[USA] Jak tu wszędzie daleko! (część 2 z 3)

Oto faktografii podróżniczej część druga, ale nie ostatnia. Musiałem znów podzielić tekst, gdyż tu się dużo dzieje – dziś byłem na spotkaniu Geeków z Round Rock (wireshark wyjątkowo dobrze pasuje do hamburgera z niebieskim serem). Ciąg dalszy w najbliższej przyszłości, opóźnienia mogą być spowodowane tym, że jutro i pojutrze idziemy na festiwal malowania kredą po chodniku. A biurko wciąż czeka w 132 częściach…:

  • Odwiedzone stany c.d.
    • Georgia – autostrada z Chattanogi w Tennessee (TN) do Winchester TN prowadziła przez, a raczej zahaczała o, Georgie. Po kilku milach wróciliśmy do TN, odległość jednak wystarczyła a) mi, żeby odnotować ten fakt tutaj; b) amerykanom do wystawienia gigantycznych (wysokość swiecących czerwonych liter jakieś 10 metrów) reklam fajerwerków.
    • Alabama – słowa piosenki “Sweet home alabama” znajdują się nawet na rejestracjach samochodów. Ze wszystkich atrakcji stanu wybraliśmy obiad w kafeterii Irondale Cafe znanej z książki i filmu “Zielone Smażone Pomidory”. Lokal okazał się nie być atrakcją turystyczną, lecz miejscem gdzie lokalni emeryci przychodzą zjeść obiad słuchając muzyki lat 50tych. Główna potrawa spełniła oczekiwania – aromatyczne zielone pomidory smażone w głębokim oleju oraz mnogość świeżych sałatek stanowiły miłą odmianę od paszy serwowanej w większości tutejszych lokali.
    • Mississippi – jeszcze nigdy żadne miejsce nie budziło we mnie tak skrajnie sprzecznych emocji. Wjeżdżając do MS jedynymi skojarzeniami jakie miałem z tym stanem były Blues i huragan Katrina. Jako pierwszy odwiedziliśmy stary kapitol w Jackson – stolicy stanu. Po wyjściu z przypieczonego południowym słońcem auta weszliśmy do pięknie wyremontowanego budynku, który okazał się być… muzeum tego budynku utowrzonym po tym jak inne muzeum przeniosło się do większego miejsca. Sama historia i stan budynku rzucają sporo światła na Amerykę: ten historyczny (wg Amerykanów właściwie antyczny) budynek został wybudowany w 1839, a już po niecałych czterdziestu latach wymagał generalnego remontu łączie z fundamentami. Około 1910 roku budynekowi groziła rozbiórka ze względu na fatalny stan konktrukcji. Obecnie budynek wygląda ślicznie jak na (zwracam uwagę na “jak na”) amerykańskie standardy – dużo tam pomalowanej dykty, plastikowych odpowiedników itd – według tutejszych standardów pomalowana sklejka nie jest gorsza od mahoniu, a okleina od marmuru. Według opisów remont muzeum kosztował grube miliony dolarów, ale zgadzam się, że efekt był tego warty.

      Nie jestem do końca przekonany czy ludzie mieszkający około 2-3 mil na północny-zachów od muzeum podzielają mój entuzjazm
      do ślicznych budowli podczas gdy sami mieszkają w slumsach. Inaczej tego nie można nazwać – 40% ludzi żyje tam poniżej progu ubóstwa/głodu. Mając swieże obrazy nieskazitelnego budynku przejeżdżaliśmy między domami trzymającymi się na taśmę klejącą, sznurek i podpory; osiedla brudu i totalnego rozkładu. Zaniemówiliśmy wtedy, brakuje mi też trochę słów teraz.

      Doszedłem jednak do wniosku, że remont muzeum nie był złym pomysłem – bez niego Jackson by było jeszcze smutniejszym i jeszcze mniej atrakcyjnym miejscem. Nie można równać do dołu, trzbea podciągnąć poprzeczkę, żeby można się podciągnąć. Dalej nie wiem czy się ze sobą zgadzam w tym temacie.

      W Jackson moją uwagę przyciągnęła blisko 100% korelacja między kolorem skóry mieszkańców, a zamożnością okolicy. Oficjalnie rasizm jest tu zabroniony od lat 50tych. Osoby o czarnej skórze mają już prawo jeść w tym samym budynku co biali, wchodzić tymi samymi drzwiami do sklepu czy do tej samej toalety oraz nie zostaną legalnie skatowane gdy zaczną jeść loda/ciastko wewnątrz sklepu (takie przestępstwa co w latach 40tych groziły linczem), ale równości tu nie ma. Przewodniki wciąż ostrzegają czarnoskórych turystów przed atakami ze strony białej mniejszości…

      Z biedy i krwi rodził się blues. Ale zanim o tym napiszę zostawiam to miejsce na chwilę kontemplacji o tych, co mają przesrane życie z powodu idiotów o silnych przekonaniach i ambicjach.

Część biała:

Część czarna (tam gdzie było naprawdę biednie dużo ludzi siedziało na ulicach. Baliśmy się zrobić zdjęcie):

Share

[USA] Jak tu wszędzie daleko!

Poniższa mapa prezentuje trasę naszej wycieczki przeprowadzkowej – od praktycznie europejskiego Massachusetts przez szokująco odmienne południe aż do sielankowej części Texasu.

