[USA] King Ranch

Mimo wszelkich prób zabetonowania całej powierzchni kraju, niektóre miejscowości nadmorskie zachowały swój urok. W jednym z takich miejsc zatrzymaliśmy się na kilka minut i w nagrodę mieliśmy możliwość obejrzenia zachodu słońca nad zatoką Palacios, która jest częścią zatoki Matagorda, która jest częścią zatoki Meksykańskiej. Nigdy wcześniej nie spotkałem wyodrębniania zatok z innych zatok (co może świadczyć o moim niedouczeniu), ale to nie jedyny nietrafiony pomysł nazewniczy tamtejszych okolic. Nazwę Matagorda nosi nie tylko zatoka, ale także wyspa, miasto, półwysep oraz cała kraina geograficzna. Ale to nie jedyne co mnie tam zaskoczyło, np. do tej pory nie wiem po co ta kobieta chodziła z parasolem:

Tym co wyróżnia Texas od innych części USA, które miałem okazję odwiedzić jest poczucie humoru. Momentami jest odrobine grubiańskie, bardzo często texaso-centryczne (np. już dwa razy słyszałem od przewodników „w 1845 Texas zezwolił Stanom Zjednoczonym na przyłączenie się do niego”), a mimo to dość swojskie (czy ktoś umie to przetłumaczyć tak, żeby zachować i treść i dowcip?):

Kilka innych zdjęć z tego samego miejsca:

Gdy wracaliśmy z plaży z przerażeniem odkryłem, że nasze auto gdzieś zniknęło. Na szczęście zostało tylko schowane za bardzo ładnym Fordem, który jest ucieleśnieniem powiedzenia, że „W Texasie wszystko jest większe”.

Tak bardzo jak lubię tutejszy humor, tak nie lubię niepunktualności, która niestety tu występuje tak masowo jak na południowym zachodzie Francji – osiem minut poślizgu przy rozpoczynaniu czegokolwiek (wycieczki, pokazu w kinie itp.) nie jest zauważane przez większość osób. Mimo porannej awarii auta (potwierdzającej starą zasadę „nie naprawiaj jeśli nie jest zepsute”) oraz zgubienia się na drodze (gdyż google maps oraz gps wsakzywały punkt oddalony o 10km od bramy wjazdowej) zdążyliśmy punktualnie na ostatnią przed świętami wycieczkę po największym na świecie ranczu King Ranch. Liczące obecnie 3340 km kwadratowych ranczo zostało założone w 1853 przez Richarda Kinga, który za 300 dolarów kupił 63 kilometry kwadratowe ziemi. Biznes rósł szybko i w połowie XX w. posiadał oddziały w kilku krajach świata, z czego jednak zaczął się wycofywać po założeniu embarga na Kubę i obecnie składa się z dwóch oddziałów – Texańskiego oraz Florydzkiego, gdzie produkuje pomarańcze. Oddział Texański utrzymuje 60000 sztuk bydła, 300 koni używanych przez kowboi oraz jest największym na świecie producentem orzechów pekanowych (z których w moim lokalnym supermarkecie powstaje przepyszny placek pekanowy!). Tamtejsi kowboje szczycą się szególnie własnymi gatunkami bydła powstałymi przez mieszanie osobników różnych gatunków, dzięki czemu uzyskali smaczniejsze mięso (podobno) oraz charakterystyczny brązowy kolor sierści. Wciąż nie wiem czy takie naturalne mieszanie gatunków jest lepsze czy gorsze od laboratoryjnej inżynierii genetycznej.

Ranczo King ma duże znaczenie dla gospodarki całego regionu, co zostało ukoronowane nazwaniem leżącego blisko miasta nazwą Kingsville. Ford dziesięć lat temu wprowadził wersję King Ranch Edition swojego flagowego pickupa F-150 , która dzięki ekskluzywnym dodatkom kosztuje dwa razy więcej niż wersja podstawowa, a w 2009 roku dostała nagrodę za najbardziej luksusowy pickup roku.

W czasie autobusowej wycieczki po ranczu mieliśmy okazję zobaczyć kojota, kilka gatunków orłów, jelenie, dziki i sporą ilość innych czworonogów, których nie rozpoznałem. Przewodnik opowiadał historie z życia rancza, np. że każdy kowboj dostaje rocznie pięć koni, które ma wytresować i od wyników egzaminu zależy jego premia. Jakbym mógł za $300 kupić kilka kilometrów kwadratowych ziemi…

Share

[USA] Idzie zima, czas nad morze!

Wielką wadą świąt w odległych częściach świata jest to, że jest się daleko od wszystkich, z którymi by się chciało te dni spędzić. Zaletami zaś są niewątpliwie pogoda oraz możliwość dalszego poznawania tego zakątka planety.

