[USA] Jakby przeoczyć tornado to jest nieźle

Są takie momenty, że cieszy mnie, że przeprowadziłem się do Austin – światowej stolicy muzyki*. W zeszłym tygodniu, gdy akurat miałem siadać do pisania bloga, odkryłem, że do Austin przyjechał łódzki zespół L.Stadt, z którego perkusistą miałem zaszczyt siedzieć w jednej ławce przez cztery lata liceum. To było bardzo miłe spotkanie po latach – pogadaliśmy, posłuchaliśmy muzyki (ich i nie tylko). Dobrze jest tak daleko spotkać kogoś bliskiego. Zapraszam do odwiedzenia ich profilu na facebooku i posłuchania ich muzyki na myspace.

Chłopaki swoim graniem opóźnili mój raport z wizyty w trzeciej pod względem wysokości nad poziomem morza stolicy w stanach – Denver, Kolorado. Ale nie trzecim miejscem chwalą się jej mieszkańcy, tylko tym, że ta wysokość wynosi dokładnie jedną milę (5280 stóp, 1600 metrów). Jedno czego nie mogą ustalić to gdzie dokładnie przebiega ta mila – mierzyli kilka razy i zawsze wychodzi im inaczej. A że każdy z pomiarów oznaczają na schodach Kapitolu (siedziby władz stanu), to turysta dowiaduje się, że jedna mila przebiega dokładnie na 13tym, 15tym i 18tym stopniu jednocześnie.


Optymiś na wysokości jednej mili. (Uważni czytelnicy zauważą, że Optymiś podróżuje ostatnio z własnym misiem)

Wysiadając z samolotu w Denver pierwsze co zauważyłem, to znaki wskazujące drogę do najbliższego schronu przeciwtornadowego. Zaczynam dochodzić do wniosku, że istnieje powód dla którego te ziemie do XVIII wieku były zamieszkałe tylko przez kilka plemion i bizony – przyroda w tych okolicach daje wyraźnie do zrozumienia, że tu nikt nie powinien mieszkać. Ostatnio obudziła nas tas taka burza, że nasz dom się cały trząsł od wiatru i grzmotów, a następnego dnia mieliśmy krótkie gradobicie i ulewy. Te ostatnie, mimo lokalnych powodzi i podtopień, traktowane są jako zbawienie – pozwoliły władzom zmienić poziom zagrożenia suszą z ekstremalnego na bardzo duży. Ogródek dalej mogę podlewać tylko raz w tygodniu (to akurat dobrze, nikt się nie przyczepi, że tego nie robię).

Na zwiedzenie Kolorado mieliśmy zdecydowanie zbyt mało czasu. Zdecydowaliśmy się nie wyjeżdżać z Denver, co pozwoliło nam zrezygnować z auta na rzecz komunikacji miejkiej. Korzystanie z usług transportu publicznego miało walory zarówno towarzyskie i humorystyczne. Towarzyskie ponieważ automaty do płacenia za przejazd nie wydają reszty, ale sympatyczny kierowca postanowił nam pomóc krzycząc na cały autobus i szukając drobnych u naszych współpodróżnych. Walory humorystyczny podróży pojawiły się po zderzeniu naszego wyobrażenia stacji przesiadkowej z tym co zastaliśmy. Spodziewałem się dużego budynku z setkami biegających ludzi, kawiarniami itp. Jednak jeden z głównych węzłów komunikacyjnych miasta okazał się polem betonu z czterema słupkami i trzema małymi wiatami. W Polsce słyszałem powiedzenie, które pasuje jak ulał: „Tu nie Europa”.

Tym co wyróżnia Denver od innych miast, które widziałem po tej stronie Oceanu, jest wyraźnie pozytywne nastawienie niezmotoryzowanych. W mieście dostępna jest sieć rowerów miejskich dostępnych na godziny za opłatą**, a główna ulica miasta jest niedostępna dla samochodów – jeżdżą nią tylko miejskie ekologiczne autobusy. Wszem i wobec ogłaszam, że mi się podoba.

Mimo istnienia kilku głupawych praw miejskich takich jak zakaz pożyczania odkurzacza sąsiadowi (serio!), Denver wprowadziło także kilka mądrych, m.in. przepis nakazujący inwestorom używanie 1% budżetu nowych budynków na sztukę w przestrzeni publicznej. W efekcie gdzie nie spojrzeć tam jest coś wartego zobaczenia, ładnego albo przynajmniej „interesującego” .