Faktograficznie rzecz ujmując na mapie widać:

  • odległość 2600 mil (>4100km)
  • najwyższy punkt drogi – szczyt Clingmans Dome w Great Smokey Mountains – 6,643 stóp (2,025 m). Samochodem podjeżdża się prawie na szczyt, do przejścia zostaje mniej niż 400m betonowego deptaka zakończonego wieżą widokową na szczycie. Byliśmy tam w najlepszą możliwą pogodę, idealnie przejrzyste powietrze pozwalało nam podziwiać pełną panoramę gór, a suche i ciepłe powietrze unosiło intensywny zapach jakiegoś drzewa iglastego. Nigdy wcześniej nie czułem tego zapachu i nie wiem z jakiego drzewa pochodził mimo, że ku uciesze innych turystów biegałem od drzewa do drzewa, żeby je powąchać.
  • odwiedzone stany:
    • Massachusetts – do widzeania!
    • Connecticut – tym razem przywitał nas ulewą, wtedy ostatni raz auto wyglądało na czystawe
    • Nowy York – korki i paliwo 30% droższe niż na południu
    • Pennsylvania – widziałem tylko autostradę
    • Maryland – drugi raz tam byliśmy i drugi raz zatrzymaliśmy się tylko na 15 minut. Dobrą kawę mają na stacji benzynowej, ale mam przeczucie, że Baltimore i okolice kryją znacznie więcej. Zanotowałem w planach do zwiedzenia kiedyś, przy bliskości Washingtonu (do którego chcę wrócic) jest to wykonalne
    • Zachodnia Virginia – wizyta tam trwała krótko, ale pracownicy punktu informacyjnego kupili moje serce częstując mnie najlepszym jabłkiem świata.
    • Virginia – tam rozpoczęło się prawdziwe zwiedzanie – zjechaliśmy z autostrady i po zwiedzeniu kilku miasteczek wjechaliśmy do parku narodowego Shenandoah, gdzie przejechaliśmy około 100 km drogą ciągnącą się szczytami gór. Punktem kulminacyjnym wycieczki była czarna niedzwiedzica z małymi misiami. Tu będzie dobre miejsce na przestrogę – jak chcesz iść spacerować po lesie, to oglądanie niedzwiedzi na żywo kawałek wcześniej nie jest dobrym pomysłem. Później w czasie spaceru każdy trzask wywołuje spore emocje.
    • North Carolina – zaczynamy czuć głębokie południe. Zjeżdżając z Blue Ridge Mountains nie tylko zmieniamy wysokość, ale także porę roku – wjechaliśmy jesienią, wyjechaliśmy w pełnie lata. Na noc zatrzymaliśmy się w rezerwacie indian Cherokee w zachodniej części kraju, miejscu uważanym za dom przez dziesiątki tysięcy ludzi posiadających choć kroplę indiańskiej krwi, nawet jeśli mieszkają 3000 mil dalej. Samo miasto nie miało niestety za dużo do zaoferowania – sklepy dla turystów z indianskimi pamiątkami wyprodukowanymi w Chinach, Indonezji oraz Pakistanie; muzeum opisane w przewodniku jako “odpuść sobie” i gigantyczne kasyno.
    • Tennessee – południe w pełnej krasie – szerokie drogi, dziesiątki kościołow, coraz więcej ludzi o ciemnej skórze i prawdziwy upał. Ale zapytany o dwie rzeczy, które wyróżniają Tennessee odpowiem bez wachania – absurdy – 1. strefa czasowa zmienia się w 1/3 stanu, bez zaznaczonej strefy; 2. w wielu częściach stanu panuje prohibicja – nie wolno sprzedawać, a w niektórych miastach nawet posiadać, alkoholu. W jednej z okolic objętych zakazem znajduje się największa w USA destylernia Whiskey – Jack Daniel’s. Byliśmy na wycieczce, po której dostaliśmy szklaneczkę… wody z cytryną. Nie udało nam się też kupić butelki trunku – nie ma i tyle. W mieście obok znajduje się dużo sklepów z pamiątkami, które sprzedają akcesoria (koszulki, długopisy, fragmenty beczek) tylko i wyłącznie osobom pełnoletnim. Widocznie logo JD na długopisie zatruwa umysł i duszę.

(…wpis urwany jak hejnał z Wieży Mariackiej z powodu późnej wczesnej godziny i konieczności wstawania do pracy…) ciąg dalszy i zdjęcia będą jutro. Przepraszam i dobranoc!

Share

[USA] Dzień czwarty wakacji – Niagara!

Dzisiejszy wpis wraca do dawno (trzy tygodnie temu) minionych wakacji.

Początkowo całe wakacje miały być wycieczką nad Niagarę (taka widać nasza Górecka tradycja – pozdrawiam tych co byli przede mną i tych co będą po mnie!) i nawet po zmianie formuły na wycieczkę objazdową w dalszym ciągu wielkie wodospady były głównym celem. Z lekcji geografii wiedziałem, że wodospad Niagara to wielkie przelewisko na granicy USA i Kanady oraz że węgiel brunatny wydobywa się w Polsce w trzech zagłębiach: Konińskim, Turoszowskim i Bełchatowskim, których łączne wydobycie wynosi około 50mln ton rocznie*. To czego nie wiedziałem, to, że wodospady są trzy, znajdują się na rzece Niagara, która dzieli miasto Niagara na dwie części – amerykańską i kanadyjską. Nie miałem też zupełnie pojęcia o skali zjawiska – ze szkoły pozostało mi wyobrażenie, że cała granica to ciągnący się wodospad, wyobrażałem sobie kilometry lejącej się wody gdzieś na dalekim odludziu.

Z hotelu zerwaliśmy się wczesnym rankiem koło 10 rano i pognaliśmy jak najszybciej na zachód ignorując wszelkie możliwe atrakcje po drodze (poza pomyleniem obwodnic w Rochesterze i awarią GPSa tuż przed najważniejszym zjazdem z autostrady). Dojeżdzając na miejsce przypomniano nam, że Ameryka to miejsce gdzie zawsze trzeba trzymać gardę wysoko albo będzie bolało. Zatrzymaliśmy się w informacji turystycznej i niestety, jak się później dowiedzieliśmy, amerykańska informacja nie służy pomocy w zwiedzaniu, tylko najbiajniu ich w butelkę. Nastraszony problemami z zapełnionymi parkingami i jeżdzeniem między atrakcjami przepłaciłem straszliwie za wycieczkę po wodospadach**. Do spotkania z przewodnikiem mieliśmy blisko dwie godziny, w informacji dowiedzieliśmy się, że pomijając wodospad to okolica oferuje następujące atrakcje: supermarket, restauracje przy supermarketach i outlety (sklepy z wyprzedażami) z ubraniami. Zamiast zakupów wybraliśmy zwiedzanie “Grand Island” – jak twierdził dezinformator turystyczny – największej słodkowodnej wyspy świata (a według encyklopedii największej wyspy na rzece Niagara). Znaleźliśmy tam… lokalną restaurację i ścieżkę spacerową nad rzeką.

