[USA] Idzie zima, czas nad morze!

Wielką wadą świąt w odległych częściach świata jest to, że jest się daleko od wszystkich, z którymi by się chciało te dni spędzić. Zaletami zaś są niewątpliwie pogoda oraz możliwość dalszego poznawania tego zakątka planety.

Grudzień 2011 jest miesiącem rekordowym pod względem ilości opadów w Teksasie – w wiadomościach w TV mignęło mi, że średnia z ostatnich lat została przekroczona dziesięciokrotnie. Bynajmniej nie oznacza to, że tu wciąż pada, wręcz przeciwnie – ostatnie dni są słoneczne i bardzo przyjemne do spacerowania. Dziś, w czasie przebieżki po okolicy, przechodziłem koło termometru, który pokazywał 74 stopnie (23 stopnie Celsjusza) i chyba się nawet trochę opaliłem. Bardzo polecam ciepłe kraje!

Korzystając z niezłej pogody i przymusowego urlopu pojechaliśmy na wycieczkę po południowym i południowo-zachodnim Teksasie. Przebieg naszej drogi widać poniżej, łączna długość trasy to niecałe 2000km.


Pokaż dużą mapę w nowym oknie

Mieliśmy jechać odrobinę dalej na zachód do parku narodowego Big Bend oraz do El Paso, ale zrezygnowaliśmy ze względów bezpieczeństwa. Big Bend jest najmniej uczęszczanym parkiem narodowych w całych Stanach Zjednoczonych, co niestety oznacza, że nie ma tam cywilizacji takiej jak: telefon, stacje benzynowe czy sklepy, są za to różne zwierzęta, takie jak niedźwiedzie, drapieżne koty, węże, pająki i skorpiony. Przewodnik wprawdzie opisuje, że tamtejsze skorpiony nie są groźne dla życia… większości ludzi, ale po analizie sytuacji skorzystaliśmy z pretekstu, że auto dostało czkawki po tym jak nalałem w nie za dużo oleju i z tego powodu nie pojechaliśmy w dzicz (bo przecież nie dlatego, że strach nas obleciał. Zignorowaliśmy też fakt, że serwis powiedział, że autu nic nie jest, a lampka check engine sama zgasła).

Nawet skrócona droga dostarczyła nam dużo wrażeń i wiedzy – poznaliśmy Teksas jakiego nie znaliśmy. A właściwie kilka zupełnie różnych Teksasów. Pierwszego dnia za dużo nie zwiedziliśmy, gdyż trochę dałem ciała z przygotowaniami auta do drogi – dałem się zaskoczyć jak drogowcy zimie. Okazało się, że wszyscy mechanicy mający dobrą opinię są zawaleni robotą, gdyż studenci wrócili do domów na święta i przy okazji oddali auta do przeglądów. Ale może dzięki temu zrozumiałem na jak odległej od pracujących amerykanów planecie żyję. Serwisy samochodowe oferują darmowe przejazdy do domu po zostawieniu auta oraz do warsztatu po jego odbiór. Mnie woziła dwudziestokilkuletnia, bardzo sympatyczna dziewczyna i gadaliśmy po drodze o różnych rzeczach, m.in. o tym, że jadę nad morze. Entuzjastycznie opowiadała o plażach, to zasugerowałem, że skoro je lubi, to by się na pewno jej podobało południe Francji. Powiedziała, że bardzo by chciała, ale, że to chyba za drogo. A potem dodała, że na razie marzą o tym, żeby zabrać dziecko do Disneylandu, znaleźli nawet bilety za $160 od osoby, ale nie mogą sobie na to pozwolić. Nie wiem jak jej narzeczony, ale ona pracuje na dwóch etatach (porównaj prawnik za $545 za godzinę). Wtedy do mnie dotarło jak frustrujące musi tu być bardziej pechowym niż ja.

