[USA] Ozdoby świąteczne

Z okazji świąt amerykańskie miasta zmieniają się w bajkowe krainy pełne mikołajów, reniferów, pingwinów, bałwanów (ciekawe skąd teksańczycy wiedzą jak wygląda bałwan. Znaczy śniegowy, bo normalnych mają w telewizji) i setek różnego rodzaju świecących ozdób. Dla dzisiejszego wpisu wybraliśmy się w trzygodzinną misję fotograficzną, w wyniku której powstało trochę zdjęć i filmów (poniżej) oraz wielka chęć przyozdobienia własnego domu. Bardzo, bardzo mi się podoba moja okolica w blasku diód led i świecących dmuchanych pingwinów.

Zapraszam od objerzenia eksperymentalnego wpisu multimedialnego. Kliknij na strzałkę aby rozpocząć pokaz zdjęć:

A teraz kliknij na drugą strzałkę, żeby zobaczyć siedem krótkich filmów pokazujących jak to się rusza:

Share

[USA] Czarny Piątek, Święto Dziękczynienia i termometr do mięsa

Kilka osób pytało mnie o wrażenia z Czarnego Piątku. Odpowiem prosto: było jak wszystko w Ameryce.

Już na kilka dni przed piątkiem, a już w święto dziękczynienia w czwartek najbardziej – wiadomości telewizyjne przygotowywały ludzi do gigantycznej fali zakupów. Wszystkie dzienniki pokazywały zdjęcia ludzi koczujących w namiotach na parkingu Walmartu, stacje lokalne dodatkowo prezentowały gdzie w okolicach centrów handlowych mogą tworzyć się korki, a policja apelowała, żeby nie trzymać zakupów w widocznym miejscu w samochodzie. Krótko mówiąc gorączka rosła.

W czwartek podszedłem do zakupów metodycznie – poczytałem o historii tego dnia oraz sprawdziłem strony internetowe sklepów w okolicy. Oba zajęcia przyniosły zaskakujące rezultaty i o tym będzie ten artykuł.

Bardzo ciężko jest mówić o historii czarnego piątku nie wspominając Święta Dziękczynienia, więc pozwolę sobie tu zamieścić krótki rys historyczny tego ważnego dla Ameryki dnia. Niestety będzie to tylko garść suchych informacji, gdyż nie udało mi się przyłączyć nigdzie do tradycyjnej kolacji, która jest tutaj obchodzona w rodzinnym kręgu. Tylko dwie grupy wydały mi się na tyle otwarte, żeby przyjąć samotnego wędrowca – studenci, którzy nie polecieli do domu, oraz bezdomni. Pierwszy wariant wydał mi się zbyt bolesny dla wątroby, drugi zbyt przygnębiający, zostałem więc w domu.

Święto Dziękczynienia to nic innego niż dożynki, święto plonów, które w swoich tradycjach mieli zarówno europejscy przybysze jak i natywni amerykanie. Pierwszymi udokumentowanymi obchodami była wielka biesiada na plantacji Plymouth w Massachusetts w 1621 roku, w której wzięło udział 53 przyjezdnych i około 90 rodowitych amerykanów (co znów mówi o skali tego kraju niecałe 400 lat temu). Od tego czasu tradycje i okres świętowania zmieniały się wielokrotnie – każdy stan ustanawiał swoją datę, obchody odbywały się od połowy kwietnia do końca listopada – przeważnie jednak pod koniec lata, tak jak kończyły się zbiory.
W 1789, a następnie w 1795 George Washington Ogłosił jednorazowe święta dziękczynienia, po czym tradycja zamarła na 20 lat do momentu, gdy czwarty prezydent USA James Madison ogłosił święto raz w 1814, a potem dwa razy w jedyn roku – w 1815. Przez kolejne 50 lat każdy stan ustanawiał (lub nie) sobie dzień świąteczny kiedy im się podobało, aż w 1863 Abraham Lincoln wprowadził wspólne święto Państwowe aby scalić bardziej północ z południem.