Na szczęscie poza tfu, tfu, informacją turystyczną reszta dnia była wyjątkowo udana. Zwiedzanie zaczęliśmy od kotła na rzece, który na skutek ingerencji człowieka stał się podwójną atrakcją – nie dość, że ślicznie wygląda, to jeszcze jest jedynym tego typu miejscem na ziemii gdzie woda kręci się w dzień w inną stronę niż w nocy. Wynika to z tego, że w ciągu dnia 50% rzeki przekierowane jest do elektrowni wodnej, a w ciągu nocy, gdy turyści już nie widzą, prad produkuje aż 75% płynącej wody. Z kanadyjskiej strony można wsiąść do rozciągniętej nad kotłem kolejki linowej – jeśli ktoś lubi wisieś 50m nad spienioną wodą i skałami. W momencie jej wybudowania kolejka miała dwie staje, obie po stronie kanadyjskiej co podobno było wykorzystywane przez cwaniaków (tradycja?) do “przemycania ludzi do USA” – wsadzali zdesperowanych biedaków na jednej stacji, całkiem legalnie przewozili ich na drugi brzeg i tam wysadzali pomniejszonych o dorobek życia.

Kocioł warto jest zobaczyć nie tylko ze względu na historie z nim związane, ale przedewszystkim na piękny lazurowy kolor wody oraz otaczajacy go park. Wzdłuż rzeki ciągną się szlaki turystyczne, a cała okolica jest dobrze oznaczona tablicami informacyjnymi. Zdecydowanie warte zobaczenia.

Z kotła przejechaliśmy nad same wodospady. Zwiedzając Niagarę warto skorzystać ze wszystkich dostępnych atrakcji. My zaczęliśmy od statku Maid of the Mist, który podpływa z turystami wystarczając blisko ściany wodospadu, żeby dać odczuć huk wody, dokładnie wszystkich skąpać od stóp do głow oraz pokazać tęcze tworzące się na rozbryzgującej wodzie (tym co mają okulary, bo Ci bez okularów nie widzą za duzo – tam napradę mocno chlapie!).

Ze statku wjeżdza się windą na wieżę widokową, z której jest śliczny widok na wszystkie trzy wodospady. Na zewnątrz prowadzi tylko jedna droga – przez sklep z pamiątkami. Nasz przewodnik bardzo nalegał, żebyśmy przeszli przez niego nie zatrzymując się. Dopiero po chwili dowiedzieliśmy się dlaczego – kolejnym punktem wycieczki był trzydziestominutowy postój dwie przecznice dalej… w innym sklepie z pamiątkami.

Ostatnią atrakcją do zobaczenia po stronie amerykańskiej (ze względu na paszport Eweliny nie mogliśmy zwiedzić strony kanadyjskiej) jest Jakinia Wiatrów, która składa się z windy oraz pomostu (jaskini nie znalazłem), którym podchodzi się bardzo blisko – na wyciągnięcie ręki – do wodospadu. Dobre miejsce, żeby się zmoczyć jak się już wyschło.

Garść ciekawostek:
– dojeżdżając do Niagara Falls widać spore miasto. Z bliska okazuje się, że prawie wszystkie wysokie budynki to kasyna znajdujące się po stronie kanadyjskiej. Amerykańska część miasta wygląda jak Ozorków.
– Niagara Falls są trzecimi pod względem wielkości wodospadami na świecie, wyprzedzają je: Victoria Falls (2gie miejsce) między Zambią i Zimbabwe oraz Iguazu Falls (największe) między Argentyną a Brazylią
– Wodospady Niagary składają się z trzech niezależnych wodogrzmotów – dwóch mniejszych (łącznie 320m długości) po stronie amerykańskiej i największego (790m, tego znanego z widokówek), zwanego podkową, należącego do Kanady
– Wysokość wodospadu to 51-53 metrów
– Ilość przepływającej wody to 1834 m3/s

* Za przekazanie mi tej jakże cennej wiedzy dedykuję poniższy wpis Ministerstu Edukacji Narodowej.
** Porada dla jadących nad Niagarę: nie kupujcie zorganizowanych wycieczek po wodospadach – zupełnie nie ma takiej potrzeby. Wszystkie miejsca są łatwo dostępne i rzeczywiście w okolicy jest pięc parkingów po $10 za wjazd, ale wbrew temu co mówi dezinformator z “informacji turystycznej” wjeżdza się raz na jeden, a potem można sobie przejść wszędzie… Nazywając rzeczy po imieniu zostaliśmy nabici w butelkę. Z drugiej strony nie wiem czy bez wycieszki byśmy się zdecydowali wejść na wszystkie atrakcje, a na pewno warto.
A, bym zapomniał – zaraz po wjeściu do busu kierowca poprosił, żebyśmy się zapoznali z najniesmaczniejszą tablicą informacyjną przymocowaną tak, żeby nikt jej nie przeoczył:

“Zwyczajowo powinno się dać kierowcy napiwek w wysokości 15% ceny wycieczki. Wasz kierowca pracuje dla was na dwóch etatach – także jako przewodnik. Napiwki stanowią większość jego dochodu.” – na usta cisnęło mi się: to mu płaćcie do cholery! Naprawdę ciężko jest być turystą w tym kraju.

Share

[USA] Kraina uschnietych kaktusow

Dziś pierwszy raz widziałem Teksas i po trzech godzinach zwiedzania stwierdzam, że mi się bardzo podoba. Około 19tej samochód pokazywał wciąż 108 st F, czyli taką samą pogodę jaką mają tu od kilku tygodni. Bardzo mi odpowiada takie ciepło, szczególnie gdy o dziesiątej wieczorem można się taplac w hotelowym basenie patrząc w niebo. Z tego powodu opis Nagara Falls opóźniam, a wrzucam kilka spostrzeżeń na (nomen omen) gorąco.

Mojego entuzjazmu do aury nie podziela lokalna przyroda. Juz z samolotu bylo widac, ze Teksas jest żółty, a to od koloru trawy, ktora w znacznej części jest spalona słońcem.

