[USA] Jakby przeoczyć tornado to jest nieźle

Są takie momenty, że cieszy mnie, że przeprowadziłem się do Austin – światowej stolicy muzyki*. W zeszłym tygodniu, gdy akurat miałem siadać do pisania bloga, odkryłem, że do Austin przyjechał łódzki zespół L.Stadt, z którego perkusistą miałem zaszczyt siedzieć w jednej ławce przez cztery lata liceum. To było bardzo miłe spotkanie po latach – pogadaliśmy, posłuchaliśmy muzyki (ich i nie tylko). Dobrze jest tak daleko spotkać kogoś bliskiego. Zapraszam do odwiedzenia ich profilu na facebooku i posłuchania ich muzyki na myspace.

Chłopaki swoim graniem opóźnili mój raport z wizyty w trzeciej pod względem wysokości nad poziomem morza stolicy w stanach – Denver, Kolorado. Ale nie trzecim miejscem chwalą się jej mieszkańcy, tylko tym, że ta wysokość wynosi dokładnie jedną milę (5280 stóp, 1600 metrów). Jedno czego nie mogą ustalić to gdzie dokładnie przebiega ta mila – mierzyli kilka razy i zawsze wychodzi im inaczej. A że każdy z pomiarów oznaczają na schodach Kapitolu (siedziby władz stanu), to turysta dowiaduje się, że jedna mila przebiega dokładnie na 13tym, 15tym i 18tym stopniu jednocześnie.


Optymiś na wysokości jednej mili. (Uważni czytelnicy zauważą, że Optymiś podróżuje ostatnio z własnym misiem)

Wysiadając z samolotu w Denver pierwsze co zauważyłem, to znaki wskazujące drogę do najbliższego schronu przeciwtornadowego. Zaczynam dochodzić do wniosku, że istnieje powód dla którego te ziemie do XVIII wieku były zamieszkałe tylko przez kilka plemion i bizony – przyroda w tych okolicach daje wyraźnie do zrozumienia, że tu nikt nie powinien mieszkać. Ostatnio obudziła nas tas taka burza, że nasz dom się cały trząsł od wiatru i grzmotów, a następnego dnia mieliśmy krótkie gradobicie i ulewy. Te ostatnie, mimo lokalnych powodzi i podtopień, traktowane są jako zbawienie – pozwoliły władzom zmienić poziom zagrożenia suszą z ekstremalnego na bardzo duży. Ogródek dalej mogę podlewać tylko raz w tygodniu (to akurat dobrze, nikt się nie przyczepi, że tego nie robię).

Na zwiedzenie Kolorado mieliśmy zdecydowanie zbyt mało czasu. Zdecydowaliśmy się nie wyjeżdżać z Denver, co pozwoliło nam zrezygnować z auta na rzecz komunikacji miejkiej. Korzystanie z usług transportu publicznego miało walory zarówno towarzyskie i humorystyczne. Towarzyskie ponieważ automaty do płacenia za przejazd nie wydają reszty, ale sympatyczny kierowca postanowił nam pomóc krzycząc na cały autobus i szukając drobnych u naszych współpodróżnych. Walory humorystyczny podróży pojawiły się po zderzeniu naszego wyobrażenia stacji przesiadkowej z tym co zastaliśmy. Spodziewałem się dużego budynku z setkami biegających ludzi, kawiarniami itp. Jednak jeden z głównych węzłów komunikacyjnych miasta okazał się polem betonu z czterema słupkami i trzema małymi wiatami. W Polsce słyszałem powiedzenie, które pasuje jak ulał: „Tu nie Europa”.

Tym co wyróżnia Denver od innych miast, które widziałem po tej stronie Oceanu, jest wyraźnie pozytywne nastawienie niezmotoryzowanych. W mieście dostępna jest sieć rowerów miejskich dostępnych na godziny za opłatą**, a główna ulica miasta jest niedostępna dla samochodów – jeżdżą nią tylko miejskie ekologiczne autobusy. Wszem i wobec ogłaszam, że mi się podoba.

Mimo istnienia kilku głupawych praw miejskich takich jak zakaz pożyczania odkurzacza sąsiadowi (serio!), Denver wprowadziło także kilka mądrych, m.in. przepis nakazujący inwestorom używanie 1% budżetu nowych budynków na sztukę w przestrzeni publicznej. W efekcie gdzie nie spojrzeć tam jest coś wartego zobaczenia, ładnego albo przynajmniej „interesującego” .

