ambasadą USA w Londynie stoi wojsko uzbrojone w M16. Przed białym domem stał ogrodnik i podlewał trawę, a przed Capitolem spotkaliśmy policjanta z latarką do zaglądaia do torebek. W jajo nas zrobili.

* Sztuka robienia prowizorek i rzeczy niemożliwych
** prawdopodobnie zaiwaniony gdzieś indziej

Share

[USA] Planowanie przeprowadzki

Zbiżają się już cztery miesiące mojego pobytu w USA, czyli czas się przenieść w nowe miejsce. New England to piekny region, ale zimą jest tu zdecydowanie za zimno (do -10 stopni celsjusza), a przez cały rok jest tu zdecydowanie za drogo.
Mój pierwotny plan zwiedzenia całego kraju z samochodzie kempingowym został wstrzymany przez politykę imigracyjną USA – moja wiza zależy od miejsca, w którym pracuję, a moja firma niechętnie odniosła się do pomysłu falandyzacji tego przepisu. Dlatego konieczne było wybranie kolejnego postoju, tym razem na troche dłużej, może nawet na cały rok!

Po zdefiniowaniu wszelkich możliwych za i przeciw, metodą dogłębnej analizy warunków początkowych i brzegowych miejsce zostało wybrane. Wyglądało to mniejwięcej tak:
– Musi być tam ciepło
– Może Texas?
– Ale miało być morze…
– Kalifornia jest za droga
– Ok, niech będzie Texas.

Teksas według informacji dostępnych w sieci wygląda bardzo obiecująco – nie ma podatku dochodowego, domy kosztują połowe tego, co na wsi pod Bostonem, jest ciepło, a tornada pojawiają się jeszcze rzadziej niż w Bostonie. Austin, stolica teksasu, jest centrum kulutralnym południa i gości wiele festivali, w tym SXSW, na którym z tym roku wystąpiło ponad 2000 wykonawców grających w 90ciu lokalizacjach wewnątrz miasta. Nieźle jak na miasto, które ma 790.000 mieszkańców (a w 1850 miało ich 629).

Drobne wyzwanie stanowi przeprowadzka. Nie mamy gdzie mieszkać po dojechaniu na miejsce, a przy odgległości 3000 km nie da się wyskoczyć i obejrzeć nowego domu przed wynajęciem. Drugie zagwozdka, to jak przetransportować nasze rzeczy. Z firmami przewozowymi mamy złe doświadczenia, bo do tej pory, po blisko trzech miesiącach podróży, nie przyjechały jeszcze do nas nasze rzeczy z Anglii. Podobno są już w magazynie w New Jersey, ale to jakoś mało mnie pociesza. Jakbym wrzucił wszystko do skrzynki i wepchnął ją do wody gdzieś w okolicach Southampton, to pewnie by już zdążyła przedryfować, a Golfstrom by ją już przynosił tu gdzieś do brzegu.

Dzisiejszy (dosłownie, wczoraj był inny) pomysł na przeprowadzkę jest taki, że wynajmiemy przyczepę, załadujemy ile się zmieści i jedziemy przez kraj! Pewnym ograniczeniem jest to, że o ile Polski Fiat 126p przy silniku 650cm^3 i 24 koniach mechanicznych miał dopuszczalną masę przyczepy 400kg, to Chrysler PT Cruiser przy 2.4l i 150 konikach może ciągnąć maksymalnie 450kg (1000lb).

W dalszym ciągu nie ustaliliśmy też trasy przeprowadzki. Ilość wariantów jest ogromna, warto by było zwiedzić ile się da jak się już człowiek tak ciągnie przez świat. Dwie podstawowe możliwości widać poniżej – wybrzeże zatoki meksykańskiej wygląda pociągająco, ale górna droga przebiega przez stany, do których ciężko później wrócić.

Ten wpis to wołanie o pomoc – jak ktoś wie jak oszacować ile ważą nasze rzeczy albo ma lepszy pomysl jak to wszystko zabrać do krainy grilla i colta, to proszę o pomoc! Wszelkie pomysły co odwiedzić po drodze także są mile widziane – mamy 9 dni na przejechanie tego odcinka, więc przystanków może być dużo.