Upał ma też wpływ na agawy i kaktusy. Te, które wytrzymały wyglądają rewelacyjnie, inne się poddały i wyglądają jak baloniki z wypuszczonym powietrzem. Na zdjęciu są te ładniejsze.

Bardzo podobają mi się tutaj krowy, które występują w dwóch postaciach:
* rogów przymocowanych do wszystkiego – samochodów, budynków wewnątrz, budynków na zewnątrz, reklam itp
* na talerzach w ilościach hurtowych. Na to drugie trzeba uważać, np z dania “trzy krowie żeberka” dwa wynieśliśmy w pudełku na później.

Rzeczą, której nie da się tu przeoczyć są drogi, które są szersze niż długość niektórych ulic w Europie. Wielopasmowe autostrady przestają mnie już trochę dziwić, za to nie mogę wyjść podziwu dla ilości asfaltu i betonu (spora część dróg jest betonowa) wylanego na osiedlach mieszkaniowych i między Austin a przylegającymi miastami. Dość ciężko jest przez to oszacować czas przejazdu przez skrzyżowanie – ciężko jest “przemknąć” przez 6 pasów. Ale nie tylko na szerokość budowali drogi, ale także w górę. Wielopoziomowe skrzyżowania już widziałem wcześniej, ale nigdy nie takie o wysokości solidnego wieżowca.

A na dobranoc landszafcik:

Share

[USA] Dzień trzeci – na zachód poprzez Nowy Jork

Trzeci dzień wycieczki spędziliśmy śpiewając lekko zmodyfikowaną wersję Ballady Wagonowej Maryli Rodowicz – “dwóch pasażerów PT Cruiser wiózł, od Saratoga Springs do Syracuse”. Mrozu akurat nie mieliśmy i przez Syracuse mieliśmy tylko przejechać, ale to miasto nie kojarzy mi się absolutnie z niczym innym. Tu przyszedł moment na refleksję – słuchając kilka lat temu Maryli (i nie tylko) nie wyobrażałem sobie, że możliwe jest zobaczenie tak odległych miejsc. A teraz wsiadam w auto, jadę i jestem. To jest piękne!

Wracając do faktów – noc spędziliśmy w hotelu w centrum Saratogi, która okazała się całkiem przyjemnym kurortem. Według przewodnika jest to jedno z głównych miejsc, gdzie nowojorczycy jeżdżą, żeby odpocząć. Chyba akurat nie byli zmęczeni, bo miasto wyglądało na zdecydowanie zbyt puste; do tego stopnia, że na festyn rzemiosła odbywający się w parku nie weszliśmy, bo wydawało mi sie, że jeszcze nie został otwarty – dokładnie ani jednego kupującego nie było. Obawiam się, że może to być spowodowane ograniczonymi urlopami.

Nasz hotel nie oferował rozsądnego śniadania. Tzn $3 za tosta, $3 za kubek soku, $4 za płatki + $3 za mleko, $3 za jajko, $4 za kiełbaskę i $5 za kawę (plus napiwek i podatek stanowy) itp uważam za lekko nierozsądne. Może czterogwiazdkowe jajko jest na tyle lepsze, że usprawiedliwia to cenę, ale na razie nie jestem przekonany. Gram ostatnio w totolotka, jak wygram, to sprawdzę. Tak czy inaczej moje skąpstwo dało nam szansę porannego spaceru w poszukiwaniu lokalnej jadłodajni. Główna ulica Saratogi przypomina trochę krupówki, ale z dopuszczonym ruchem samochodów środkiem*. Znaleźliśmy wszystko co chcieliśmy – jadłodajnię ze znakiem jakości (tzn. wypełnioną po brzegi lokalnymi ludźmi), sklep z pamiątkami i publicznie dostępne źródełko z wodą mineralną, którą z resztą wciąż mamy, bo jest tak słona, że ciężko się ją pije. W Saratoga Springs zwiedziliśmy także park zdrojowy, nabraliśmy jeszcze więcej niesmacznej (musi być zdrowa) wody, objerzeliśmy z zewnątrz wielkie budynki parkowe oraz pusty basen i ruszyliśmy dalej (do Syracuse!).

Mówiłem to już kilka razy, ale powtórze jeszcze raz – stany zjednoczone są wielkie. Z tego powodu aż do Syracuse pojechaliśmy autostradą, a dopiero pozniej skręciliśmy na północ w stronę Oswego. Już od zjazdu z autostrady widać wyraźnie – że stan Nowy Jork jest inny niż Massachusetts. Odległości między domami są jeszcze większe, miasta wyglądają na znacznie starsze, a ich ścisłe centra na scenografie westernów (małe sześcienne domki połączone szeregowo). Mijane miasta są znacznie mniej wybetonowane niż na wschodzie, na przykład komisy samochodowe trzymają auta na trawie zamiast na asfalcie, co sprawia bardzo swojskie i wakacyjne wrażenie. Podoba mi się,
Druga rzecz, którą można widać z drogi to sprzedaż lokalna. Przy ulicach stoi bardzo dużo aut charakterystycznie wystawionych daleko od domu, a blisko drogi. Najpierw myślałem, że niektórzy bardzo się lubią chwalić jakie ładny samochód (albo kosiarkę, traktor, przyczepę, łódkę itp) mają, ale w końcu wypatrzyłem, że większość z nich ma niewielką informację “na sprzedaż”. Jestem przekonany, że widziałem już podobnie wystawiane sprzęty, ale tam to wyglądało bardzo harmonijnie i dobrze wkomponowywało się w krajobraz. Podobnie jak stoiska farmerów – wzdłuż całej drogi łatwo było kupić świeżą kukurydzę, pomidory i melony. Niektóre z wystawionych stoisk były samoosbługowe – należy sobie samemu zważyć, zapakować i wrzucić pieniądze do przygotowanej skarbonki. Wieś amerykańska ma coś w sobie pociągającego.

Kolejnym przystankiem na trasie było Oswego, niewielkie miasto z fortem, który nie wytrzymał oblężenia brytyjczyków. Obsłudze fortu nie można odmówić pomysłowości – na drugim brzegu rzeki rozbili bardzo dużo pustych namiotów, żeby najeźcy się wystaraszyli ogromu wojsk czekających i zajęli się atakowaniem pustego obou. Fortel działał przez chwilę, ale stosunkowo niedługą – anglicy zaatakowali puste namioty, ale dość szybko zorientowali się, ze coś jest nie tak, więc wycofali się i przeprowadzili normalny szturm. Ford padł po dniu ataku.

