[USA] Dziennik z podróży, dzień jedenasty

Dzień jedenasty, zastanawiam się czy nie przestać liczyć dni. Szcześliwi podobno czasu nie liczą, od czegoś trzeba zacząć.

W ramach odnajdywania szczęścia wyskoczyłem dziś po lokalnego chińczyka. Buda wyglądała znajomo, pachniało dobrze, zamówiłem zestaw standardowy. Po odczekaniu paru minut dostałem worek, nie, wór jedzenia! Niedużą wieś w Afryce by tym można wykarmić. Wcześniej myślałem, że nie istnieje coś takiego jak “za dużo chińskiego”, ale tu mnie pokonali.

W pracy dostałem nowego laptopa Dell, tym razy wyprodukowany nie w Łodzi tylko w Chinach. Coś źle w nim przemyśleli i buczy jak się podłączy słuchawki, dało mi to pretekst zwiedzenia nastepnego sklepu z elektroniką, a to z kolei stało się pretekstem do przejażdżki po Cambridge. Miasto już od pierwszego spojrzenia wywołało we mnie bardzo silne pozytywne wrażenie – brzegi Charles River (którą skromny król Angielski Charles I nazwał swoim imieniem) porośnięte są trawnikami, przy których biega dużo studentek. Przepiękny widok… mosty, stare budnyki itp Miałem okazję dobrze się poprzyglądać, bo dość długo stałem tam w korku. Dwa razy.

Harvard obejrzałem tylko z samochodu, na pierwszy rzut oka przypomina college z… Cambridge, tego prawdziwego. Dokładniej zbadam tamten teren w sobotę – idę na unconference Barcamp w ten weekend, która odbędzie się w siedzibie Microsoft NERD (New England R&D), zaraz za rogiem. A jak nie, to we wtorek, bo wtedy jade się tam pozaprzyjaźniać z młodymi przedsiębiorcami i inwestorami z Boston Entrepreneurs’ Network. Rozdam 100 wizytówek (tzn o ile nie zapomne zobie ich zrobić), liczę, że w ten sposób uda mi się poznać tą lepszą część Amryki – wstęp do mojego Amerykańskiego Snu.

ps. Szukam ochotnika z Łodzi, który nadłoży trochę drogi i kupi mi pamiątkowego politechnicznego misia. Dostępne są w Bibliotece Politechniki za jedyne 12PLN! O rany! Zaczynam mówić jak Amerykanin – “za jedyne”…

Share

[USA] Dziennik z podróży, dzień dziesiąty

Przeżyłem dekadę! Dziś miało być pozytywnie, dostałem nawet dość sztywne wytyczne od małżonki, że zalet ameryki mam wymienić dziesięć. To no wymieniam!

10. Pizza – dokładnie taka jaką uwielbiam i jaka zawsze kojarzyła mi się z amerykańskim stylem bycia. A w szczególności to Pepperoni, tak pyszna jak Pepperoni z Dominos, którą zajadaliśmy z Pawłem Wierzchowskim.

9. Niskie ceny – właśnie wróciłem z pubu, w którym za dużą colę zapłaciłem $2! Ile kosztuje piwo nie wiem, bo kierowca mi zastrajkował i musiałem sam prowadzić. Paliwo wciąż kosztuje połowe tego co w Europie. Telewizory, komputery, kable – wszytsko naprawdę tanio. Przed samym przyjazdem tutaj, z powodu postępującej sklerozy, musiałem kupić nowe słuchawki. Znalazłem je tutaj w sklpeie za dokładnie połowę ceny (nawet po dodaniu podatku).

8. Docenianie wiedzy i pracowitości – pozycja osoby bardzo zależy tutaj od wykształcenia, które posiada i zaangażowania w to co robi. Przynajmniej tak mi powiedzieli na szkoleniu. Powtórzyli trzy razy to musi być prawda. Po pierwszej podwyżce się dowiem, czy to prawda. Martwi mnie odrobinę kryterium “pracowitość”, moja postanowiła ustąpić miejsca woli poleżenia sobie.

