[USA] Niewolnictwo

W czasie ostatniej pogawędki z P. zapytałem czy robi sobie trochę przerwy jak będzie przechodził z jednej pracy do drugiej. “Nie, mam kredyt na dom do spłacania” zażartował. Wczoraj spotkaliśmy Rumuna z Izraela (losy ludzi bywają naprawde zaskakujące), który opowiadał jak bardzo się stara, żeby móc zacząć pracować nad swoim biznesem. Pomysł ma, środki ma, chęci też, niestety w USA przebywa na wizie H-1B, popularnie zwanej wizą niewolniczą. Taką samą jak moja.

Południowe stany cieszą się złą sławą za trwające do wojny secesyjnej niewolnictwo. Przed 1861 rokiem biały człowiek mógł posiadać i wykorzystywać czarnoskórych ludzi w taki sam sposób jak wykorzystuje się konie albo woły. Tej historii nas uczono w szkołach. Historii z pięknym zakończeniem – w 1862 roku Abraham Lincoln przeforsował Proklamację Emancypacji, a w 1865 roku konstytucja wzbogaciła się o trzynastą poprawkę znoszącą niewolnictwo i przymusowe prace. Emancypacja brzmi pięknie – jak historia miłości rodem z Hollywood – i tyle samo ma wspólnego z rzeczywistością!

Od 1865 roku konstytucja zabraniała niewolnictwa, jednak… nie wprowadzała kar za praktykowanie tego procederu. W południowych stanach przyniosło to skutek dokładnie odwrotny od zamierzonego – zjawisko zaczęło się nasilać. Niektórzy plantatorzy kontynuowali preceder bez zmian, inni poszli z duchem czasu i zaczęli płacić niewielkie stawki za pracę. Przynajmniej w teorii, gdyż w tym samym czasie pobierali opłatę za “opiekę” – dom i jedzenie, przeważnie przekraczającą zarobki. Głównym powodem dla którego “wolni” niewolnicy “dobrowolnie” zostawali było to, że nie mieli gdzie uciec – na wszystkich plantacjach panowały takie same warunki, a w miastach czarni nie mieli prawie żadnych praw (jak pisałem wcześniej aż do 1960 r czarnoskórym nie wolno było nic, nawet korzystać z tych samych sklepów, toalet czy kranów, co białym). Tych, którzy jednak gotowi byli próbować szczęścia w świecie, zatrzymywano siłą, do zakatowania na śmierć na oczach innych włącznie (zupełnym zbiegiem okoliczności zabicie czarnoskórego człowieka nie było karane). Uzasadnienie było proste – taki człowiek uciekał przed długiem, więc kradł – należało mu się!

W miarę rozwoju przemysłu zapotrzebowanie na siłę roboczą rosło, a ilość niewolników się nie zwiększała tak szybko jak by tego “biznesmeni” oczekiwali. Władze południowych stanów wymyśliły więc rozwiązanie – zaczęły wynajmować do pracy więźniów. Wiadomo – więźnia trzeba nakarmic, ogrzać, pilnować – to kosztuje. Zamiast tego lepiej go wypożyczyć do pracy przy budowie torów kolejowych i w kopalniach za niewielką opłatą dla budżetu. Pomysł trafił na podatny grunt i szybko okazało się, że więźniów też zaczęło brakować. Amerykanie to ludzie sprytni – wymyślili rozwiązanie i tego problemu – wystarczyło roszerzyć paletę przestępstw. W ten sposób bezdomność, plucie, bumelanctwo czy jechanie pociągiem towarowym (za to ostatnie “przestępstwo” w 1923 Martin Tabert z Północnej Dakoty został aresztowany i sprzedany do tartaku, gdzie zmarł na skutek pobicia przez nadzorców), a w skrajnych przypadkach spacerowanie przy torach i siedzenie na ławce, stały się wykroczeniami karanymi więzieniem. Lokalny sędzia miał sporą elastyczność i korzystając z wielowarstowości amerykańskiego prawa (federalne, stanowe, gminne, miejskie) tworzył przepisy na zawołanie (“znajdzie mi człowieka, a znajde na niego paragraf” Berii wydaje sie takie niewinne – Beria potrzebował mieć przepis zanim z niego skorzystał).
Większość skazanych więzienia nigdy nie widziała, bo od razu byli transportowani do pracy, czasami nawet bez wyroku sędziego, który papierkologię uzupełniał post factum na zlecenie “przedsiębiorcy”.
To rozwiązanie miało tą dotakową zaletę, że niwelowało ograniczenia rasowe – do niewolniczej pracy trafiali ludzie wszystkich kolorów (przy czym czarni szybko stali się większością więźniów – gdy wymyślono ten proceder w Louisianie czarni stanowili 30% skazany, a juz pod koniec lat osiemdziesiątych XIX wieku juz ponad 80%!). Wielu ze skazanych nie dożywała końca wyroku – w kopalniach ludzie wytrzymywali kilka do kilkunastu miesięcy. Proceder ten został oficjalnie zakończony w 1928, gdy Alabama jako ostatni stan zakazała sprzedawania pracy więźniów. W 1928! Dla porównania Polska rozkwitała już wtedy ponownie na mapie Europy, a Tuwim zdążył napisać co ostrzejsze wiersze.