Ostatni etap drogi pokonywaliśmy małymi drogami rozkoszując się widokiem lasów, pół, farm, wrzosów i temu podobnych wiejskich atrakcji. Po drodze zatrzymaliśmy się w lokalnej jadłodajni, w której byliśmy chyba jedynymi ludzmi, którzy nie znali wszystkich pozostałych, a następnie zatrzymaliśmy się na Sodus Point popatrzeć na zachód słońca nad jeziorem Ontario oraz starą latarnię morską (? jeziorną?), która nie stoi przy wejściu do zatoki. Jak ją budowali, to wejście stała prawidłowo na cyplu sygnalizując drogę do portu, jendak jezioro naniosło tyle piasu, że teraz latarnię od kanału dzieli ponad półtora kilometra. Muzum nie zobaczyliśmy, bo już było zamknięte, ale zrobiliśmy kilka zdjęć, m.in.:

Nie dokładnie pamiętam jak dojechaliśmy do hotelu, pamiętam tylko gorącą wannę z bąbelkami. To akurat amerykanie naprawdę dobrze wymyślili.

* Deptaki są wogóle rzadkością w USA, nawet po cmentarzach jeździ się autem.

Share

[USA] Dzień drugi – do Ciechocinka!

Dziś około godziny 14:00* spodziewałem się, że będę pisał nie o wakacjach, ale o trzęsieniu ziemii, które miało miejsce gdzieś w północnej Virgini**. O całej sprawie dowiedzieliśmy się gdy żona kolegi z pracy zadzwoniła przestraszona, że ich dom (w Massachusetts) się zatrząsł. Biuro mojego klienta musi być solidnie zbudowane, bo nic nie poczuliśmy, tylko kolega Amit chodził po biurze i opowiadał – najpierw, że mu się przewróciła kawa, potem siła wstrząsów tak rosła, że w końcu dowiedzielismy się, że jego komputer podskoczył i obkręcił się o 360 stopni w powietrzu. Serwisy informacyjne pokazały trzęsącą się lampę podłogową, zawaloną ścianę na budowie i supermarket z porozrzucanymi na podłodze puszkami. Poczytałem trochę i o ile rzeczywiście było to największe trzęsienie ziemii w tym regionie od drugiej wojny światowej, to nie jest to coś specjalnie wyjątkowego – trzęsień o tej sile rocznie notuje się około 800. Jesteśmy cali i zdrowi, serdecznie dziękuję za pytania o nasze zdrowie!

Wracając do wycieczki – drugiego dnia padało solidnie. Prognoza pogody mówiła, że nie przestanie i pierwszy raz się sprawdziła. Nauczeni w Londynie, że “nie ma złej pogody, jest tylko źle dobrane ubranie” postanowiliśmy kontynuować podróż zgodnie z nieplanem***. Pierwsze 150 kilometrów spędziliśmy na autostradzie słuchając audycji LBC o zamieszkach w Londynie i zastanawiając się jakby takie zamieszki przebiegały u Wuja Sama. Obawiam się, że zamiast kordonu popijającej herbatę policji (zdjęcie z prawiej jest autentyczne) na ulice by wyszła uzbrojona po zęby drużyna specjalna, przykładnie zastrzeliła kilku awanturników, a potem by wystawiła by pozostałym rachunek za wystrzelną z ich winy amunicję.

W okolicach Sprinfield z autostrady skręciliśmy na północ na małe lokalne drogi zwiedzać “prawdziwą Ameryką”. Przejechaliśmy przez Northampton, które okazało się podobnie porywające, co jego Angielski odpowiednik (przy czym nie wykluczam, że podobnie miłe) i kontynuowaliśmy drogę w kierunku Deerfield aby zobaczyć doskonale zachowaną historycznej części miasta składającą się z trzystuletniej drogi i kilkunastu XVIII-XIX wiecznych budynków. Dopiero wczoraj dowiedziałem się, że w Deerfield 20% ludzi przynaje się do polskich korzeni (w całych stanach za Amerykanów Polskiego Pochodzenia uważa się 3% ludności!). Równie zaskakujące co liczba polonusów były polskie garnki w sklepach z pamiątkami. Jedną z pierwszych rzeczy, którą kupiłem tu w USA były polskie kubki kamionkowe, ale myślałem, że to przypadkiem trafiło do sklepu. Teraz już wiem, że to jest jeden z podstawowych towarów w sklepach z pamiątkami, tak jak każdy supermarket musi sprzedawać szynkę konserwową Krakus (muszę ją kiedyś spróbować, może naprawdę jest dobra?). Aby za przyjemnie nie było odkryliśmy, że wszystkie muzea są pozamykane po 16tej, więc Deerfield zobaczyliśmy tylko z zewnątrz.

Po odjechaniu 150km od Bostonu Ameryka jest zupełnie inna i, co stwierdzam trochę z żalem, znacznie fajniejsza. Domy są od siebie znacznie bardziej oddalone niż tu na wybrzeżu, przydrożne wsie z czterdziestu chałup potrafią ciągnąć się na kilka kilometrów. Miasto Floryda, które przy 676 mieszkańcach ma 63.6km2 powierzchni wciąż jest uznawane za umiarkowanie gęsto zamieszkane – jest 24te pod względem gęstości w swoim hrabstwie.

Kolejna rzecz, która pojawia się gwałtownie i bez wyraźnego powodu to sklepy z pamiątkami. Południowe Massachusetts, stan Nowy York, Maine i Vermont zwiedzaliśmy jeżdżąc małymi drogami i wszędzie znajdowaliśmy sklepy sprzedające mieszaninę lokalnych produktów, polskich garnków i chińskich figurek. Niektóre sklepy znajdowały się w tak małych miejscowościach, że lokalne pamiątki były “produkowane” przez sklepikarzy przez dopisywanie czarnym mazakiem nazwy miesca na uniwersalnych magnesach czy zabawkach. Bardzo mi się to podoba, chociaż zupełnie nie rozumiem z czego się te sklepy mogą utrzymywać.