W przywiązanym do tradycji kraju promowanie produktów bożonarodzeniowych przed świętem dziękczynienia było uznawane za nieprzyzwoite. Skłoniło to Franklina Roosevelta do przesunięcia w 1939 dziękczynienia o tydzień do przodu w nadziei, że dłuższy okres świąteczny wspomoże sprzedawców, co w efekcie pomoże wyciągnąć Amerykę z Wielkiego Kryzysu. Wrato tu zauważyć, że miłośnicy teorii spiskowych mówiących o tworzeniu komercyjnych świąt (jak walentynki, czarny piątek itp.) ze względów ekonomicznych mają rację!

Znamienne dla Ameryki jest to, że pomysł Roosevelta republikanie odebrali jako zamach na Lincolna i postanowili obchodzić święto tak jak wypadało według starego zwyczaju. W wyniku politycznego buntu, a także z praktycznych powodów takich jak wcześniej zaplanowane imprezy i mecze sportowe, połowa stanów zignorowała dekret prezydenta (a mnie uczyli, że Ameryka go kochała). Kilka stanów, w tym Texas nie mogąc się zdecydować który wybrać ogłosiły dniami wolnymi od pracy… oba.
Aby uniknąć takich sytuacji obie izby parlamentu porozumiały się i w 1941 roku uzgodniły z prezydentem, że święto będzie się już zawsze obchodziło się w czwarty czwartek listopada. Większość stanów zaakceptowała te postanowienia, ale nie wszystkie – na przykład Texas jeszcze w 1956 obchodził święto w piąty (ostatni) czwartek. Kowbojom się tak łatwo rozkazów nie wydaje!

Parafrazując Piłsudskiego: amerykańska historia jest jak dupa – każdy ma swoją. Niektóre źródła podają, że od 1947 roku Krajowa Federacja Indyka (National Turkey Federation) co roku przynosi do Białego Domu indyka w darze dla prezydenta, który korzystając z prawa łaski ratuje go od kary śmierci. Inni przypisują początek tej tradycji Lincolnowi, natomiast kancelaria prezydenta mówi, że poza jednorazowymi zdarzeniami indyki są ułaskawiane dopiero od czasów Regana, a pozostali po prostu przyjmowali drób jako prezent (źródła milczą czy indyki był zjadane ze smakiem czy nie). Poniższe zdjęcia prezentują w kolejności Ronalda Regana, Georga Busha starszego, Billa Clintona i George W. Busha ułaskawiających ptaki*:

Prawidłowa nazwa czarnego piątku to „Dzień po święcie dziękczynienia” i tak właśnie określany jest on wszędzie poza szukającymi skandalu mediami, co wygląda dość niefortunnie w kalendarzach:

Krótsza nazwa była wymyślona w 1966 przez filadelfijską policję na określenie dnia, gdy w centrum miasta tłumy w amoku zaczynają łazić od sklepu do sklepu, a jeszcze w 1985 była w ogóle nieznana na przykład w Los Angeles. Ja jestem jednak tu i teraz, postanowiłem więc przyłączyć się do zabawy, szczególnie, że reklamy w telewizji przypominały co trzy minuty (co tyle jest blok reklamowy w stacjach informacyjnych), że okazje czekają. Jako, że nie potrzebuję ani nowego telewizora postanowiłem odpuścić szturmowanie sklepów o północy i rozpocząć polowanie na okazje około 10tej nad ranem po spokojnym śniadaniu.

Tuż przed 11tą zabrałem do auta zapas wody mineralnej (TV ostrzegała przed korkami!), sprawdziłem czy na pewno jest zatankowane do pełna i ruszyłem do Walmartu, którego reklama o jednodniowych super ofertach była w każdym (!) bloku reklamowym w YNN***. Na parkingu przed marketem nie znalazłem miasteczek koczowników, ani nawet walczących tłumów. Co więcej – nie znalazłem też zbyt dużo aut, bym powiedział nawet, że było ich tyle co na co dzień. Porównałem ceny z tymi, które pamiętałem z wcześniejszych wizyt – wszystko kosztowało tyle samo. Na środku niektórych alejek stały kosze oznaczone jako super okazje z kocami i starymi filmami na DVD. Prawdopodobnie mały dopisek na reklamie „ilość produktów ograniczona” pozwolił sprzedawcom ograniczyć te produkty do jednego na sklep. Podobnie było w Best Buyu (sklep z elektroniką), gdzie przygotowania do święta dziękczynienia było widać – w dziale z „gorącymi” towarami było dużo więcej telewizorów (w normalnych cenach), a na środku stał jeszcze stojak po telewizorach 32” w dobrej cenie. Klientów brak, podobnie jak w Targecie, gdzie znalazłem tylko promocyjne mikrofalówki i płyty CD z muzyką lat 70tych i 80tych.