Niewolnictwo nie zawsze wiązało się z wykorzystywaniem pracy, czasami wystarczył zabór wszelkiego mienia oraz pełne ubezwłasnowolnienie. Taki los spotkał indian. Muzeum Texasu w Austin poświęca niewielką część wystawy losom rodowitych amerykanów. Niewielką, acz dość szczerą i mocną – po kilku minutach czytania historii doszliśmy do wniosku, że czystki w europie w wykonianiu Hitlera nie odbiegały od tego, co tutaj robiono z Indianami. Eksterminacja miała podobną skalę. Getta i obozy nazywano tutaj “rezerwatami”, o tyle gorszymi, że światu zostały zaprezentowane jako oazy wolności i kultury lokalnej. Naziści głodzili ludzi bezpośrednio, Amerykanie stosowali subtelniejsze sposoby – rezerwaty tworzono na najmniej urodzajnych ziemiach (nie tam gdzie żyli wcześniej) i odcinano dopływ zwierzyny. Gdy to niewystarczało, wymyślano dodatkowe tortury – na przykład w rezerwacie indian Navajo biali zabili, na oczach właścicieli, praktycznie wszystkie zwierzęta hodowlane, a ich mięso, po polaniu benzyną, spalili na stosach. Działo się to na tyle niedawno, że istnieją telewizyjne nagrania świadków tego barbarzyństwa.

W świetle tamtych strasznych czasów druga połowa XXgo wieku i nasz współczesny XXIw wydają się być bardzo delikatne. Kredyt na dom spłaca się trzydzieści lat. Odpowiednio opłacani prawnicy są w stanie wypełnić wystarczającą ilość papieru, żeby przenieść moją wizę do innego pracodawcy, jeśli spełnia on jeden z tysiąca wymogów (w szczególności nie mogę być właścicielem firmy, która mnie zatrudnia – zapomnij o pracy dla siebie. Amerykański sen od pucybuta do milionera nie jest dla mnie dostępny). Moja żona może przebywać w USA legalnie i robić co ma ochotę, po warunkiem, że nie ma ochoty pracować, kupić czegoś na kredyt czy głosować. Za to siedzieć w domu może tyle ile chce! A najgorsze jest to, że Europa robi dokładnie takie same obostrzenia dla ludzi, których jedyną winą było to, że urodzili się poza Unią Europejską.

ps. Za przykry ton tego wpisu odpowiedzialne są: muzeum Texasu, filmy dokumentalne oraz ostatnie przejścia z korporacją.

Share

[USA] Podróże kształcą c.d.

We Francji nauczyłem się pić wino, jeść pleśniowe sery i dojrzewającą kiełbasę. Nauczyłem się też, że nocne spacerowanie nad Garoną jest przyjemne, a w dobrym towarzystwie bardzo przyjemne. W Anglii nauczyłem się, że wyrafinowany dowcip i przeczytana książka to nie powód do wstydu; że przestrzegając zasad żyje się wszystkim lepiej i że można być uprzejmym z powodu poniedziałku albo nawet bez jakiegokolwiek powodu. W Texasie jak na razie dowiedziałem się, że 300 kilometrów to “niedaleko”; uśmiechanie się do sąsiada powoduje oduśmiechanie się tegoż; że wiewiórki wyjadają nasiona z karmika dla ptaków i trzeba je ganiać oraz że da się zrobić silnik mający 3.7l i 305 koni mechanicznych, a jeżdżący jakby miał 1.4l i 80KM. Taki właśnie silnik montują w najtańszej wersji Forda Mustanga, którego w sobotę zabrałem na jazdę testową. Auto jest bardzo zwinne i przyjemnie się w nim siedzi, jednak wciśnięcie gazu przy 40MPH powoduje redukcje biegów, większy hałas z silnika i niewiele więcej. Na (nie-)szczęście sprzedający namówił mnie na przejażdżkę Mustangiem GT z 5cio litrowym V8 (435KM). Na placu mieli tylko wersję z manualną skrzynią biegów, po trzykrotnym upewnieniu się czy wiem co to jest sprzęgło dostałem potwora pod ręce i… to jest piękna zabawka. Dźwięk tego silnika to poezja, przyspieszenie na dowolnym biegu przy dowolnej prędkości wciska w siedzenie. Jedyne co mnie może od niego uratować to sprzedawca, który mimo moich uslinych prośb nie chce wysłać mi mailem umowy leasingowej.