Nie każda sztuka do mnie przemawia. Patrząc na poniższe ludziki miałem nieodparte wrażenie, że wyglądają jak znaczek na drzwiach toalety:

Ku mojej wielkiej radości miasto wypełnione jest różnego rodzaju misiami i niedźwiedziami, ale nie udało mi się dotrzeć do korzeni tego zjawiska. Udało mi się za to rozbawić kilka osób, która podziwiały sesje zdjęciowe podróżującego ze mną Optymisia.

Z dużym niebieskim niedźwiedziem przy centrum konferencyjnym (jednym z nieoficjalnych symboli miasta):

Z niedźwiedziem z brązu zatytułowanym „O jak dobrze” (tłumaczenie własne z „Feels so Good”):

Z pluszowym niedźwiedziem, który swoje już w życiu wysiedział:

Historię miasta poznawaliśmy jeżdżąc dość podejrzanym pojazdem – zrobionym z desek, wyposażonym w salonowe fotele z poduszkami oraz poroże z przodu. Pojazd poza pokracznym wyglądem wyróżniał się dźwiękami, które wydawał – gwizdał „fiu-fiu”, szczekał, muczał i chrumkał. Gwizdanie najbardziej działało na przechodzących facetów, na szczekanie reagowały psy (i właściciele próbujący je później uciszyć). Ot taki amerykański humor.

O samej historii dowiedzieliśmy się niedużo, gdyż miasto jest bardzo młode i właściwie nic tam się nie działo. Początki miasta sięgają połowy XIX wieku, gdy w czasie gorączki złota okolica była przeczesywana przez śmiałków. W 1861r podpisano akt założycielski i populacja eksplodowała osiągając po dziesięciu latach około stu mieszkańców. Nie każdy w mieście zajmował się wydobywaniem kruszców, spora część żyła z prowadzenia domów publicznych, knajp oraz kasyn znacząco usprawniających przepływ gotówki. Od tego czasu miasto rosło i… nic ważnego się tam nie wydarzyło. W związku z tym przewodniczka skupiła się na historiach: o duchach (straszą na byłym cmentarzu, który miasto przerobiło na park pozostawiając blisko 1700 grobów pod cienką warstwą ziemi – lepiej nie grzebać za głęboko w czasie pikniku) oraz o domu publicznym z dobudowanym tajnym przejściem do hotelu po drugiej stronie ulicy. Tunel chronił klientów przed wścibskim wzrokiem odwiedzających pobliski kościół.
Ładna historia wiąże się z pozłacanym orłem znajdującym się na dachu urzędu miasta. Zamawiający rzeźbę burmistrz jawnie przyznawał się do bycia członkiem Ku Klux Klanu, co nie do końca było w smak artyście żydowskiego pochodzenia. Ten jednak zamiast jednak odmówić wykonania dzieła, postanowił wykonać niestandardowy wzór. Burmistrz był zachwycony ułożeniem ciała orła, które, jak sam określił, pokazywało go w czasie startu i miało symbolizować wzlot miasta. Ornitolodzy jednak mają inne zdanie – ułożenie ciała wyraźnie pokazuje iż orzeł przygotowuje się do defekacji.

Przewodniczka wspomniała wielokrotnie o jednej z głównych atrakcji miasta – prawie legalnej marihuanie. Prawo federalne zabrania posiadania nawet niewielkich ilości tego narkotyku, legalizacja w Kolorado (Kalifornii i jeszcze kilku innych stanach) polegała na wprowadzeniu pojęcia Medycznej Marihuany, którą można kupić na receptę. Niektóre ze sklepów, poza dystrybucją leku, oferują także błyskawiczne badania lekarskie.
Zwiedziliśmy jedną z takich „aptek” – wygląda ona jak mało medycznie – dywany, kanapy i fotele zachęcają do zażywania lekarstwa na miejscu. Zamieniliśmy kilka słów ze sprzedawcami, jako turystom mogli nam zaproponować tylko i wyłącznie gazety i akcesoria, aby uzyskać lek należy być mieszkańcem (wystarczy rachunek za czynsz albo media). Głupie zakazy powodują głupie rozwiązania.