Grudzień 2011 jest miesiącem rekordowym pod względem ilości opadów w Teksasie – w wiadomościach w TV mignęło mi, że średnia z ostatnich lat została przekroczona dziesięciokrotnie. Bynajmniej nie oznacza to, że tu wciąż pada, wręcz przeciwnie – ostatnie dni są słoneczne i bardzo przyjemne do spacerowania. Dziś, w czasie przebieżki po okolicy, przechodziłem koło termometru, który pokazywał 74 stopnie (23 stopnie Celsjusza) i chyba się nawet trochę opaliłem. Bardzo polecam ciepłe kraje!

Korzystając z niezłej pogody i przymusowego urlopu pojechaliśmy na wycieczkę po południowym i południowo-zachodnim Teksasie. Przebieg naszej drogi widać poniżej, łączna długość trasy to niecałe 2000km.


Pokaż dużą mapę w nowym oknie

Mieliśmy jechać odrobinę dalej na zachód do parku narodowego Big Bend oraz do El Paso, ale zrezygnowaliśmy ze względów bezpieczeństwa. Big Bend jest najmniej uczęszczanym parkiem narodowych w całych Stanach Zjednoczonych, co niestety oznacza, że nie ma tam cywilizacji takiej jak: telefon, stacje benzynowe czy sklepy, są za to różne zwierzęta, takie jak niedźwiedzie, drapieżne koty, węże, pająki i skorpiony. Przewodnik wprawdzie opisuje, że tamtejsze skorpiony nie są groźne dla życia… większości ludzi, ale po analizie sytuacji skorzystaliśmy z pretekstu, że auto dostało czkawki po tym jak nalałem w nie za dużo oleju i z tego powodu nie pojechaliśmy w dzicz (bo przecież nie dlatego, że strach nas obleciał. Zignorowaliśmy też fakt, że serwis powiedział, że autu nic nie jest, a lampka check engine sama zgasła).

Nawet skrócona droga dostarczyła nam dużo wrażeń i wiedzy – poznaliśmy Teksas jakiego nie znaliśmy. A właściwie kilka zupełnie różnych Teksasów. Pierwszego dnia za dużo nie zwiedziliśmy, gdyż trochę dałem ciała z przygotowaniami auta do drogi – dałem się zaskoczyć jak drogowcy zimie. Okazało się, że wszyscy mechanicy mający dobrą opinię są zawaleni robotą, gdyż studenci wrócili do domów na święta i przy okazji oddali auta do przeglądów. Ale może dzięki temu zrozumiałem na jak odległej od pracujących amerykanów planecie żyję. Serwisy samochodowe oferują darmowe przejazdy do domu po zostawieniu auta oraz do warsztatu po jego odbiór. Mnie woziła dwudziestokilkuletnia, bardzo sympatyczna dziewczyna i gadaliśmy po drodze o różnych rzeczach, m.in. o tym, że jadę nad morze. Entuzjastycznie opowiadała o plażach, to zasugerowałem, że skoro je lubi, to by się na pewno jej podobało południe Francji. Powiedziała, że bardzo by chciała, ale, że to chyba za drogo. A potem dodała, że na razie marzą o tym, żeby zabrać dziecko do Disneylandu, znaleźli nawet bilety za $160 od osoby, ale nie mogą sobie na to pozwolić. Nie wiem jak jej narzeczony, ale ona pracuje na dwóch etatach (porównaj prawnik za $545 za godzinę). Wtedy do mnie dotarło jak frustrujące musi tu być bardziej pechowym niż ja.

Wracając do przygotowań – rano przed wyjazdem pojechałem wymienić opony, bo przednie wydawały mi się zbyt łyse. Serwisant się zgodził, ale powiedział, że tylne są dobre i proponują, żeby przełożyć je na przód, a nowe założyć na tył. Zawsze mi się wydawało, że lepsze idą na oś napędową, ale internet też twierdzi, że lepsze opony zawsze idą na tylną oś (piszę o tym, bo może się komuś ta wiedza przyda). W drodze do domu odkryłem, że auto skręca w lewo, więc musiałem wrócić do warsztatu, gdzie inny specjalista odkrył, że opony przełożone z tyłu na przód różnią się o trzy mm i zasugerował wymianę tej bardziej zużytej na nową. Do tej pory śmieję się z jego miny po tym jak spytałem czy w takim przypadku auto nie będzie skręcało w prawo, bo ta znów koła nie będą równe. Po przemyśleniu sprawy facet dał mi czwartą oponę gratis, ale wymiana trwała długo i łącznie opóźnili nam wyjazd o jakieś dwie godziny. Czyta ktoś jeszcze? Chyba stęskniłem się za pisaniem, że opisuję takie pierdoły.

