[USA] Ozdoby świąteczne

Z okazji świąt amerykańskie miasta zmieniają się w bajkowe krainy pełne mikołajów, reniferów, pingwinów, bałwanów (ciekawe skąd teksańczycy wiedzą jak wygląda bałwan. Znaczy śniegowy, bo normalnych mają w telewizji) i setek różnego rodzaju świecących ozdób. Dla dzisiejszego wpisu wybraliśmy się w trzygodzinną misję fotograficzną, w wyniku której powstało trochę zdjęć i filmów (poniżej) oraz wielka chęć przyozdobienia własnego domu. Bardzo, bardzo mi się podoba moja okolica w blasku diód led i świecących dmuchanych pingwinów.

Zapraszam od objerzenia eksperymentalnego wpisu multimedialnego. Kliknij na strzałkę aby rozpocząć pokaz zdjęć:

A teraz kliknij na drugą strzałkę, żeby zobaczyć siedem krótkich filmów pokazujących jak to się rusza:

Share

[USA] Podróże kształcą c.d.

We Francji nauczyłem się pić wino, jeść pleśniowe sery i dojrzewającą kiełbasę. Nauczyłem się też, że nocne spacerowanie nad Garoną jest przyjemne, a w dobrym towarzystwie bardzo przyjemne. W Anglii nauczyłem się, że wyrafinowany dowcip i przeczytana książka to nie powód do wstydu; że przestrzegając zasad żyje się wszystkim lepiej i że można być uprzejmym z powodu poniedziałku albo nawet bez jakiegokolwiek powodu. W Texasie jak na razie dowiedziałem się, że 300 kilometrów to “niedaleko”; uśmiechanie się do sąsiada powoduje oduśmiechanie się tegoż; że wiewiórki wyjadają nasiona z karmika dla ptaków i trzeba je ganiać oraz że da się zrobić silnik mający 3.7l i 305 koni mechanicznych, a jeżdżący jakby miał 1.4l i 80KM. Taki właśnie silnik montują w najtańszej wersji Forda Mustanga, którego w sobotę zabrałem na jazdę testową. Auto jest bardzo zwinne i przyjemnie się w nim siedzi, jednak wciśnięcie gazu przy 40MPH powoduje redukcje biegów, większy hałas z silnika i niewiele więcej. Na (nie-)szczęście sprzedający namówił mnie na przejażdżkę Mustangiem GT z 5cio litrowym V8 (435KM). Na placu mieli tylko wersję z manualną skrzynią biegów, po trzykrotnym upewnieniu się czy wiem co to jest sprzęgło dostałem potwora pod ręce i… to jest piękna zabawka. Dźwięk tego silnika to poezja, przyspieszenie na dowolnym biegu przy dowolnej prędkości wciska w siedzenie. Jedyne co mnie może od niego uratować to sprzedawca, który mimo moich uslinych prośb nie chce wysłać mi mailem umowy leasingowej.

Ale nie o autach chciałem dziś pisać, tylko o innej Teksańskiej (z Wielkiej litery, bo Teksas jest naprawdę duży) umiejętności, którą dziś nabyłem – obsłudze pistoletu. Wg róźnych źródeł w USA z bronią oswaja się dzieci od czwartego roku życia. Jak się weszło między wrony trzeba strzelać tak jak one. W sobotę (tą samą, to był aktywny dzień) pojechałem na strzelnicę, żeby się troche podedukować. Podszedłem do sprzedawcy i mówię jak sprawa wygląda – nigdy nie strzelałem i chciałbym się nauczyć. Popatrzył na mnie i spytał – “chcesz wynająć pistolet i spróbować, tak?”. To nie był żart, facet za $10 dolarów był gotowy dać mi do ręki pistolet, za następne $20 pudełko amunicji i wpuścić mnie, żebym sobie postrzelał. Zrezygnowałem i kupiłem dwugodzinny kurs na dzisiaj.

Zanim pojawił się trener pokręciłem się po sklepie przy strzelnicy. Przypominał mi trochę sklep z komórkami, tylko zamiast pokrowców do iPhone sprzedają zapasowe magazynki. Na ścianach wiszą rzędem karabiny, w ladach pistolety, noże i czekoladki. Na półkach na środku leży używana broń, w tym jeden M16 za $790. W koszykach na ladzie leżą celowniki laserowe, w dalszym kącie sklepu lunety oraz pokrowce. Między półkami biegają sobie dzieci (na oko w wieku 5-8 lat), kilku nastolatków testuje celowniki, sprzedawcy kręcą się i zaczepiają jak w sklepie z butami “czy w czymś mogę pomóć?”.