Denver sprawia wrażenie miasta wolnego duchem i jako jedno z niewielu nie zaczęło rozprawiać się z okupującym kapitol ruchem 99%. Austin niestety rozpędziło demonstrantów w bardzo brzydki sposób – wprowadzili prawo nakazujące conocne mycie chodników dookoła urzędów. W połączeniu z prawem skazującym na bezwarunkowe więzienie każdego, kto uniemożliwia prace porządkowe w mieście (takie jak zamiatanie, odśnieżanie czy mycie) wypędziło to (a raczej uczyniło mobilnymi) protestujących. Na nic zdały się głosy, że a) nie jest to zgodne z duchem prawa; b) suszę mamy, więc marnowanie wody jest złe – Austin postawiło na swoim. W Ameryce mamy wolność słowa – każdy ma prawo mówić co ma ochotę, pod warunkiem, że mówi to co się władzy podoba albo że mówi to tak, żeby go nikt nie słyszał.

W Denver 99% jeszcze się bronią:

Bardzo chciałbym wrócić do Kolorado. Zabrakło nam czasu na choćby krótką wycieczkę w Góry Skaliste, zwiedzanie miasteczka hipisowskiego, dzielnicy teatrów, muzeów i wielu innych rzeczy. A jakby tego było mało, to mają tam przepyszną kranówkę –krystaliczną, smaczną, górską wodę.

Kilka innych fotek:
Droga koło naszego hotelu

Piesek preriowy pilnujący pola:

Góry Skaliste

Tablica umieszona przed Kapitolem – 10 przykazań

Widok z jednomilowego stopnia:

Lotnisko w namiocie:

* tytuł samozwańczy
** Właśnie wykreśliłem z poprzedniego zdania słowo „minimalną”. Jeśli od wypożyczenia roweru do jego odstawienia upłynie mniej niż 30min, to przejazd jest darmo, jednak zapłacić trzeba za dostęp do usługi – karta dzienna kosztuje $8, roczna $80. Ech, a chciałem ich pochwalić.

Share

[USA] Podróże fotograficzne

Ze względu na wytężone prace nad (ponownym) uruchomieniem strony oraz kilkoma innymi zmianami związanymi z naszą firmą dzisiejszy wpis będzie pozbawiony zbyt wielu słów. Powszechnie wiadomo*, że jeden obraz wyraża więcej niż tysiąc słów, zatem zaprawszam do nowych galerii zdjęć udostępdnionych przez Ewelinę (już są z sierpnia 2011, grudniowe będą w maju):

Rhode Island

New Hempshire

Washington DC

Philadelphia

Nantucket

Maine

Wycieczka w strone Niagary

Niagara

Stan Nowy Jork

Vermont

Austin

Miłego oglądania!

* “amerykańscy naukowcy dowiedli”

Share

[USA] Yazoo, Mississippi (Jak tu wszędzie daleko!)

W naszej wspólnej podróży przez południe dojechaliśmy ostatnio na przedmieści miasta, które mnie zafascynowało na tyle, że postanowiłem poświęcić mu cały odcinek. Tam czas płynął inaczej, dzisiejszy wpis także będzie bardziej statyczny. Proszę czytać wolno.

Mississippi to biedny stan i tę biedę widać na każdym kroku. Pierwszym, dość łatwo zauważalnym sygnałem jest brak miejsc, w których można zjeść ciepły posiłek. We wszystkich stanach, które odwiedzaliśmy do tej pory, jeśli nie przy drodze, to wewnątrz osiedli łatwo było znaleźć coś na ząb. Różniły się ceny, jakość i nazwy (restauracja, diner, eatery, pub itd.), ale zawsze było co do ust włożyć. W Mississippi nie.

Jadąc na północ deltą Mississippi poszukiwanie strawy duchowej i cielesnej zaprowadziło nas do Yazoo City – największego (~14 tysięcy mieszkańców) miasta położonego przy naszej drodze. W USA miasta zwiedza się łatwo, ponieważ nazwy ulic (jak i wszystko inne) są dosłowne. Ustawiłem w gps kierunek na jadłodajnię przy Main Street (ul. Głównej) i dojechałem tam gdzie chciałem – w samo centrum. Zostawiliśmy auto przy miejskim rynku – klasycznym, kwadratowym z urzędem miasta w środku*. Nasza wybrana restauracja była jeszcze zamknięta (otwarcie za dwa tygodnie), więc ruszyliśmy w głąb ulicy, do czego zachęcała delikatna, acz przyjemna muzyka płynącą z głośników rozmieszczonych na słupach. Spodobało mi się tam od pierwszego wejrzenia, głównie za sprawą ślicznie zadbanych domów:

Szliśmy radośnie w przyjemnie grzejącym słońcu słuchając kojących dzwięków muzyki klasyczne i oglądając wystawy sklepów z antykami, meblami i innymi drobiazgami. W pewnym momencie naszą uwagę przyciągnął “teatr” zrobiony z zawalonym sklepie:

Weszliśmy do środka. Widać, że ktoś włożył sporo pracy w to miejsce (efekty zostawmy z boku, doceńmy wysiłek).