Ale nie o autach chciałem dziś pisać, tylko o innej Teksańskiej (z Wielkiej litery, bo Teksas jest naprawdę duży) umiejętności, którą dziś nabyłem – obsłudze pistoletu. Wg róźnych źródeł w USA z bronią oswaja się dzieci od czwartego roku życia. Jak się weszło między wrony trzeba strzelać tak jak one. W sobotę (tą samą, to był aktywny dzień) pojechałem na strzelnicę, żeby się troche podedukować. Podszedłem do sprzedawcy i mówię jak sprawa wygląda – nigdy nie strzelałem i chciałbym się nauczyć. Popatrzył na mnie i spytał – “chcesz wynająć pistolet i spróbować, tak?”. To nie był żart, facet za $10 dolarów był gotowy dać mi do ręki pistolet, za następne $20 pudełko amunicji i wpuścić mnie, żebym sobie postrzelał. Zrezygnowałem i kupiłem dwugodzinny kurs na dzisiaj.

Zanim pojawił się trener pokręciłem się po sklepie przy strzelnicy. Przypominał mi trochę sklep z komórkami, tylko zamiast pokrowców do iPhone sprzedają zapasowe magazynki. Na ścianach wiszą rzędem karabiny, w ladach pistolety, noże i czekoladki. Na półkach na środku leży używana broń, w tym jeden M16 za $790. W koszykach na ladzie leżą celowniki laserowe, w dalszym kącie sklepu lunety oraz pokrowce. Między półkami biegają sobie dzieci (na oko w wieku 5-8 lat), kilku nastolatków testuje celowniki, sprzedawcy kręcą się i zaczepiają jak w sklepie z butami “czy w czymś mogę pomóć?”.

Pierwszym pytaniem, które zadał mi trener, było: po co chcesz umieć strzelać. Niestety nie wyczułem motywu i odpowiedziałem zgodnie z prawdą – sportowo. On popatrzył, powiedział, że strzelanie sportowe to rzeczywiście przyjemność, ale tak naprawdę broń służy do obrony “w sytuacjach, które miejmy nadzieję nie wystąpią”. Po czym przedstawił mi swój Teksański światopogląd – “Prędzej zginę, niż oddam komuś mój porftel”. Po namyśle stwierdził, że jeśli mam ochotę, to pokaże mi oba style strzelania – obronny oraz precyzyjny.

Część wykładową dzisiejszego spotkania spędziliśmy rozmawiając o prawidłowym trzymaniu broni, celowaniu, balansie ciałem itp technicznych sprawach. Potem porozmawialiśmy o rodzajach aminunicji. Według instruktora na ćwiczeniach będę strzelał nabojami full metal jacket (prawidłowego terminu polskiego nie znalazłem) – ołowianymi w metalowej osłonie, natomiast do prywatnego pistoletu polecił mi amunicję hollow point (jedyna polska nazwa jaką znalałem, to dum-dum), czyli taką, która po wejściu w ciało rozbija się na kawałki powodując znacznie więcej obrażeń niż typowa amunicja. Według niego wielką zaletą tego typu pocisków jest to, że nie przelatują przez ciało ofiary, co ma wielkie znaczenie, gdyż normalne pociski często przelatują przez ciało i wychodzą drugą stroną. W USA strzelający jest w pełni odpowiedzialny za każdy wystrzelony pocisk i nawet jeśli strzelę w bandziora, a kula wyjdzie mu plecami, a następnie kogoś trafi, to ten ktoś może mnie sądzić o odszkodowanie. Hollow pointy nie mają tego problemu – zmasakrują ofiarę, ale dalej nie polecą. M.in. z tego powodu tylko takimi strzela ochrona w samolotach. Sprawdziłem, że tego typu amunicja jest zabroniona w większości krajów europejskich. Co więcej konwencja haska zabrania użycia jej w działaniach wojennych, jako niehumanitarną. W USA jedynym ograniczeniem jest jej cena – $1.5/sztukę przy cenie Full Metal Jacket około $0.3.

