[USA] Jackowo

Pierwszego dnia samodzielnego pobytu za granicą poszedłem do księgarni w Northampton, żeby kupić plan miasta. W głowie miałem przechowalnie toreb w Geancie i ochroniarzy zszywających reklamówki przed wejściem do łódzkiego Carrefoura, więc zastanawiałem się co zrobić z plecakiem, laptopem i walizką, którymi byłem obładowany. Zagubiony poszedłem do kasjerki i… zupełnie nie mogliśmy się zrozumieć. A właściwie ona nie mogła zrozumieć na czym polega mój problem z wnoszeniem toreb do sklepu. Wtedy nie wiedziałem, że można nie być podejrzewanym o niecne zamiary.

Od tamtego wydarzenia minęło prawie siedem lat i zdążyłem o nim zapomnieć. Wspomnienia wróciły podczas wizyty w Jackowie w Chicago, gdzie w sklepie spożywczym powitała mnie kartka:

Tak, wpis nie będzie marudny… Ale od początku:

Planując wizytę w Chicago spotkanie sławnej polonii z Jackowa (dzielnicy Chicago przy kościele św. Jacka) było dla nas kluczowym elementem wycieczki. Plan był prosty: żurek i schabowy, polskie muzeum i zwiedzanie dzielnicy.
Strona internetowa muzeum poleca restaruracje Podhalanka, opinie w internecie były zachęcające, a ceny przyjazne – poniżej $10 za obiad, więc postanowiliśmy właśnie ją odwiedzić:

Właściciel, krakowiak (od trzydziestu lat w usa), witając polsko-angielskim (przywodzącym na myśl wizyte Kargula i Pawlaka – “wy tu przyjechalyszcie na biznesz czy pleżer?”) usadził nas przy stole wyłożonym lekko pożółkłą ceratą. Lokal wyglądał jak tradycyjny bar mleczny dodatkowo przyozdobiony obrazami matki boskiej częstochowskiej, kilkoma obrazami papieża, lampkami choinkowymi i puszkami coca-coli. Gospodarz zaproponował, żebyśmy poza żurkiem spróbowali kilku ich specjałów. Dlaczego nie, pomyśleliśmy – dużo restauracji oferuje menu złożone z kilku próbek. Uradowany krakowiak zaczął przynosić jedzenie – siedem pełnych porcji, każda z nich wystarczająca za pełen obiad… Od tego momentu przestał też do nas podchodzić i zagadywać – złapał frajerów, to już więcej nie musiał. Przyszedł dopiero z rachunkiem na $51 i… prośbą, żeby napiwek mu dać gotówką, żeby nie musiał od niego opłat wnosić! Odmówiliśmy i z ciężkim sercem (a teraz myśle, że i niepotrzebnie) zostawiliśmy zwyczajowe 15%. To chyba jednak było za mało, na wyciągu z banku zobaczyłem, że krakowiak dopisał sobie trochę dodatkowo. Polak Polakowi Polakiem…

Z lekkim niesmakiem udaliśmy się do Polskiego Muzeum. Wejście do niego wymagało sporo wytrwałości – jedyna inforamcja na froncie to kartka na drzwiach biblioteki (widoczna poniżej). Potem już tylko wystarczyło wejść po nieoznaczonych schodach, zadzwonić domofonem znajduącym się przy ciężkich metalowych drzwiach i już po chwili można było wnieść opłatę za wejście. Przed główną salą muzeum, przy stoliku prezydialnym wyłożonym materiałem, siedziały trzy osoby. Wąsacz w środku rozmawiał przez telefon, pozostali patrzyli w dal. Wyglądali troche jak moja komisja poborowa albo sędziowie turnieju brydżowego, brakowało tylko popielniczki. Obok nich stał jeszcze ochroniarz, który nie pozwolił nam oglądać zbiorów do momentu aż zdejmę plecak. Na pytanie co mogę z nim zrobić zapoponowali, żebym rzucił go w pod zakurzony kaloryfer przy wejściu.

Poniżej kilka zdjęć z muzeum:

Więcej zdjęć nie mam, bo… w pozostałych (ciekawszych) salach był zakaz fotografowania.

Polskie Muzeum w Chicago posiada bardzo zróżnicowaną kolekcję w skład której wchodzą skarby kultury przywiezione przez Polskę na wystawę w Nowym Jorku w 1939 (nigdy nie wróciły do ojczyzny), trochę średnio zachowanych strojów ludowych, sporej wystawy pamiątek po papieżu (firgurki, obrazy, dywaniki z podobizną itp), sporej ilości obrazów (wg. Eweliny całkiem dobrych) w tym prace Zofii Styjeńskiej. Dolne piętro wypełniała interesująca kolekcja pamiątek po Igancym Paderewskim. Pilnująca nas bardzo miła i ochoczo przedstawiająca zbiory Pani (większość pomieszczeń można zwiedzać tylko z opiekunem) opowiadała, że muzeum boryka się z problemami finansowymi. I szczerze mówiąc nic dziwnego – ciężko tam wejść, atmosfera jest depresyjna, a w sklepiku nie ma ani jednej pamiątki z tego miejsca (nawet pocztkówki, magnesu, kubka, broszurki itp. – nie było na co wydać pieniędzy). Podsumowując – bardzo interesujące miejsce w fatalnej oprawie. Szkoda, bo warto pokazać to światu to co tam mają.

Przewodniki turystyczne mówiąc o “polskiej dzielnicy” wspominały, że ostatnio zmieniła się ona w dzielnice polsko-meksykańską. Moim zdaniem okolica jest już głównie meksykańska, ale… to chyba dobrze dla Chicago. Do czasu wizyty w w polskim sklepie nie spotkałem się jeszcze z otwartym rasizmem. A tu proszę, przy pierwszej próbie kontaktu dowiedziałem się, że polska dzielnica maleje, bo “wpuścili ‘meksyków’ i ci wszystko zabierają”. Więcej się nie dowiedziałem, bo starsza Pani odwiedzająca ten sam sklep uznała, że moja rozmowa ze sprzedającym jest nieistotna i wchodząc mi w słowo przejęła całą uwagę sklepikarza (co mu nie przeszkadzało, zainkasował już podwójną cenę ($1) za pocztówkę). Ewelina też za dużo od polonii się nie dowiedziała, bo jej rozmowę przerwał wpadający do sklepu tubylec wykrzykując “Panie Andrzeju, Pan coś zrobi bo ten czarny tu znowu…” czy coś podobnego.
Główną atrakcją był tam dla mnie sklep spożywczy z mięsem na hakach (zdjęcia poniżej) i zadziwiającą ofertą polskich towarów (mieli na przykład mleko “Łaciate”!). Kupiliśmy trochę nałęczowianki i czekoladowego zająca (rozważałem “zwyczajną” za $0.99/lb – 8pln/kg!, ale zrezygnowałem) i z ulgą opuściliśmy krajan, którzy tkwią głęboko w latach osiemdziesiątych i nie mogą pozbyć się najgorszych stereotypowych zachować (chociaż przyznaję, że czerwone nosy podpitych panów w kufajkach wyglądały nawet trochę zabawnie w zestawieniu z meksykanami w kreszowych dresach).

Jakby się ktoś pytał, to jestem za tym, żeby emigrantom zabrać prawo głosowania i zostawić ich (nas) w spokoju. Kojarzenie z Polską poloni tkwiącej w dawno minionej historii to niepotrzebne szarganie orzełka.

ps. Powyższy opis nie oddaje rzeczywistości Chicago, jedynie drobny, acz rozczarowujący, jej wycinek.

Share

[USA] Nowe spojrzenie na Teksas

Od dziś wracam do akutalizacji bloga. Podczas ciszy nie próżnowałem i zebrałem sporo nowych wiadomości, teraz pozostaje największe wyzwanie – przekuć myśli w słowa. Trzymajcie kciuki!

Ostatnio odkryłem, że potrzebowałem kilka miesięcy żeby nauczyć się zwiedzać Texas (który coraz bardziej lubię!). Pierwsze wrażenie jakie tu miałem, to, że prawdą jest, że wszystko jest większe w Teksasie. Drugie, że tu nic nie ma – absolutne zakuprze, gdzie wiatr zawraca, a psy szczekają tylną częścią ciała. Dopiero za trzecim spojrzeniem, po zrozumieniu, że tu trzeba doceniać drobiazgi, zacząłem od nowa odkrywać ciekawostki. Pisanie o nich jest trudniejsze niż o sprawach i miejscach szokujących, będę próbował – będę pisał ciekawie albo padnę próbując!

Zastanawiam się czy już o tym nie pisałem, ale kilka kilometrów na południe od naszego domu jest miejsce gdzie kręcono Teksańską Masakrę Piłą Mechaniczną – jeden z najlepszych filmów XX wieku. Wtedy, w 1974r było tam pustkowie, teraz w tym miejscu jest centrum biznesowe przy skrzyżowaniu autostrad, a samo miasto ciągnie się 15 kilomertów dalej na północ. Oryginalny dom, w którym kręcono Masakrę, został przeniesiony niedaleko (1.5 godziny drogi na zachód) do Kingsland i mieści się w nim restauracja. Odnaleźliśmy go zupełnie przypadkiem, ale o tym będzie później (dziś zmarnowałem cały przydzielony czas na próby przypomnienia sobie jak się pisze).