Wracając do przygotowań – rano przed wyjazdem pojechałem wymienić opony, bo przednie wydawały mi się zbyt łyse. Serwisant się zgodził, ale powiedział, że tylne są dobre i proponują, żeby przełożyć je na przód, a nowe założyć na tył. Zawsze mi się wydawało, że lepsze idą na oś napędową, ale internet też twierdzi, że lepsze opony zawsze idą na tylną oś (piszę o tym, bo może się komuś ta wiedza przyda). W drodze do domu odkryłem, że auto skręca w lewo, więc musiałem wrócić do warsztatu, gdzie inny specjalista odkrył, że opony przełożone z tyłu na przód różnią się o trzy mm i zasugerował wymianę tej bardziej zużytej na nową. Do tej pory śmieję się z jego miny po tym jak spytałem czy w takim przypadku auto nie będzie skręcało w prawo, bo ta znów koła nie będą równe. Po przemyśleniu sprawy facet dał mi czwartą oponę gratis, ale wymiana trwała długo i łącznie opóźnili nam wyjazd o jakieś dwie godziny. Czyta ktoś jeszcze? Chyba stęskniłem się za pisaniem, że opisuję takie pierdoły.

Wyjeżdżając z tak dużym opóźnieniem musieliśmy zrezygnować ze zwiedzania Huston. Z drogi zauważyliśmy tylko ślicznie oświetlone centrum, kilkukilometrowy ciąg supermarketów, sklepów i salonów samochodowych przy autostradzie oraz ogólne udrogowienie tego miasta. Żeby przejechać na przełaj przez miasto zmierzyliśmy się z gąszczem krzyżujących się autostrad (obwodnice w usa nie są standardem, zamiast tego zbudowane są gigantyczne betonowe arterie przez środek) – nawet w Nowym Jorku nie widziałem takiego gąszczu „głównych” dróg. Z resztą Huston znane jest z nieokiełznanej motoryzacji, w wyniku czego centrum wygląda miejscami tak (zdjęcie to obiegło internet w 2009, autora nie znam. Te male ciapki to auta na parkingach.):

Dzień zakończyliśmy w Galveston nad samym brzegiem Zatoki Meksykańskiej, gdzie właściciel hotelu postanowił przetestować nasze umiejętności szpiegowskie i ukrył wjazd tak doskonale, że jeździliśmy wokoło bloku (w USA – blok to jednostka długości – blok dalej = przecznicę dalej – lub powierzchni – 1 blok = obszar ograniczony czterema ulicami). To naprawdę wyjątkowe uczucie gdy widzisz hotel i nie jesteś w stanie do niego dojechać. Wjazd znaleźliśmy wjeżdżając w każdą uliczkę i zawracając gdy się skończyła…
Wieczorem starczyło nam siły na spacer w szumie fal oraz wizytę na molo, gdzie musiałem kupić batonika jako bilet wstępu („bez konsumpcji nie wpuszczamy”).

Drugi dzień rozpoczęliśmy od zwiedzenia samego miasta. Galveston to bardzo przyjemny nadmorski kurort z dosłownie kilkoma atrakcjami – starymi (około 1895) willami, przyjemnym centrum oraz parkiem rozrywki, w którym stoją dwie ogromne szklane piramidy. Pierwsza z nich skrywa sztuczną dżunglę, druga gigantyczne akwarium. O najciekawszej dla mnie atrakcji – muzeum platform wiertniczych – dowiedziałem się dopiero dwa dni później, gdy już było za późno żeby zawrócić.

Zapach morza wywołał w nas wielką ochotę na świeżą rybę, ruszyliśmy więc na południe licząc na to, że w porze obiadu znajdziemy gdzieś jakąś miłą smażalnie. Naszą uwagę od głodu odwracał widok osiedli na palach, które ciągnęły się wzdłuż całego wybrzeża. Zgadujemy, że taka konstrukcja ma coś wspólnego z tropikalną pogodą i huraganami nawiedzającymi tą część stanów.

Po kilkudziesięciu kilometrach drogi znaleźliśmy się w miejscowości Freeport, gdzie powitał nas nowy, zaskakujący widok, który nie opuścił nas przez kolejne trzysta kilometrów:

Moje zdjęcia nie obrazują ogromu fabryk chemicznych Teksańskiego wybrzeża, wyglądają one jak ogrodzone siatkami miasta z chromowanych rur, zbiorników, dymiących kominów i świec wypalających niepotrzebne gazy. Byliśmy przerażeni gdy zobaczyliśmy tę fabrykę, jednak w ciągu następnych dwóch dni przekonaliśmy się jak bardzo byliśmy nieprzygotowani na to co zastaliśmy – każda większa korporacja chemiczna, z Dupont, BASF i DOW na czele, ma tu znaczną część swojej produkcji. Co gorsza, poza produkcją mają także przepisy, niestety nie w sercu, ale w części ciała umieszczonej trochę z tyłu. Rząd federalny USA wydał ustawę „Clean Air Act”. W zeszłym roku gubernator Texasu Rick Perry delikatnie, ale stanowczo powiedział władzom federalnym, że mogą się swoimi przepisami podetrzeć, bo narzucenie ogólnoprzyjętych standardów ekologicznych skutkowałoby utratą tysięcy miejsc pracy. Dyskusję uciął twierdząc, że prawo stanowe ma w tym przypadku wyższy priorytet, mimo, że Waszyngton twierdzi inaczej. No i tak sobie dymią.

I zrobiło się tak późno, że największe ranczo świata i dlaczego wygrałem $8 dolarów w kasynie opiszę jutro.

Share

[USA] Czarny Piątek, Święto Dziękczynienia i termometr do mięsa

Kilka osób pytało mnie o wrażenia z Czarnego Piątku. Odpowiem prosto: było jak wszystko w Ameryce.

Już na kilka dni przed piątkiem, a już w święto dziękczynienia w czwartek najbardziej – wiadomości telewizyjne przygotowywały ludzi do gigantycznej fali zakupów. Wszystkie dzienniki pokazywały zdjęcia ludzi koczujących w namiotach na parkingu Walmartu, stacje lokalne dodatkowo prezentowały gdzie w okolicach centrów handlowych mogą tworzyć się korki, a policja apelowała, żeby nie trzymać zakupów w widocznym miejscu w samochodzie. Krótko mówiąc gorączka rosła.

W czwartek podszedłem do zakupów metodycznie – poczytałem o historii tego dnia oraz sprawdziłem strony internetowe sklepów w okolicy. Oba zajęcia przyniosły zaskakujące rezultaty i o tym będzie ten artykuł.

Bardzo ciężko jest mówić o historii czarnego piątku nie wspominając Święta Dziękczynienia, więc pozwolę sobie tu zamieścić krótki rys historyczny tego ważnego dla Ameryki dnia. Niestety będzie to tylko garść suchych informacji, gdyż nie udało mi się przyłączyć nigdzie do tradycyjnej kolacji, która jest tutaj obchodzona w rodzinnym kręgu. Tylko dwie grupy wydały mi się na tyle otwarte, żeby przyjąć samotnego wędrowca – studenci, którzy nie polecieli do domu, oraz bezdomni. Pierwszy wariant wydał mi się zbyt bolesny dla wątroby, drugi zbyt przygnębiający, zostałem więc w domu.

Święto Dziękczynienia to nic innego niż dożynki, święto plonów, które w swoich tradycjach mieli zarówno europejscy przybysze jak i natywni amerykanie. Pierwszymi udokumentowanymi obchodami była wielka biesiada na plantacji Plymouth w Massachusetts w 1621 roku, w której wzięło udział 53 przyjezdnych i około 90 rodowitych amerykanów (co znów mówi o skali tego kraju niecałe 400 lat temu). Od tego czasu tradycje i okres świętowania zmieniały się wielokrotnie – każdy stan ustanawiał swoją datę, obchody odbywały się od połowy kwietnia do końca listopada – przeważnie jednak pod koniec lata, tak jak kończyły się zbiory.
W 1789, a następnie w 1795 George Washington Ogłosił jednorazowe święta dziękczynienia, po czym tradycja zamarła na 20 lat do momentu, gdy czwarty prezydent USA James Madison ogłosił święto raz w 1814, a potem dwa razy w jedyn roku – w 1815. Przez kolejne 50 lat każdy stan ustanawiał (lub nie) sobie dzień świąteczny kiedy im się podobało, aż w 1863 Abraham Lincoln wprowadził wspólne święto Państwowe aby scalić bardziej północ z południem.