Wyjeżdżając z tak dużym opóźnieniem musieliśmy zrezygnować ze zwiedzania Huston. Z drogi zauważyliśmy tylko ślicznie oświetlone centrum, kilkukilometrowy ciąg supermarketów, sklepów i salonów samochodowych przy autostradzie oraz ogólne udrogowienie tego miasta. Żeby przejechać na przełaj przez miasto zmierzyliśmy się z gąszczem krzyżujących się autostrad (obwodnice w usa nie są standardem, zamiast tego zbudowane są gigantyczne betonowe arterie przez środek) – nawet w Nowym Jorku nie widziałem takiego gąszczu „głównych” dróg. Z resztą Huston znane jest z nieokiełznanej motoryzacji, w wyniku czego centrum wygląda miejscami tak (zdjęcie to obiegło internet w 2009, autora nie znam. Te male ciapki to auta na parkingach.):

Dzień zakończyliśmy w Galveston nad samym brzegiem Zatoki Meksykańskiej, gdzie właściciel hotelu postanowił przetestować nasze umiejętności szpiegowskie i ukrył wjazd tak doskonale, że jeździliśmy wokoło bloku (w USA – blok to jednostka długości – blok dalej = przecznicę dalej – lub powierzchni – 1 blok = obszar ograniczony czterema ulicami). To naprawdę wyjątkowe uczucie gdy widzisz hotel i nie jesteś w stanie do niego dojechać. Wjazd znaleźliśmy wjeżdżając w każdą uliczkę i zawracając gdy się skończyła…
Wieczorem starczyło nam siły na spacer w szumie fal oraz wizytę na molo, gdzie musiałem kupić batonika jako bilet wstępu („bez konsumpcji nie wpuszczamy”).

Drugi dzień rozpoczęliśmy od zwiedzenia samego miasta. Galveston to bardzo przyjemny nadmorski kurort z dosłownie kilkoma atrakcjami – starymi (około 1895) willami, przyjemnym centrum oraz parkiem rozrywki, w którym stoją dwie ogromne szklane piramidy. Pierwsza z nich skrywa sztuczną dżunglę, druga gigantyczne akwarium. O najciekawszej dla mnie atrakcji – muzeum platform wiertniczych – dowiedziałem się dopiero dwa dni później, gdy już było za późno żeby zawrócić.

Zapach morza wywołał w nas wielką ochotę na świeżą rybę, ruszyliśmy więc na południe licząc na to, że w porze obiadu znajdziemy gdzieś jakąś miłą smażalnie. Naszą uwagę od głodu odwracał widok osiedli na palach, które ciągnęły się wzdłuż całego wybrzeża. Zgadujemy, że taka konstrukcja ma coś wspólnego z tropikalną pogodą i huraganami nawiedzającymi tą część stanów.

Po kilkudziesięciu kilometrach drogi znaleźliśmy się w miejscowości Freeport, gdzie powitał nas nowy, zaskakujący widok, który nie opuścił nas przez kolejne trzysta kilometrów:

Moje zdjęcia nie obrazują ogromu fabryk chemicznych Teksańskiego wybrzeża, wyglądają one jak ogrodzone siatkami miasta z chromowanych rur, zbiorników, dymiących kominów i świec wypalających niepotrzebne gazy. Byliśmy przerażeni gdy zobaczyliśmy tę fabrykę, jednak w ciągu następnych dwóch dni przekonaliśmy się jak bardzo byliśmy nieprzygotowani na to co zastaliśmy – każda większa korporacja chemiczna, z Dupont, BASF i DOW na czele, ma tu znaczną część swojej produkcji. Co gorsza, poza produkcją mają także przepisy, niestety nie w sercu, ale w części ciała umieszczonej trochę z tyłu. Rząd federalny USA wydał ustawę „Clean Air Act”. W zeszłym roku gubernator Texasu Rick Perry delikatnie, ale stanowczo powiedział władzom federalnym, że mogą się swoimi przepisami podetrzeć, bo narzucenie ogólnoprzyjętych standardów ekologicznych skutkowałoby utratą tysięcy miejsc pracy. Dyskusję uciął twierdząc, że prawo stanowe ma w tym przypadku wyższy priorytet, mimo, że Waszyngton twierdzi inaczej. No i tak sobie dymią.

I zrobiło się tak późno, że największe ranczo świata i dlaczego wygrałem $8 dolarów w kasynie opiszę jutro.

Share

[USA] Krótka historia Texasu

Zwiedzając teksas dość ciężko jest nie trafić na powtarzające się hasło “Remember The Alamo!” – “Pamiętaj Alamo”. Widać je na ścianach, flagach i na pamiątkach. Niedawna wizyta w San Antonio, 150 km na południe od Austin, pozwoliła mi przyswoić trochę więcej historii Texasu i zrozumieć znaczenie wspomnianego okrzyku. Teoretycznie czytałem wcześniej skróconą historię mojego akutalnego stanu, ale jest ona tak inna od wszystkich innych, że wcześniej jakoś do mnie nie dotarła. Tutejsza historia nawet w ostanich stuleciach opiera się o losy jednostek, po części ze względu na ich bohaterstwo, po części dlatego, że nikt tu nie chciał mieszkać więc zagęszczenie ludzi na km kwadratowy było minimalne.