Pomijając kwestię bezpieczeństwa jest to niewątpliwie interesujące wykorzystanie rudery, która w ten sposób zamiast straszyć – cieszy. Coś jednak było niepokojącego w samym fakcie istnienia takiego miejsca w centrum miasta. Dalszy spacer zamiast odpowiedzi dołożył pytań – jak w ciągu pięćdziesięciu metrów centrum może zmienić się w coś takiego?

Z każdym krokiem coraz bardziej niedowierzałem temu co widzę:

I zaglądając przez wybitą szybę:

I tak już było do końca drogi, wszystko było zakmnięte za wyjątkiem baru z piwem i leżącego przy poprzecznej ulicy fryzjera. Tego ostatniego nie zapomnę długo, gdyż wziąłem go za sklep spożywczy i poszedłem tam kupować colę. Widząć, że jesteśmy lekko zagubieni, miejscowi postanowili nam pomóc i rozpoczęła się typowa rozmowa (skąd jesteś itp). Tym razem rozmowa ucięła się dość szybko, bo każdy z nich rozumiał co któreś nasze słowo i próbowali sobie wzajemnie wytłumaczyć co my powiedzieliśmy. W jakiś sposób zrozumieli, że chcemy zwiedzić ten oto lokalny salon fryzjerski i porobić tam zdjęcia. Jeden z nich wykazał się podziwu godną nadgorliwością i pobiegł o tym fakcie poinformować właściciela oraz gości salonu (a patrząc po ilości ludzi w środku jest to lokalne centrum rozrywki) po czym wprosił nas do środka. Wewnątrz zobaczyliśmy jakieś dziesięć, równie zdziwionych co my całą sytuacją, osób. Ze względów na różnice w wymowie między polsko-angielskim a afro-angielskim i całkiem uzasadniony brak tematów do konwersacji, rozmowa nie specjalnie się kleiła. Mimo bardzo przychylnego podejścia wciąż lekko oniemiałego towarzystwa nie podjąłem próby kupowania coli, tylko podziękowaliśmy i zwialiśmy zostawiając tą lekko Monty Pythonowską scenę za nami.

Poniższe zdjęcie przedstawia sklepo-fryzjera oraz naszych przemiłych gospodarzy.

Fryzjerzy mieli pełne ręce roboty nawet bez naszej wizytacji:

Warto odnotować, że wszyscy byli dla nas bardzo mili, uprzejmi i pomocni. Po doświadczeniach z podróży i obu krótkich pobytów w Texasie jestem gotowy zaryzywkować stwierdzenie, że na południu ludzie są bardziej radośni, uśmiechnięci i otwarci. Przy nich północni amerykanie wydają się gburami (którymi nie są, w szczególności w porównaniu z kolei do mieszkańców niektórych zakątków europy). Nigdzie wcześniej sprzedawca w sklepie nie oferował opowieści o regionie i zaproszenia do domu na obiad podczas następnej wizyty.

Otwartość i gadatliwość miejscowych rzuciła trochę światła na stan centrum miasta. Okazuje się, że Yazoo City nie ma szczęscia do pogody. Pierwszym powodem upadku centrum była powódź w 1927, po której miasto bardzo zubożało i już nigdy nie przestało biednieć, co z kolei spowodowało stopniowe zaniedbanie reprezentacyjnej ulicy aż do jej całkowitego porzucenia i zamknięcia kilkadziesiąt lat później. Opuszczonym budynkom nie pomogły też dwa tornada** z 2004 roku, które zabiły kilka osób i zdemolowały znaczną część miasta. Dopiero w ostatnich latach grupa mieszkańców nie mogąc patrzeć na straszące rudery zdecydowała się odbudować i ożywić miasto. Wynikem tych operacji jest muzyka, kolorowe budynki i sklepy z towarami dla turystów, głównie oferujące produkty lokalnych artystów i rupiecie (zwane w USA antykami). Wyjątkowo spodobał mi się sklep, w którym na dwóch piętrach były porozstawiane stragany ze wszyskim – od mrożonej kiełbasy, przez drewniane jezusiki do mebli i sukni balowych. Na stoiskach nie ma tam sprzedawców – można chodzić i oglądać wszystko, po czym zapłacić w kasie. Sprzedawca-właściciel jest jednym z ludzi zaangażowanych w odbudowę miasta i opowiadał nam o rekonstrukcji z prawdziwą pasją, zarażającym optymizmem i wielką wiarą, że Yazoo City znów będzie lśniło jak w 1920 roku. Trzymam za nich kciuki.