7. Docenianie sukcesu – znaczna większość ludzi uważa, że odnoszenie sukcesu (finansowego, społecznego) i korzystanie z niego, to powód do dumy. Ludzie, którzy zarobili samodzielnie nie spotykają się z zawiścią, tylko z uznaniem. Przynajmniej tak mówią w radio. Odrobine zastanawiające jest to, że mówią o tym często, słyszalem już to trzy razy, a słucham radia tylko w aucie.

6. Bezpieczeństwo na ulicach – pomijając okolice o złej reputacji to jest tu naprawde bezpiecznie. W takim zakuprzu jak Arlington wieczorem jest idealna cisza, dość często widać policję (dopiero tu widać jak w Europie mało jej jest). Tzn obecność policji nie jest specjalną zaletą, raczej niewielką ceną za to, żeby kurierzy i listonosze zostawiali paczki na ganku z uzasanioną wiarą, że poczekają tam na adresata. Miałem napisać “właściciela”, ale w sumie właścicielem paczki łatwiej jest zostać niż jej adresatem ;)

5. Gwarancje na używane samochody – sprzedawca samochodu nie ma prawa odmówić naprawy gwarancyjnej używanego auta, jeśli usterka upośledza jego właściwości jezdne. Ten punkt jest trochę wyrazem mojej nadziei, że mi naprawią skrzynie biegów. Internetowa mądrość mówi, że dolanie oleju powinno rozwiązać problem szarpania i trzęsienia się. Zobaczymy co powie serwis, bo jak to z tą internetową mądrością bez odpowiedzialności bywa różnie. Wszyscy trzymamy kciuki za to, żeby ten podpunkt był prawdziwy.

Siedze i wymyślam i coraz bardziej na siłę wychodzi, więc przestaję. Pisanie na zamówienie nie wychodzi mi najlepiej. Pocieszne tylko jest, że siedząca we mnie maruda prowadzi ze mną dialog do złudzenia przyponiający “Co nam dali Rzymianie?”

Zatem co ma Ameryka do zaoferowania poza:
– zamożnością, dostępem do wszystkich możliwych towarów świata
– przepięknymi parkami narodowymi, miejscami wypoczynku, kurortami, plażami, lasami, jeziorami, oceanami, pomnikami
– dostęp do nauki i technologii
– wolnością
– równymi szansami
– konferencjami i darmowymi wykładami na jednych z czołowych uczelni świata
– zabawkami (elektronika, gadżety, samochody)
– największą siecią autostrad na świecie
– doskonałymi połączeniami lotniczymi
– drugim na świecie skupiskiem teatrów (Broadway 40 : Lodnyński West End 52)
– docenianiu pracowitości
?

Nic, naprawde nic wartego uwagi… nie ma co wymyślać.

Share

[USA] Dziennik z podróży, dzień dziewiąty

Dzisiaj nie stało się nic. Większość dnia przesiedziałem w pracy, co dało mi czas na trochę dodatkowych refleksji i pomysłów, bo chwilowo mi płacą za czekanie. Jendocześnie narasta moje zmęczenie tym co zastałem, poszukiwaczy dobrych wiadomości zapraszam jutro, bo dziś będzie marudno.

Zacznę jednak od podzielenia się pomysłem, który może zrewolucjonizować moje podejście do tego kraju. Szanowna Żona wyraziła wstępnie zgodę (jak to czasme pięknie jest jak ludzie się zgadzają na coś nie zdając sobie sprawy z konsekwencji. I nie mówie tylko o Ewelinie, ja się też zgodziłem bez dokładniejszego przemyślenia), a że ostatnio realizuję zadziwiająco znaczną część pomysłów, które wydumałem, więc może już za kilka miesięcy będę przemierzał Amerykę domem na kołach! W tygodniu praca, w weekend przemieszczanie się i zwiedzanie. Poniżej znajduje się filmik reklamowy jednego z lepszych RV (Recreational Vehicle):

Skoro nie muszę pojawiać się w biurze wogóle, to co za różnica czy jestem w Iowa czy Arkanzas? Zupełnie serio nad tym myślę.