Ostatnim przystankiem dnia drugiego był Ciechocinek. Tak naprawdę miasto nazywało się Saratoga Springs, ale wyglądało jak Ciechocinek bez tężni i kurortowiczów. Ale dużo nie zobaczyliśmy tego wieczora, bo przyjechaliśmy kolo 22:00 (dzie-sią-tej wieczorem) i dalej padało. Obejrzeliśmy je dopiero następnego dnia, więc opiszę je dopiero jutro.

* albo cytujac jednego ze spotkanych amerykanow “dla tych co nie rozumieją formatu wojskowego – o drugiej po południu” – serio nam tak tłumaczył!
** lub jak podają tutejsze media – “gdzieś w okolicach Washington D.C.” – i bardziej sensacyjnie brzmi, i wiecej osób zlokalizuje to na mapie…
*** planu wycieczki nie mieliśmy, z dnia na dzień wyliczaliśmy optimum lokalne do wyznaczenia kolejnego noclegu i zarysu trasy, a szczegóły wyznaczaliśmy w drodze w oparciu o znalezione ulotki, przypadkiem przegapione zjazdy i napotkane tablice informacyjne.

Kilka zdjęć z drogi:


Wiejska babka.


Sklep z pamiątkami.


Osiedle domów mobilnych.


Restauracja na największym zakręcie drogi, dolina schowana w chmurach.

Share

[USA] Wakacji dzień pierwszy

Pierwszy dzień wycieczki był już raz wspomniany tu na blogu, ale zaczynanie relacji od dnia drugiego wygląda głupio, więc opisuję ponownie.

Wycieczkę nad Niagarę rozpoczęliśmy jadąc w złym kierunku – do Maine, na północny wschód. W ten sposób załapaliśmy się na ostatnie dni lata, które w “Wakacyjnym Stanie” zaczyna się bardzo późno, ale za to kończy się bardzo wcześnie. Według wszelkich przewodników czyni to ten stan idealnym miejscem dla szukaczy jesiennych liści. Jak dziwnie by to nie brzmiało, to Fall Foliage jest na tyle dużą atrakcją turystyczną, że władze stanu aktywnie wspomagają tych ludzi, m.in gromadząc i udostępniając statystyki dotyczące sezonu czerwienienia liści. Główne serwisy pogodowe w USA także prezentują mapy ujesieniowienia drzew. Jakbym miał wybierać, to chyba wolę to zajęcie od “łowców burz” – ludzi, którzy jeżdżą z aparatem tam, gdzie ogłoszony jest alarm o huraganie albo planowane są wielkie opady.

Ze względów sentymentalnych do angielskiego Bath, postanowiliśmy zwiedzić miasto o tej samej nazwie, ale po drugiej stronie oceanu. Jak twierdzą jego mieszkańcy miasto jest jednym z “Najładniejszych Małych Miast w USA”, a głównymi atrakcjami miasteczka są muzeum morskie (już było zamknięte) i (uwaga, uwaga…) czekoladowy kościół. Dopiero na miejscu zorientowałem się, że przymiotnik w nazwie nie definiuje materiału budowlanego ani nawet funkcji, a kolor – podczas zmieniania funkcji budynku z religijnej na artystyczną został on przemalowany na brązowo. Od początku wydawało mi się, że Kult Wyznawców Milki z Orzechami by się nie reklamował na tablicach, ale nadzieję warto mieć do końca.

Główna ulica miejscowości rzeczywiście była bardzo ładna i spokojna, z szeroką gamą przybytków kulinarnych do wyboru – od budki z kebabem do całkiem przyjemnie wyglądających restauracji. Do tego kilka galerii oraz obowiązkowy sklep sznurek, mydło i powidło. Całość na dobry kwadrans zwiedzania (nie licząc muzeum), co nie jest złym wynikiem jak na tą część kraju.

Linia brzegowa Maine ma około 400 km długości, przy czym jest tak pofalowana, że po wyprostowaniu wszystkich zatok łączna długość wyniosłaby 5600 km (nie licząc wysp). Jak już pisałem wcześniej naprawdę ciężko jest to zobaczyć, bo stan jest zalesiony w sposób absolutnie uniemożliwiający zorientowanie się co się dzieje dalej niż 50m od miejsca gdzie się stoi/jedzie. Chcąc zobaczyć morze skręciłem z Bath na wschód (tam musi być jakaś cywilizacja) i całkiem niespodziewanie dotarliśmy do Fortu Popham. Dlaczego niespodziewanie? Bo Amerykanie jeszcze nie odkryli, że oznaczenie atrakcji turystycznych by mogło komuś pomóc albo zainteresować kogoś zwiedzaniem.

Fort Popham został wybudowany podczas Wojny Secesyjnej i był w pełni obsadzony podczas pierwszej i drugiej wojny światowej, jednak nigdy nie został przez nikogo zaatakowany. W środku fortu znaleźliśmy całą serię tablic informacyjnych (ładnych i interesujących!), z których dowiedziałem się, że do strzelania z armaty potrzeba było aż ośmiu osób. Dodatkowymi atrakcjami były stalaktyty i stalagmity, co pokazuje, że kiepski wybór materiałów budowlanych pozwala uzyskać to, co na natura potrzebuje w normalnych okolicznościach dziesiątek tysięcy lat.

Dzień pierwszy zakończyliśmy wizytami na stacjach benzynowych, kawiarniach i fotografowaniu wszystkiego co nie uciekało na drzewo, ale zamiast to opisywać idę spać, żeby zbierać siły na jutrzejsze opisywanie dnia drugiego – deszczu, sklepów i miejscowości gdzie 20.5% ludzi ma polskie pochodzenie.

Share

[USA] 2700 kilometrów w 7 dni

Dzisiejszy wpis prezentuje trasę, którą pokonaliśmy w ciągu ostatniego tygodnia. W tym krótkim, ale intensywnym czasie pokonaliśmy 2700 kilometrów autostrad, dróg lokalnych i gruntowych (czasami w dość nieoczekiwanej kolejności) i wydaliśmy małą fortunę na hotele, paliwo oraz posiłki w przeróżnych jadłodajniach, dzięki czemu poznaliśmy kilka nowych obliczy Stanów Zjednoczonych.