Share

[USA] Philadelphia – Stany na ostro

W drodze powrotnej z Waszyngtonu zatrzymaliśmy się w mieście pierwszej historycznej siedziby kongresu – Philadelphii. Wybór miejsca okazał się bardzo dobry ze względów poznawczych, troche gorzej wypadł w kategorii turystyki i odpoczynku.

Wjeżdzając do Philadelphii zauważyć można kilka rzeczy – znaczną ilość wysokościowców, dziwacznie tuningowane samochody i podejrzanie duża ilość fabryk oraz terenów przemysłowych. Jako turysta jestem wyznawcą Dwukwiata*, wiec przeoczyłem te sygnały i zamiast zastanowić się co się za tym kryje podziwiałem auta na gigantycznych felgach ze spinnerami i inne ociekające chromem kolumny basowe na kołach. Co więcej, cieszyłem się nawet, że w końcu znalazłem miasto, które zbliżone jest do przedstawianego świata bling-blingu. Nie skojarzyłem także tego, że bling-bling jest powiązany z kulturą gangsterską.

Nasz hotel oddalony był o około 30 minut spaceru od ścisłego centrum, ale okolica nie wyglądała na wyjątkowo spacerową. Przed wyjściem zajrzałem na współczesne wcielenie przewodnika autostopem po galaktyce – wikitravel – doskonałe źródło praktycznych informacji o świecie, z którego dowiedziałem się, że Philadelphia radzi sobie z problemem przestępczości – ilość zabójstw spadła o 20% w ciągu roku 2009 i obecnie większość z nich jest dokonywana na tle porachunków lub celem rozwiązania sporów związanych z narkotykami. Marne pocieszenie. Bezpieczeństwo w mieście zależy mocno od części, którą się odwiedza, przy czym najgorsza jest Philadelphia Północna. Nie trzeba być prorokiem, żeby odkryć, że dokładnie tam się znajdowaliśmy.

Hotel znajdował się w przepięknym budynku należącym do najstarszego uniwersytetu w mieście – Temple University, co uspokajało mnie trochę – wiadomo wiedza to cywilizacja, cywilizacja to rozsądek i bezpieczeństwo. Z mojej naiwnej wiary w świat wybiło mnie dopiero zdanie sugerujące, że zejście z głównej ulicy w okolicy Temple University “nie jest dobrym pomysłem”. Postanowiłem posłuchać szczególnie, że z całego 6.5 milionowego miasta to było jedyne miejsce wymienione z nazwy. Bliskość kawiarni i barów także nie pomagała, według opisu popularne są tam napady z bronią w ręku na podpitych gości tych przybytków. Decyzja o powrocie taksówką zapadła.

Wieczorem wyruszyliśmy na imprezę z okazji 4go czerwca – dnia niepodległości. Jako środek transportu “tam” wykorzystaliśmy metro. Metra świata zasługują na, zresztą już napisaną, książkę – każde jest inne, chociaż sporo z nich jest podobne. Projektanci w Philadelphi postawili nowatorstwo ponad sprawdzone schematy, dzięki czemu korzystanie z tej formy komunikacji stanowi wyzwanie zbliżone do podróży greckimi autostradami. Metro posiada osobne wejścia dla kierunków północ i południe, przy czym a) nie ma możliwości zorientować się, które gdzie jedzie, bo nie ma oznaczeń; b) trzeba wyjść na ziemie, żeby przejść z jednej strony na drugą. Do metra wchodzi się przez bramki aktywowane na metalowe żetony dostępne w automatach w zestawach po 2, 5 i 10 lub płacąc gotówką ochronie siedzącej w stalowym pomieszczeniu za zakratowanymi oknami. Aby kupić żeton trzeba zapomnieć wszystkiego, co się wie o obsłudze normalnych automatów – tamtejsze urządzenie nie posiada przycisków tylko gałkę, której obracanie nic nie robi. Po odrzuceniu wszelkich rozsądnych pomysłów zacząłem karmić automat jednodolarówkami i wygrałem – maszyna pokazała, że już włożyłem wystarczająco i gałka ożyła – obracając ją mogłem wybrać opcję 2 żetony lub 2 żetony ewentualnie 2 żetony. Następnie po wcisnięciu doskonale ukrytego przycisku (jednak był!) maszyna prychając wydała mi metalowe krążki, które pozwoliły przedostać się na odgrodzony kratami peron. Reszta drogi nie wyróżniała się niczym szczególnym – totalny brak informacji o trasie przejazdu, straszny brud i bałagan na mijanych stacjach oraz policja na peronach przestały w pewnym momencie robić wrażenie.