Zdaję sobie sprawę, że zbiór osób, które interesują informacje o starym domu z filmową historią jest raczej nieduży, dlatego miłośników mocniejszy wrażeń zapraszam do obejrzenia filmu, jak sępy jedzą sarnę zabitą na drodze, który nakręciłem w ostatnią sobotę tutaj:

ps. A to jeden główi sprawcy ciszy na blogu:
* Sklep z biżuterią goldcastu dostał nową karoserię i nowy silnik. Zapraszam do zostawiania tam dużej ilości gotówki. Cały dochód jest przeznaczony na wspieranie firmy rodzinnej.
* Podwodne słuchawki Swimp3 – wydałem nierosądną ilość pieniędzy na słuchawki podwone, więc muszę często chodzić na basen, żeby się zamortyzowały. Przy okazji polecam – dzwięk przekazują nie przez uszy, tylko przez kości – jak w kabinie myśliwców wojskowych. Pływanie jest zdecydowanie mniej nudne jak można słuchać dyskusji w radiu.
* Wbrew logice i architekturze kupiliśmy sobie stół bilardowy!

Share

[USA] Jakby przeoczyć tornado to jest nieźle

Są takie momenty, że cieszy mnie, że przeprowadziłem się do Austin – światowej stolicy muzyki*. W zeszłym tygodniu, gdy akurat miałem siadać do pisania bloga, odkryłem, że do Austin przyjechał łódzki zespół L.Stadt, z którego perkusistą miałem zaszczyt siedzieć w jednej ławce przez cztery lata liceum. To było bardzo miłe spotkanie po latach – pogadaliśmy, posłuchaliśmy muzyki (ich i nie tylko). Dobrze jest tak daleko spotkać kogoś bliskiego. Zapraszam do odwiedzenia ich profilu na facebooku i posłuchania ich muzyki na myspace.

Chłopaki swoim graniem opóźnili mój raport z wizyty w trzeciej pod względem wysokości nad poziomem morza stolicy w stanach – Denver, Kolorado. Ale nie trzecim miejscem chwalą się jej mieszkańcy, tylko tym, że ta wysokość wynosi dokładnie jedną milę (5280 stóp, 1600 metrów). Jedno czego nie mogą ustalić to gdzie dokładnie przebiega ta mila – mierzyli kilka razy i zawsze wychodzi im inaczej. A że każdy z pomiarów oznaczają na schodach Kapitolu (siedziby władz stanu), to turysta dowiaduje się, że jedna mila przebiega dokładnie na 13tym, 15tym i 18tym stopniu jednocześnie.


Optymiś na wysokości jednej mili. (Uważni czytelnicy zauważą, że Optymiś podróżuje ostatnio z własnym misiem)

Wysiadając z samolotu w Denver pierwsze co zauważyłem, to znaki wskazujące drogę do najbliższego schronu przeciwtornadowego. Zaczynam dochodzić do wniosku, że istnieje powód dla którego te ziemie do XVIII wieku były zamieszkałe tylko przez kilka plemion i bizony – przyroda w tych okolicach daje wyraźnie do zrozumienia, że tu nikt nie powinien mieszkać. Ostatnio obudziła nas tas taka burza, że nasz dom się cały trząsł od wiatru i grzmotów, a następnego dnia mieliśmy krótkie gradobicie i ulewy. Te ostatnie, mimo lokalnych powodzi i podtopień, traktowane są jako zbawienie – pozwoliły władzom zmienić poziom zagrożenia suszą z ekstremalnego na bardzo duży. Ogródek dalej mogę podlewać tylko raz w tygodniu (to akurat dobrze, nikt się nie przyczepi, że tego nie robię).

Na zwiedzenie Kolorado mieliśmy zdecydowanie zbyt mało czasu. Zdecydowaliśmy się nie wyjeżdżać z Denver, co pozwoliło nam zrezygnować z auta na rzecz komunikacji miejkiej. Korzystanie z usług transportu publicznego miało walory zarówno towarzyskie i humorystyczne. Towarzyskie ponieważ automaty do płacenia za przejazd nie wydają reszty, ale sympatyczny kierowca postanowił nam pomóc krzycząc na cały autobus i szukając drobnych u naszych współpodróżnych. Walory humorystyczny podróży pojawiły się po zderzeniu naszego wyobrażenia stacji przesiadkowej z tym co zastaliśmy. Spodziewałem się dużego budynku z setkami biegających ludzi, kawiarniami itp. Jednak jeden z głównych węzłów komunikacyjnych miasta okazał się polem betonu z czterema słupkami i trzema małymi wiatami. W Polsce słyszałem powiedzenie, które pasuje jak ulał: „Tu nie Europa”.

Tym co wyróżnia Denver od innych miast, które widziałem po tej stronie Oceanu, jest wyraźnie pozytywne nastawienie niezmotoryzowanych. W mieście dostępna jest sieć rowerów miejskich dostępnych na godziny za opłatą**, a główna ulica miasta jest niedostępna dla samochodów – jeżdżą nią tylko miejskie ekologiczne autobusy. Wszem i wobec ogłaszam, że mi się podoba.

Mimo istnienia kilku głupawych praw miejskich takich jak zakaz pożyczania odkurzacza sąsiadowi (serio!), Denver wprowadziło także kilka mądrych, m.in. przepis nakazujący inwestorom używanie 1% budżetu nowych budynków na sztukę w przestrzeni publicznej. W efekcie gdzie nie spojrzeć tam jest coś wartego zobaczenia, ładnego albo przynajmniej „interesującego” .

Nie każda sztuka do mnie przemawia. Patrząc na poniższe ludziki miałem nieodparte wrażenie, że wyglądają jak znaczek na drzwiach toalety:

Ku mojej wielkiej radości miasto wypełnione jest różnego rodzaju misiami i niedźwiedziami, ale nie udało mi się dotrzeć do korzeni tego zjawiska. Udało mi się za to rozbawić kilka osób, która podziwiały sesje zdjęciowe podróżującego ze mną Optymisia.

Z dużym niebieskim niedźwiedziem przy centrum konferencyjnym (jednym z nieoficjalnych symboli miasta):

Z niedźwiedziem z brązu zatytułowanym „O jak dobrze” (tłumaczenie własne z „Feels so Good”):

Z pluszowym niedźwiedziem, który swoje już w życiu wysiedział:

Historię miasta poznawaliśmy jeżdżąc dość podejrzanym pojazdem – zrobionym z desek, wyposażonym w salonowe fotele z poduszkami oraz poroże z przodu. Pojazd poza pokracznym wyglądem wyróżniał się dźwiękami, które wydawał – gwizdał „fiu-fiu”, szczekał, muczał i chrumkał. Gwizdanie najbardziej działało na przechodzących facetów, na szczekanie reagowały psy (i właściciele próbujący je później uciszyć). Ot taki amerykański humor.

O samej historii dowiedzieliśmy się niedużo, gdyż miasto jest bardzo młode i właściwie nic tam się nie działo. Początki miasta sięgają połowy XIX wieku, gdy w czasie gorączki złota okolica była przeczesywana przez śmiałków. W 1861r podpisano akt założycielski i populacja eksplodowała osiągając po dziesięciu latach około stu mieszkańców. Nie każdy w mieście zajmował się wydobywaniem kruszców, spora część żyła z prowadzenia domów publicznych, knajp oraz kasyn znacząco usprawniających przepływ gotówki. Od tego czasu miasto rosło i… nic ważnego się tam nie wydarzyło. W związku z tym przewodniczka skupiła się na historiach: o duchach (straszą na byłym cmentarzu, który miasto przerobiło na park pozostawiając blisko 1700 grobów pod cienką warstwą ziemi – lepiej nie grzebać za głęboko w czasie pikniku) oraz o domu publicznym z dobudowanym tajnym przejściem do hotelu po drugiej stronie ulicy. Tunel chronił klientów przed wścibskim wzrokiem odwiedzających pobliski kościół.
Ładna historia wiąże się z pozłacanym orłem znajdującym się na dachu urzędu miasta. Zamawiający rzeźbę burmistrz jawnie przyznawał się do bycia członkiem Ku Klux Klanu, co nie do końca było w smak artyście żydowskiego pochodzenia. Ten jednak zamiast jednak odmówić wykonania dzieła, postanowił wykonać niestandardowy wzór. Burmistrz był zachwycony ułożeniem ciała orła, które, jak sam określił, pokazywało go w czasie startu i miało symbolizować wzlot miasta. Ornitolodzy jednak mają inne zdanie – ułożenie ciała wyraźnie pokazuje iż orzeł przygotowuje się do defekacji.