W przywiązanym do tradycji kraju promowanie produktów bożonarodzeniowych przed świętem dziękczynienia było uznawane za nieprzyzwoite. Skłoniło to Franklina Roosevelta do przesunięcia w 1939 dziękczynienia o tydzień do przodu w nadziei, że dłuższy okres świąteczny wspomoże sprzedawców, co w efekcie pomoże wyciągnąć Amerykę z Wielkiego Kryzysu. Wrato tu zauważyć, że miłośnicy teorii spiskowych mówiących o tworzeniu komercyjnych świąt (jak walentynki, czarny piątek itp.) ze względów ekonomicznych mają rację!

Znamienne dla Ameryki jest to, że pomysł Roosevelta republikanie odebrali jako zamach na Lincolna i postanowili obchodzić święto tak jak wypadało według starego zwyczaju. W wyniku politycznego buntu, a także z praktycznych powodów takich jak wcześniej zaplanowane imprezy i mecze sportowe, połowa stanów zignorowała dekret prezydenta (a mnie uczyli, że Ameryka go kochała). Kilka stanów, w tym Texas nie mogąc się zdecydować który wybrać ogłosiły dniami wolnymi od pracy… oba.
Aby uniknąć takich sytuacji obie izby parlamentu porozumiały się i w 1941 roku uzgodniły z prezydentem, że święto będzie się już zawsze obchodziło się w czwarty czwartek listopada. Większość stanów zaakceptowała te postanowienia, ale nie wszystkie – na przykład Texas jeszcze w 1956 obchodził święto w piąty (ostatni) czwartek. Kowbojom się tak łatwo rozkazów nie wydaje!

Parafrazując Piłsudskiego: amerykańska historia jest jak dupa – każdy ma swoją. Niektóre źródła podają, że od 1947 roku Krajowa Federacja Indyka (National Turkey Federation) co roku przynosi do Białego Domu indyka w darze dla prezydenta, który korzystając z prawa łaski ratuje go od kary śmierci. Inni przypisują początek tej tradycji Lincolnowi, natomiast kancelaria prezydenta mówi, że poza jednorazowymi zdarzeniami indyki są ułaskawiane dopiero od czasów Regana, a pozostali po prostu przyjmowali drób jako prezent (źródła milczą czy indyki był zjadane ze smakiem czy nie). Poniższe zdjęcia prezentują w kolejności Ronalda Regana, Georga Busha starszego, Billa Clintona i George W. Busha ułaskawiających ptaki*:

Prawidłowa nazwa czarnego piątku to „Dzień po święcie dziękczynienia” i tak właśnie określany jest on wszędzie poza szukającymi skandalu mediami, co wygląda dość niefortunnie w kalendarzach:

Krótsza nazwa była wymyślona w 1966 przez filadelfijską policję na określenie dnia, gdy w centrum miasta tłumy w amoku zaczynają łazić od sklepu do sklepu, a jeszcze w 1985 była w ogóle nieznana na przykład w Los Angeles. Ja jestem jednak tu i teraz, postanowiłem więc przyłączyć się do zabawy, szczególnie, że reklamy w telewizji przypominały co trzy minuty (co tyle jest blok reklamowy w stacjach informacyjnych), że okazje czekają. Jako, że nie potrzebuję ani nowego telewizora postanowiłem odpuścić szturmowanie sklepów o północy i rozpocząć polowanie na okazje około 10tej nad ranem po spokojnym śniadaniu.