Nie każda sztuka do mnie przemawia. Patrząc na poniższe ludziki miałem nieodparte wrażenie, że wyglądają jak znaczek na drzwiach toalety:

Ku mojej wielkiej radości miasto wypełnione jest różnego rodzaju misiami i niedźwiedziami, ale nie udało mi się dotrzeć do korzeni tego zjawiska. Udało mi się za to rozbawić kilka osób, która podziwiały sesje zdjęciowe podróżującego ze mną Optymisia.

Z dużym niebieskim niedźwiedziem przy centrum konferencyjnym (jednym z nieoficjalnych symboli miasta):

Z niedźwiedziem z brązu zatytułowanym „O jak dobrze” (tłumaczenie własne z „Feels so Good”):

Z pluszowym niedźwiedziem, który swoje już w życiu wysiedział:

Historię miasta poznawaliśmy jeżdżąc dość podejrzanym pojazdem – zrobionym z desek, wyposażonym w salonowe fotele z poduszkami oraz poroże z przodu. Pojazd poza pokracznym wyglądem wyróżniał się dźwiękami, które wydawał – gwizdał „fiu-fiu”, szczekał, muczał i chrumkał. Gwizdanie najbardziej działało na przechodzących facetów, na szczekanie reagowały psy (i właściciele próbujący je później uciszyć). Ot taki amerykański humor.

O samej historii dowiedzieliśmy się niedużo, gdyż miasto jest bardzo młode i właściwie nic tam się nie działo. Początki miasta sięgają połowy XIX wieku, gdy w czasie gorączki złota okolica była przeczesywana przez śmiałków. W 1861r podpisano akt założycielski i populacja eksplodowała osiągając po dziesięciu latach około stu mieszkańców. Nie każdy w mieście zajmował się wydobywaniem kruszców, spora część żyła z prowadzenia domów publicznych, knajp oraz kasyn znacząco usprawniających przepływ gotówki. Od tego czasu miasto rosło i… nic ważnego się tam nie wydarzyło. W związku z tym przewodniczka skupiła się na historiach: o duchach (straszą na byłym cmentarzu, który miasto przerobiło na park pozostawiając blisko 1700 grobów pod cienką warstwą ziemi – lepiej nie grzebać za głęboko w czasie pikniku) oraz o domu publicznym z dobudowanym tajnym przejściem do hotelu po drugiej stronie ulicy. Tunel chronił klientów przed wścibskim wzrokiem odwiedzających pobliski kościół.
Ładna historia wiąże się z pozłacanym orłem znajdującym się na dachu urzędu miasta. Zamawiający rzeźbę burmistrz jawnie przyznawał się do bycia członkiem Ku Klux Klanu, co nie do końca było w smak artyście żydowskiego pochodzenia. Ten jednak zamiast jednak odmówić wykonania dzieła, postanowił wykonać niestandardowy wzór. Burmistrz był zachwycony ułożeniem ciała orła, które, jak sam określił, pokazywało go w czasie startu i miało symbolizować wzlot miasta. Ornitolodzy jednak mają inne zdanie – ułożenie ciała wyraźnie pokazuje iż orzeł przygotowuje się do defekacji.

Przewodniczka wspomniała wielokrotnie o jednej z głównych atrakcji miasta – prawie legalnej marihuanie. Prawo federalne zabrania posiadania nawet niewielkich ilości tego narkotyku, legalizacja w Kolorado (Kalifornii i jeszcze kilku innych stanach) polegała na wprowadzeniu pojęcia Medycznej Marihuany, którą można kupić na receptę. Niektóre ze sklepów, poza dystrybucją leku, oferują także błyskawiczne badania lekarskie.
Zwiedziliśmy jedną z takich „aptek” – wygląda ona jak mało medycznie – dywany, kanapy i fotele zachęcają do zażywania lekarstwa na miejscu. Zamieniliśmy kilka słów ze sprzedawcami, jako turystom mogli nam zaproponować tylko i wyłącznie gazety i akcesoria, aby uzyskać lek należy być mieszkańcem (wystarczy rachunek za czynsz albo media). Głupie zakazy powodują głupie rozwiązania.