Pierwszy Europejczyk, kartograf i odkrywca Alonso Álvarez de Pineda, przybył do Texasu w 1519, ogłosił, że ta ziemia należy do Hiszpanii, po czym wsiadł na statek, odpłynął i zamieszkał na Jamajce, gdzie zginął z rąk tubylców. Przez kolejne 160 lat nikt, nawet Hiszpanie, nie interesował się tym kawałkiem pustyni – lokalne plemiona żyły sobie spokojnie i nic się tu nie działo. W 1685 Francuz René-Robert Cavelier, Sieur de La Salle próbował odpłynąć do swojego fortu nad rzęką Mississippi, jednak w wyniku niedokładnych map, niedokładnych obliczeń i niedokładnych pomiarów wylądował ostatecznie 644 km na Zachód, gdzie założył Fort Saint Louis. Z fortu wyruszyła wyprawa podbijająca Texas. Dotarli aż do Rio Grande, jednak dość szybko ekspedycja się rozpadła – za sprawą pogody, chorób i tubylców. Nie wiedział o tym król Hiszpanii Carlos II i wysłał ekspedycję mającą doprowadzić Francuzów do podrządku. Wyprawa przemierzyła i rozpoznała znaczną część powierzchni Teksasu zanim dotarła do Saint Louis (wyobraź sobie szukanie kilku budynków na setkach kilometrów pustyni), a dokładniej do jego ruin, bo tylko tyle po Francuzach zostało.

Hiszpanie ustanowili gubernatora stanu i wysłali wielu księży, aby zakładali misje i podbijali lokalną ludność przez ureligijnianie, jednak mało się interesowali swoim nabytkiem – plemniona tubylcze sprawiały dużo problemów, a posiadanie pustyni nie przynosiło specjalnych korzyści. Tablice historyczne wywieszone w San Antionio mówią wprost, że Hiszpanie najchętniej by tą całą ziemie porzucili, ale nie chcieli, żeby ją dostali Francuzi, z którymi wciąż prowadzili wojnę. Ten stan trwał do 1821 roku, kiedy to Hiszpania straciła Teksas na rzecz Meksyku w trającej 11 lat wojnie o niepodległość. Konstytucja nowoutworzonego Meksyku (Meksyk też jest młodym krajem!) ustanowiła Texas jako stosunkowo niezależny stan oraz ustaliła szereg praw wspomagających kolonizację, gdyż chętnych do przyjazdu z własnej woli wcale nie było tak dużo. Ustalono bardzo proste zasady – aby kupić ziemię w Texasie należało przedstawić zaświadczenie o dobrym charakterze i praworządności, wyznawać lub przyjąć chrześcijaństwo oraz zapłacić niewielką kwotę. Cena ziemii była dziesięciokrotnie niższa niż w innych częściach Ameryki Półnoncej, a do tego można było spłacać ją na raty z przyszłych zysków podczas, gdy na północy trzeba było wykładać gotówkę. Krainę zaczeli zapełniać przybysze z północy i południa, a także z Europy, w tym znaczna ilość emigrantów z Niemiec i Polski (stąd w każdym supermarkecie dostępne są pierogi i kapusta kiszona). Niektórzy do ludności stanu zaliczali także niewolników kupowanych do prac na plantacjach.

Texas zaczynał się bogacić, a w Meksyku umacniały się środowiska domagające się przekształcenia federacji stanów meksyku w kraj ze ściśle scentralizowaną władzą, co nie podobało się wolnych duchem Teksańczykom, którzy coraz bardziej domagali się niezależności. Teksas nie był w tych czasach potęgą, o czym świadczyć może, że w 1831 ludzie świętowali otrzymanie (pożyczkę) jednej małej armaty z brązu, jako że zmieniała ona znacznie siły zbrojne stanu. Ta sama armata stała się symbolem rewolucji teksańskiej po bitwie pod Gonzales, gdy obrońcy miasta odparli Meksykańską armię, która przybyła by armatę odebrać. Wykrzyczane w czasie bity zawołanie “Come and take it!” jest do tej pory jednym z symboli walki o niepodległość.

W poł roku po bitwię o armatę prezydent Meksyku Antonio Lopez de Santa Anna postanowił zakończyć konflikt i wysłał armią liczącą 6000 ludzi (słownie sześć tysięcy), żeby rozprawili się z buntownikami w całym Texasie. 23 lutego 1836 armia dostarła do San Antoni i rozpoczęła się okupacja Alamo, klasztoru misyjnego znanego wtedy jako Mission San Antonio de Valero, w którym zamknęło się około dwustu żołnierzy i ochotników. Po pierwszym dniu oblężenia dowódzca placówki James Bowie – wcześniej spekulant ziemią i handlarz niewolnikami – ciężko się rozchorował i do samego końca oblężenia (i swojego życia, oba fakty powiązane) przeleżał w łóżku. Jego miejsce zajął William Barrett Travis, którego listy do władz Teksasu oraz sąsiadujących stanów z prośbą o pomoc są podstawą nauczania historii i patriotyzmu. Listy, które zostały bez odpowiedzi. Travis i jego ludzie przysięgli walczyć do ostatniej kropli krwi i dokładnie tak się stało. 6 marca armia Meksyku przełamała obronę i zabiła wszystkich żołnierzy broniących klasztoru oraz znaczną część swoich (z powodu strzałów oddawanych na ślepo, także wewnątrz budynków).
Przegrana bitwa o Alamo stała się symbolem rewolucji. “Remember The Alamo” podnosiło na duchu walczących o niepodległość aż do jej uzyskania i utworzenia Republiki Teksasu w pażdzierniku 1836, zaś sama bitwa do tej pory jest prezentowana jako symbol walki o niepodległość.