Każdy kolor na mapie poniżej odpowiada odcinkowi przejechanemu w jednym dniu. Jak widać w kilku miejscach jeździliśmy w kółko (mój ulubiony odcinek to okolice Albany szóstego dnia gdy próbowałem dojechać do Akademii Policyjnej i nie mogłem wycelować w odpowiedni wjazd).

Wakacje dzień po dniu:

  • Dzień 1 – Dom – Maine – Dom
  • Dzień 2 – Dom – Saratoga Springs
  • Dzień 3 – Saratoga Springs – Rochester
  • Dzień 4 – Rochester – Niagara Falls – Rochester
  • Dzień 5 – Rochester – Albany
  • Dzień 6 – Albany – Rutland
  • Dzień 7 – Rutland – Dom

Mapę zdecydowanie lepiej jest oglądać w dużym powiększeniu – kliknij tutaj, żeby otworzyć ją w nowym oknie. Napisy “Dzień 1 – 6” nad mapą są klikalne i pozwalają włączać/wyłączać poszczególne odcinki. Kolejne wpisy będą dokumentowały co widziałem, co słyszałem i co o tym pomyślałem każdego dnia.

Pokaż dużą mapę w nowym oknie

Share

[USA] Zwiedzanie New England w deszczu

W Massachusetts kolejny dzień pada. Niedzielę spędziliśmy w poszukiwaniu słońca na wycieczce do Maine, co nauczyło nas sprawdzać nie tylko prognozę pogody, ale dokładnie nazwy miast. Udało mi się pomylić Portland z Portsmouth, dzięki czemu niedoszacowałem wycieczki o jakieś 4 godziny. Moim skromnym zdaniem nie powinno się używać tak podobnych nazw dla miast na wybrzeżu oddalonych o dwie godziny drogi*…

W Maine przytłoczyła nas zieleń. W normalnych okolicznościach roślinność raczej uspokaja, tam jednak na otoczenie dróg przywoływało wyobrażenie lawiny albo rozstępujących się wód Morza Czerwonego – z groźbą natychmiastowego zawalenia się ścian jak się trochę nagrzeszy. Jechaliśmy drogami przy samym oceanie, a odrobinę wody zobaczyliśmy dopiero gdy dojechaliśmy do samego czubka półwyspu.

Gęstość zaludnienia w Maine jest dokładnie osiem razy mniejsza niż w Polsce (16 vs 120 osób/km2), co widać po kurortach turystycznych – wyglądają jak miniaturki europejskich – dwie knajpki, trzy sklepy z pamiątkami i plaza. Jednocześnie “Wakacyjny Stan” wyglądał przyjaźnie – zamiast popularnych w USA plastikowych “marmurów” i ogólnego nadęcia znaleźliśmy dużo przyczep kempingowych i uśmiechniętych ludzi. W sklepie z pamiątkami dostałem 20% zniżki zamiast 20% obowiązkowego napiwku. Tzn babka się pomyliła przy nabijaniu na kasę, ale jak jej powiedziałem, ze mi wychodzi jakoś więcej, to prychnęła i podziękowała, po czym spojrzała na mnie z uśmiechem jakbym się urwał z choinki. Kiedyś chcę tam pojechać na wakacje, najchętniej w okolicach wczesnej emerytury.

W tym tygodniu podróżujemy na zachód – w stronę stanu Nowy Jork i wodospadu Niagara. Dziś też dostaliśmy gratis, gdy zatrzymaliśmy się gdzieś w górach zachodniego Massachusetts na późny obiad. Knajpa miała wyjątkowy niedostatek kadry i kelnerka dosłownie biegała od stolika do stolika. Jak się zorientowała, że nie mamy typowo amerykańskich wymagań odnośnie obsługi (zabawiania rozmową, pytań co dwie minuty czy wszystko nadal jest dobre itp), to dostaliśmy gratis trzy herbaty.

Po pobycie w Anglii herbatę nauczyłem się traktować poważnie i z pokorą. Tutaj niestety tego nie umieją. Amerykanie jako pierwsi na świecie wymyślili niekończące się napoje (nie obejmuje piwa), tzn. płaci się za jedną colę czy kawę, a jak tylko jej poziom opadnie w kubku poniżej 20%, to przybiega ktoś i dolewa do pełna. Z herbatą próbowali zrobić podobnie, co zaowocowało dość dziwacznym pytaniem “czy chcecie jeszcze gorącej wody do swojej herbaty?”. Barbarzyńcy.

Osiem godzin na deszczowej drodze utwierdziło mnie w przekonaniu, że piętnaście tysięcy aktów prawnych Związku Socjalistycznych Republik Europejskich* ma trochę zalet. Amerykańska wolność zupełnie nie uwzględnia prawa innych ludzi do wygodnego i bezpiecznego życia. Przyzwyczaiłem się, że dozwolone jest jeżdżenie na długich światłach kiedy tylko się ma na to ochotę i przy odrobinie wprawy w obracaniu lusterek, zwalnianiu tak, żeby dać się wyprzedzić i patrzenia bardzo daleko w prawo można prawie nie zauważać oślepiających idiotów. Ich kraj, ich prawa. Dziś za to odkryłem, że Unia Europejska musi regulować ilość wody rozchlapywanej przez auta jeżdżące po deszczu. Dokładnie każdy Chrysler, Buick, Pontiac czy Ford wznieca za sobą wielką chmurę wody podczas gdy VW, Audi czy Porsche zostawiają drobną mgiełkę. Azjaci albo też planują dużą sprzedaż do Europy albo też myślą o tych, których mijają – jazda za Mazdą, KIA czy Toyotą to czysta przyjemność – nic nie chlapie, nic nie pryska. Muszę spytać jakiegoś autochtona czy posiadając wielkiego pickupa Dodge nie ma się świadomości jak to przeszkadza innym czy ma się tą świadomość, ale się tym nie przejmuje, bo “jestem wolny, mam prawo chlapać ile mam ochotę”.