Poniżej udostępniam kilka zdjęć z tego właśnie sklepu. To naprawdę nie jest rupieciarnia, tylko źródło utrzymania dla wielu mieszkańców:

Lokalni artyści reprezentują bardzo zróżnicowany poziom, a nie mają oporów, żeby prezentować swoje prace. Może dzięki temu w USA jest bardziej kolorowo. Prawie każda knajpa ma interesujący wystrój, na przykład obrazki z życia okolicy malowane na ścianie albo wyszyte haftem krzyżykowym, wycinanki z gazet, zdjęcia gwiazd przeplatane kawałkami instrumentów lub po prostu stare żelastwo poustawiane ozdobnie w najmniej rozsądnych miejscach (czytaj “sztuka”). A biorą to wszysto pewnie z tego typu miejsc:

Poniższe zdjęcie oddaje nastrój panujący w sklepie. Twarz należy do właściciela tego marketu:

Górne piętro nie odbiegało jakością wystawy od dolnego:

Podobne kompozycje papierowo-materiałowo-wstążkowe widziałem już w kilku miejscach, nie tylko na sprzedaż, ale także naprawdę wywieszone jako ozdoby. Nie udało mi się jeszcze dotrzeć do nazwy tego czegoś, jakby ktoś wiedział, to poproszę o informację.

Ciężko niezgodzić się z nazwą sprzedawcy, to stoisko naprawdę miało “Kreatywną Aranżację” (poszerzając przy tym odrobinę zares słowa kreatywny na obszary zarezerwowane do tej pory na bałagan. Podobna mi się, zawsze wiedziałem, że jestem kreatywny!).

W szafie siedziała czyjaś stara lalka:

Nie żartowałem z tą kiełbasą. Sprzedawca pochodzi z sąsiedniego (około 200km) miasta i według informacji przyjmuje zamówienia na wszelkiego rodzaju mięsa oraz gotowe potrawy. To by jednak sugerowało, że w tym sklepie kupują także miejscowi, ciężko mi sobie wyobrazić turystę, który dzwoni z tygodniowym wyprzedzeniem, że chciałby w Yazoo odebrać mrożone udka indyka oraz tamale***.

W zachodniej części miasta też się nie przelewa. A tu nie ma pomocy socjalnej – jak Ci się dom wali, to albo go podeprzesz kijem, albo śpisz w samochodzie, namiocie albo pod gołym niebem.

Gdyby nie bieda i przyroda mógłbym rozważyć życie w Mississippi. Podoba mi się tutejsze tempo pracy.

Yazoo City zapamiętam tak jak na zdjęciu poniżej. Bardzo chcę wrócić tam za kilka lat i zobaczyć czy mieszkańcy zrealizowali swoje marzenie o odbudowie.

Dziękuję, że mogłem zabrać Cię do tego niesamowitego miejsca. Dalszy ciąg podróży już niedługo.

* miasta są tu bardzo podobne, większość realizuje jeden z dwóch wariantów – główna ulica i przy niej wszystkie budynki lub centralny plac od którego odchodzi głowna ulica. W centrum placu poza urzędami dopuszczalne są także banki, parkingi i fontanny.
** mieszkanie na południu ma swoje wady. Poza przyrodą ożywioną, która stara sprawia wrażenie zdeterminowanej aby ugryźć lub użądlić każdego conajmniej raz dziennie, przyroda nieożywiona w postaci huraganów, tornad, ulew, powodzi i suszy nie daje tu spokojnie odpoczywać.
*** lokalna potrawa – papka fasolowa lub kukurydziana na ostro gotowane po zawinięciu w liście kukurydzy. Bardzo smaczne! Przy okazji dziękuję kelnerce, która uprzedziła nas, że liści się nie je, pewnie do tej pory byśmy siedzieli w knajpie i próbowali je przeżuć.