Tuż przed 11tą zabrałem do auta zapas wody mineralnej (TV ostrzegała przed korkami!), sprawdziłem czy na pewno jest zatankowane do pełna i ruszyłem do Walmartu, którego reklama o jednodniowych super ofertach była w każdym (!) bloku reklamowym w YNN***. Na parkingu przed marketem nie znalazłem miasteczek koczowników, ani nawet walczących tłumów. Co więcej – nie znalazłem też zbyt dużo aut, bym powiedział nawet, że było ich tyle co na co dzień. Porównałem ceny z tymi, które pamiętałem z wcześniejszych wizyt – wszystko kosztowało tyle samo. Na środku niektórych alejek stały kosze oznaczone jako super okazje z kocami i starymi filmami na DVD. Prawdopodobnie mały dopisek na reklamie „ilość produktów ograniczona” pozwolił sprzedawcom ograniczyć te produkty do jednego na sklep. Podobnie było w Best Buyu (sklep z elektroniką), gdzie przygotowania do święta dziękczynienia było widać – w dziale z „gorącymi” towarami było dużo więcej telewizorów (w normalnych cenach), a na środku stał jeszcze stojak po telewizorach 32” w dobrej cenie. Klientów brak, podobnie jak w Targecie, gdzie znalazłem tylko promocyjne mikrofalówki i płyty CD z muzyką lat 70tych i 80tych.

Byłem zdeterminowany, żeby odkryć gdzie są te wielkie okazje, więc kontynuowałem podróż, aż znalazłem miejsce z parkingiem zapchanym po brzegi – było to przy lokalnym skupisku outletów, sklepów które nawet na co dzień oferują ubrania w niskich cenach. Większość sklepów rzeczywiście oferowała obniżki 40-55%, podobnie jak to robią przy innych wyprzedażach. Księgarnia i sklep z zabawkami rabatów nie oferowały, sprzęt AV był dostępny 10% taniej niż zwykle, czyli tyle ile kosztuje normalnie przez internet. Dla przyzwoitości kupiłem trzy koszulki w dobrej cenie i termometr do mięsa za $9.99 (bez rabatu) i wróciłem do domu słuchając w radio jak wielkie okazje mnie dziś czekają w miejscach, z których właśnie wróciłem.

* zdjęcia pochodzą z Wikipedii i dostępne są na wolnej licencji **
** Indyk z ostatniego zdjęcia spędził resztę życia w jednym z parków rozrywki Disneya.
*** lokalna stacja informacyjna

Share

[Szorty] Prawnicy a poczucie rzeczywistości

Im wieęcej słyszę o dokonaniach amerykańskich prawników, tym bardziej mam wrażenie, że żyją na innej planecie. Dzisiaj grupa Universal Music wystąpiła do sądu przeciwko Grooveshark o złamanie praw autorskich. Ok, do tego miejsca ma to sens, ale zaraz przestaje: UMG rząda zadośćuczynienia w wysokości $150000 za KAŻDE udostępnienie piosenki osobno, co łącznie daje odszkodowanie na poziomie 15 miliardów dolarów. Wg mnie każdy prawnik, który się pod tym podpisze powinien być starannie przebadany pod kątem kontaktu z rzeczywistością.

Share

[USA] Jak nie zapłaciłem na czas czynszu za dom

Z bankowości internetowej korzystam już dziesięć lat. Dokładnej daty nie potrafię określić, ale było to niedługo po powstaniu mBanku. Pamiętam jak kusiły mnie reklamy z oprocentowaniem depozytów o wysokości 16.5%. Tzn. pamiętam to głównie z tego powodu, że długo liczyłem ile z moich uzbieranych wtedy 225zł 30gr mogę otrzymać odsetek jeśli zacisnę pasa i będę odkładał dodatkowe 25zł miesięcznie. To było pierwsze rozczarowanie procentem składanym, w który do tej pory nie wierzę, szczególnie przy obecnych stopach procentowych. Natomiast sama oferta mBanku, mimo, że początkowo mikra, wystarczała na moje potrzeby i do tej pory wyznacza dla mnie standard wygody obsługi kont bankowych. Korzystam codzienie z banków w trzech krajach i mBank jako jedyny jest przewidywalny, czego niestety nie mogę powiedzieć o Bank Of America, którego klientem mam przyjemność (?) być.