Z Alamo zapamiętałem kilka ciekawostek:
* Na dziedzińcu Alamo od 1914 roku stoi kamień ufundowany przez Japońskiego profesora geografii Shigetaka Shiga z wierszem upamiętniającm oblężenie zamku Nagashino w 1575. Informacja przy pomniku mówi o tym, że dużo krajów w swoje historii ma jakąś odmianę Alamo – beznadzienych walk skazanych na klęskę i ludzi oddających w nich życie. Trzydzieści lat po postawieniu pomnika Powstanie Warszawskie zostało kolenym przykładem.
* Wszystkie filmy o bitwie o Alamo dzieją się w dzień, podczas gdy sama bitwa odbyła się w nocy. Przesunięcie w historii zostało dokonane, aby lepiej było widać na ekranie.
* Jednym z obrońców Alamo był wyzwolony czarnoskóry niewolnik. Na liście walczących jego nazwisko nie zostało odnotowane, ponieważ… go nie miał. Czarnym nazwiska nie przysługiwały.

Republika Teksasu istniała do 1845 roku, kiedy po wielu latach negocjacji US zgodziły się przyjąć Texas jako kolejny stan. W 1860 około 30% populacji stanu stanowili niewolnicy generujący znaczną część bogatwa. Z tego powodu w 1861, w obliczu wojny domowej, Texas zdecydował się opuścić Stany Zjednoczone i przyłączyć się do Konfederacji Stanów, z którą pozostał aż do przegranej wojny w 1865. Po pięciu latach w zawieszeniu, w 1870 roku Texas został ostatecznie przyłączony do Stanów Zjednoczonych Ameryki gdzie pozostaje do dzisiaj, mimo silnych ruchów separystycznych dążących do usamodzielnienia największego stanu.

Przedstawiona skrótowo powyżej faktografia nie oddaje do końca smaku historii, którą odkrywam tu na miejscu. Myśląc “bitwa” mam przed oczami grunwald – po trzydzieści tysięcy ludzi po każdej ze stron. Bardzo, bardzo, bardzo ciężko mi zrozumieć, ze tutaj 400 lat później walka dwudziestu na dwudziestu to historycznie znacząca bitwa. Tutaj pojdyńczy kowboj czy szeryf zmieniali historię (może to tłumaczy trochę tutejszy kult jednostki i samodzielności?)!

Aby oddać skalę tutejszych działań wspomnę jeszcze historę bardziej lokalną. Moj dom znajduje się w hrabstwie Williamson utowrzonym w 1848 roku na prośbę mieszkańców, którzy mieli dość jeżdżenia 100km (1.5 dnia koniem) do urzędu celem załatwienia ślubu, poświadczenia sprzedaży ziemii itp. Utworzone hrabstwo miało trzech komisarzy, ale nie otrzymało funduszy na działanie, przez co posiedzenia władz odbywały się… pod dużym dębem. Pewnego dnia pod dąb zajechał George Glasscock, który zaproponował, że odda 173 akrów ziemii pod siedzibę władz jeśli zgodzą się oni nazwać stolicę hrabstwa jego imieniem. Z tego powodu egzamin na prawo jazdy zdawałem w Georgetown.

Historię stanu w XX wielu odkryłem na razie tylko w drobnych fragmentach. Wiem tylko, że Teksas pozostał na długo stanem rasistowskim – w urzędzie miasta Georgetown do 1960 były trzy toalety – dla kobiet, mężczyzn i kolorowych, a w głównym holu były dwa punkty z wodą do picia – biali mieli higieniczną fontannę, czarni mogli korzystać z niewygodnego kranu z którego pić dało się tylko z kubka przyczepionego łańcuchem do ściany. Dopiero 50 lat temu (!!!) za sprawdą postępowego zarządcy miasta (nazwiska nie mogę odnaleźć, sprawdzę je w muzeum) usunięto tabliczki “dla czarnych”.

W powyższym skrócie brakuje historii wydobycia ropy (mijałem szyby wydobywające czarne złoto, ale jeszcze nie dotrałem do interesującego źródła wiedzy), kowbojskiej duszy (najpopularniejsza koszulka w sklepach z pamiątkami ma narysowany pistolet i podpis “Texas – my nie dzwonimy na 911*”) i wielu innych wątków, których albo nie znam, albo zostawiłem sobie na przyszłość. Zabrakło też tu miejsca na historię samego klasztoru Alamo, bardzo podobną do historii wielu innych budnków na południu USA. O tym też będzie osobny artykuł.

* 911 – telefon na policję

Share

[USA] Podróże kształcą c.d.

We Francji nauczyłem się pić wino, jeść pleśniowe sery i dojrzewającą kiełbasę. Nauczyłem się też, że nocne spacerowanie nad Garoną jest przyjemne, a w dobrym towarzystwie bardzo przyjemne. W Anglii nauczyłem się, że wyrafinowany dowcip i przeczytana książka to nie powód do wstydu; że przestrzegając zasad żyje się wszystkim lepiej i że można być uprzejmym z powodu poniedziałku albo nawet bez jakiegokolwiek powodu. W Texasie jak na razie dowiedziałem się, że 300 kilometrów to “niedaleko”; uśmiechanie się do sąsiada powoduje oduśmiechanie się tegoż; że wiewiórki wyjadają nasiona z karmika dla ptaków i trzeba je ganiać oraz że da się zrobić silnik mający 3.7l i 305 koni mechanicznych, a jeżdżący jakby miał 1.4l i 80KM. Taki właśnie silnik montują w najtańszej wersji Forda Mustanga, którego w sobotę zabrałem na jazdę testową. Auto jest bardzo zwinne i przyjemnie się w nim siedzi, jednak wciśnięcie gazu przy 40MPH powoduje redukcje biegów, większy hałas z silnika i niewiele więcej. Na (nie-)szczęście sprzedający namówił mnie na przejażdżkę Mustangiem GT z 5cio litrowym V8 (435KM). Na placu mieli tylko wersję z manualną skrzynią biegów, po trzykrotnym upewnieniu się czy wiem co to jest sprzęgło dostałem potwora pod ręce i… to jest piękna zabawka. Dźwięk tego silnika to poezja, przyspieszenie na dowolnym biegu przy dowolnej prędkości wciska w siedzenie. Jedyne co mnie może od niego uratować to sprzedawca, który mimo moich uslinych prośb nie chce wysłać mi mailem umowy leasingowej.

Ale nie o autach chciałem dziś pisać, tylko o innej Teksańskiej (z Wielkiej litery, bo Teksas jest naprawdę duży) umiejętności, którą dziś nabyłem – obsłudze pistoletu. Wg róźnych źródeł w USA z bronią oswaja się dzieci od czwartego roku życia. Jak się weszło między wrony trzeba strzelać tak jak one. W sobotę (tą samą, to był aktywny dzień) pojechałem na strzelnicę, żeby się troche podedukować. Podszedłem do sprzedawcy i mówię jak sprawa wygląda – nigdy nie strzelałem i chciałbym się nauczyć. Popatrzył na mnie i spytał – “chcesz wynająć pistolet i spróbować, tak?”. To nie był żart, facet za $10 dolarów był gotowy dać mi do ręki pistolet, za następne $20 pudełko amunicji i wpuścić mnie, żebym sobie postrzelał. Zrezygnowałem i kupiłem dwugodzinny kurs na dzisiaj.

Zanim pojawił się trener pokręciłem się po sklepie przy strzelnicy. Przypominał mi trochę sklep z komórkami, tylko zamiast pokrowców do iPhone sprzedają zapasowe magazynki. Na ścianach wiszą rzędem karabiny, w ladach pistolety, noże i czekoladki. Na półkach na środku leży używana broń, w tym jeden M16 za $790. W koszykach na ladzie leżą celowniki laserowe, w dalszym kącie sklepu lunety oraz pokrowce. Między półkami biegają sobie dzieci (na oko w wieku 5-8 lat), kilku nastolatków testuje celowniki, sprzedawcy kręcą się i zaczepiają jak w sklepie z butami “czy w czymś mogę pomóć?”.

Pierwszym pytaniem, które zadał mi trener, było: po co chcesz umieć strzelać. Niestety nie wyczułem motywu i odpowiedziałem zgodnie z prawdą – sportowo. On popatrzył, powiedział, że strzelanie sportowe to rzeczywiście przyjemność, ale tak naprawdę broń służy do obrony “w sytuacjach, które miejmy nadzieję nie wystąpią”. Po czym przedstawił mi swój Teksański światopogląd – “Prędzej zginę, niż oddam komuś mój porftel”. Po namyśle stwierdził, że jeśli mam ochotę, to pokaże mi oba style strzelania – obronny oraz precyzyjny.

Część wykładową dzisiejszego spotkania spędziliśmy rozmawiając o prawidłowym trzymaniu broni, celowaniu, balansie ciałem itp technicznych sprawach. Potem porozmawialiśmy o rodzajach aminunicji. Według instruktora na ćwiczeniach będę strzelał nabojami full metal jacket (prawidłowego terminu polskiego nie znalazłem) – ołowianymi w metalowej osłonie, natomiast do prywatnego pistoletu polecił mi amunicję hollow point (jedyna polska nazwa jaką znalałem, to dum-dum), czyli taką, która po wejściu w ciało rozbija się na kawałki powodując znacznie więcej obrażeń niż typowa amunicja. Według niego wielką zaletą tego typu pocisków jest to, że nie przelatują przez ciało ofiary, co ma wielkie znaczenie, gdyż normalne pociski często przelatują przez ciało i wychodzą drugą stroną. W USA strzelający jest w pełni odpowiedzialny za każdy wystrzelony pocisk i nawet jeśli strzelę w bandziora, a kula wyjdzie mu plecami, a następnie kogoś trafi, to ten ktoś może mnie sądzić o odszkodowanie. Hollow pointy nie mają tego problemu – zmasakrują ofiarę, ale dalej nie polecą. M.in. z tego powodu tylko takimi strzela ochrona w samolotach. Sprawdziłem, że tego typu amunicja jest zabroniona w większości krajów europejskich. Co więcej konwencja haska zabrania użycia jej w działaniach wojennych, jako niehumanitarną. W USA jedynym ograniczeniem jest jej cena – $1.5/sztukę przy cenie Full Metal Jacket około $0.3.