Byłem zdeterminowany, żeby odkryć gdzie są te wielkie okazje, więc kontynuowałem podróż, aż znalazłem miejsce z parkingiem zapchanym po brzegi – było to przy lokalnym skupisku outletów, sklepów które nawet na co dzień oferują ubrania w niskich cenach. Większość sklepów rzeczywiście oferowała obniżki 40-55%, podobnie jak to robią przy innych wyprzedażach. Księgarnia i sklep z zabawkami rabatów nie oferowały, sprzęt AV był dostępny 10% taniej niż zwykle, czyli tyle ile kosztuje normalnie przez internet. Dla przyzwoitości kupiłem trzy koszulki w dobrej cenie i termometr do mięsa za $9.99 (bez rabatu) i wróciłem do domu słuchając w radio jak wielkie okazje mnie dziś czekają w miejscach, z których właśnie wróciłem.

* zdjęcia pochodzą z Wikipedii i dostępne są na wolnej licencji **
** Indyk z ostatniego zdjęcia spędził resztę życia w jednym z parków rozrywki Disneya.
*** lokalna stacja informacyjna

Share

[USA] Sprawy drogowe

Po przeprowadzce ze stanu do stanu jednym z wymogów jest przerejestrowanie samochodu oraz wymiana prawa jazdy na lokalne. Te dwie banalne czynności opóźniły wpisy na blogu oraz przyczyniły się do dalszego posiwienia mojej głowy. Oto dlaczego:

  • aby zarejestrować samochód w Teksasie należy mieć teksańskie ubezpieczenie
  • aby kupić teksańskie ubezpieczenie należy mieć teksańskie prawo jazdy
  • aby otrzymać teksańskie prawo jazdy należy przerejestrować posiadane samochody do Teksasu
  • aby zarejestrować samochód w Teksasie należy mieć teksańskie ubezpieczenie
  • etc…

Ooops, mamy pętle bez wejścia oraz wymóg przerejestrowania auta w ciągu 30 dni od przekroczenia granicy stanu.

Moje dotychczasowe ubezpieczenie w Massachusetts wykupiłem na polskie prawo jazdy, postanowiłem tutaj spróbować zrobić tak samo (w końcu polski dokument jest ważny przez rok od wjazdu do USA). We wtorkowe popołudnie wybrałem się kupić polisę. Sprzedawca wyliczył składki, skserował wszysztkie papiery jakie w miałem, poopowiadał o lokalnym piwie i koledze, który ma narzeczoną z Polski itp. Mimo zmarzniętych stóp (zapomniałem, że w sandałach można chodzić tylko na zwenątrz, budynki są wychłodzone klimatyzacją do idiotycznie niskich temperatur) wizytę uważałem za udaną do momentu gdy po kilku wizytach u szefa i kilku telefonach nasz przyjazny sprzedawca z lekko niewyraźną miną zaczął coś kręcić. Miał dwie nowiny – dobrą i złą. Zła jest taka, że ubezpieczenie musi być wydane na tutejsze prawo jazdy. Dobra wiadomość to taka, że dadzą mi okres przejściowy na wyrobienie papierka. Gdy głęboko oddychałem z ulgą przyszła wiadomość uszczegóławiająca: na dostarczenie prawa jazdy mam czas do soboty, tzn. cztery dni.

Założyłem, że skoro dają takie warunki to znaczy, że zadanie jest wykonalne (w domyśle wykonalne dla amerykanów = nawet mój pluszowy miś powinien dać radę jak się na chwilę przestanie gapić w okno).
Z ubezpieczalni wróciliśmy około 19:00, co dawało mi około pięciu godzin na naukę do egzaminu – idealnie na przeczytanie oficjalnego poradnika kierowcy oraz zakupienie listy czterdziestu najczęsciej spotykanych pytań i odpowiedzi (czytaj: daniu się nabić w butelkę na $9.95).