Kilka miesięcy temu opisywałem jak musiałem sam sobie udzielić kredytu na kartę kredytową i szczerze mówiąc nie wierzyłem, że cokolwiek mnie w bankowości jeszcze może zaskoczyć. Nie doceniłem amerykanów. Zaczęło się w zeszły czwartek, gdy postanowiłem zapłacić za czynsz. W umowie mamy zapisane, że będziemy płacić transferem na konto, co mnie cieszyło, bo w poprzednim domu musiałem wypisywać papierowe czeki i deponować je w skrzynce wiszącej na budynku administracji. Pełen optymizmu zalogowałem się do banku, wybrałem opcję “Zapłać rachunek” (“Pay Bills”) i spędziłem 10 minut na kroku pierwszym wypełniając formularz, który był projektowany przez kogoś, kto a) miał pomysł, ale był to pomysł bardzo zły; b) cierpiał na bardzo ciężki przypadek autyzmu; c) nienawidzi swojej pracy i klientów. Krok drugi okazał się niemniej zaskakujący – musiałem wybrać datę płatności, przy czym najbliży dopuszczalny termin to 1szy listopada. Sprawdziłem kalendarz – był wciąż 27my października. W tym momencie już czułem, że coś będzie źle, ale ostatecznie zapłacić za czynsz miałem do pierwszego, więc zaryzykowałem i wysłałem płatność. Tak mi się przynajmniej wydawało.

1 listopada sprawdzałem konto kilka razy – pieniądze z konta nie zostały pobrane. Znalazłem natomiast zagadkową informację, że pieniądze zostaną pobrane gdy adresat przyjmie płatność. Nie widziałem u siebie w banku opcji “przyjmij płatność”, ale też nikt mi za nic nie płacił, więc lekko zaniepokojony ponformowałem właściela domu o potencjalnych problemach i czekałem dalej. Dziś, drugiego, z mojego konta wciąż nie pobrano ani centa, za to listonosz przyniósł niedostarczony list z banku zawierający… papierowy czek za czynsz! Tak, Bank Of America przyjął moje zlecenie ze strony internetowej, wydrukował papierowy czek i wysłał go pocztą do odbiorcy, żeby ten go zaniósł do banku, gdzie wprowadzą go do komputera, żeby dokonać przelewu na numer konta, który został wydrukowany na czeku.

Po rozmasowaniu guza, którego nabiłem sobie waląc czołem w biurko, zalogowałem się ponownie do banku, żeby wysłać pieniądze w inny – elektroniczny sposób. Odnalazłem wymagany formularz i już za drugim razem wypełniłem go poprawnie. Po potwierdzeniu chęci wysłania przelewu bank zapytał kiedy mają dostarczyć przelew – w trzy dni, na jutro czy na dzisiaj. Każda z tych opcji miała swoją cenę, załączam fragment strony banku, bo inaczej nikt mi nie uwierzy:

Będąc spóźnionym z płatnością (tutaj grzech porównywalny do przypadkowego zastrzelenia syna sąsiada albo użycia słowa “seks” w miejscu pracy) musiałem wybrać ostatnią opcję. $25 za cholerny przelew! Smaczku dodaje fakt, że opcja z wydrukowaniem czeku i wysłaniem go pocztą jest darmowa. Po każdym kontaktcie z bankami jestem coraz bardziej Oburzony.

Share

[USA] Jak tu wszędzie daleko!