Pierwszym pytaniem, które zadał mi trener, było: po co chcesz umieć strzelać. Niestety nie wyczułem motywu i odpowiedziałem zgodnie z prawdą – sportowo. On popatrzył, powiedział, że strzelanie sportowe to rzeczywiście przyjemność, ale tak naprawdę broń służy do obrony “w sytuacjach, które miejmy nadzieję nie wystąpią”. Po czym przedstawił mi swój Teksański światopogląd – “Prędzej zginę, niż oddam komuś mój porftel”. Po namyśle stwierdził, że jeśli mam ochotę, to pokaże mi oba style strzelania – obronny oraz precyzyjny.

Część wykładową dzisiejszego spotkania spędziliśmy rozmawiając o prawidłowym trzymaniu broni, celowaniu, balansie ciałem itp technicznych sprawach. Potem porozmawialiśmy o rodzajach aminunicji. Według instruktora na ćwiczeniach będę strzelał nabojami full metal jacket (prawidłowego terminu polskiego nie znalazłem) – ołowianymi w metalowej osłonie, natomiast do prywatnego pistoletu polecił mi amunicję hollow point (jedyna polska nazwa jaką znalałem, to dum-dum), czyli taką, która po wejściu w ciało rozbija się na kawałki powodując znacznie więcej obrażeń niż typowa amunicja. Według niego wielką zaletą tego typu pocisków jest to, że nie przelatują przez ciało ofiary, co ma wielkie znaczenie, gdyż normalne pociski często przelatują przez ciało i wychodzą drugą stroną. W USA strzelający jest w pełni odpowiedzialny za każdy wystrzelony pocisk i nawet jeśli strzelę w bandziora, a kula wyjdzie mu plecami, a następnie kogoś trafi, to ten ktoś może mnie sądzić o odszkodowanie. Hollow pointy nie mają tego problemu – zmasakrują ofiarę, ale dalej nie polecą. M.in. z tego powodu tylko takimi strzela ochrona w samolotach. Sprawdziłem, że tego typu amunicja jest zabroniona w większości krajów europejskich. Co więcej konwencja haska zabrania użycia jej w działaniach wojennych, jako niehumanitarną. W USA jedynym ograniczeniem jest jej cena – $1.5/sztukę przy cenie Full Metal Jacket około $0.3.

Ważną częścią szkolenia było bezpieczeństwo posługiwania się bronią. Mój instruktor stwierdził, że jak paragrafów będzie za dużo, to i tak zapomne, więc ograniczy się do dwóch – 1) nigdy nie kieruj wylotu lufy w stronę czegoś, czego nie jesteś gotowy roztrzaskać; 2) nie kładz palca na spuście aż nie będziesz gotowy strzelić. Dziękuję, edukacja zakończona.

Wiedząc trochę o polskich realiach (tj wymaganym sejfie itp) spytałem o przepisy regulujące posiadanie broni w domu. Tu sprawa jest prosta – bez zezwolenia naładowany pistolet mogę posiadać i trzymać gdziekolwiek (np na stoliku przed telewizorem) oraz użyć gdy tylko do domu wejdzie ktoś, kogo nie zaprosiłem. Mogę go zastrzelić i nikt nie będzie zadawał pytań. Tak samo nikt nie będzie sprawdzał gdzie moja broń leży – mogę ją położyć gdziekolwiek w domu. W przypadku włamania i kradzieży mam obowiązek zadzwonić na policję i podać numer utraconego pistoletu. To wszystko.
Od 2007r w Teksasie prawo do obrony obejmuje nie tylko dom, ale także “mienie”, czego konsekwencją jest to, że mogę wozić naładowaną broń w aucie i użyć jej gdy poczuję, że moje mienie jest zagrożone, pod warunkiem, że 1) broń jest legalnie kupiona; 2) nie jest widoczna z zewnątrz; 3) ja prowadzę auto. Ostatnią zasadą, którą mi przedstawił było, żeby nie mówić policjantowi, który mnie zatrzymuje na drodze, że mam broń do momentu aż o to nie spyta. Rzeczywiście dialog by mógł niefortunnie wyglądać:
– zatrzymałem pana za przekroczenie prędkości, proszę o prawo jazdy
– mam załadowany pistolet…
Zamiast tego należy zaczekać na pytanie policjata o broń, po którym trzeba udzielić pełnej informacji, łącznie z miejscem gdzie w samochodzie znajduje się pistolet. Policjant powinien zakończyć dialog mówiąc “to zostawmy go w tam gdzie jest” i przystąpić do sprawdzania dokumentów.