Przewodniczka wspomniała wielokrotnie o jednej z głównych atrakcji miasta – prawie legalnej marihuanie. Prawo federalne zabrania posiadania nawet niewielkich ilości tego narkotyku, legalizacja w Kolorado (Kalifornii i jeszcze kilku innych stanach) polegała na wprowadzeniu pojęcia Medycznej Marihuany, którą można kupić na receptę. Niektóre ze sklepów, poza dystrybucją leku, oferują także błyskawiczne badania lekarskie.
Zwiedziliśmy jedną z takich „aptek” – wygląda ona jak mało medycznie – dywany, kanapy i fotele zachęcają do zażywania lekarstwa na miejscu. Zamieniliśmy kilka słów ze sprzedawcami, jako turystom mogli nam zaproponować tylko i wyłącznie gazety i akcesoria, aby uzyskać lek należy być mieszkańcem (wystarczy rachunek za czynsz albo media). Głupie zakazy powodują głupie rozwiązania.

Denver sprawia wrażenie miasta wolnego duchem i jako jedno z niewielu nie zaczęło rozprawiać się z okupującym kapitol ruchem 99%. Austin niestety rozpędziło demonstrantów w bardzo brzydki sposób – wprowadzili prawo nakazujące conocne mycie chodników dookoła urzędów. W połączeniu z prawem skazującym na bezwarunkowe więzienie każdego, kto uniemożliwia prace porządkowe w mieście (takie jak zamiatanie, odśnieżanie czy mycie) wypędziło to (a raczej uczyniło mobilnymi) protestujących. Na nic zdały się głosy, że a) nie jest to zgodne z duchem prawa; b) suszę mamy, więc marnowanie wody jest złe – Austin postawiło na swoim. W Ameryce mamy wolność słowa – każdy ma prawo mówić co ma ochotę, pod warunkiem, że mówi to co się władzy podoba albo że mówi to tak, żeby go nikt nie słyszał.

W Denver 99% jeszcze się bronią:

Bardzo chciałbym wrócić do Kolorado. Zabrakło nam czasu na choćby krótką wycieczkę w Góry Skaliste, zwiedzanie miasteczka hipisowskiego, dzielnicy teatrów, muzeów i wielu innych rzeczy. A jakby tego było mało, to mają tam przepyszną kranówkę –krystaliczną, smaczną, górską wodę.

Kilka innych fotek:
Droga koło naszego hotelu

Piesek preriowy pilnujący pola:

Góry Skaliste

Tablica umieszona przed Kapitolem – 10 przykazań

Widok z jednomilowego stopnia:

Lotnisko w namiocie:

* tytuł samozwańczy
** Właśnie wykreśliłem z poprzedniego zdania słowo „minimalną”. Jeśli od wypożyczenia roweru do jego odstawienia upłynie mniej niż 30min, to przejazd jest darmo, jednak zapłacić trzeba za dostęp do usługi – karta dzienna kosztuje $8, roczna $80. Ech, a chciałem ich pochwalić.

Share

[USA] Podróże fotograficzne

Ze względu na wytężone prace nad (ponownym) uruchomieniem strony oraz kilkoma innymi zmianami związanymi z naszą firmą dzisiejszy wpis będzie pozbawiony zbyt wielu słów. Powszechnie wiadomo*, że jeden obraz wyraża więcej niż tysiąc słów, zatem zaprawszam do nowych galerii zdjęć udostępdnionych przez Ewelinę (już są z sierpnia 2011, grudniowe będą w maju):

Rhode Island

New Hempshire

Washington DC

Philadelphia

Nantucket

Maine

Wycieczka w strone Niagary

Niagara

Stan Nowy Jork

Vermont

Austin

Miłego oglądania!

* “amerykańscy naukowcy dowiedli”

Share

[USA] Krótki wypad do Ciudad Acuna w Meksyku

Kontynuacja świątecznego zwiedzania Teksasu.

Granica Texasu z Meksykiem cieszy się bardzo złą sławą za sprawą wojen gangów narkotykowych. Sprawy nie poprawiają nielegalni imigranci oraz przemytnicy. W efekcie turystyka w tym regionie właściwie upadła co doprowadziło do jeszcze głębszej zapaści regionu. Austin od Eagle Pass (przy Meksykańskim Piedras Negras) pod względem odległości dzieli 225 mil, czyli niecałe 4 godziny jazdy autem (według teksańskich standardów „niedaleko”), ale cywilizacyjnie te dwa miejsca nie mają ze sobą praktycznie nic wspólnego. W przygranicznych miastach dominuje język Hiszpański, bieda i nieufność do rządu amerykańskiego oraz jego przedstawicieli.

Na nocleg wybraliśmy miasto określane w przewodnikach jako przygraniczna stosunkowo bezpieczna enklawa normalności – Del Rio i rzeczywiście nie natknęliśmy się tam na nic niemiłego. Miasto z atrakcji oferuje kilka niskobudżetowych restauracji, niskobudżetowe hotele oraz całkiem ładne, acz opustoszałe „stare miasto”. Główną atrakcję jest tam jednak przejście graniczne do Meksyku do Ciudad Acuna.

Nad wycieczką do Meksyku zastanawialiśmy się wcześniej, ale po relacjach z internetu oraz opowieściach znajomych (podobno widoku wiszącej na moście odciętej głowy łatwo się nie zapomina nawet jak się ma na imię Jose), ale ostatecznie ciekawość wygrała. Pomógła nam bardzo wikitravel oraz właściciel hotelu. Rozmowa początkowo nie wyglądała obiecująco, gdyż na pytanie: „czy warto jechać do Meksyku i czy to jest bezpieczne?” uzyskałem błyskawiczną i rzeczową odpowiedź „1. Tak, 2. Nie”*, ale po dłuższej rozmowie ustaliliśmy, że niebezpiecznie jest tylko wyjść z centrum miasta albo poza miasto. Przygoda!

Ciudad Acuna jeszcze kilka lat temu była przeciętnym granicznym miasteczkiem, które w dużej części utrzymywało się z imprezowej turystyki – amerykanów wybierających się na smaczny obiad, wieczór/noc w klubach i powrót z bagażnikiem Tequilli. Na nieszczęście miasta włądze USA przymknęły granicę: zaczęli wymagać paszportów, przeprowadzać kontrolę oraz pobierać cło od alkoholu. Dzięki wysiłkom władz miasto utrzymało stosunkowo bezpieczne dla turystów centrum, jednak upadek widać na każdym kroku. Ale w temacie kroków zacznijmy od tego jak tam dotarliśmy.

Wikitravel poinstruowała nas, żeby podjechać samochodem pod granicę, zostawić go na parkingu strzeżonym i iść dalej na pieszo. Nie przygotowała nas jednak na to jak to będzie wyglądało w rzeczywistości. Po opisie wyobrażałem sobie parkingi zorganizowane jak lotniskowe – z bramkami, asfaltem i autobusami. Rzeczywistość była odrobinę inna – parkingi strzeżone okazały się półdzikimi piaskowymi placami z szopą i powolnym, grubym Meksykaninem wołającym Amigo! Zamiast w autobusie znaleźliśmy się na poboczu drogi szybkiego ruchu dochodzącej do mostu nad Rio Grande. W grzejącym słońcu (upał 26go grudnia jest warty trochę strachu!) uzbrojeni w butelkę wody i pluszowego misia ruszyliśmy na pieszo w stronę granicy.

Długi na 620 m most nad Rio Grande zakończony jest po obu stronach posterunkami granicznymi. Po stronie amerykańskiej przejście blokowała bramka, która otwierała się po wrzuceniu 75 centów od osoby – po uiszczeniu opłaty odprawa graniczna była zakończona. Strona meksykańska była równie otwarta dla pieszych – dla samochodów już nie – każde auto przechodziło szczegółową kontrolę z rozkręcaniem włącznie.

Pierwsze co widać w Ciudad Acuna (poza żołnierzami uzbrojonymi po zęby) to zupełnie inna architektura i… dentyści, co nie dziwi, gdyż cena leczenia jednego zęba w USA zbliżyła się do 50% średniego miesięcznego uposażenia.

Na pierwszy rzut oka widać też szyldy i reklamy – w znacznej większości ręcznie malowane (pepsi mnie urzekło!).

Zwiedzanie miasta zaczęliśmy od wizyty w sklepie z pamiątkami, gdzie po raz kolejny zostałem zawstydzony – sprzedawca mówiący po angielsku znał polskich bohaterów narodowych (z Karolem Wojtyłą na czele), wiedział gdzie leży Polska i jaka jest jej sytuacja w Europie. Czyli dużo więcej niż ja wiedziałem o Meksyku przed przyjazdem tutaj (a pewnie nawet więcej niż do tej pory wiem). Zamiast sombrero kupiliśmy gliniany talerz na ścianę po czym wyraźnie zadowolony sprzedający zaproponował nam nocleg (w cenie talerza) zachwalając, że jest w takiej okolicy gdzie się gangi nie zapuszczają.

Dość specyficzną atrakcją sklepu, na którą z dumą zwrócił nam uwagę sprzedawca (jakby dało się ją przeoczyć) była lalka wisząca na stryczku z przyczepioną kartką „Meksykańska sprawiedliwość” oraz wytłumaczeniem na drugiej stronie – „złodzieje będą powieszeni. Nie martw się, nie będziesz cierpieć”.