Poniższa mapa prezentuje trasę naszej wycieczki przeprowadzkowej – od praktycznie europejskiego Massachusetts przez szokująco odmienne południe aż do sielankowej części Texasu.

Faktograficznie rzecz ujmując na mapie widać:

  • odległość 2600 mil (>4100km)
  • najwyższy punkt drogi – szczyt Clingmans Dome w Great Smokey Mountains – 6,643 stóp (2,025 m). Samochodem podjeżdża się prawie na szczyt, do przejścia zostaje mniej niż 400m betonowego deptaka zakończonego wieżą widokową na szczycie. Byliśmy tam w najlepszą możliwą pogodę, idealnie przejrzyste powietrze pozwalało nam podziwiać pełną panoramę gór, a suche i ciepłe powietrze unosiło intensywny zapach jakiegoś drzewa iglastego. Nigdy wcześniej nie czułem tego zapachu i nie wiem z jakiego drzewa pochodził mimo, że ku uciesze innych turystów biegałem od drzewa do drzewa, żeby je powąchać.
  • odwiedzone stany:
    • Massachusetts – do widzeania!
    • Connecticut – tym razem przywitał nas ulewą, wtedy ostatni raz auto wyglądało na czystawe
    • Nowy York – korki i paliwo 30% droższe niż na południu
    • Pennsylvania – widziałem tylko autostradę
    • Maryland – drugi raz tam byliśmy i drugi raz zatrzymaliśmy się tylko na 15 minut. Dobrą kawę mają na stacji benzynowej, ale mam przeczucie, że Baltimore i okolice kryją znacznie więcej. Zanotowałem w planach do zwiedzenia kiedyś, przy bliskości Washingtonu (do którego chcę wrócic) jest to wykonalne
    • Zachodnia Virginia – wizyta tam trwała krótko, ale pracownicy punktu informacyjnego kupili moje serce częstując mnie najlepszym jabłkiem świata.
    • Virginia – tam rozpoczęło się prawdziwe zwiedzanie – zjechaliśmy z autostrady i po zwiedzeniu kilku miasteczek wjechaliśmy do parku narodowego Shenandoah, gdzie przejechaliśmy około 100 km drogą ciągnącą się szczytami gór. Punktem kulminacyjnym wycieczki była czarna niedzwiedzica z małymi misiami. Tu będzie dobre miejsce na przestrogę – jak chcesz iść spacerować po lesie, to oglądanie niedzwiedzi na żywo kawałek wcześniej nie jest dobrym pomysłem. Później w czasie spaceru każdy trzask wywołuje spore emocje.
    • North Carolina – zaczynamy czuć głębokie południe. Zjeżdżając z Blue Ridge Mountains nie tylko zmieniamy wysokość, ale także porę roku – wjechaliśmy jesienią, wyjechaliśmy w pełnie lata. Na noc zatrzymaliśmy się w rezerwacie indian Cherokee w zachodniej części kraju, miejscu uważanym za dom przez dziesiątki tysięcy ludzi posiadających choć kroplę indiańskiej krwi, nawet jeśli mieszkają 3000 mil dalej. Samo miasto nie miało niestety za dużo do zaoferowania – sklepy dla turystów z indianskimi pamiątkami wyprodukowanymi w Chinach, Indonezji oraz Pakistanie; muzeum opisane w przewodniku jako “odpuść sobie” i gigantyczne kasyno.
    • Tennessee – południe w pełnej krasie – szerokie drogi, dziesiątki kościołow, coraz więcej ludzi o ciemnej skórze i prawdziwy upał. Ale zapytany o dwie rzeczy, które wyróżniają Tennessee odpowiem bez wachania – absurdy – 1. strefa czasowa zmienia się w 1/3 stanu, bez zaznaczonej strefy; 2. w wielu częściach stanu panuje prohibicja – nie wolno sprzedawać, a w niektórych miastach nawet posiadać, alkoholu. W jednej z okolic objętych zakazem znajduje się największa w USA destylernia Whiskey – Jack Daniel’s. Byliśmy na wycieczce, po której dostaliśmy szklaneczkę… wody z cytryną. Nie udało nam się też kupić butelki trunku – nie ma i tyle. W mieście obok znajduje się dużo sklepów z pamiątkami, które sprzedają akcesoria (koszulki, długopisy, fragmenty beczek) tylko i wyłącznie osobom pełnoletnim. Widocznie logo JD na długopisie zatruwa umysł i duszę.