Rejestrowaniem samochodów zajmuje się tutaj urząd poborcy podatkowego, podczas gdy prawami jazdy wydział bepieczeństwa publicznego (Ci sami, dla których pracowal Chuck Norris jako Strażnik Teksasu). Pod drzwiami pierwszego urzędu byłem kilka minut przed otwarciem, a wychodziłem z niego dokładnie po sześciu minutach z dwiema nowymi tablicami i znacznie mniejszym uciskiem w portfelu. Nie wyobrażam sobie, żeby dało się sprawniej zarejestrować auto – mało która kawiarnia w sześć minut umie przygotować dobrą kawę. Jednak urzędnik to bestia myśląca i przy braku procedur do skomplikowania cała pomysłowość i kreatywność urzędników znalazła ujście w wymyślaniu obowiązkowych dopłat. Oficjalna strona Texasu mówi, że podatek za przerejestrowanie auta z innego stanu wynosi $90, moja kochana administracja policzyła*:

  • opłata za podanie o wymianę dowodu rejestracyjnego (title) – $13
  • składka na fundusz mobilności (texas mobility fund; zrzutka na remonty dróg) – $15
  • opłata na terp (fundusz na rzecz redukcji emisji spalin) – $5
  • podatek od sprzedaży (samemu sobie, ale z innego stanu – to co miało być) – $90
  • opłata za naklejkę rejestracyjną na szybę (!!!) – $50.75
  • opłata za zarejestrowanie tranzakcji – $1
  • opłata drogowo/mostowa (cnty road bridge add-on fee – tłumaczenie bez treści, bo google nie wie co to i po co to jest) – $10
  • fundusz bezpieczeństwa dzieci – $1.5
  • opłata za automatyzację (automation fee – fundusz celowy na rzecz utrzymania automatyzacji pobierania podatków**) – $1
  • opłata za płacenie kartą debetową – $5.3

Razem: $192.55 (214% ceny z cennika).

Pieniądz nie ręka. Podbudowany sukcesem i sprawnością administracji udałem się do drugiego urzędu oddalonego nie dalej niż cztery minuty od pierwszego. Cieszyłem się, że jestem zaraz po otwarciu – chwila moment i… widzę kolejkę jakby szynkę rzucili. Po krótkiej rozmowie w inforamcji dowiedziałem się, że absolutnie nie ma szans, żeby zdać cały egzamin jednego dnia, mogę spróbować jutro, tylko muszę przyjść “wcześniej”. Urzędnik wyraźnie niekomfortowo się czuł podając tę informację, na szczęście podmocni Teksańczycy, momentami dość wylewnie, przedstawili rzeczywistość – dobra pora na zajęcie miejsca to 5:30 rano.
Gdy po kilku chwilach zdołałem zamknąć rozdziwioną ze ździwienia gębę usiadłem pokornie w wypchanej poczekalni czekając na egzamin teoretyczny, do którego miałem zaszczyt przystąpić po niespełna godzinie. Najtrudniejszą część egzaminu stanowił test wzroku, który nie poszedł mi zbyt dobrze bez okularów (naprawdę połowa cyferek wyglądała jak 6!). Test składa się z trzydziestu pytań jednokrotego wyboru wyświetanych na rozgruchotanych komputerach z ekranem dotykowym (“tylko proszę nie siadać przy numerze dwa, zacina się”). Pytania były często żywcem wyjęte z broszurki, zatem potrafiłem odpowiedzieć nawet na pytania typu “ile cali od krawężnika można znajdować się przy parkowaniu równoległym”*** i podobne. Poległem tylko na jednym, gdyż przeglądając materiały pominąłem rozdział “Kary dla nieletnich za jazdę pod wpływem” jako absolutnie mi do niczego nieprzydatny.