Denver sprawia wrażenie miasta wolnego duchem i jako jedno z niewielu nie zaczęło rozprawiać się z okupującym kapitol ruchem 99%. Austin niestety rozpędziło demonstrantów w bardzo brzydki sposób – wprowadzili prawo nakazujące conocne mycie chodników dookoła urzędów. W połączeniu z prawem skazującym na bezwarunkowe więzienie każdego, kto uniemożliwia prace porządkowe w mieście (takie jak zamiatanie, odśnieżanie czy mycie) wypędziło to (a raczej uczyniło mobilnymi) protestujących. Na nic zdały się głosy, że a) nie jest to zgodne z duchem prawa; b) suszę mamy, więc marnowanie wody jest złe – Austin postawiło na swoim. W Ameryce mamy wolność słowa – każdy ma prawo mówić co ma ochotę, pod warunkiem, że mówi to co się władzy podoba albo że mówi to tak, żeby go nikt nie słyszał.

W Denver 99% jeszcze się bronią:

Bardzo chciałbym wrócić do Kolorado. Zabrakło nam czasu na choćby krótką wycieczkę w Góry Skaliste, zwiedzanie miasteczka hipisowskiego, dzielnicy teatrów, muzeów i wielu innych rzeczy. A jakby tego było mało, to mają tam przepyszną kranówkę –krystaliczną, smaczną, górską wodę.

Kilka innych fotek:
Droga koło naszego hotelu

Piesek preriowy pilnujący pola:

Góry Skaliste

Tablica umieszona przed Kapitolem – 10 przykazań

Widok z jednomilowego stopnia:

Lotnisko w namiocie:

* tytuł samozwańczy
** Właśnie wykreśliłem z poprzedniego zdania słowo „minimalną”. Jeśli od wypożyczenia roweru do jego odstawienia upłynie mniej niż 30min, to przejazd jest darmo, jednak zapłacić trzeba za dostęp do usługi – karta dzienna kosztuje $8, roczna $80. Ech, a chciałem ich pochwalić.

Share

[USA] Krótki wypad do Ciudad Acuna w Meksyku

Kontynuacja świątecznego zwiedzania Teksasu.

Granica Texasu z Meksykiem cieszy się bardzo złą sławą za sprawą wojen gangów narkotykowych. Sprawy nie poprawiają nielegalni imigranci oraz przemytnicy. W efekcie turystyka w tym regionie właściwie upadła co doprowadziło do jeszcze głębszej zapaści regionu. Austin od Eagle Pass (przy Meksykańskim Piedras Negras) pod względem odległości dzieli 225 mil, czyli niecałe 4 godziny jazdy autem (według teksańskich standardów „niedaleko”), ale cywilizacyjnie te dwa miejsca nie mają ze sobą praktycznie nic wspólnego. W przygranicznych miastach dominuje język Hiszpański, bieda i nieufność do rządu amerykańskiego oraz jego przedstawicieli.

Na nocleg wybraliśmy miasto określane w przewodnikach jako przygraniczna stosunkowo bezpieczna enklawa normalności – Del Rio i rzeczywiście nie natknęliśmy się tam na nic niemiłego. Miasto z atrakcji oferuje kilka niskobudżetowych restauracji, niskobudżetowe hotele oraz całkiem ładne, acz opustoszałe „stare miasto”. Główną atrakcję jest tam jednak przejście graniczne do Meksyku do Ciudad Acuna.

Nad wycieczką do Meksyku zastanawialiśmy się wcześniej, ale po relacjach z internetu oraz opowieściach znajomych (podobno widoku wiszącej na moście odciętej głowy łatwo się nie zapomina nawet jak się ma na imię Jose), ale ostatecznie ciekawość wygrała. Pomógła nam bardzo wikitravel oraz właściciel hotelu. Rozmowa początkowo nie wyglądała obiecująco, gdyż na pytanie: „czy warto jechać do Meksyku i czy to jest bezpieczne?” uzyskałem błyskawiczną i rzeczową odpowiedź „1. Tak, 2. Nie”*, ale po dłuższej rozmowie ustaliliśmy, że niebezpiecznie jest tylko wyjść z centrum miasta albo poza miasto. Przygoda!

Ciudad Acuna jeszcze kilka lat temu była przeciętnym granicznym miasteczkiem, które w dużej części utrzymywało się z imprezowej turystyki – amerykanów wybierających się na smaczny obiad, wieczór/noc w klubach i powrót z bagażnikiem Tequilli. Na nieszczęście miasta włądze USA przymknęły granicę: zaczęli wymagać paszportów, przeprowadzać kontrolę oraz pobierać cło od alkoholu. Dzięki wysiłkom władz miasto utrzymało stosunkowo bezpieczne dla turystów centrum, jednak upadek widać na każdym kroku. Ale w temacie kroków zacznijmy od tego jak tam dotarliśmy.