(…wpis urwany jak hejnał z Wieży Mariackiej z powodu późnej wczesnej godziny i konieczności wstawania do pracy…) ciąg dalszy i zdjęcia będą jutro. Przepraszam i dobranoc!

Share

[USA] Łamanie prawa w Texasie

Wczoraj złamałem prawo lokalne naszego miasta. Tzn. prawdopodobnie złamałem, bo mimo kilkukrotnego przeczytania rozporządzenia nie jestem w stanie zrozumieć jakie są tutaj zasady podlewania ogródków przed domem. Wiem, że mycie auta na podjeździe jest karane mandatem do $500 oraz że podlewanie betonowego podjazdu jest zagrożone podobną karą. Według przepisów domy jednorodzinne o numerach nieparzystych mogą nawadniać trawniki w soboty oraz środy (jeśli to naprawdę konieczne) między północą a 10tą rano oraz między 7mą wieczorem a północą. Jednocześnie rozporządzenie mówi, że dozwolone jest podlewanie ręczne, nie określa jednak co to znaczy. Trzymałem wąż w ręce jak podlewałem, według zdjęć na google to spełnia wymagania, ale czy na pewno? Może wolno tylko wiaderkiem? Albo tyle ile się w rękach zmieści?

Ciężko ich jednak winić za ograniczenia w podlewaniu, przyroda wygląda tutaj tak jak na zdjęciu poniżej. Tzn za wyjątkiem naszego ogródka, który jest jeszcze bardziej suchy – widać tylko zasuszone liście i żółty piasek. Facet wręczający nam klucze mówił, żeby czasem spryskać za domem, żeby się nie kurzyło.

Do Texasu przyjechaliśmy w piątek. Od tego czasu poznaliśmy już dwoje sąsiadów (to 100% więcej niż w Norwood) oraz dostaliśmy dwa niezależne zaproszenia od agentów nieruchomości na wspólne zwiedzanie miasta. Bardzo naciskali, żeby zadzwonić, prawie tak jakby naprawdę tego chcieli; może aż z ciekawości sprawdzę jak daleko sięga tutejsza gościna. Tymczasem będę się cieszył, że znalazłem tak przyjazne miejsce na świecie. Przyjazne i bezpieczne – musi tu być bezpiecznie skoro dzieci wieczorem biegają same po ulicach, a garaże są zostawiane otwarte. Na wieczornym spacerze widzieliśmy sporo ludzi siedzących przed domami – na krzesłach, na trawie i na swoich półciężarówkach. Wywołało to we mnie bardzo miłe wrażenie miejsca, gdzie ludzie są bardziej otwarci, nawet mimo cmentarzy i czaszek, które już “zdobią” wiele domów. Jest jeszcze miesiąć do Halloween, jak najbliźsi sąsiedzi też zacznąć stroić domy, to nie będziemy mieć wyjścia, tylko kupimy wielką dmuchaną, podświetlaną od środka czaszkę, albo plastikowego kościotrupa ($39.99)

Jeśli uda mi się wymigać jutro od skręcania biurka, to wstawię informacje o przebiegu naszej trasy i udostępnie pierwszą garść zdjęć. A widzieliśmy miejsca niezwyłe – niektóre śliczne i urocze, inne dzikie i przerażające. Zwiedzaliśmy historyczne (1850-1900) miasta, slumsy, destylernie whiskey oraz szklane miasta. Warto będzie zobaczyc i poczytać, więc trzymajcie kciuki, żeby meble same się poskręcały!

Share