Zanim dostałem broń do ręki musiałem podpisać kartkę, że nie jestem zbiegłym więźniem, nie byłem skazany za przemoc w rodzinie oraz kilka innych przestępstw. Na tym zakończyła się moja weryfikacja (nawet się pośmialiśmy, że wjeżdżając do USA musiałem wypełnić formularz, że nie jestem terrorystą), po czym dostałem do ręki Glocka 19 i 50 sztuk amunicji. Instruktarz jak go ładować trwał może trzy minuty, po czym weszliśmy na strzelnicę, dostałem broń do ręki i zacząłem strzelać. Nie chwaląc się doskonale mi poszło, nawet “strzelanie instynktowne” – według trenera najważniejsze – strzelanie z broni uniesionej do połowy bez celowania muszką i szczerbinką, tylko “w stonę bandziora”. W każdej z trzech kategorii strzałów (samoobrona z celowaniem, celowanie precyzyjne z dużej odległości, strzelanie instynktowne) pierwszy strzał trafiał w sam środek tarczy. W końcu znalazłem coś, w czym jestem dobry! Wystrzelałem łącznie 150 pocisków, oto zdjęcie jeden z tarczy, w których środek zastąpiła wielka dziura:

Instuktor stwierdził, że gdyby nie nasza początkowa rozmowa, to by nigdy nie powiedział, że to moje pierwsze strzelanie. Jeden strzał “z brzucha” poza numerowane pole (widoczny na zjęciu) skwitował – ważne, że kula weszła w sylwetkę oprawcy, to obronie to wystarczy. Portfela by nie dostał.

Share

[USA] Weekend na sporotowo

To była dobra sportowa sobota, wariant amerykański.

Zaczęliśmy wczesnym popołudniem od wycieczki do niewielkiego parku znajdującego się jakies czterysta metrów od naszego domu. Upał odstraszył innych chętnych do aktywnego wypoczynku, dzięki czemu nie mieliśmy problemu z zaparkowaniem auta. Park okazał się jednak tak mały, że zrezygnowaliśmy ze spaceru na rzecz drugiego, znacznie popularniejszego, sportu – zakupów. Kupon na $10 do sklepu z elektroniką, który nosiłem w portfelu wygasał za kilka dni, więc udaliśmy się go wydać na jakiś film czy inny drobiazg. W ten sposób weszliśmy w posiadanie kina domowego 5.1 z blurayem i dostępem do intenetu. Do kuponu odrobinę trzeba było dopłacić, ale konsumpcjonizm zobowiązuje.

Zanim zakończyliśmy dzień gapieniem się w telewizor i próbą zjedzenia wszystkiego co było w lodówce (próbie wprawdzie nieudanej, ale podejście zasługuje na wyróżnienie, gdyż efekty były doskonałe) pojechaliśmy na stadion obejrzeć mecz hokeja, który zaraz po baseballu i footballu (amerykańskim) jest ulubionym sportem tubylców. Wbrew moim oczekiwaniom do popularnych sportów nie należy tu koszykówka. W czasie rozmów w różnych kręgach – od pogawędek ze sprzedawcami po spotkania firmowe – słyszałem jak ludzie opowiadali o przeróżnych dyscyplinach*: curlinging (puszczanie czajników po lodzie), lacrosse (noszenie piłki w kiju z siatką), najnudniejszy sport świata – golf i kręgle, jednak nigdy o koszykówce.

Sport na żywo daje sporo satysfacji i to nie tylko dlatego, że można objadać się chipsami gdy ktoś męczy się dla naszej uciechy – co jest przyjemne także w pracy, sklepie i kilku innych miejscach i okolicznościach. Na taką radość, ale też na walor poznawczy wycieczki liczyłem – i nie rozczarowałem się.