Zostawiając myślenie wróćmy do faktów. Dziś widziałem na drodze coś, co pozwoliło mi zrozumieć dlaczego Boston wydał w ciągu ostatnich 20 lat 14.5 miliarda dolarów na wykopanie tunelu pod miastem i puszczenie nim autostrady (przedsięwzięcie nazywane Big Dig). Była to największa inżynieryjna praca związana z autostradami w historii Ameryki. Głównym powodem było to, że istniejąca wcześniej autostrada jadąca przez miasto miała za dużo krótkich zjazdów i wjazdów, przez co była bardzo niebezpieczna, a do tego się zapychała.

Wyobraź sobie sytuację, że zjebżdzają się dwie trzypasmowe drogi, które szły równolegle, tylko jedna górą (po lewej), druga dołem (prawe trzy nitki). Kierowcy jadący górną (lewą) drogą chcą skręcić w prawo, bo tak jest zbudowany przejazd. Muszą przeciąć trzy nitki ruchu jadącego z prędkościami autostradowymi (tu 55mph – 90km/h). W Europie taki manerw byłby niewykonalny lub wręcz nielegalny. Tutaj kierowcy zatrzymują się na prawym pasie lewej części i czekają na przesmyk, żeby sie przedrzeć. Osoby jadące górnym wiaduktem muszą ostro hamować, bo na środku drogi stoi sobie kilka samochodów i czeka. Stojący czekają i próbują wykorzystać całą moc silników, żeby zdążyc przeskoczyć. Jednym z czekających byłem ja i tylko zaciskałem zęby, żeby coś mnie nie sprasowało z tyłu i żeby moje 2.4 litra uciągnęło mne w przód wystarczająco szybko.

Powyżej opisana sytuacja jest dość typowa tutaj. Po kilku dniach pobytu tutaj coraz częściej mam wrażenie, że Ameryka nie poradziła sobie z utrzymaniem rozwoju i zostaje bardzo poważnie z tyłu. Wydaje mi się, że ten kraj utknął w latach dziewiędziesiątych i nie ma w nim woli, aby ruszyć do przodu. A to dlatego, że ruszanie do przodu kosztuje, a obecna tu kultura pieniądza wymusza wyciskanie ostatniego grosza z tego co już jest. To co będzie za 10-20 lat się liczy znacznie mniej niż to ile będzie dolarów w kieszeni za miesiąc i dwa. Za 10 lat na pewno managerem będzie ktoś inny i to będzie jego problem, obecny manager weźmie premię za wynik finansowy tu i teraz. To jest wyjątkowo krótkowzroczna polityka i widać, że Massachusetts na już na tym cierpi.

Przykładów na problem zastoju w przeszłości widziałem już wiele. Wsomnianym przykładem są drogi, które wpradzie są znośne w porównaniu z Łódzkimi (przepraszam), ale na tle Francji czy Anglii są daleko z tyłu. Oznaczenie, jakość nawierzchni (pełno dziur!), organizacja ruchu – to wszystko ma ponad 20 lat i niestety ledwo wystarcza na obecną chwilę. A wynika to z tego, że dawno temu wybudowali najlepszą sieć dróg na świecie, mieli z czego być dumni i tak zostało. Amerykanie nie inwestują w to co już mają, więc zostali z tym co było w latach 90-tych czy wręcz 50-tych.

Ten sam problem widać w każdej dziedzinie życia:

  • recycling – w Massachusetts przetwarza się mniej niż połowę tego co w Londynie (który płaci publicznymi pieniędzmi za unowocześnianie segregacji śmiec)
  • pociągi podmiejskie – jeżdzą bardzo rzadko i są bardzo wiekowe
  • internet – w mojej obecnej taryfie mam maximum Egde, co daje jakieś 1/10 prędkości, którą na tym samym sprzęcie dostawałem w Europie
  • czeki – system bankowy tkwi tu w średniowieczu. Więszkość transakcji kartą jest zatwierdzana bez pinu, często też bez podpisu, podstawą wiarygodności są czeki, które przeciętnie zdolny nastolatek może drukować na domowej drukarce
  • zakupy przez internet – w porównaniu z Europą to żart. Dziś już się śmiałem (trochę nerwowo) na głos, gdy próbowałem doładować telefon przez internet. Aby to zrobić muszę się skontaktowąć z obsługą firmy, która realizuje płatność. Niestety było to nie możliwe, ponieważ nie mogli do mnie się dodzwonić, ponieważ nie miałem pieniędzy na koncie, a tutaj płaci się za odbieranie rozmów. Utknąłem w martwej pętli…
  • tak, dobrze wyżej napisałem – nie mogli do mnie zadzwonić, bo płaci się tu za odbieranie telefonu. Jak w Centertelu w 1993. W mojej taryfie płacę tyle samo za odbieranie, co za dzwonienie. Za odbieranie SMSów też się płaci. Internet mobilny kosztuje $1.5/dzień! Miesięcznie to jest 30 funtów!

Itd, Itp.

Obiecuję jutro napisać coś poztywynego. I nie tylko o najlepszej pizzy świata, którą tutaj serwują. Zacofanie ma też swoje dobre strony! :)

Share

[USA] Dziennik z podróży, dzień ósmy

…czyli dzień kiedy skakałem z jadącego pociągu.

Dzisiejszy dzień obfitował w wydarzenia, które przypomniały mi stare powiedzienie “uważaj czego chcesz, bo się może spełnić”. Wcześniej wyrażałem swoje niezadowolenie z braku inicjatywy u Amerykanów, zemściło się.

Po porannym szkoleniu w pracy z obsługi emaila pojechałem wymienić auto – oddać jedno do wypożyczalni i odebrać to, które kupiłem. Miejsca, które miałem odwiedzić są rozstrzelone daleko od siebie, więc przygotowałem się do drogi (“If you fail to plan, you can plan to fail”) i uzbrojony w GPS, google maps oraz przewodnik po mieście wyruszyłem w drogę. Trasa była długa, ale stosunkowo prosta – dojazd autem, przesiadka w bus na lotnisko, potem metro, przesiadka w pociąg podmiejski, 2km spaceru i już mogę odbierać auto.

Pierwsze schody pojawiły się gdy próbowałem w centrum Bostonu zatankować auto. Wg. przewodnika lokalni kierowcy są dumni ze swojej agresji i luźnego przywiązania do przepisów, czym zasłużli na miano masshole, ktore ma dwa znaczenia:
– dla lokalnych jest to wyraz uznania dla umiejętności “cwanej” jazdy
– dla reszty amerykanów to epitet składający się z połącznia nazwy stanu i słowa dupek
Rzeczywiście dość szybko odkryłem, że niektórzy jeżdżą wielkim klaksonem, do którego przymocowano kawałek auta. Byłem całkiem szczęśliwy, że nie trąbiono na mnie, jako, że mój przewodnik ostrzega, żeby nie wdawać się z Amerykanami w przepychani na drodze. Oni wożą broń, ja nie. Rozmawiałem o tym z moim gospodarzem i powiedział, że wprawdzie nie słyszał, żeby w Bostonie ktoś kogoś zastrzelił z broni palnej, ale znany jest przypadek, gdy w trakcie gorącej debaty o pierwszeństwo jeden z jej uczestników wyciągnął z bagażnika kuszę i przestrzelił drugiego na wylot.

Na lotnisku utknąłem na moment szukając stacji metra. Po dłuższyej analizie map i tablic informacyjnych odkryłem, że srebrna linia metra jest tak naprawdę linią autobusową i tylko dla zmyłki jest zaznaczona jako metro (jak to wieszcz przewidział “…tylko tak się śmiesznie nazywał, że Boryna bo niby ma grabie.”). W przewodniku doczytałem, że ten sposób oznaczenia został wybrany, ponieważ ten autobus jeździ szybko i daleko. Nie przekonuje mnie to tłumaczenie. Wsiadłem, zapłaciłem, nie dostałem biletu (kierowca mnie odmachał mówiąc, że bilet nie jest potrzebny). Po kilku minutach wysiadłem na stacji South Station, żeby się przesiąść w pociąg podmiejski i się zaczeło…

Gdy zatrzymałem się na chwile przy tablicy z rozkładem, żeby popatrzeć gdzie mam pojechać, zaczął do mnie krzyczeć jakiś facet oferując pomoc. Przez pół korytarza krzyczał sporo gestykulując, potem prężnym krokiem podszedł proaktywnie rozwiązując mój problem, którego nie miałem. Nie wiedział gdzie jest moja stacja docelowa – Norwood, więc zaczął energicznie zatrzymywać przechodzących ludzi. Próbowałem podziękować za pomoc, ale facet wyraźnie poczuł misję i widać po nim było, że nic go nie powstrzyma. Był spory, więc postanowiłem mu pozwolić odprowadzić się po schodach. W tym momencie mój wybawca doznał olśnienia – ja nie powinienem jechać pociągiem tylko taksówką, więc zaczął mnie prowadzić na postój, zupełnie ignorując mój sprzeciw. Jak sam stwiedził “on nie lubi jeździć pociągami, nie można na nich polegać, taksówka będzie lepsza”. Odrabiając pracę domową wczoraj sprawdziłem, że taka przejażdzka by mnie kosztowała $60 oraz pozbawiła pretekstu do wypróbowania transportu zbiorowego, więc ucieszyłem się, że akurat taksówek nie było. Nie przeszkodziło to pomocnemu bohaterowi, który wyszedł na ulicę zatrzymywać taksówki w drodze. Gdy jedena się zatrzymała i zagadałem do kierowcy przez uchylone okno, mój pomocnik wyraził głośny sprzeciw i zaczął mnie nakierowywać na tylne siedzenie. Rzutem na taśmę stwierdziłem, że za drogo dla mnie licząc na to, że się podda. Nie doceniłem wytrwałości rodziny Wuja Sama – mój przyjaciel zaczął się w moim imieniu targować z taksówkarzem. Na moje szczęście ten okazał się burakiem, coś odburknął, machnął ręką i odjechał. Prawdziwy wojownik walczy do końca, więc mój niestrudzony przewodnik postanowił jednak pomóc mi skorzystać z pociągu. Przeprowadził ponowny rekonesans i korzystając z inforamcji losowo przesłuchiwanych przechodniów wybrał mi pociąg jadący w złą stronę po czym wskazał mi kasy należące do innej lini kolejowej. Podziękowałem serdecznie i zwiałem.

Pociąg nie wyróżniał się niczym ciekawym poza dostępem do intrenetu. Pamiętając swój paryski mandat za jazdę z biletem* uważnie obserwowałem co się będzie działo. Widziałem bardzo pomazane i zaniedbane stacje kolejowe, wysokie na 5 metrów nasypy na stacjach (nie patrz w dół!) i pracę kontrolera, który w biletach z paskiem magnetycznym wycinał dziurki jak w pkp w latach osiemdziesiątych. Pani kontrolerka miała grobową minę i wogóle nie zwracała uwagi, że każdy wycięty kawałek biletu zrzuca na ziemię. Zastanawiając się czy tak sobie znaczy teren gdzie już była dojechałem do mojej stacji przeznaczenia, na której odkryłem, że drzwi w moim wagonie się nie otwierają, bo tylko pół pociągu mieści się na stacji. Szybki rajd przez wagony pozwolił mi dobiec do otwartych drzwi. Robiąc krok przez nie zauważyłem, że peron wyraźnie zaczął już odjeżdzać. Zawsze chciałem zobaczyć jak to jest skakać z jadącego pociągu. Kolejny dowód na to, że trzeba uważać czego się chce…