W mieście znajduje się znaczna ilość sklepów „wielobrażowych”, które zwiedzałem z dwóch powodów – aby oglądać towar oraz podziwiać sprzedawców, którzy chodzili za nami krok w krok sprawdzając czy czegoś nie kradniemy. Tylko protest małżonki zniechęcił mnie do dodatkowych rundek z niedyskretną ochroną na karku (nie codziennie biegają za mną młode i ładne dziewczyny!). Sam towar też był fascynujący – ubrania na wieszakach szczelnie opakowane z foliowe torby, discmany zamknięte w gablotach oraz eksponowane na szyldach jako „prawdziwie amerykańskie”, spodnie Wrangler. Interesujące były też sklepy bez drzwi i okien – zamiast szyb czy drewna od ulicy dzieliła je tylko krata – nie dość, że to oszczędne rozwiązanie, to jeszcze sprawia wrażenie otwartości na klientów.

Moją uwagę dość szybko przyciągnęły budy z ulicznym jedzeniem (pora obiadowa była!), które wyglądały paskudnie ale pachniały zachęcająco. Jako odważniejszy zdecydowałem się zaryzykować mięso w bułce i… do tej pory się cieszę. Mięso było soczyste i smaczne, a bułka pyszna i chrupiąca – zdecydowanie najlepsze pieczywo jakie jadłem po tej stronie oceanu. Odrobinę problemu sprawiła mi tylko, dorzucona jako przekąska, papryka, której mały gryz wywołał gwałtowną potrzebę znalezienia coli**. Weszliśmy więc do najbliższego miejsca gdzie wypatrzyłem czerwone logo i na migi kupiłem dwie butelki picia oraz (też na migi) dowiedziałem się, że nie jest na wynos tylko na miejscu. Usiedliśmy i zaraz podano nam gratisowe przekąski (tortille z kilkoma sosami – niezłe). Głupio mi było tak brać za darmo jedzenie do picia, więc poszedłem zamówić na migi coś kebabopodobnego (po tych ćwiczeniach z migowego mogę śmiało brać udział w mistrzostwach w kalambury) – także rewelacyjnie świeże i smaczne. Łącznie zostawiliśmy w tym miejscu niecałe $5 – tanio i smacznie – dokładnie przeciwnie niż po drugiej stronie Rio Grande.

O ile wejście do Meksyku było proste, o tyle wyjście z niego już nie. Przede wszystkim nikt na granicy nie mówił po angielsku, nie było też nigdzie informacji dla anglojęzycznych. Facet z karabinem ustawił nas w kolejce do zamkniętego okienka i bacznie nas obserwował. Gdy już doczekaliśmy się na obsługę okazało się, że zdolności językowe obsługującego nas dziewczęcia ograniczały się do czarującego uśmiechu i wymachiwania rękami. Po wezwaniu posiłków i nieudanej kolektywnej próbie ułożenia zdania grupa urzędnicza postanowiła pokierować nas na migi (albo tańczyli jakieś techno – ciężko powiedzieć). Kolejne 25 centów (lub 3 peso, co pozbawiło mnie pamiątkowych monet) opłaty za bramkę i znów byliśmy na moście. Wracając po trzech godzinach w stronę granicy rozmawialiśmy o tym, co różni małe meksykańskie miasteczko od miast Amerykańskich – po drugiej stronie Rio Grande ludzie żyją w mieście – chodzą, stoją, kupują, sprzedają, rozmawiają. Po prostu są na ulicach. Bardzo mi się to spodobało, dowolna liczba autostrad i parkingów nie zastąpi sprzedawcy ulicznego (szczególnie takiego krojącego na miejscu kokosa maczetą) czy straganu i trąbiących taksówek. Przynajmniej tam widać życie.

Po więcej zjdęć z krótkiej wycieczki do Meksyku zapraszan do albumu Eweliny oraz do mojego, znacznie skromniejszego.

ps. A tak właśnie wyglądają amerykańskie drogi około 20 kilometrów od granicy – taka blokada była na każdej drodze, którą jechaliśmy. Sprawdzają każdego – kontrola paszportów (w środku kraju!), zaglądanie do auta itp.

* plus poradę – jak chesz przejechać przez granicę nie przewoź narkotyków ani takich „małych ludzi”
** meksykańska coca-cola jest uznawana z teksasie jako przysmak – jest sprzedawana w sklepach dwa razy drożej niż lokalna.

Share

[USA] Nieświąteczne święta po amerykańsku

Wigilię 2011 rozpoczęliśmy ostatnim świątecznym akcentem tego roku – bardzo miłą rozmową na Skype z rodziną zasiadającą w Polsce do wieczerzy. Różnica siedmiu godzin w teorii nie wydaje się duża, w praktyce kolacja wigilijna tam zaczęła się zaraz po naszym śniadaniu.

Po wyjściu z hotelu pożegnaliśmy się z kurortem pełnym plastikowych kościotrupów w akwariach (zgaduję, że to miał być motyw piracki), plastikowych rekinów i ruszyliśmy na do San Antonio.

Pogoda nie była zbyt świąteczna – zaczynał siąpić deszcz, więc jako atrakcję dnia wybraliśmy zwiedzanie muzeum, bo widoki po drodze wyglądały tak:

Zdecydowaliśmy się zwiedzić zamieniony w muzeum w lotniskowiec USS Lexington zacumowany przy Corpus Christi. Wewnątrz hali służącej wcześniej do transportu samolotów pod pokładem znaleźliśmy motyw świąteczny:

Mimo kłującej w oczy „estetyki” Mikołaj jednak cieszył – był to właściwie jedyny przejaw publicznej manifestacji świąteczności na jaki natknęliśmy się tego dnia. Samo muzeum okazało się bardzo interesujące (przynajmniej dla obdarzonej chromosomami XY części wycieczki). Okręt jest zwany Lady Lex lub nazwą nadaną przez Japończyków w czasie wojny – Blue Ghost – Niebieski Duch, która to nazwa powstała z połączenia dwóch faktów – koloru na jaki był pomalowany (zgadniecie jaki?) oraz z tego, że Tokio było przekonane, że zatopili ten lotniskowiec cztery razy, a on wciąż pływał. Prawdopodobnie raporty składane z kamikaze po wykonaniu misji nie były zbyt dokładne…
Dość napięty plan zwiedzania nie dawał nam wystarczająco dużo czasu, by zajrzeć we wszystkie zakątki okrętu, zdecydowaliśmy się więc zobaczyć film, który prezentowali w pełnowymiarowej sali kinowej wydzielonej z jednego z pokładów (obecność sali kinowej zajmującej drobną część statku pokazuje od razu jego skalę – jest to na pewno największy obiekt pływający jaki miałem możliwość zobaczyć, tzn. poza Irlandią oczywiście*). Film okazał się bardzo interesującym reportażem o manewrach sił powietrznych przeprowadzonych w Nevadzie i zostawił nas w dużym podziwie dla pilotów myśliwców oraz w głębokiej zadumie dlaczego na pokładzie siedemdziesięcioletniego statku o bogatej historii nie mówi się o niej, tylko o zabawach wojennych na pustyni. Nawet w dziale „wojna z Japonią” wystawa dotyczyła głównie bliźniaczego okrętu zatopionego w Pearl Harbor. Wystawę razem z nami zwiedzali Japończycy, którzy z uwagą i bez mrugnięcia okiem czytali relację Amerykanów opisujących atak na Hawaje jako czystą zbrodnię (z dodatkowym komentarzem, że ten atak był bezpośrednią przyczyną, dla której włączyli się do wojny i ją wygrali przy drobnej współpracy państw europejskich).

Wycieczkę zakończyliśmy (jak zwykle) w muzealnym sklepiku, gdzie zauroczyła mnie poniższa tabliczka:

„Prosimy nie siadać na koszulkach”. Jakbym zawsze siadał…

Na wigilijną noc wybraliśmy dość ekstrawagancki hotel w turystycznym centrum San Anotnio z wyjściem na River Walk (ścieżkę nad rzeką obsadzoną gęsto restauracjami i galeriami – idealnym turystycznym miejscu). San Antonio zwiedziliśmy już w listopadzie, dlatego tą wizytę postanowiliśmy spędzić na relaksującym niewielerobieniu, odrobinę łamiąc tradycję szopki na rzecz prymitywnego acz przyjemnego hedonizmu. Wieczór rozpoczęliśmy lampką (albo dwoma) wina oferowanego przez hotel dla uprzyjemnienia pobytu, po czym poszliśmy na spacer po River Walk, gdzie dowiedzieliśmy się, że jak nie zdecydujemy się na wieczerzę teraz, to zostanie nam tylko McDonald’s, bo restauracje są zamykane o 20tej. Decyzja była szybka i w ten sposób karpia i pierogi zastąpiły mi krążki cebuli, pyszny półsurowy kawał krowy z ćwiartką kapusty z sosem z niebieskiego sera przepłukiwane kalifornijskim czerwonym winem (to jest ten moment gdzie ma czytelnikowi lecieć ślinka). Resztę świątecznego nastroju rozbili mi Anglicy rozmawiający w przez ścianki kabiny w toalecie o odmianach kupy i różnych sposobach na jakie rozpryskuje się woda gdy poszczególne rodzaje stolca wpadają do muszli. Alleluja. W tych okolicznościach nie zostało nic innego niż zanurzyć się w Jacuzzi (gorące wanny i basen umieszczone na dachu zostawiliśmy na następną wizytę).