Ważną częścią szkolenia było bezpieczeństwo posługiwania się bronią. Mój instruktor stwierdził, że jak paragrafów będzie za dużo, to i tak zapomne, więc ograniczy się do dwóch – 1) nigdy nie kieruj wylotu lufy w stronę czegoś, czego nie jesteś gotowy roztrzaskać; 2) nie kładz palca na spuście aż nie będziesz gotowy strzelić. Dziękuję, edukacja zakończona.

Wiedząc trochę o polskich realiach (tj wymaganym sejfie itp) spytałem o przepisy regulujące posiadanie broni w domu. Tu sprawa jest prosta – bez zezwolenia naładowany pistolet mogę posiadać i trzymać gdziekolwiek (np na stoliku przed telewizorem) oraz użyć gdy tylko do domu wejdzie ktoś, kogo nie zaprosiłem. Mogę go zastrzelić i nikt nie będzie zadawał pytań. Tak samo nikt nie będzie sprawdzał gdzie moja broń leży – mogę ją położyć gdziekolwiek w domu. W przypadku włamania i kradzieży mam obowiązek zadzwonić na policję i podać numer utraconego pistoletu. To wszystko.
Od 2007r w Teksasie prawo do obrony obejmuje nie tylko dom, ale także “mienie”, czego konsekwencją jest to, że mogę wozić naładowaną broń w aucie i użyć jej gdy poczuję, że moje mienie jest zagrożone, pod warunkiem, że 1) broń jest legalnie kupiona; 2) nie jest widoczna z zewnątrz; 3) ja prowadzę auto. Ostatnią zasadą, którą mi przedstawił było, żeby nie mówić policjantowi, który mnie zatrzymuje na drodze, że mam broń do momentu aż o to nie spyta. Rzeczywiście dialog by mógł niefortunnie wyglądać:
– zatrzymałem pana za przekroczenie prędkości, proszę o prawo jazdy
– mam załadowany pistolet…
Zamiast tego należy zaczekać na pytanie policjata o broń, po którym trzeba udzielić pełnej informacji, łącznie z miejscem gdzie w samochodzie znajduje się pistolet. Policjant powinien zakończyć dialog mówiąc “to zostawmy go w tam gdzie jest” i przystąpić do sprawdzania dokumentów.

Zanim dostałem broń do ręki musiałem podpisać kartkę, że nie jestem zbiegłym więźniem, nie byłem skazany za przemoc w rodzinie oraz kilka innych przestępstw. Na tym zakończyła się moja weryfikacja (nawet się pośmialiśmy, że wjeżdżając do USA musiałem wypełnić formularz, że nie jestem terrorystą), po czym dostałem do ręki Glocka 19 i 50 sztuk amunicji. Instruktarz jak go ładować trwał może trzy minuty, po czym weszliśmy na strzelnicę, dostałem broń do ręki i zacząłem strzelać. Nie chwaląc się doskonale mi poszło, nawet “strzelanie instynktowne” – według trenera najważniejsze – strzelanie z broni uniesionej do połowy bez celowania muszką i szczerbinką, tylko “w stonę bandziora”. W każdej z trzech kategorii strzałów (samoobrona z celowaniem, celowanie precyzyjne z dużej odległości, strzelanie instynktowne) pierwszy strzał trafiał w sam środek tarczy. W końcu znalazłem coś, w czym jestem dobry! Wystrzelałem łącznie 150 pocisków, oto zdjęcie jeden z tarczy, w których środek zastąpiła wielka dziura:

Instuktor stwierdził, że gdyby nie nasza początkowa rozmowa, to by nigdy nie powiedział, że to moje pierwsze strzelanie. Jeden strzał “z brzucha” poza numerowane pole (widoczny na zjęciu) skwitował – ważne, że kula weszła w sylwetkę oprawcy, to obronie to wystarczy. Portfela by nie dostał.