Wikitravel poinstruowała nas, żeby podjechać samochodem pod granicę, zostawić go na parkingu strzeżonym i iść dalej na pieszo. Nie przygotowała nas jednak na to jak to będzie wyglądało w rzeczywistości. Po opisie wyobrażałem sobie parkingi zorganizowane jak lotniskowe – z bramkami, asfaltem i autobusami. Rzeczywistość była odrobinę inna – parkingi strzeżone okazały się półdzikimi piaskowymi placami z szopą i powolnym, grubym Meksykaninem wołającym Amigo! Zamiast w autobusie znaleźliśmy się na poboczu drogi szybkiego ruchu dochodzącej do mostu nad Rio Grande. W grzejącym słońcu (upał 26go grudnia jest warty trochę strachu!) uzbrojeni w butelkę wody i pluszowego misia ruszyliśmy na pieszo w stronę granicy.

Długi na 620 m most nad Rio Grande zakończony jest po obu stronach posterunkami granicznymi. Po stronie amerykańskiej przejście blokowała bramka, która otwierała się po wrzuceniu 75 centów od osoby – po uiszczeniu opłaty odprawa graniczna była zakończona. Strona meksykańska była równie otwarta dla pieszych – dla samochodów już nie – każde auto przechodziło szczegółową kontrolę z rozkręcaniem włącznie.

Pierwsze co widać w Ciudad Acuna (poza żołnierzami uzbrojonymi po zęby) to zupełnie inna architektura i… dentyści, co nie dziwi, gdyż cena leczenia jednego zęba w USA zbliżyła się do 50% średniego miesięcznego uposażenia.

Na pierwszy rzut oka widać też szyldy i reklamy – w znacznej większości ręcznie malowane (pepsi mnie urzekło!).

Zwiedzanie miasta zaczęliśmy od wizyty w sklepie z pamiątkami, gdzie po raz kolejny zostałem zawstydzony – sprzedawca mówiący po angielsku znał polskich bohaterów narodowych (z Karolem Wojtyłą na czele), wiedział gdzie leży Polska i jaka jest jej sytuacja w Europie. Czyli dużo więcej niż ja wiedziałem o Meksyku przed przyjazdem tutaj (a pewnie nawet więcej niż do tej pory wiem). Zamiast sombrero kupiliśmy gliniany talerz na ścianę po czym wyraźnie zadowolony sprzedający zaproponował nam nocleg (w cenie talerza) zachwalając, że jest w takiej okolicy gdzie się gangi nie zapuszczają.

Dość specyficzną atrakcją sklepu, na którą z dumą zwrócił nam uwagę sprzedawca (jakby dało się ją przeoczyć) była lalka wisząca na stryczku z przyczepioną kartką „Meksykańska sprawiedliwość” oraz wytłumaczeniem na drugiej stronie – „złodzieje będą powieszeni. Nie martw się, nie będziesz cierpieć”.

W mieście znajduje się znaczna ilość sklepów „wielobrażowych”, które zwiedzałem z dwóch powodów – aby oglądać towar oraz podziwiać sprzedawców, którzy chodzili za nami krok w krok sprawdzając czy czegoś nie kradniemy. Tylko protest małżonki zniechęcił mnie do dodatkowych rundek z niedyskretną ochroną na karku (nie codziennie biegają za mną młode i ładne dziewczyny!). Sam towar też był fascynujący – ubrania na wieszakach szczelnie opakowane z foliowe torby, discmany zamknięte w gablotach oraz eksponowane na szyldach jako „prawdziwie amerykańskie”, spodnie Wrangler. Interesujące były też sklepy bez drzwi i okien – zamiast szyb czy drewna od ulicy dzieliła je tylko krata – nie dość, że to oszczędne rozwiązanie, to jeszcze sprawia wrażenie otwartości na klientów.