Egzamin praktyczny zaatakowałem dziś, tj. w piątek. Wyszedłem z domu o 5:10 rano, żeby zająć pierwszą pozycję w kolejce, zdać i jak najszybciej wracać. Pod urzędem byłem o 5:27 w nocy, dzięki czemu do egzaminu podszedłem z szóstej (!) pozycji. Tak, 2.5h przed otwarciem przybytku zaczęliśmy koczować w trzaskającm mrozie (niecałe 14st C) i dalej nie byłem pierwszy (choć w czołówce, Ci co przyszli o 6:30 mogą się już nie załapać). To musi być utarta procedura – większość ludzi była dobrze przygotowana – przynieśli sobie turystyczne krzesełka. Przed oczami miałem dawny łódzki urząd komunikacji, “staczy” i godziny wyczekiwania do okienka. Wrażenie nasiliło się szczególnie gdy ujawniła się lokalna grupa staczy – instruktorów jazdy trzymających miejsca dla swoich pupili. Około 7:45 miałem ochotę kupić bilet na samolot i wiać z USA – nie wiem co było bardziej przerażające – obojętność urzędników, którzy znają sytuację czy bierność ludzi, którzy traktowali stanie w kolejce w środku nocy jako coś normalnego. Kurde musi przyjechać przez płot poskakać.

Na egzamin praktyczny zarezerwowane jest 15 minut, w co wlicza się szybki przegląd sprawnosci świateł w aucie oraz wizyta z Panią do okienka w budynku celem uzupełnienia papierkologii, co nie zostawia za dużo czasu na pojeżdzenie. Pierwszym manewrem do wykonania jest parkowanie równoległe*** tyłem w miejscu, gdzie można spokojnie wjechać przodem i to raczej dużą ciężarówką. Nie trzeba stać równo ani w legalnej odległości (mniej niż 18 cali – nauczyłem się!), ważne, żeby nie przewrócić kijów. Typowy egzamin sprawdza “obserwację”, czyli jak kandydat sprawdza okolicę przed manwerami, używanie kierunkowskazów, zachowanie przy znakach stopu, kontrolę nad autem, zawracanie, hamowanie awaryjne, wybór pasa jezdni. Mój egzamin nie był do końca tyowy – kilka skrzyżowań ze stopami i koniec. Każdy egzamin kończy się poradami egzaminatora – dostało mi się za nabyty w łodzi (celem unikania dziur przy krawężnikach) zwyczaj jeżdżenia trochę bliżej osi jezdni.
Wychodząc z urzędu miałem w rękach wydrukowaną kartkę A4 z napisem “tymczasowe prawo jazdy” oraz świadomość popełniania przestępstwa – nie chcieli zabrać mojego polskiego prawa jazdy, a tutejsze prawo karze surowo za posiadanie dwóch dokumentów uprawniających do jazdy autem. Nie da się tu nie łamać prawa.

Podsumowując, rzeczywiście zdawanie prawa jazdy w Texasie nie należy do najtrudniejszych, chociaż dziś widziałem dziewczę, które walczyło z ciężkim wyzwaniem – z pierwszych ośmiu pytań źle odpowidziało na pięć, w tym “Co oznacza znak ograniczenia prędkości widoczny na zdjęciu poniżej?”.

Na koniec mała ciekawostka: na egzamin mogłem przyjechać samodzielnie, gdyż posiadam międzynarodowe prawo jazdy. Jeśli bym nie zdał egzaminu, to i tak bym sobie mógł wrócić autem do domu, bo egzamin określa czy mogę mieć tuejsze prawo jazdy, a nie przywilej zezwalający na poruszanie się autem po drogach.

* Wyjaśnienia moje, na rachunku wszystko jest tak napisane, żeby się nie dało odczytać i zrozumieć bez słownika oraz dostępu do internetu, a w niektórych przypadkach nawet z tymi pomocami…
** Z tego co zrozumiałem, to zamiast cieszyć się, że na automatyzacji procesów oszczędzają duże pieniądze, to dorobili drugi filar sukcesu przedsięwzięcia. Opodatkowali używanie swoich własnych narzędzi, genialne! Trochę jak grecki taksówkarz – dopłata za odebranie telefonu, dopłata za podjechanie, dopłata za walizki, dopłata za duże walizki… Niech się grecy uczą, można dorobić jeszcze: dopłatę za wizytę u mechanika, dopłatę za tankowanie paliwa oraz dopłatę za regulację fotela kierowcy.
*** Co jest o tyle bezużyteczne, że w Teksasie tego typu miejsca parkingowe właściwie nie występują.

Share