Share

[USA] Dzień czwarty wakacji – Niagara!

Dzisiejszy wpis wraca do dawno (trzy tygodnie temu) minionych wakacji.

Początkowo całe wakacje miały być wycieczką nad Niagarę (taka widać nasza Górecka tradycja – pozdrawiam tych co byli przede mną i tych co będą po mnie!) i nawet po zmianie formuły na wycieczkę objazdową w dalszym ciągu wielkie wodospady były głównym celem. Z lekcji geografii wiedziałem, że wodospad Niagara to wielkie przelewisko na granicy USA i Kanady oraz że węgiel brunatny wydobywa się w Polsce w trzech zagłębiach: Konińskim, Turoszowskim i Bełchatowskim, których łączne wydobycie wynosi około 50mln ton rocznie*. To czego nie wiedziałem, to, że wodospady są trzy, znajdują się na rzece Niagara, która dzieli miasto Niagara na dwie części – amerykańską i kanadyjską. Nie miałem też zupełnie pojęcia o skali zjawiska – ze szkoły pozostało mi wyobrażenie, że cała granica to ciągnący się wodospad, wyobrażałem sobie kilometry lejącej się wody gdzieś na dalekim odludziu.

Z hotelu zerwaliśmy się wczesnym rankiem koło 10 rano i pognaliśmy jak najszybciej na zachód ignorując wszelkie możliwe atrakcje po drodze (poza pomyleniem obwodnic w Rochesterze i awarią GPSa tuż przed najważniejszym zjazdem z autostrady). Dojeżdzając na miejsce przypomniano nam, że Ameryka to miejsce gdzie zawsze trzeba trzymać gardę wysoko albo będzie bolało. Zatrzymaliśmy się w informacji turystycznej i niestety, jak się później dowiedzieliśmy, amerykańska informacja nie służy pomocy w zwiedzaniu, tylko najbiajniu ich w butelkę. Nastraszony problemami z zapełnionymi parkingami i jeżdzeniem między atrakcjami przepłaciłem straszliwie za wycieczkę po wodospadach**. Do spotkania z przewodnikiem mieliśmy blisko dwie godziny, w informacji dowiedzieliśmy się, że pomijając wodospad to okolica oferuje następujące atrakcje: supermarket, restauracje przy supermarketach i outlety (sklepy z wyprzedażami) z ubraniami. Zamiast zakupów wybraliśmy zwiedzanie “Grand Island” – jak twierdził dezinformator turystyczny – największej słodkowodnej wyspy świata (a według encyklopedii największej wyspy na rzece Niagara). Znaleźliśmy tam… lokalną restaurację i ścieżkę spacerową nad rzeką.

Na szczęscie poza tfu, tfu, informacją turystyczną reszta dnia była wyjątkowo udana. Zwiedzanie zaczęliśmy od kotła na rzece, który na skutek ingerencji człowieka stał się podwójną atrakcją – nie dość, że ślicznie wygląda, to jeszcze jest jedynym tego typu miejscem na ziemii gdzie woda kręci się w dzień w inną stronę niż w nocy. Wynika to z tego, że w ciągu dnia 50% rzeki przekierowane jest do elektrowni wodnej, a w ciągu nocy, gdy turyści już nie widzą, prad produkuje aż 75% płynącej wody. Z kanadyjskiej strony można wsiąść do rozciągniętej nad kotłem kolejki linowej – jeśli ktoś lubi wisieś 50m nad spienioną wodą i skałami. W momencie jej wybudowania kolejka miała dwie staje, obie po stronie kanadyjskiej co podobno było wykorzystywane przez cwaniaków (tradycja?) do “przemycania ludzi do USA” – wsadzali zdesperowanych biedaków na jednej stacji, całkiem legalnie przewozili ich na drugi brzeg i tam wysadzali pomniejszonych o dorobek życia.

Kocioł warto jest zobaczyć nie tylko ze względu na historie z nim związane, ale przedewszystkim na piękny lazurowy kolor wody oraz otaczajacy go park. Wzdłuż rzeki ciągną się szlaki turystyczne, a cała okolica jest dobrze oznaczona tablicami informacyjnymi. Zdecydowanie warte zobaczenia.