Miałem iść spać jakieś dwie godziny temu, żeby jutro zwiedzać na całego i potem mieć siłę to opisać. Nie wyszło ale lecę ratować resztki snu. Do przeczytania!

* można by odnieść wrażenie, że trochę dałem ciała, ale chętnie zwalę winę na kogoś innego
** zwanych czasem “Unią Europejską”

Share

[USA] Po czym poznać, że coś jest nie tak z tekstem?

Proste – nie ma do niego dobrego tytułu. Widzę, że za dużo wątków nawciskałem poniżej, ale stęskniłem się za pisaniem, więc zostawiam.

Wczoraj, po trzech i pol miesiącach od wysłania z Londynu, przyjechały nasze rzeczy. Straty są zadzwiająco nieduże – drewniany kurczak kuchenny stracił prawą stopę (2.5 x 2.5 cm) oraz zniknęła gdzieś stalowa rama do biurka (1.7 x 1.3 m). W zamian dostaliśmy czyjś plecak z koncerwami, hinduskimi świecznikami i starymi klapkami, ale za to oznaczony kartka “Gorcki”. Najważniejsze rzeczy przybyły bez szwanku i w tej chwili poza nami nasz dom zamieszkuje 41 pluszowych zabawek* oraz jeden pluszowy miś do samodzielnego montażu (wykroje, niktki, jakiś wypełniacz itp).

Ostatnie kilka dni w USA upłynęło pod znakiem tradegii narodowej spowodowanej obniżeniem rankingu przez S&P. Najlepszym dowodem na to, że decyzja była słuszna było to, że Pan Prezydent Obama spóźnił się na przemówienie o 45min, a potem powiedział tylko, że może i USA mają problem, ale według niego gdyby istniała nota AAAA, to ten kraj by na nią zasługiwał. Rynek odpowiedział nurkując na łeb na szyję w tak dynamiczny sposób, że wszystkie “Breaking news” pokazywały stan indeksów. Moje skromne przemyślenia po wysłuchaniu głowy kraju były następujące: trzeba zwiększyć tempo odkładania w funduszu wyprowadzkowym, a w wolnej chwili zacząć się uczyć chińskiego.
Coraz bardziej mam wrażenie, ze Amerykanie nie rozumieją, że czasy się zmieniają i zamiast tego wciąż starają się zaklinać rzeczywistość. Przyjaciel pracujący na styku starych (TV) i nowych (internet) mediów opowiadał kiedyś, jak tam prawnicy próbują zmienić fakty wytaczając procesy “internautom i internetowi”, bo w 1985 się tak dawało rozwiązywać problemy. Przykłady można mnożyć. W ostatnich tygodniach ostatecznie splajtowała największa w stanach sieć księgarni – Borders. W tej chwili jest w stanie likwidacji, we wszystkich sklepach jest wielka wyprzedaż, na której można kupić wszystko łącznie z meblami (rozważałem zakup kasjerki, ale przestraszyłem się, że małżonka może nie zrozumieć). Zachęceni wielkimi platakami “Wyprzedaż, okazje, wszystko musi zniknąć” pojechaliśmy kupić tyle przewodników ile udźwigniemy i po 45 minutach wyszliśmy z pustymi rękami. Dlaczego? Bo oni wciąż nie rozumieją dlaczego zbankrutowali – mimo wielkiej wyprzedaży ceny wciąż były wyższe niż w Amazonie czy Alibrisie. Drodzy Amerykanie, Panie Prezydencie – wielkie kolorowe plakaty “tanio” nie mają takiej masy, żeby zagiąć czasoprzestrzeń**!

Żeby nie wyszło na to, że spędziłem kilka tygodniu na marudzeniu chciałbym przedstawić jeden z najbardziej nieprawdopodobnych pomysłów jakie Amerykanie wprowadzili w życie – Skyway. Jest to system tuneli poprowadzonych między budynkami i przez budynki. W Minneapolis znajduję się on na wysokości pierwszego piętra i ma łączną długość około trzynastu kilometrów. W sąsiadującym St Paul tunele mają osiem kilometrów. Po zaparkowaniu auta na parkingu pod budynkiem można przejść całe centrum klimatyzowanymi przejściami nie stawiając nogi ani raz na ziemii. O ile w Minneapolis duża część sklepów ma dwa wejścia – ze Skywaya i z ulicy, o tyle w St Paul wejścia są tylko z tunelu. Spacerując ulicami ma się wrażenie, że stolica stanu jest zupełnie opuszczona i zapuszczona. W zamian dostaje się prawdziwy Amerykański sen – z klimatyzowanego domu można przez klimatyzowany garaż wsiąść do klimatyzowanego auta i przejść do klimatyzowanego biura klimatyzowanym korytarzem. Wciąż się nie mogę zdecydować czy to wyższy stopień rozwoju miast czy raczej tamtejsi mieszkańcy to po prostu miękkie dupy.

Czy te tunele mają uzasadnienie w pogodzie? Trochę tak – aura w Minnesocie jest podobna podobna do polskiej, może za wyjątkiem tornad, których mają trochę więcej. Temperatury są zbliżone – od -15 do +35 st C, przy czym odczuwalne są trochę wyższe z powodu ogromnej wilgotności powietrza. Podczas dosłownie pierwszego kroku poza lotniskiem straciłem orientację – poczułem jakby ktoś buchnął we mnie chmurą sprężonego gorącego powietrza, okulary natychmiast zaszły parą, a skóra zaczęła momentalnie pompować pot aby połączył się z wodą skraplającą się na mnie. To był pierwszy raz kiedy zastanowiłem się czy pomysł na wyjazd do Texasu był jednak do końca rozsądny. Na szczęście już za późno na zmianę decyzji.

* głównie misiów, ale są też: pies, dwa króliki, trzy łosie, dwie małpy, psopodobny gryzak dla zwierząt, kubuś puchatek jako myjka prysznicowa, pat i mat oraz kilka mniej lub bardziej niezidentyfikowanych stworzeń. Muszę niedługo zrobić stronę o nich zanim zgubię rachubę kto skąd przyszedł.
** tak, wiem, że nawet najmniejsza masa zagina, ale fizyczne dywagacje o wielkościach rzędu 10^-194 zostawmy na dyskusje przy piwie.

Share