Impreza z okazji dnia niepodległości reklamowana była jako największy darmowy koncert w USA. Okolice od City Hall do Benjamin Franklin Parkway były szczelnie wypełnione dziesiątkami tysięcy ludzi. Ludzi dość interesujących, bo zupełnie innych. Pierwsze wrażenie jakie odnieśliśmy, to że jesteśmy jedynymi białymi ludźmi w okolicy, co okazało się oczywiście nieprawdą, a wrażenie było wywołane tym, że większość osób była zdecydowanie ciemniejszej karnacji. Dużą wadą tej sytuacji było to, że wśród białych jestem przeważnie jednym z wyższych, tam panowie z muzułmańskimi brodami przerastali mnie o głowę. Współczuję wszystkim niskim ludziom, że na codzień mają coś takiego – człowiek widziany z góry wygląda znacznie lepiej niż od dołu.

Najciekawszą prezentację przedkoncertową zapewniła grupa religijna nawracająca przechodniów, a w szczególności facet z kartką, że “Ewolucja to kłamstwo”. Jest to dobre miejsce, żeby dodać, że w USA ewolucja nie jest powszechnie uznawaną teorią, a słowo “darwinizm” ma często pejoratywne znaczenie. O ile większość stanów akceptuje nauczanie tej teorii, to niektóre, np Alabama, wymagają, żeby podręczniki opisywały ją nie jako fakt, ale jako stwierdzenie, że “istnieją naukowcy uważający, że człowiek postał w drodze ewolucji” i wymagają umieszczania naklejek ostrzegawczych na takich książkach.

Ludzie na koncercie bawili się nieźle, ja trochę mniej, głównie ze względu na wybór wykonawców – przeterminowane gwiazdy z hitami z lat 80tych oraz lokalni grajkowie wytwarzające nudne dźwięki. Można było potańczyć pod sceną (jak ktoś się przebił przez ogromny tłum), pokiwać się w miejscu lub, jak zrobiła większość osób, rozłożyć koc lub krzesłko turystyczne, i podziwiać jak się inni bujają.

Finałem impezy był pokaz fajerwerków – długi (20 minut!), intensywny i z ciekawymi rakietami. Bardzo przyjemny wieczór.

Do hotelu wracaliśmy taksówką. Po zapoznaniu się z instrukcją mówiącą, żeby przed wyjściem z taxi obejrzeć okolicę i jeśli wydaje się niebezpieczna to poprosić kierowcę, żeby odjechał, podziwialiśmy przez okna lokalny tłum – policję jeżdzącą na sygnale, ludzi próbujących wydostać się z centrum i samochody nagłaśniające ulicę basem. Basem i brzękiem blachy – głośniki montowane w autach były na tyle mocne, że widać było jak przy każdym uderzeniu bębna wygina się klapa bagażnika, a całe auta dzwoniły jak kopnięte niechcący cymbałki.

Jako że główne ulice miasta były całkiem zatkane taksówkarz zaproponował okrężną, ale szybszą trasę. Dzięki temu zwiedziliśmy osiedle do którego byśmy się sami nie zapędzili – biedne, małe domy, a przed nimi siedzący na krzesełkach, ławeczkach i krawężnikach ludzie. Dowiedzieliśmy się też do czego służy klakson – dojeżdzając do skrzyżowania ze stopem (większość w usa) zamiast się zatrzymać można zwolnić, zatrąbić i przyspieszyć.

Obawiam się, że Philadelphie oceniam przez pryzmat złej okolicy do której trafiliśmy. Mam chotę odwiedzić ją jeszcze raz wybierając jednak hotel jeszcze bliżej centrum. Przygody są fajne, ale nie wszystkie warto powtarzać.

* wiecej o Dwukwiacie znajdziesz tu: http://wysylkowa.pl/ks1155068.html

Share