Z kotła przejechaliśmy nad same wodospady. Zwiedzając Niagarę warto skorzystać ze wszystkich dostępnych atrakcji. My zaczęliśmy od statku Maid of the Mist, który podpływa z turystami wystarczając blisko ściany wodospadu, żeby dać odczuć huk wody, dokładnie wszystkich skąpać od stóp do głow oraz pokazać tęcze tworzące się na rozbryzgującej wodzie (tym co mają okulary, bo Ci bez okularów nie widzą za duzo – tam napradę mocno chlapie!).

Ze statku wjeżdza się windą na wieżę widokową, z której jest śliczny widok na wszystkie trzy wodospady. Na zewnątrz prowadzi tylko jedna droga – przez sklep z pamiątkami. Nasz przewodnik bardzo nalegał, żebyśmy przeszli przez niego nie zatrzymując się. Dopiero po chwili dowiedzieliśmy się dlaczego – kolejnym punktem wycieczki był trzydziestominutowy postój dwie przecznice dalej… w innym sklepie z pamiątkami.

Ostatnią atrakcją do zobaczenia po stronie amerykańskiej (ze względu na paszport Eweliny nie mogliśmy zwiedzić strony kanadyjskiej) jest Jakinia Wiatrów, która składa się z windy oraz pomostu (jaskini nie znalazłem), którym podchodzi się bardzo blisko – na wyciągnięcie ręki – do wodospadu. Dobre miejsce, żeby się zmoczyć jak się już wyschło.

Garść ciekawostek:
– dojeżdżając do Niagara Falls widać spore miasto. Z bliska okazuje się, że prawie wszystkie wysokie budynki to kasyna znajdujące się po stronie kanadyjskiej. Amerykańska część miasta wygląda jak Ozorków.
– Niagara Falls są trzecimi pod względem wielkości wodospadami na świecie, wyprzedzają je: Victoria Falls (2gie miejsce) między Zambią i Zimbabwe oraz Iguazu Falls (największe) między Argentyną a Brazylią
– Wodospady Niagary składają się z trzech niezależnych wodogrzmotów – dwóch mniejszych (łącznie 320m długości) po stronie amerykańskiej i największego (790m, tego znanego z widokówek), zwanego podkową, należącego do Kanady
– Wysokość wodospadu to 51-53 metrów
– Ilość przepływającej wody to 1834 m3/s

* Za przekazanie mi tej jakże cennej wiedzy dedykuję poniższy wpis Ministerstu Edukacji Narodowej.
** Porada dla jadących nad Niagarę: nie kupujcie zorganizowanych wycieczek po wodospadach – zupełnie nie ma takiej potrzeby. Wszystkie miejsca są łatwo dostępne i rzeczywiście w okolicy jest pięc parkingów po $10 za wjazd, ale wbrew temu co mówi dezinformator z “informacji turystycznej” wjeżdza się raz na jeden, a potem można sobie przejść wszędzie… Nazywając rzeczy po imieniu zostaliśmy nabici w butelkę. Z drugiej strony nie wiem czy bez wycieszki byśmy się zdecydowali wejść na wszystkie atrakcje, a na pewno warto.
A, bym zapomniał – zaraz po wjeściu do busu kierowca poprosił, żebyśmy się zapoznali z najniesmaczniejszą tablicą informacyjną przymocowaną tak, żeby nikt jej nie przeoczył:

“Zwyczajowo powinno się dać kierowcy napiwek w wysokości 15% ceny wycieczki. Wasz kierowca pracuje dla was na dwóch etatach – także jako przewodnik. Napiwki stanowią większość jego dochodu.” – na usta cisnęło mi się: to mu płaćcie do cholery! Naprawdę ciężko jest być turystą w tym kraju.

Share

[USA] Garść zdjęć

Dla urozmaicenia podrózy po USA z przewodnikiem Marcinem postanowiłem udostępnić kilka zdjęć. Niestety nie zdążyłem wszystkich opisać, niecierpliwi mogą zajrzeć:

Spora kolecja zdjęć, które pokazują USA jakie spotykam na codzień. Zdjęcia są różnej jakości, niektóre wymagają komentarza, który zostanie dodany jutro. Fotografie prezentują zarówno obraz zwyczajnej ulicy jak i przyciągających wzrok szczegółów. A inne mi się po prostu podobają.

Pierwsza wycieczka do Bostonu. Także jeszcze bez komentarzy.

Zdjęcia mojego Optymisia z jego podróży po USA. A tu akurat komentarze są!

Share