[USA] Dziennik z podróży, dzień siedemnasty

Szukanie domu otworzyło przede mną zupełnie nowe spektrum wyzwań, po staropolsku zwanych problemami, ale teraz jesteśmy nowocześni i problemów mieć nie wypada. Wyzwania poddają się dość dobrze kategoryzacji, wyróżniłem trzy główne grupy. Są to
* wyzwania lokalizacji, typu i kosztu
* wyzwania samosprzedawania sobie domu
* wyzwania “kto by pomyślał”

Z wyborem mieszkania powinno być jak z przygotowywaniem obiadu – proces gotowania nie powinien trwać dłużej niż czas jedzenia. Patrząc na nasze postępy w wyborze domu, to gdybym nie ustalił z obecnym wynajmującym daty wyprowadzki, to moglibyśmy szukać nowego miejsca miesiącami. A już na pewno byśmy je przełożyli na później, bo to jest ciężka robota, która przyności zadziwiająco mało satysfakcji. Może to jest pomysł na serwis internetowy – zrobić wyszukiwarkę domów, która działa, jest miła w użyciu i podaje wszystkie potrzebne dane. Jakby ktoś chciał, to mam w głowie przygotowany zbiór wymagań*, tylko siadać, pisać** i zrealizować na tym amerykański sen.

Zauważyłem bardzo ciekawą rzecz związaną z wyborem mieszkania – w momencie gdy oglądam dane miejsce, to od razu mi się podoba, a wieczorem na spokojnie widze je znacznie gorzej. Z każdym, które odwiedziłem tak miałem. Jedno było wielkie, ale poważnie zużyte, gospodarz nie bardzo palił się do remontów. Drugie było rewelacyjne, równie ogromne, tylko troche na zakuprzu i zakopcone papierosami. Trzecie było średniej wielkości, w pięknej okolicy, blisko do transportu publicznego, tylko facet – majsterkowicz, który mnie oprowadzał od razu pokazywał co będzie w domu remonotował “nie więcej niż kilka godzin dziennie”. A bloku, który dziś widziałem od razu drzwi nie dawały się otworzyć, a korytarz wypełniał śpiew jednego ze współlokatorów (znaczy ktoś darł japę do melodii współczesnej piosenki).

Zastanawiam się, czy ten optymizm przy oglądaniu nie wynika z potrzeby bycia dopieszczanym przez sprzedawcę. Może w przypadku, gdy sprzedawca się nie sprawdza to ja sam wchodzę w jego buty i sobie dopowiadam? Ta świeża (3 min temu) myśl zmusiła mnie do przeredagowania całego akapitu. Jeszcze przed chwilą nie mogłem wyjść z podziwu nad brakiem umiejętności sprzedaży prezentowanym przez wynajmujących. Objawiała się to tak, że każdy z nich oprowadza po budynku, ale ani nie zagaduje, ani nie próbuje do niczego przekonywać, nie wspominaja o dalszych krokach – muszę ciągnąć ich za język. Sprzedawcy, z którymi rozmawiałem przez telefon są nielepsi – nie oddzwaniają, w czasie rozmowy nic nie proponują, tylko biernie odpowiadają na pytania. A to może to jest taka strategia “na litość” – jestem tak beznadziejny i wyglądam na zbitego psa, więc sam sobie sprzedaj…
Jutro mam zamiar spytać mojego współlokatora jak to wygląda oczami Amerykana. Jeśli jednak moja teoria o powszechnej beznadziejności jest prawdziwa, to proszę – oto kolejny pomysł na biznes – wynajem domów z nastawieniem “pomogę” zamiast “przyszłem więc jestem”.