Mecz rozgrywany był na lodowisku Texas Stars, a przeciwnikami była drużyna Peoria Rivermen. Zupełnym zbiegiem okoliczności przy calych 400 milionowych Stanach Zjednoczonych goście pochodzili z niewielkiego miasta w Illinois, w którym znajduje się siedziba mojego obecnego klienta. Postanowiłem więc nie kibicować żadnej z drużyn (ze względów bezpieczeństwa udając kibicowanie lokalnemu zespołowi). Obie drużyny prezentowały dość wysoki poziom gry (należą do ligi AHL – przedsionka NHL), ale także gigantyczne pokłady bezsensownej agresji, co zepsuło mi całą przyjemność z oglądania gry. Agresję, na szczęście tylko w formie słownej, słychać było także ze strony kibiców, a największe wybuchy radości powodowały momenty gdy ktoś kogoś wepchnął na bandę lub walił pięścią w twarz. Bijatyk na lodzie było kilka, niektórzy uczestnicy strącali przeciwnikowi hełm i zrzucali rękawice, żeby mocniej trafiać. Zniesmaczyło mnie to bardzo, pobodnie jak buczenie na zawodników przeciwnej drużyny, i tylko szacunek dla potencjalnie lubiących hokej czytelników powstrzymuje mnie przed publicznym użyciem słów, które krążą mi po głowie. Ja już chyba wole ustawki polskich kiboli piłki nożnej – przynajmniej nikt nie udaje, że to ma być sport.

Od zachowania graczy i kibiców znacznie więcej przyjemności sprawiło mi oglądanie otoczki meczu. Organizacja meczu na 5031 kibiców (podali z głośników liczbę) przebiegła idealnie sprawnie – największym indycentem była rozlana cola. A, i jeszcze zabrakło darmowych płuciennych toreb z logo drużyny, ale głównie dlatego, że niektórzy brali pełne naręcza. Dobrze mi się też kojarzyło, że lokalni oglądając sport pałaszują hotdogi z chili oraz wielkie kopce tortilli polane połpłynnym serem (sprzedają go w spreju) oraz posypanych taką ilością jalapeno, że od samego patrzenia jeszcze dziś mnie boli.

Mecz rozpoczął się od wniesienia na lodowisko flagi USA oraz odśpiewaniem hymnu. Zaraz po tym rozpoczął się szoł audio-wizualny – rozwieszone dookoła i na środku sali wyświetlacze błyskały krzykliwymi grafikami (dość mizernej jakości), a głośniki starały się narobić jak najwięcej hałasu, w czym pomagali widzowie podjudzani przez prowadzącego. Dość zabawne, choć prawdopodobnie w sposób inny niż zamierzony, wydało mi się dorabianie tła fragmentami piosenek – tercja rozpoczynała się krzykiem Ozzy Osbourne “All aboard!” z Crazy Train (puszczone pierwsze 7 sekund piosenki), w tłem podreślającym karę po faulach były “Breaking the law” Judas Priest i “Bad Boys” Inner Cirle. Pełne teksty tych utworów wogóle nie pasują do sytuacji, ale krótkie, wyrwane z kontekstu wypowiedzi wystarczą tłumowi (naprawdę nie chciałem wspominać tu dwóch ostatnich premierów RP, zbieżność faktów jest prawie przypadkowa).

W przerwach między tercjami lodowisko odwiedzały różne postaci – od skaczących cheerleaderek z odsłoniętymi brzuchami do grupy wyleczonych z raka kobiet grających w gorące krzesła, co nie jest takie proste na lodzie. Całość imprezy okraszona była dziesiątkami mniej lub bardziej pomysłowych reklam. Nauczyłem się ignorować napisy zachwalające różne “niezbędne” towary i usługi, ale zostałem przechytrzony przez wielkiego, latającego, zdalnie sterowanego hamburgera rozrzucającego kupony na darmowe kanapki. Niestety kuponu nie dostałem, podobnie jak koszulek zrzucanych z dachu na spadochronach. Za to piosenkę o pizzy (z Pizza Hut) miałem niewątpliwą przyjemność wysłuchać w całości.

W przerwach od reklam telebimy prezentowały gry interaktywne jak na przykład konkurs machania włosami, czy kiss cam – konkurs całowania się. W niektórych z zabaw można było wygrać prawdziwe nagrody i tak na przykład Hokejowa Mama Tygodnia wygrała przejażdżkę dla siebie i syna na maszynie wyrównującej lód przed grą – jak się bawić to na całego!

I tylko jedno pytanie mi chodzi po glowie – ale gdzie w tym wszystkim jest sport?

ps. Obijania pięściami twarzy nie nakręciłem – byłem zbyt zdziwiony, żeby zareagować. Mam tylko fragment pokazujący atmosferę po gwizdku zamykającym grę:

* Lista uporządkowana według popularności

Share

[USA] W kinie

Gdy tylko odrobinę przywzyczaję się do Ameryki, zaraz znajduje się coś, co wprawia mnie w osłupienie. To co zobaczyłem w sobotę wieczorem przeszło moje naśmielsze oczekiwania.

Tutejszy przemysł kinematograficzny w 2010 miał 10.89 miliarda dolarów przychodu, co stanowi około 10% rocznego budżetu Polski. Mimo tego większość kin nie ma jeszcze rosądnej strony internetowej, a istnieją kina, które strony nie mają wogóle. Lukę tą zapełnia Google, które po wpisaniu “Cinema” pokazuje zestawienie repertuarów kin w promieniu 50km od aktualnej lokalizacji. Wybraliśmy film “Source Code” i pojechaliśmy do Foxborough, wsi leżącej kilka mil na zachód od Norwood, bo nasza zaczna miejscowość przybytku typu kino nie posiada.

Przyzwyczaiłem się już do kin w supermarketach (przy czym wciąż tego nie lubię) i dokładnie tego się spodziewałem gdy jechaliśmy na seans. Już z autostrady widziałem, że nie doceniłem przeciwnika – pierwsze co się ukazało to wieża ciśnień z gigantyczną reklamą ebay, a zaraz obok niej stadion sportowy na 70000 kibiców. Jak już wspomniałem kino, a zatem i stadion, znajduję się w Foxborough, którego populacja w 2007 roku wynosiła 16,298 osób, wliczając dzieci, starców i informatyków. Albo są bardzo grubi i potrzebują siedzieć na czterech krzesełkach jednocześnie, albo mają miejsca leżące.

Stadion był otoczony szczelnie supermarketami, sklepikami, restauracjami, salą koncertową i naszym celem wycieczki – kinem. Nie ukrywam, że wchodziłem tam z pewną obawą, gdyż wyjątkowo źle znosze zapach popcornu, nie bawi mnie także oglądanie reklam. Gdy w Anglii byliśmy na Social Network, to pierwsze 20 min projekcji wypełniła mieszanka reklam i zapowiedzi. “Do odważnych świat należy” powtarzałem sobie, gdy widziałem ludzi idących w stronę sali kinowej z pizzą oraz prażoną kukurydzą*. Jednocześnie dziękowałem sobie, że kupiłem bilety przez internet, przez co straciłem możliwość wycofania się w ostatniej chwili – polecam ten sposób, zabezpiecza on takie skąpiradła jak ja przed zmianą planów.

Wiecie jakie to uczucie złamać pod sobą krzesło? Dokładnie takie odniosłem zanim zorientowałem się, że oparcie krzesła wychyla się do tyłu i to nie jest awaria… Po odetchnięciu z ulgą czekałem na 19:35 kiedy to sens miał się rozpocząć. Z kilku sekundowym opóźnieniem zgasły światła i rozpoczęła się zapowiedź jakiegoś thrillera, a zaraz po niej rozpoczął się nasz film! Złapali mnie bez gardy! Jak to tak – bez reklam?!?
Czekałem więc na wielkie szeleszczenie papierków, chrupanie i głośne komentarze. Nic takiego nie miało miejsca, nie zadzwonił ani jeden telefon. Nigdy jeszcze nie byłem w warunkach tak sprzyjających oglądaniu filmu, już nawet w domu głośniej żona buczy** przy oglądaniu telewizji.

Po zakończeniu pokazu publiczność… zaczęła bić brawo. Najpierw nieśmiało, potem coraz głośniej. A mówili, że Polacy są dziwni bo klaszczą w samolocie.

Amerykanie… coraz bardziej ich nie rozumiem.

* odpowiadając na pytanie Kowala: albo wszystko było tak ogromne, że popcorn wydawał się mały, albo naprawdę był mały. Dużo większe widziałem w kinie w Łodzi.
** sprawdzam czy jeszcze czyta tego bloga, jak tak, to będzie dużo buczenia…

Share