Pierwszego dnia świąt ruszyliśmy na zachód – pod meksykańską granicę. 25 grudnia to jeden z niewielu dni w roku, gdzie prawie wszystko (poza McDonalds oczywiście) jest tu zamknięte i gdy zastanawialiśmy się co zrobić z dniem zobaczyliśmy wielką reklamę kasyna w rezerwacie Indian Kickapoo (czynne 24h 365 dni w roku). Pogodzeni z nieświątecznością naszego wyjazdu skręciliśmy w tamtą stronę i spędziliśmy ponad blisko trzy godziny grając na jednorękich bandytach ze stawką 1 cent. Wyszliśmy na niewielki minus – ja byłem $12 na plusie, małżonka przepuściła $14. Resztę dnia spędziliśmy zwiedzając przygraniczne miasta, które cieszą się sławą przemytniczą wojen meksykańskich.

… i znów zastała mnie północ, zaczytałem się o plemionach indiańskich na Wikipedii. W związku z tym o przygranicznych przygodach będzie dopiero w następnym odcinku. Jednak rządza wiedzy szkodzi.

* tak, wiem, wyspy nie pływają

Share

[USA] King Ranch

Mimo wszelkich prób zabetonowania całej powierzchni kraju, niektóre miejscowości nadmorskie zachowały swój urok. W jednym z takich miejsc zatrzymaliśmy się na kilka minut i w nagrodę mieliśmy możliwość obejrzenia zachodu słońca nad zatoką Palacios, która jest częścią zatoki Matagorda, która jest częścią zatoki Meksykańskiej. Nigdy wcześniej nie spotkałem wyodrębniania zatok z innych zatok (co może świadczyć o moim niedouczeniu), ale to nie jedyny nietrafiony pomysł nazewniczy tamtejszych okolic. Nazwę Matagorda nosi nie tylko zatoka, ale także wyspa, miasto, półwysep oraz cała kraina geograficzna. Ale to nie jedyne co mnie tam zaskoczyło, np. do tej pory nie wiem po co ta kobieta chodziła z parasolem:

Tym co wyróżnia Texas od innych części USA, które miałem okazję odwiedzić jest poczucie humoru. Momentami jest odrobine grubiańskie, bardzo często texaso-centryczne (np. już dwa razy słyszałem od przewodników „w 1845 Texas zezwolił Stanom Zjednoczonym na przyłączenie się do niego”), a mimo to dość swojskie (czy ktoś umie to przetłumaczyć tak, żeby zachować i treść i dowcip?):

Kilka innych zdjęć z tego samego miejsca:

Gdy wracaliśmy z plaży z przerażeniem odkryłem, że nasze auto gdzieś zniknęło. Na szczęście zostało tylko schowane za bardzo ładnym Fordem, który jest ucieleśnieniem powiedzenia, że „W Texasie wszystko jest większe”.

Tak bardzo jak lubię tutejszy humor, tak nie lubię niepunktualności, która niestety tu występuje tak masowo jak na południowym zachodzie Francji – osiem minut poślizgu przy rozpoczynaniu czegokolwiek (wycieczki, pokazu w kinie itp.) nie jest zauważane przez większość osób. Mimo porannej awarii auta (potwierdzającej starą zasadę „nie naprawiaj jeśli nie jest zepsute”) oraz zgubienia się na drodze (gdyż google maps oraz gps wsakzywały punkt oddalony o 10km od bramy wjazdowej) zdążyliśmy punktualnie na ostatnią przed świętami wycieczkę po największym na świecie ranczu King Ranch. Liczące obecnie 3340 km kwadratowych ranczo zostało założone w 1853 przez Richarda Kinga, który za 300 dolarów kupił 63 kilometry kwadratowe ziemi. Biznes rósł szybko i w połowie XX w. posiadał oddziały w kilku krajach świata, z czego jednak zaczął się wycofywać po założeniu embarga na Kubę i obecnie składa się z dwóch oddziałów – Texańskiego oraz Florydzkiego, gdzie produkuje pomarańcze. Oddział Texański utrzymuje 60000 sztuk bydła, 300 koni używanych przez kowboi oraz jest największym na świecie producentem orzechów pekanowych (z których w moim lokalnym supermarkecie powstaje przepyszny placek pekanowy!). Tamtejsi kowboje szczycą się szególnie własnymi gatunkami bydła powstałymi przez mieszanie osobników różnych gatunków, dzięki czemu uzyskali smaczniejsze mięso (podobno) oraz charakterystyczny brązowy kolor sierści. Wciąż nie wiem czy takie naturalne mieszanie gatunków jest lepsze czy gorsze od laboratoryjnej inżynierii genetycznej.

Ranczo King ma duże znaczenie dla gospodarki całego regionu, co zostało ukoronowane nazwaniem leżącego blisko miasta nazwą Kingsville. Ford dziesięć lat temu wprowadził wersję King Ranch Edition swojego flagowego pickupa F-150 , która dzięki ekskluzywnym dodatkom kosztuje dwa razy więcej niż wersja podstawowa, a w 2009 roku dostała nagrodę za najbardziej luksusowy pickup roku.

W czasie autobusowej wycieczki po ranczu mieliśmy okazję zobaczyć kojota, kilka gatunków orłów, jelenie, dziki i sporą ilość innych czworonogów, których nie rozpoznałem. Przewodnik opowiadał historie z życia rancza, np. że każdy kowboj dostaje rocznie pięć koni, które ma wytresować i od wyników egzaminu zależy jego premia. Jakbym mógł za $300 kupić kilka kilometrów kwadratowych ziemi…

Share

[USA] Idzie zima, czas nad morze!

Wielką wadą świąt w odległych częściach świata jest to, że jest się daleko od wszystkich, z którymi by się chciało te dni spędzić. Zaletami zaś są niewątpliwie pogoda oraz możliwość dalszego poznawania tego zakątka planety.

Grudzień 2011 jest miesiącem rekordowym pod względem ilości opadów w Teksasie – w wiadomościach w TV mignęło mi, że średnia z ostatnich lat została przekroczona dziesięciokrotnie. Bynajmniej nie oznacza to, że tu wciąż pada, wręcz przeciwnie – ostatnie dni są słoneczne i bardzo przyjemne do spacerowania. Dziś, w czasie przebieżki po okolicy, przechodziłem koło termometru, który pokazywał 74 stopnie (23 stopnie Celsjusza) i chyba się nawet trochę opaliłem. Bardzo polecam ciepłe kraje!

Korzystając z niezłej pogody i przymusowego urlopu pojechaliśmy na wycieczkę po południowym i południowo-zachodnim Teksasie. Przebieg naszej drogi widać poniżej, łączna długość trasy to niecałe 2000km.


Pokaż dużą mapę w nowym oknie

Mieliśmy jechać odrobinę dalej na zachód do parku narodowego Big Bend oraz do El Paso, ale zrezygnowaliśmy ze względów bezpieczeństwa. Big Bend jest najmniej uczęszczanym parkiem narodowych w całych Stanach Zjednoczonych, co niestety oznacza, że nie ma tam cywilizacji takiej jak: telefon, stacje benzynowe czy sklepy, są za to różne zwierzęta, takie jak niedźwiedzie, drapieżne koty, węże, pająki i skorpiony. Przewodnik wprawdzie opisuje, że tamtejsze skorpiony nie są groźne dla życia… większości ludzi, ale po analizie sytuacji skorzystaliśmy z pretekstu, że auto dostało czkawki po tym jak nalałem w nie za dużo oleju i z tego powodu nie pojechaliśmy w dzicz (bo przecież nie dlatego, że strach nas obleciał. Zignorowaliśmy też fakt, że serwis powiedział, że autu nic nie jest, a lampka check engine sama zgasła).

Nawet skrócona droga dostarczyła nam dużo wrażeń i wiedzy – poznaliśmy Teksas jakiego nie znaliśmy. A właściwie kilka zupełnie różnych Teksasów. Pierwszego dnia za dużo nie zwiedziliśmy, gdyż trochę dałem ciała z przygotowaniami auta do drogi – dałem się zaskoczyć jak drogowcy zimie. Okazało się, że wszyscy mechanicy mający dobrą opinię są zawaleni robotą, gdyż studenci wrócili do domów na święta i przy okazji oddali auta do przeglądów. Ale może dzięki temu zrozumiałem na jak odległej od pracujących amerykanów planecie żyję. Serwisy samochodowe oferują darmowe przejazdy do domu po zostawieniu auta oraz do warsztatu po jego odbiór. Mnie woziła dwudziestokilkuletnia, bardzo sympatyczna dziewczyna i gadaliśmy po drodze o różnych rzeczach, m.in. o tym, że jadę nad morze. Entuzjastycznie opowiadała o plażach, to zasugerowałem, że skoro je lubi, to by się na pewno jej podobało południe Francji. Powiedziała, że bardzo by chciała, ale, że to chyba za drogo. A potem dodała, że na razie marzą o tym, żeby zabrać dziecko do Disneylandu, znaleźli nawet bilety za $160 od osoby, ale nie mogą sobie na to pozwolić. Nie wiem jak jej narzeczony, ale ona pracuje na dwóch etatach (porównaj prawnik za $545 za godzinę). Wtedy do mnie dotarło jak frustrujące musi tu być bardziej pechowym niż ja.

Wracając do przygotowań – rano przed wyjazdem pojechałem wymienić opony, bo przednie wydawały mi się zbyt łyse. Serwisant się zgodził, ale powiedział, że tylne są dobre i proponują, żeby przełożyć je na przód, a nowe założyć na tył. Zawsze mi się wydawało, że lepsze idą na oś napędową, ale internet też twierdzi, że lepsze opony zawsze idą na tylną oś (piszę o tym, bo może się komuś ta wiedza przyda). W drodze do domu odkryłem, że auto skręca w lewo, więc musiałem wrócić do warsztatu, gdzie inny specjalista odkrył, że opony przełożone z tyłu na przód różnią się o trzy mm i zasugerował wymianę tej bardziej zużytej na nową. Do tej pory śmieję się z jego miny po tym jak spytałem czy w takim przypadku auto nie będzie skręcało w prawo, bo ta znów koła nie będą równe. Po przemyśleniu sprawy facet dał mi czwartą oponę gratis, ale wymiana trwała długo i łącznie opóźnili nam wyjazd o jakieś dwie godziny. Czyta ktoś jeszcze? Chyba stęskniłem się za pisaniem, że opisuję takie pierdoły.

Wyjeżdżając z tak dużym opóźnieniem musieliśmy zrezygnować ze zwiedzania Huston. Z drogi zauważyliśmy tylko ślicznie oświetlone centrum, kilkukilometrowy ciąg supermarketów, sklepów i salonów samochodowych przy autostradzie oraz ogólne udrogowienie tego miasta. Żeby przejechać na przełaj przez miasto zmierzyliśmy się z gąszczem krzyżujących się autostrad (obwodnice w usa nie są standardem, zamiast tego zbudowane są gigantyczne betonowe arterie przez środek) – nawet w Nowym Jorku nie widziałem takiego gąszczu „głównych” dróg. Z resztą Huston znane jest z nieokiełznanej motoryzacji, w wyniku czego centrum wygląda miejscami tak (zdjęcie to obiegło internet w 2009, autora nie znam. Te male ciapki to auta na parkingach.):

Dzień zakończyliśmy w Galveston nad samym brzegiem Zatoki Meksykańskiej, gdzie właściciel hotelu postanowił przetestować nasze umiejętności szpiegowskie i ukrył wjazd tak doskonale, że jeździliśmy wokoło bloku (w USA – blok to jednostka długości – blok dalej = przecznicę dalej – lub powierzchni – 1 blok = obszar ograniczony czterema ulicami). To naprawdę wyjątkowe uczucie gdy widzisz hotel i nie jesteś w stanie do niego dojechać. Wjazd znaleźliśmy wjeżdżając w każdą uliczkę i zawracając gdy się skończyła…
Wieczorem starczyło nam siły na spacer w szumie fal oraz wizytę na molo, gdzie musiałem kupić batonika jako bilet wstępu („bez konsumpcji nie wpuszczamy”).

Drugi dzień rozpoczęliśmy od zwiedzenia samego miasta. Galveston to bardzo przyjemny nadmorski kurort z dosłownie kilkoma atrakcjami – starymi (około 1895) willami, przyjemnym centrum oraz parkiem rozrywki, w którym stoją dwie ogromne szklane piramidy. Pierwsza z nich skrywa sztuczną dżunglę, druga gigantyczne akwarium. O najciekawszej dla mnie atrakcji – muzeum platform wiertniczych – dowiedziałem się dopiero dwa dni później, gdy już było za późno żeby zawrócić.

Zapach morza wywołał w nas wielką ochotę na świeżą rybę, ruszyliśmy więc na południe licząc na to, że w porze obiadu znajdziemy gdzieś jakąś miłą smażalnie. Naszą uwagę od głodu odwracał widok osiedli na palach, które ciągnęły się wzdłuż całego wybrzeża. Zgadujemy, że taka konstrukcja ma coś wspólnego z tropikalną pogodą i huraganami nawiedzającymi tą część stanów.

Po kilkudziesięciu kilometrach drogi znaleźliśmy się w miejscowości Freeport, gdzie powitał nas nowy, zaskakujący widok, który nie opuścił nas przez kolejne trzysta kilometrów:

Moje zdjęcia nie obrazują ogromu fabryk chemicznych Teksańskiego wybrzeża, wyglądają one jak ogrodzone siatkami miasta z chromowanych rur, zbiorników, dymiących kominów i świec wypalających niepotrzebne gazy. Byliśmy przerażeni gdy zobaczyliśmy tę fabrykę, jednak w ciągu następnych dwóch dni przekonaliśmy się jak bardzo byliśmy nieprzygotowani na to co zastaliśmy – każda większa korporacja chemiczna, z Dupont, BASF i DOW na czele, ma tu znaczną część swojej produkcji. Co gorsza, poza produkcją mają także przepisy, niestety nie w sercu, ale w części ciała umieszczonej trochę z tyłu. Rząd federalny USA wydał ustawę „Clean Air Act”. W zeszłym roku gubernator Texasu Rick Perry delikatnie, ale stanowczo powiedział władzom federalnym, że mogą się swoimi przepisami podetrzeć, bo narzucenie ogólnoprzyjętych standardów ekologicznych skutkowałoby utratą tysięcy miejsc pracy. Dyskusję uciął twierdząc, że prawo stanowe ma w tym przypadku wyższy priorytet, mimo, że Waszyngton twierdzi inaczej. No i tak sobie dymią.

I zrobiło się tak późno, że największe ranczo świata i dlaczego wygrałem $8 dolarów w kasynie opiszę jutro.

Share

[USA] Krótka historia Texasu

Zwiedzając teksas dość ciężko jest nie trafić na powtarzające się hasło “Remember The Alamo!” – “Pamiętaj Alamo”. Widać je na ścianach, flagach i na pamiątkach. Niedawna wizyta w San Antonio, 150 km na południe od Austin, pozwoliła mi przyswoić trochę więcej historii Texasu i zrozumieć znaczenie wspomnianego okrzyku. Teoretycznie czytałem wcześniej skróconą historię mojego akutalnego stanu, ale jest ona tak inna od wszystkich innych, że wcześniej jakoś do mnie nie dotarła. Tutejsza historia nawet w ostanich stuleciach opiera się o losy jednostek, po części ze względu na ich bohaterstwo, po części dlatego, że nikt tu nie chciał mieszkać więc zagęszczenie ludzi na km kwadratowy było minimalne.

Pierwszy Europejczyk, kartograf i odkrywca Alonso Álvarez de Pineda, przybył do Texasu w 1519, ogłosił, że ta ziemia należy do Hiszpanii, po czym wsiadł na statek, odpłynął i zamieszkał na Jamajce, gdzie zginął z rąk tubylców. Przez kolejne 160 lat nikt, nawet Hiszpanie, nie interesował się tym kawałkiem pustyni – lokalne plemiona żyły sobie spokojnie i nic się tu nie działo. W 1685 Francuz René-Robert Cavelier, Sieur de La Salle próbował odpłynąć do swojego fortu nad rzęką Mississippi, jednak w wyniku niedokładnych map, niedokładnych obliczeń i niedokładnych pomiarów wylądował ostatecznie 644 km na Zachód, gdzie założył Fort Saint Louis. Z fortu wyruszyła wyprawa podbijająca Texas. Dotarli aż do Rio Grande, jednak dość szybko ekspedycja się rozpadła – za sprawą pogody, chorób i tubylców. Nie wiedział o tym król Hiszpanii Carlos II i wysłał ekspedycję mającą doprowadzić Francuzów do podrządku. Wyprawa przemierzyła i rozpoznała znaczną część powierzchni Teksasu zanim dotarła do Saint Louis (wyobraź sobie szukanie kilku budynków na setkach kilometrów pustyni), a dokładniej do jego ruin, bo tylko tyle po Francuzach zostało.

Hiszpanie ustanowili gubernatora stanu i wysłali wielu księży, aby zakładali misje i podbijali lokalną ludność przez ureligijnianie, jednak mało się interesowali swoim nabytkiem – plemniona tubylcze sprawiały dużo problemów, a posiadanie pustyni nie przynosiło specjalnych korzyści. Tablice historyczne wywieszone w San Antionio mówią wprost, że Hiszpanie najchętniej by tą całą ziemie porzucili, ale nie chcieli, żeby ją dostali Francuzi, z którymi wciąż prowadzili wojnę. Ten stan trwał do 1821 roku, kiedy to Hiszpania straciła Teksas na rzecz Meksyku w trającej 11 lat wojnie o niepodległość. Konstytucja nowoutworzonego Meksyku (Meksyk też jest młodym krajem!) ustanowiła Texas jako stosunkowo niezależny stan oraz ustaliła szereg praw wspomagających kolonizację, gdyż chętnych do przyjazdu z własnej woli wcale nie było tak dużo. Ustalono bardzo proste zasady – aby kupić ziemię w Texasie należało przedstawić zaświadczenie o dobrym charakterze i praworządności, wyznawać lub przyjąć chrześcijaństwo oraz zapłacić niewielką kwotę. Cena ziemii była dziesięciokrotnie niższa niż w innych częściach Ameryki Półnoncej, a do tego można było spłacać ją na raty z przyszłych zysków podczas, gdy na północy trzeba było wykładać gotówkę. Krainę zaczeli zapełniać przybysze z północy i południa, a także z Europy, w tym znaczna ilość emigrantów z Niemiec i Polski (stąd w każdym supermarkecie dostępne są pierogi i kapusta kiszona). Niektórzy do ludności stanu zaliczali także niewolników kupowanych do prac na plantacjach.

Texas zaczynał się bogacić, a w Meksyku umacniały się środowiska domagające się przekształcenia federacji stanów meksyku w kraj ze ściśle scentralizowaną władzą, co nie podobało się wolnych duchem Teksańczykom, którzy coraz bardziej domagali się niezależności. Teksas nie był w tych czasach potęgą, o czym świadczyć może, że w 1831 ludzie świętowali otrzymanie (pożyczkę) jednej małej armaty z brązu, jako że zmieniała ona znacznie siły zbrojne stanu. Ta sama armata stała się symbolem rewolucji teksańskiej po bitwie pod Gonzales, gdy obrońcy miasta odparli Meksykańską armię, która przybyła by armatę odebrać. Wykrzyczane w czasie bity zawołanie “Come and take it!” jest do tej pory jednym z symboli walki o niepodległość.

W poł roku po bitwię o armatę prezydent Meksyku Antonio Lopez de Santa Anna postanowił zakończyć konflikt i wysłał armią liczącą 6000 ludzi (słownie sześć tysięcy), żeby rozprawili się z buntownikami w całym Texasie. 23 lutego 1836 armia dostarła do San Antoni i rozpoczęła się okupacja Alamo, klasztoru misyjnego znanego wtedy jako Mission San Antonio de Valero, w którym zamknęło się około dwustu żołnierzy i ochotników. Po pierwszym dniu oblężenia dowódzca placówki James Bowie – wcześniej spekulant ziemią i handlarz niewolnikami – ciężko się rozchorował i do samego końca oblężenia (i swojego życia, oba fakty powiązane) przeleżał w łóżku. Jego miejsce zajął William Barrett Travis, którego listy do władz Teksasu oraz sąsiadujących stanów z prośbą o pomoc są podstawą nauczania historii i patriotyzmu. Listy, które zostały bez odpowiedzi. Travis i jego ludzie przysięgli walczyć do ostatniej kropli krwi i dokładnie tak się stało. 6 marca armia Meksyku przełamała obronę i zabiła wszystkich żołnierzy broniących klasztoru oraz znaczną część swoich (z powodu strzałów oddawanych na ślepo, także wewnątrz budynków).
Przegrana bitwa o Alamo stała się symbolem rewolucji. “Remember The Alamo” podnosiło na duchu walczących o niepodległość aż do jej uzyskania i utworzenia Republiki Teksasu w pażdzierniku 1836, zaś sama bitwa do tej pory jest prezentowana jako symbol walki o niepodległość.

Z Alamo zapamiętałem kilka ciekawostek:
* Na dziedzińcu Alamo od 1914 roku stoi kamień ufundowany przez Japońskiego profesora geografii Shigetaka Shiga z wierszem upamiętniającm oblężenie zamku Nagashino w 1575. Informacja przy pomniku mówi o tym, że dużo krajów w swoje historii ma jakąś odmianę Alamo – beznadzienych walk skazanych na klęskę i ludzi oddających w nich życie. Trzydzieści lat po postawieniu pomnika Powstanie Warszawskie zostało kolenym przykładem.
* Wszystkie filmy o bitwie o Alamo dzieją się w dzień, podczas gdy sama bitwa odbyła się w nocy. Przesunięcie w historii zostało dokonane, aby lepiej było widać na ekranie.
* Jednym z obrońców Alamo był wyzwolony czarnoskóry niewolnik. Na liście walczących jego nazwisko nie zostało odnotowane, ponieważ… go nie miał. Czarnym nazwiska nie przysługiwały.

Republika Teksasu istniała do 1845 roku, kiedy po wielu latach negocjacji US zgodziły się przyjąć Texas jako kolejny stan. W 1860 około 30% populacji stanu stanowili niewolnicy generujący znaczną część bogatwa. Z tego powodu w 1861, w obliczu wojny domowej, Texas zdecydował się opuścić Stany Zjednoczone i przyłączyć się do Konfederacji Stanów, z którą pozostał aż do przegranej wojny w 1865. Po pięciu latach w zawieszeniu, w 1870 roku Texas został ostatecznie przyłączony do Stanów Zjednoczonych Ameryki gdzie pozostaje do dzisiaj, mimo silnych ruchów separystycznych dążących do usamodzielnienia największego stanu.

Przedstawiona skrótowo powyżej faktografia nie oddaje do końca smaku historii, którą odkrywam tu na miejscu. Myśląc “bitwa” mam przed oczami grunwald – po trzydzieści tysięcy ludzi po każdej ze stron. Bardzo, bardzo, bardzo ciężko mi zrozumieć, ze tutaj 400 lat później walka dwudziestu na dwudziestu to historycznie znacząca bitwa. Tutaj pojdyńczy kowboj czy szeryf zmieniali historię (może to tłumaczy trochę tutejszy kult jednostki i samodzielności?)!

Aby oddać skalę tutejszych działań wspomnę jeszcze historę bardziej lokalną. Moj dom znajduje się w hrabstwie Williamson utowrzonym w 1848 roku na prośbę mieszkańców, którzy mieli dość jeżdżenia 100km (1.5 dnia koniem) do urzędu celem załatwienia ślubu, poświadczenia sprzedaży ziemii itp. Utworzone hrabstwo miało trzech komisarzy, ale nie otrzymało funduszy na działanie, przez co posiedzenia władz odbywały się… pod dużym dębem. Pewnego dnia pod dąb zajechał George Glasscock, który zaproponował, że odda 173 akrów ziemii pod siedzibę władz jeśli zgodzą się oni nazwać stolicę hrabstwa jego imieniem. Z tego powodu egzamin na prawo jazdy zdawałem w Georgetown.

Historię stanu w XX wielu odkryłem na razie tylko w drobnych fragmentach. Wiem tylko, że Teksas pozostał na długo stanem rasistowskim – w urzędzie miasta Georgetown do 1960 były trzy toalety – dla kobiet, mężczyzn i kolorowych, a w głównym holu były dwa punkty z wodą do picia – biali mieli higieniczną fontannę, czarni mogli korzystać z niewygodnego kranu z którego pić dało się tylko z kubka przyczepionego łańcuchem do ściany. Dopiero 50 lat temu (!!!) za sprawdą postępowego zarządcy miasta (nazwiska nie mogę odnaleźć, sprawdzę je w muzeum) usunięto tabliczki “dla czarnych”.

W powyższym skrócie brakuje historii wydobycia ropy (mijałem szyby wydobywające czarne złoto, ale jeszcze nie dotrałem do interesującego źródła wiedzy), kowbojskiej duszy (najpopularniejsza koszulka w sklepach z pamiątkami ma narysowany pistolet i podpis “Texas – my nie dzwonimy na 911*”) i wielu innych wątków, których albo nie znam, albo zostawiłem sobie na przyszłość. Zabrakło też tu miejsca na historię samego klasztoru Alamo, bardzo podobną do historii wielu innych budnków na południu USA. O tym też będzie osobny artykuł.

* 911 – telefon na policję

Share

[USA] Yazoo, Mississippi (Jak tu wszędzie daleko!)

W naszej wspólnej podróży przez południe dojechaliśmy ostatnio na przedmieści miasta, które mnie zafascynowało na tyle, że postanowiłem poświęcić mu cały odcinek. Tam czas płynął inaczej, dzisiejszy wpis także będzie bardziej statyczny. Proszę czytać wolno.

Mississippi to biedny stan i tę biedę widać na każdym kroku. Pierwszym, dość łatwo zauważalnym sygnałem jest brak miejsc, w których można zjeść ciepły posiłek. We wszystkich stanach, które odwiedzaliśmy do tej pory, jeśli nie przy drodze, to wewnątrz osiedli łatwo było znaleźć coś na ząb. Różniły się ceny, jakość i nazwy (restauracja, diner, eatery, pub itd.), ale zawsze było co do ust włożyć. W Mississippi nie.

Jadąc na północ deltą Mississippi poszukiwanie strawy duchowej i cielesnej zaprowadziło nas do Yazoo City – największego (~14 tysięcy mieszkańców) miasta położonego przy naszej drodze. W USA miasta zwiedza się łatwo, ponieważ nazwy ulic (jak i wszystko inne) są dosłowne. Ustawiłem w gps kierunek na jadłodajnię przy Main Street (ul. Głównej) i dojechałem tam gdzie chciałem – w samo centrum. Zostawiliśmy auto przy miejskim rynku – klasycznym, kwadratowym z urzędem miasta w środku*. Nasza wybrana restauracja była jeszcze zamknięta (otwarcie za dwa tygodnie), więc ruszyliśmy w głąb ulicy, do czego zachęcała delikatna, acz przyjemna muzyka płynącą z głośników rozmieszczonych na słupach. Spodobało mi się tam od pierwszego wejrzenia, głównie za sprawą ślicznie zadbanych domów:

Szliśmy radośnie w przyjemnie grzejącym słońcu słuchając kojących dzwięków muzyki klasyczne i oglądając wystawy sklepów z antykami, meblami i innymi drobiazgami. W pewnym momencie naszą uwagę przyciągnął “teatr” zrobiony z zawalonym sklepie:

Weszliśmy do środka. Widać, że ktoś włożył sporo pracy w to miejsce (efekty zostawmy z boku, doceńmy wysiłek).

Pomijając kwestię bezpieczeństwa jest to niewątpliwie interesujące wykorzystanie rudery, która w ten sposób zamiast straszyć – cieszy. Coś jednak było niepokojącego w samym fakcie istnienia takiego miejsca w centrum miasta. Dalszy spacer zamiast odpowiedzi dołożył pytań – jak w ciągu pięćdziesięciu metrów centrum może zmienić się w coś takiego?

Z każdym krokiem coraz bardziej niedowierzałem temu co widzę:

I zaglądając przez wybitą szybę:

I tak już było do końca drogi, wszystko było zakmnięte za wyjątkiem baru z piwem i leżącego przy poprzecznej ulicy fryzjera. Tego ostatniego nie zapomnę długo, gdyż wziąłem go za sklep spożywczy i poszedłem tam kupować colę. Widząć, że jesteśmy lekko zagubieni, miejscowi postanowili nam pomóc i rozpoczęła się typowa rozmowa (skąd jesteś itp). Tym razem rozmowa ucięła się dość szybko, bo każdy z nich rozumiał co któreś nasze słowo i próbowali sobie wzajemnie wytłumaczyć co my powiedzieliśmy. W jakiś sposób zrozumieli, że chcemy zwiedzić ten oto lokalny salon fryzjerski i porobić tam zdjęcia. Jeden z nich wykazał się podziwu godną nadgorliwością i pobiegł o tym fakcie poinformować właściciela oraz gości salonu (a patrząc po ilości ludzi w środku jest to lokalne centrum rozrywki) po czym wprosił nas do środka. Wewnątrz zobaczyliśmy jakieś dziesięć, równie zdziwionych co my całą sytuacją, osób. Ze względów na różnice w wymowie między polsko-angielskim a afro-angielskim i całkiem uzasadniony brak tematów do konwersacji, rozmowa nie specjalnie się kleiła. Mimo bardzo przychylnego podejścia wciąż lekko oniemiałego towarzystwa nie podjąłem próby kupowania coli, tylko podziękowaliśmy i zwialiśmy zostawiając tą lekko Monty Pythonowską scenę za nami.

Poniższe zdjęcie przedstawia sklepo-fryzjera oraz naszych przemiłych gospodarzy.

Fryzjerzy mieli pełne ręce roboty nawet bez naszej wizytacji:

Warto odnotować, że wszyscy byli dla nas bardzo mili, uprzejmi i pomocni. Po doświadczeniach z podróży i obu krótkich pobytów w Texasie jestem gotowy zaryzywkować stwierdzenie, że na południu ludzie są bardziej radośni, uśmiechnięci i otwarci. Przy nich północni amerykanie wydają się gburami (którymi nie są, w szczególności w porównaniu z kolei do mieszkańców niektórych zakątków europy). Nigdzie wcześniej sprzedawca w sklepie nie oferował opowieści o regionie i zaproszenia do domu na obiad podczas następnej wizyty.

Otwartość i gadatliwość miejscowych rzuciła trochę światła na stan centrum miasta. Okazuje się, że Yazoo City nie ma szczęscia do pogody. Pierwszym powodem upadku centrum była powódź w 1927, po której miasto bardzo zubożało i już nigdy nie przestało biednieć, co z kolei spowodowało stopniowe zaniedbanie reprezentacyjnej ulicy aż do jej całkowitego porzucenia i zamknięcia kilkadziesiąt lat później. Opuszczonym budynkom nie pomogły też dwa tornada** z 2004 roku, które zabiły kilka osób i zdemolowały znaczną część miasta. Dopiero w ostatnich latach grupa mieszkańców nie mogąc patrzeć na straszące rudery zdecydowała się odbudować i ożywić miasto. Wynikem tych operacji jest muzyka, kolorowe budynki i sklepy z towarami dla turystów, głównie oferujące produkty lokalnych artystów i rupiecie (zwane w USA antykami). Wyjątkowo spodobał mi się sklep, w którym na dwóch piętrach były porozstawiane stragany ze wszyskim – od mrożonej kiełbasy, przez drewniane jezusiki do mebli i sukni balowych. Na stoiskach nie ma tam sprzedawców – można chodzić i oglądać wszystko, po czym zapłacić w kasie. Sprzedawca-właściciel jest jednym z ludzi zaangażowanych w odbudowę miasta i opowiadał nam o rekonstrukcji z prawdziwą pasją, zarażającym optymizmem i wielką wiarą, że Yazoo City znów będzie lśniło jak w 1920 roku. Trzymam za nich kciuki.

Poniżej udostępniam kilka zdjęć z tego właśnie sklepu. To naprawdę nie jest rupieciarnia, tylko źródło utrzymania dla wielu mieszkańców:

Lokalni artyści reprezentują bardzo zróżnicowany poziom, a nie mają oporów, żeby prezentować swoje prace. Może dzięki temu w USA jest bardziej kolorowo. Prawie każda knajpa ma interesujący wystrój, na przykład obrazki z życia okolicy malowane na ścianie albo wyszyte haftem krzyżykowym, wycinanki z gazet, zdjęcia gwiazd przeplatane kawałkami instrumentów lub po prostu stare żelastwo poustawiane ozdobnie w najmniej rozsądnych miejscach (czytaj “sztuka”). A biorą to wszysto pewnie z tego typu miejsc:

Poniższe zdjęcie oddaje nastrój panujący w sklepie. Twarz należy do właściciela tego marketu:

Górne piętro nie odbiegało jakością wystawy od dolnego:

Podobne kompozycje papierowo-materiałowo-wstążkowe widziałem już w kilku miejscach, nie tylko na sprzedaż, ale także naprawdę wywieszone jako ozdoby. Nie udało mi się jeszcze dotrzeć do nazwy tego czegoś, jakby ktoś wiedział, to poproszę o informację.

Ciężko niezgodzić się z nazwą sprzedawcy, to stoisko naprawdę miało “Kreatywną Aranżację” (poszerzając przy tym odrobinę zares słowa kreatywny na obszary zarezerwowane do tej pory na bałagan. Podobna mi się, zawsze wiedziałem, że jestem kreatywny!).

W szafie siedziała czyjaś stara lalka:

Nie żartowałem z tą kiełbasą. Sprzedawca pochodzi z sąsiedniego (około 200km) miasta i według informacji przyjmuje zamówienia na wszelkiego rodzaju mięsa oraz gotowe potrawy. To by jednak sugerowało, że w tym sklepie kupują także miejscowi, ciężko mi sobie wyobrazić turystę, który dzwoni z tygodniowym wyprzedzeniem, że chciałby w Yazoo odebrać mrożone udka indyka oraz tamale***.

W zachodniej części miasta też się nie przelewa. A tu nie ma pomocy socjalnej – jak Ci się dom wali, to albo go podeprzesz kijem, albo śpisz w samochodzie, namiocie albo pod gołym niebem.

Gdyby nie bieda i przyroda mógłbym rozważyć życie w Mississippi. Podoba mi się tutejsze tempo pracy.

Yazoo City zapamiętam tak jak na zdjęciu poniżej. Bardzo chcę wrócić tam za kilka lat i zobaczyć czy mieszkańcy zrealizowali swoje marzenie o odbudowie.

Dziękuję, że mogłem zabrać Cię do tego niesamowitego miejsca. Dalszy ciąg podróży już niedługo.

* miasta są tu bardzo podobne, większość realizuje jeden z dwóch wariantów – główna ulica i przy niej wszystkie budynki lub centralny plac od którego odchodzi głowna ulica. W centrum placu poza urzędami dopuszczalne są także banki, parkingi i fontanny.
** mieszkanie na południu ma swoje wady. Poza przyrodą ożywioną, która stara sprawia wrażenie zdeterminowanej aby ugryźć lub użądlić każdego conajmniej raz dziennie, przyroda nieożywiona w postaci huraganów, tornad, ulew, powodzi i suszy nie daje tu spokojnie odpoczywać.
*** lokalna potrawa – papka fasolowa lub kukurydziana na ostro gotowane po zawinięciu w liście kukurydzy. Bardzo smaczne! Przy okazji dziękuję kelnerce, która uprzedziła nas, że liści się nie je, pewnie do tej pory byśmy siedzieli w knajpie i próbowali je przeżuć.

Share