Fakt, że pralka jest tu towarem luksusowym zaliczam do trzeciej kategorii wyzwań. Jeśli mieszkanie ma dostęp do pralki, to jest to w ogłoszeniu oznaczane jako wielka zaleta. W przypadku tych, do których cywilizacja jeszcze nie dotarła, czasami podawana jest odległość do publicznej pralni – jeśli akurat jest blisko. Więszkość mieszkań ma pralkę albo w piwnicy (jest wtedy dzielona z innymi mieszkańcami budynku) albo gdzieś na terenie osiedla, wtedy pralka służy kilku domom. Znaczna część pralek działa na monety. Jakoś ciężko mi to sobie wyobrazić – we własnym domu schodzę do własnej piwnicy i jeśli akurat mój sąsiad nie korzysta z pralki, to mogę wsadzić w nią osiem ćwierćdolarówek i sobie coś wyprać. Następnie za następne 8x$0.25 mogę skorzystać z suszarki. Jedyny apartament z pralką wewnątrz mieszkania kosztował tyle ile wynosi moja pensja. To musi być kwestia regulacji prawnych, zostawiam do sprawdzenia przy okazji.

Druga rzeczą z tej samej kategori jest to, że niektóre oferty są oznaczone jako “deleaded” (odołowione). Yahoo szybko odpowiedziało (bo jest lepsze niż google w odpowiadaniu!), że w Massachusetts jeśli ktoś wynajmuje dom rodzinie z dzieckiem do lat dziesięciu, to musi przedstawić cetryfikat odołowienia domu. Wynika to z tego, że do lat sześćdziesiątych używali tu farb ołowianych, które mogą być szkodliwe gdyby dziecko postanowiło zjeść całą ścianę farby. Większość budynków była w ciągu ostatnich 50 lat odmalowana przynajmniej raz farbami nieołowianymi, ale uznali, że cząsteczki ołowiu mogły wniknąć w drewno, które jest pod nową farbą. Dziecko, któremu śni się, że jest kornikiem, mogłoby się przegryźć przez farbę, wyrwać kawałek belki i połknąć. Uroku sprawie dodają dwa fakty: odołowianie jest wymagane także w przypadku budynków wybudowanych po zaprzestaniu używania farb z ołowiem oraz to, że zgodnie z prawem właściciel nie ma prawa odmówić wynajęcia domu komuś, kto ma dziecko. To mi wyjaśniło dlaczego każdy pyta w zakamuflowany sposób “a ile osób będzie się wprowadzało”.

Trzecia dziwność, która na szczęście mnie nie dotyczy, to stosunek wynajmujacych do zwierząt. Posiadacze psa czy kota muszą liczyć się ze sporymi wydatkami w postaci kaucji oraz miesięcznych opłat, które są naliczane na różne dość pomysłowe sposoby – najczęściej od rasy i wagi w funtach. Niektórzy wynajmujący bywają bardzo precyzyjni, wymieniając dozwolone zwierzęta, np: “Cat, domestic bird, fish tank (not to exceed ten gallons), hamster, guinea pig and rabbit. ” – “kot, domowy ptak (bażant? paw?), akwarium do 37 litrów***, chomik, świnka morska i królik”. Szynszyle już się nie mieszczą w zakresie dozwolonych.
Zastanwiałem się jak oni egzekwują ograniczenia wagi zwierzęcia, tj. czy liczy się tylko moment wprowadzenia czy może później regularnie ważą? Jeśli ważenie jest jednorazowe, to można szczekacza troche przegłodzić. Nie dość, że oszczędzi się w tym czasie na karmie, to jeszcze czynsz potem będzie niższy. Albo może wsadzić w psa wsadzić balonik z helem, żeby mu ciągnęło tyłek do góry?

Jest 7:54 w Polsce, czas spać!

* Niektóre krytetia, które służyły nam do wyboru: czas dojazdu do centrum Bostonu; czas dojazdu do Cambridge; dostępność basenu, kortów tenisowych i stołu do bilarda; odległość od autostrady; dostępność komunikacji publicznej do najbliższego sklepu; bezpieczeństwo; cena; rodzaj sąsiadów; dostępność internetu; jakość budynku i wyposażenia; natura w okolicy; opinie w internecie o miejscu oraz obsłudze itd.
** Można śmiało przepisać to żywcem http://www.nestoria.co.uk i http://www.rightmove.co.uk/.
*** Co wg. google wyprodukowało całkiem poważny rynek na dziesięciogalonowe akwaria.

Published
Categorized as USA

By mgorecki

http://mgorecki.net/index.php/about/

3 comments

Leave a comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *