[USA] Jackowo

Pierwszego dnia samodzielnego pobytu za granicą poszedłem do księgarni w Northampton, żeby kupić plan miasta. W głowie miałem przechowalnie toreb w Geancie i ochroniarzy zszywających reklamówki przed wejściem do łódzkiego Carrefoura, więc zastanawiałem się co zrobić z plecakiem, laptopem i walizką, którymi byłem obładowany. Zagubiony poszedłem do kasjerki i… zupełnie nie mogliśmy się zrozumieć. A właściwie ona nie mogła zrozumieć na czym polega mój problem z wnoszeniem toreb do sklepu. Wtedy nie wiedziałem, że można nie być podejrzewanym o niecne zamiary.

Od tamtego wydarzenia minęło prawie siedem lat i zdążyłem o nim zapomnieć. Wspomnienia wróciły podczas wizyty w Jackowie w Chicago, gdzie w sklepie spożywczym powitała mnie kartka:

Tak, wpis nie będzie marudny… Ale od początku:

Planując wizytę w Chicago spotkanie sławnej polonii z Jackowa (dzielnicy Chicago przy kościele św. Jacka) było dla nas kluczowym elementem wycieczki. Plan był prosty: żurek i schabowy, polskie muzeum i zwiedzanie dzielnicy.
Strona internetowa muzeum poleca restaruracje Podhalanka, opinie w internecie były zachęcające, a ceny przyjazne – poniżej $10 za obiad, więc postanowiliśmy właśnie ją odwiedzić:

Właściciel, krakowiak (od trzydziestu lat w usa), witając polsko-angielskim (przywodzącym na myśl wizyte Kargula i Pawlaka – “wy tu przyjechalyszcie na biznesz czy pleżer?”) usadził nas przy stole wyłożonym lekko pożółkłą ceratą. Lokal wyglądał jak tradycyjny bar mleczny dodatkowo przyozdobiony obrazami matki boskiej częstochowskiej, kilkoma obrazami papieża, lampkami choinkowymi i puszkami coca-coli. Gospodarz zaproponował, żebyśmy poza żurkiem spróbowali kilku ich specjałów. Dlaczego nie, pomyśleliśmy – dużo restauracji oferuje menu złożone z kilku próbek. Uradowany krakowiak zaczął przynosić jedzenie – siedem pełnych porcji, każda z nich wystarczająca za pełen obiad… Od tego momentu przestał też do nas podchodzić i zagadywać – złapał frajerów, to już więcej nie musiał. Przyszedł dopiero z rachunkiem na $51 i… prośbą, żeby napiwek mu dać gotówką, żeby nie musiał od niego opłat wnosić! Odmówiliśmy i z ciężkim sercem (a teraz myśle, że i niepotrzebnie) zostawiliśmy zwyczajowe 15%. To chyba jednak było za mało, na wyciągu z banku zobaczyłem, że krakowiak dopisał sobie trochę dodatkowo. Polak Polakowi Polakiem…

Z lekkim niesmakiem udaliśmy się do Polskiego Muzeum. Wejście do niego wymagało sporo wytrwałości – jedyna inforamcja na froncie to kartka na drzwiach biblioteki (widoczna poniżej). Potem już tylko wystarczyło wejść po nieoznaczonych schodach, zadzwonić domofonem znajduącym się przy ciężkich metalowych drzwiach i już po chwili można było wnieść opłatę za wejście. Przed główną salą muzeum, przy stoliku prezydialnym wyłożonym materiałem, siedziały trzy osoby. Wąsacz w środku rozmawiał przez telefon, pozostali patrzyli w dal. Wyglądali troche jak moja komisja poborowa albo sędziowie turnieju brydżowego, brakowało tylko popielniczki. Obok nich stał jeszcze ochroniarz, który nie pozwolił nam oglądać zbiorów do momentu aż zdejmę plecak. Na pytanie co mogę z nim zrobić zapoponowali, żebym rzucił go w pod zakurzony kaloryfer przy wejściu.

Poniżej kilka zdjęć z muzeum:

Więcej zdjęć nie mam, bo… w pozostałych (ciekawszych) salach był zakaz fotografowania.

Polskie Muzeum w Chicago posiada bardzo zróżnicowaną kolekcję w skład której wchodzą skarby kultury przywiezione przez Polskę na wystawę w Nowym Jorku w 1939 (nigdy nie wróciły do ojczyzny), trochę średnio zachowanych strojów ludowych, sporej wystawy pamiątek po papieżu (firgurki, obrazy, dywaniki z podobizną itp), sporej ilości obrazów (wg. Eweliny całkiem dobrych) w tym prace Zofii Styjeńskiej. Dolne piętro wypełniała interesująca kolekcja pamiątek po Igancym Paderewskim. Pilnująca nas bardzo miła i ochoczo przedstawiająca zbiory Pani (większość pomieszczeń można zwiedzać tylko z opiekunem) opowiadała, że muzeum boryka się z problemami finansowymi. I szczerze mówiąc nic dziwnego – ciężko tam wejść, atmosfera jest depresyjna, a w sklepiku nie ma ani jednej pamiątki z tego miejsca (nawet pocztkówki, magnesu, kubka, broszurki itp. – nie było na co wydać pieniędzy). Podsumowując – bardzo interesujące miejsce w fatalnej oprawie. Szkoda, bo warto pokazać to światu to co tam mają.

Przewodniki turystyczne mówiąc o “polskiej dzielnicy” wspominały, że ostatnio zmieniła się ona w dzielnice polsko-meksykańską. Moim zdaniem okolica jest już głównie meksykańska, ale… to chyba dobrze dla Chicago. Do czasu wizyty w w polskim sklepie nie spotkałem się jeszcze z otwartym rasizmem. A tu proszę, przy pierwszej próbie kontaktu dowiedziałem się, że polska dzielnica maleje, bo “wpuścili ‘meksyków’ i ci wszystko zabierają”. Więcej się nie dowiedziałem, bo starsza Pani odwiedzająca ten sam sklep uznała, że moja rozmowa ze sprzedającym jest nieistotna i wchodząc mi w słowo przejęła całą uwagę sklepikarza (co mu nie przeszkadzało, zainkasował już podwójną cenę ($1) za pocztówkę). Ewelina też za dużo od polonii się nie dowiedziała, bo jej rozmowę przerwał wpadający do sklepu tubylec wykrzykując “Panie Andrzeju, Pan coś zrobi bo ten czarny tu znowu…” czy coś podobnego.
Główną atrakcją był tam dla mnie sklep spożywczy z mięsem na hakach (zdjęcia poniżej) i zadziwiającą ofertą polskich towarów (mieli na przykład mleko “Łaciate”!). Kupiliśmy trochę nałęczowianki i czekoladowego zająca (rozważałem “zwyczajną” za $0.99/lb – 8pln/kg!, ale zrezygnowałem) i z ulgą opuściliśmy krajan, którzy tkwią głęboko w latach osiemdziesiątych i nie mogą pozbyć się najgorszych stereotypowych zachować (chociaż przyznaję, że czerwone nosy podpitych panów w kufajkach wyglądały nawet trochę zabawnie w zestawieniu z meksykanami w kreszowych dresach).

Jakby się ktoś pytał, to jestem za tym, żeby emigrantom zabrać prawo głosowania i zostawić ich (nas) w spokoju. Kojarzenie z Polską poloni tkwiącej w dawno minionej historii to niepotrzebne szarganie orzełka.

ps. Powyższy opis nie oddaje rzeczywistości Chicago, jedynie drobny, acz rozczarowujący, jej wycinek.

Share