Ważną częścią szkolenia było bezpieczeństwo posługiwania się bronią. Mój instruktor stwierdził, że jak paragrafów będzie za dużo, to i tak zapomne, więc ograniczy się do dwóch – 1) nigdy nie kieruj wylotu lufy w stronę czegoś, czego nie jesteś gotowy roztrzaskać; 2) nie kładz palca na spuście aż nie będziesz gotowy strzelić. Dziękuję, edukacja zakończona.

Wiedząc trochę o polskich realiach (tj wymaganym sejfie itp) spytałem o przepisy regulujące posiadanie broni w domu. Tu sprawa jest prosta – bez zezwolenia naładowany pistolet mogę posiadać i trzymać gdziekolwiek (np na stoliku przed telewizorem) oraz użyć gdy tylko do domu wejdzie ktoś, kogo nie zaprosiłem. Mogę go zastrzelić i nikt nie będzie zadawał pytań. Tak samo nikt nie będzie sprawdzał gdzie moja broń leży – mogę ją położyć gdziekolwiek w domu. W przypadku włamania i kradzieży mam obowiązek zadzwonić na policję i podać numer utraconego pistoletu. To wszystko.
Od 2007r w Teksasie prawo do obrony obejmuje nie tylko dom, ale także “mienie”, czego konsekwencją jest to, że mogę wozić naładowaną broń w aucie i użyć jej gdy poczuję, że moje mienie jest zagrożone, pod warunkiem, że 1) broń jest legalnie kupiona; 2) nie jest widoczna z zewnątrz; 3) ja prowadzę auto. Ostatnią zasadą, którą mi przedstawił było, żeby nie mówić policjantowi, który mnie zatrzymuje na drodze, że mam broń do momentu aż o to nie spyta. Rzeczywiście dialog by mógł niefortunnie wyglądać:
– zatrzymałem pana za przekroczenie prędkości, proszę o prawo jazdy
– mam załadowany pistolet…
Zamiast tego należy zaczekać na pytanie policjata o broń, po którym trzeba udzielić pełnej informacji, łącznie z miejscem gdzie w samochodzie znajduje się pistolet. Policjant powinien zakończyć dialog mówiąc “to zostawmy go w tam gdzie jest” i przystąpić do sprawdzania dokumentów.

Zanim dostałem broń do ręki musiałem podpisać kartkę, że nie jestem zbiegłym więźniem, nie byłem skazany za przemoc w rodzinie oraz kilka innych przestępstw. Na tym zakończyła się moja weryfikacja (nawet się pośmialiśmy, że wjeżdżając do USA musiałem wypełnić formularz, że nie jestem terrorystą), po czym dostałem do ręki Glocka 19 i 50 sztuk amunicji. Instruktarz jak go ładować trwał może trzy minuty, po czym weszliśmy na strzelnicę, dostałem broń do ręki i zacząłem strzelać. Nie chwaląc się doskonale mi poszło, nawet “strzelanie instynktowne” – według trenera najważniejsze – strzelanie z broni uniesionej do połowy bez celowania muszką i szczerbinką, tylko “w stonę bandziora”. W każdej z trzech kategorii strzałów (samoobrona z celowaniem, celowanie precyzyjne z dużej odległości, strzelanie instynktowne) pierwszy strzał trafiał w sam środek tarczy. W końcu znalazłem coś, w czym jestem dobry! Wystrzelałem łącznie 150 pocisków, oto zdjęcie jeden z tarczy, w których środek zastąpiła wielka dziura:

Instuktor stwierdził, że gdyby nie nasza początkowa rozmowa, to by nigdy nie powiedział, że to moje pierwsze strzelanie. Jeden strzał “z brzucha” poza numerowane pole (widoczny na zjęciu) skwitował – ważne, że kula weszła w sylwetkę oprawcy, to obronie to wystarczy. Portfela by nie dostał.

Share