Share

[USA] Łamanie prawa w Texasie

Wczoraj złamałem prawo lokalne naszego miasta. Tzn. prawdopodobnie złamałem, bo mimo kilkukrotnego przeczytania rozporządzenia nie jestem w stanie zrozumieć jakie są tutaj zasady podlewania ogródków przed domem. Wiem, że mycie auta na podjeździe jest karane mandatem do $500 oraz że podlewanie betonowego podjazdu jest zagrożone podobną karą. Według przepisów domy jednorodzinne o numerach nieparzystych mogą nawadniać trawniki w soboty oraz środy (jeśli to naprawdę konieczne) między północą a 10tą rano oraz między 7mą wieczorem a północą. Jednocześnie rozporządzenie mówi, że dozwolone jest podlewanie ręczne, nie określa jednak co to znaczy. Trzymałem wąż w ręce jak podlewałem, według zdjęć na google to spełnia wymagania, ale czy na pewno? Może wolno tylko wiaderkiem? Albo tyle ile się w rękach zmieści?

Ciężko ich jednak winić za ograniczenia w podlewaniu, przyroda wygląda tutaj tak jak na zdjęciu poniżej. Tzn za wyjątkiem naszego ogródka, który jest jeszcze bardziej suchy – widać tylko zasuszone liście i żółty piasek. Facet wręczający nam klucze mówił, żeby czasem spryskać za domem, żeby się nie kurzyło.

Do Texasu przyjechaliśmy w piątek. Od tego czasu poznaliśmy już dwoje sąsiadów (to 100% więcej niż w Norwood) oraz dostaliśmy dwa niezależne zaproszenia od agentów nieruchomości na wspólne zwiedzanie miasta. Bardzo naciskali, żeby zadzwonić, prawie tak jakby naprawdę tego chcieli; może aż z ciekawości sprawdzę jak daleko sięga tutejsza gościna. Tymczasem będę się cieszył, że znalazłem tak przyjazne miejsce na świecie. Przyjazne i bezpieczne – musi tu być bezpiecznie skoro dzieci wieczorem biegają same po ulicach, a garaże są zostawiane otwarte. Na wieczornym spacerze widzieliśmy sporo ludzi siedzących przed domami – na krzesłach, na trawie i na swoich półciężarówkach. Wywołało to we mnie bardzo miłe wrażenie miejsca, gdzie ludzie są bardziej otwarci, nawet mimo cmentarzy i czaszek, które już “zdobią” wiele domów. Jest jeszcze miesiąć do Halloween, jak najbliźsi sąsiedzi też zacznąć stroić domy, to nie będziemy mieć wyjścia, tylko kupimy wielką dmuchaną, podświetlaną od środka czaszkę, albo plastikowego kościotrupa ($39.99)

Jeśli uda mi się wymigać jutro od skręcania biurka, to wstawię informacje o przebiegu naszej trasy i udostępnie pierwszą garść zdjęć. A widzieliśmy miejsca niezwyłe – niektóre śliczne i urocze, inne dzikie i przerażające. Zwiedzaliśmy historyczne (1850-1900) miasta, slumsy, destylernie whiskey oraz szklane miasta. Warto będzie zobaczyc i poczytać, więc trzymajcie kciuki, żeby meble same się poskręcały!

Share

[USA] Kraina uschnietych kaktusow

Dziś pierwszy raz widziałem Teksas i po trzech godzinach zwiedzania stwierdzam, że mi się bardzo podoba. Około 19tej samochód pokazywał wciąż 108 st F, czyli taką samą pogodę jaką mają tu od kilku tygodni. Bardzo mi odpowiada takie ciepło, szczególnie gdy o dziesiątej wieczorem można się taplac w hotelowym basenie patrząc w niebo. Z tego powodu opis Nagara Falls opóźniam, a wrzucam kilka spostrzeżeń na (nomen omen) gorąco.

Mojego entuzjazmu do aury nie podziela lokalna przyroda. Juz z samolotu bylo widac, ze Teksas jest żółty, a to od koloru trawy, ktora w znacznej części jest spalona słońcem.

Upał ma też wpływ na agawy i kaktusy. Te, które wytrzymały wyglądają rewelacyjnie, inne się poddały i wyglądają jak baloniki z wypuszczonym powietrzem. Na zdjęciu są te ładniejsze.

Bardzo podobają mi się tutaj krowy, które występują w dwóch postaciach:
* rogów przymocowanych do wszystkiego – samochodów, budynków wewnątrz, budynków na zewnątrz, reklam itp
* na talerzach w ilościach hurtowych. Na to drugie trzeba uważać, np z dania “trzy krowie żeberka” dwa wynieśliśmy w pudełku na później.

Rzeczą, której nie da się tu przeoczyć są drogi, które są szersze niż długość niektórych ulic w Europie. Wielopasmowe autostrady przestają mnie już trochę dziwić, za to nie mogę wyjść podziwu dla ilości asfaltu i betonu (spora część dróg jest betonowa) wylanego na osiedlach mieszkaniowych i między Austin a przylegającymi miastami. Dość ciężko jest przez to oszacować czas przejazdu przez skrzyżowanie – ciężko jest “przemknąć” przez 6 pasów. Ale nie tylko na szerokość budowali drogi, ale także w górę. Wielopoziomowe skrzyżowania już widziałem wcześniej, ale nigdy nie takie o wysokości solidnego wieżowca.

A na dobranoc landszafcik:

Share