Moją uwagę dość szybko przyciągnęły budy z ulicznym jedzeniem (pora obiadowa była!), które wyglądały paskudnie ale pachniały zachęcająco. Jako odważniejszy zdecydowałem się zaryzykować mięso w bułce i… do tej pory się cieszę. Mięso było soczyste i smaczne, a bułka pyszna i chrupiąca – zdecydowanie najlepsze pieczywo jakie jadłem po tej stronie oceanu. Odrobinę problemu sprawiła mi tylko, dorzucona jako przekąska, papryka, której mały gryz wywołał gwałtowną potrzebę znalezienia coli**. Weszliśmy więc do najbliższego miejsca gdzie wypatrzyłem czerwone logo i na migi kupiłem dwie butelki picia oraz (też na migi) dowiedziałem się, że nie jest na wynos tylko na miejscu. Usiedliśmy i zaraz podano nam gratisowe przekąski (tortille z kilkoma sosami – niezłe). Głupio mi było tak brać za darmo jedzenie do picia, więc poszedłem zamówić na migi coś kebabopodobnego (po tych ćwiczeniach z migowego mogę śmiało brać udział w mistrzostwach w kalambury) – także rewelacyjnie świeże i smaczne. Łącznie zostawiliśmy w tym miejscu niecałe $5 – tanio i smacznie – dokładnie przeciwnie niż po drugiej stronie Rio Grande.

O ile wejście do Meksyku było proste, o tyle wyjście z niego już nie. Przede wszystkim nikt na granicy nie mówił po angielsku, nie było też nigdzie informacji dla anglojęzycznych. Facet z karabinem ustawił nas w kolejce do zamkniętego okienka i bacznie nas obserwował. Gdy już doczekaliśmy się na obsługę okazało się, że zdolności językowe obsługującego nas dziewczęcia ograniczały się do czarującego uśmiechu i wymachiwania rękami. Po wezwaniu posiłków i nieudanej kolektywnej próbie ułożenia zdania grupa urzędnicza postanowiła pokierować nas na migi (albo tańczyli jakieś techno – ciężko powiedzieć). Kolejne 25 centów (lub 3 peso, co pozbawiło mnie pamiątkowych monet) opłaty za bramkę i znów byliśmy na moście. Wracając po trzech godzinach w stronę granicy rozmawialiśmy o tym, co różni małe meksykańskie miasteczko od miast Amerykańskich – po drugiej stronie Rio Grande ludzie żyją w mieście – chodzą, stoją, kupują, sprzedają, rozmawiają. Po prostu są na ulicach. Bardzo mi się to spodobało, dowolna liczba autostrad i parkingów nie zastąpi sprzedawcy ulicznego (szczególnie takiego krojącego na miejscu kokosa maczetą) czy straganu i trąbiących taksówek. Przynajmniej tam widać życie.

Po więcej zjdęć z krótkiej wycieczki do Meksyku zapraszan do albumu Eweliny oraz do mojego, znacznie skromniejszego.

ps. A tak właśnie wyglądają amerykańskie drogi około 20 kilometrów od granicy – taka blokada była na każdej drodze, którą jechaliśmy. Sprawdzają każdego – kontrola paszportów (w środku kraju!), zaglądanie do auta itp.

* plus poradę – jak chesz przejechać przez granicę nie przewoź narkotyków ani takich „małych ludzi”
** meksykańska coca-cola jest uznawana z teksasie jako przysmak – jest sprzedawana w sklepach dwa razy drożej niż lokalna.

Share

[USA] Lotnisko, ochrona i prawie ataki terrorystyczne

W wyniku tragedii, która miejscowi nazywają “operator telefonii komórkowej” moj poprzedni wpis zaginął gdzieś w odchłani sieci. Będę go próbował odtworzyć z pamięci, ale to nie jest specjalnie wiarygodne źródło.

Zresztą na drodze do publikacji stanął nie tylko mój telefon, ale też problemy logistyczne. Na szczęście tradycyjna polska SRPIRN* jeszcze mnie nie opuściła, więc mogłem przygotować napar konieczny do pisania – herbatę PG z mlekiem. Trudność zadania polegała na tym, że nie mam czajnika, bo lokalne dzikusy piją tylko kawę z ekspresu. Jakby ktoś znalazł się w podobnym potrzasku i potrzebował porady, to proszę: to wystarczy zapchać torebką herbaty otwór wypływowy ekspresu przelewowego, włączyć normalnie i herbatka się zaparza powoli, ale skutecznie.

W zgubionym wpisie opisywałem jak bardzo podoba mi się wylot z lotniska w Providence w Rhode Island. Z bliżej nieokreślnonych powodów nie lubie lotniska w Bostonie. Może dlatego, że za każdym razem gubię drogę jak tam jadę, czekam tam na coś (kontrolę, żonę albo lot) dwie godziny za długo albo dlatego, że jest brzydkie (lotnisko, żona jest całkiem ładna) i nudne (też lotnisko…). Niezależnie od przyczyn cieszyłem się jak głupi, że nie muszę go oglądać ponownie, mimo, że wylot szedł pod górkę. Najpierw obsługa parkingu odmówiła mi wjazdu na wykupione miejsce, ponieważ nie umieją czytać i/albo nie zrozumieli karki, którą im podstawiłem pod nos. Następnie policjant zapytany o parking wskazal mi drogę w dokładnie przeciną stronę, co skutkowało tym, że musiałem wykonać siedmiomilowe kóło, bo wpadłem na autostradę. W drodze z parkingu na lotnisko obraził się na mnie kierowca autobusu, bo nie kwapiłem się do dania mu napiwku, za to, że przewozi mnie całe 900 metrów. Potem było już tylko przyjemniej.

Pierwszą częścią wycieczki było pokazanie mojego dorodnego ciała jakiejś biednej istocie. W Providence wdrożyli w życie marzenie każdego nastolatka – automat zaglądający pod ubranie. Działa to tak, że wchodzi się do bramki, tam prześwietlają słabymi promieniami Roentgena ciuchy i na ekranie widzą golasa. W USA bym raczej nie chciał takiej pracy mieć, ale jeśli Hiszpania czy Francja wdrożą, to mogę się na ochotnika zgłościć, może być nawet jako wolontariat.
Jak już sobie mnie doklanie obejrzeli, to zabrali się za mój bagaż, w którym pod dłuższym grzebaniu znaleźli scyzoryk. Znając eurpejskie służby graniczne zacząłem się z nim żegnać, co dość mocno mnie zmartwiło, bo dostałem ten nóż od rodziców i bardzo go lubię. Druga myśl, którą miałem, to że skoro w Europie robią problemy ze zbyt dużą pastę do zębów jako potencjalnym narzędziem zamachu terrorystycznego, to tu na pewno mnie zaraz mnie aresztują. Amerykański ochroniarz podszedł i zaczął mi proponować jak mogę zrobić, żebym nie stracił noża. Auto miałem za daleko, bagaż już nadałem, a nikt mnie nie odprowadzał, więc facet zaproponował, żebym sobie wysłał ten nóż listem do siebie. Dał mi nawet kartkę pozwalającą ominąc kolejkę do odprawy, a potem ookazał mi gdzie jest samoobsługowa skrzynka nadawcza. Przy okazji warto wspomnieć o skrzynce – to jest genialne rozwiązanie – skrzynka zawiera wszystko, co potrzeba do wysłania paczki, tj. koperty, materiały pakowe i druczki (długopis ktoś zaiwanił, ale miałem swój**). Na druczek wpisuje się numer karty kredytowej, wsadza się tak przygotowaną przesyłkę do innej przegródki w tej skrzynce i za jedyne $8 (drogo, bo ubezpieczyłem od razu) paczka trafia do adresata. Tzn prawie trafia – listonosz zostawił paczkę przed drzwiami naszego bloku. Ważne, że doszło!

Na lotnisku czekały już same przyjemności – darmowy internet, darmowa woda do picia, pamiątkowe pocztówki, tani pączęk (na wagę nie wchodzę!) i gdyby nie to, że tu telefonia nie działa, to by tu było dużo więcej radości. Ale przepadło nieodwracalnie, a ja jak nie mogę na coś marudzić, to zapominam o tym.

Patrząc na kontrolę na małym lotnisku, który doświadczyliśmy w drodze na Nantucket, gdzie procedury bezpieczeństwa ograniczyły się do pytania “ile ważysz” i sprawdzenia czy nie zgubiłem numerka do szatni, który udawał kartę pokładową, a następnie na podejście obsługi w Providence, dochodzę do wniosku, że Europa się coś za bardzo rozpędziła z tą całą ochroną antyterrorystyczną. To amerykanie mieli być paranoikami, a to my wychodzimy na świętszych od papieża. Amerykanom chyba wystarczy, że wszystkim mówią, że są groźni. Czasem nawet to pokażą – przed ambasadą USA w Londynie stoi wojsko uzbrojone w M16. Przed białym domem stał ogrodnik i podlewał trawę, a przed Capitolem spotkaliśmy policjanta z latarką do zaglądaia do torebek. W jajo nas zrobili.

* Sztuka robienia prowizorek i rzeczy niemożliwych
** prawdopodobnie zaiwaniony gdzieś indziej

Share