Po pół godziny spaceru zobaczyłem go – złoty Chrysler czekał już na mnie na parkingu. Wyżebrałem kawę, dostałem kluczyki, nowe dywaniki oraz inforamcję, że dowód rejestracyjny mam trzymać w schowku. I tak oto stałem się prawdziwym amerykanem – nie mam domu na przyszły miesiąc, ale auto jest :)

* nigdy nie zapomne przepełnionej satysfacją mordy francuskiego kontrolera wystawiającego mi mandat, przed którym nie mogłem się bronic, bo udawał, że nie mówi po angielsku…

Share

[USA] Dziennik z podróży, dzień siódmy

Pierwszą niedzielę mojego pobytu w stanach postanowiłem spędzić na reklaksowaniu się, okraszając plan drobnymi zakupami w postaci biurka. Do sprawy biurka postanowiłem podejść raczej niskobudżetowo, więc pomyślałem o szwedzkich meblach zrób-to-sam. W USA Ikei jest mało, najbliższa wydała mi się być za daleko, więc postanowiłem poszukać lokalnego odpowiednika. Gdzieś w czeluściach internetu odnalazłem wiadomość, że Walmart oferuje porównywalne produkty. Wybrałem na ich stronie stronie coś co wyglądało nieźle, zamówiłem, zapakowałem Optymisia do auta i wyruszyliśmy by przekonać się, że internet kłamie.

Aby nie robić wycieczki po biurko wybrałem zupełnie losowo park oceanem i pojechaliśy z nadzieją, że będzie tam coś ciekawego. Tym razem los mnie nie zawiódł, okazało się, że wybrana droga prowadzi przez miasteczko Salem. Tak, to Salem od polowania na czarownice!

Salem jest ślicznym miastem eksploatującym w pełni swoją niechlubną historię, która w skrócie brzmi tak: w 1692 grupa znudzonych nastolatek nasłuchała się opowieści o voodoo od służącej pochodzącej z Barbadosu. Gdy zaczęły się zachowywać dziwnie (tarzać po ziemii i gadać głupoty – czy to nie normalne u nastolatek???), ktoś doszedł do wniosku, że są służącymi szatana. Wybuchła panika i rozpoczęło się wielkie polowanie na czarownice, powołano specjalne sądy, które rozpatrywały sprawy w oparciu o dowody niematerialne. W wyniku pomówień ludzi, którzy “widzieli” jak ktoś rozmawia z czarnym kotem albo biega z diabelskim zwierzęciem (Szatan ma podobno w zwyczaju dawać zwierzątko, żeby się opętany nim opiekował), zostało powieszonych 19 osób, a spora grupa została zamknięta w więzieniach. Nagonka na czarownice skończyła się, gdy rodzina głównego sędziego została posądzona o czary. Po przeanalizowaniu oskrażenia sędzia orzekł, że diabła juz w Salem nie ma, umorzył wszystkie pozwy i wypuścił cudownie wyleczonych z więzienia. Amerykański system sprawiedliwości triumforwał!
Na bazie tej historii Salem zbudowało pokaźny przemysł turystyczny – do wyboru jest tam kilka muzeów, sklepy z pamiątkami i akcesoriami magicznymi, czarnoksięskie restauracje oraz salony wróżbiarskie. Mniej lub bardziej dosłowne motywy czarownicy są dokładnie wszędzie. To, plus ogólny urok miasta i dostęp do oceanu spowodowały, że rozważam przeprowadzenie się tam.

Poza Salem duże wrażnie zrobił na mnie market wielkości Ozorkowa. Zjechałem do niego zupełnie przypadkiem – po kubek kawy. Nie potafię powiedzieć jak daleko rozciąga się cały kompleks, ale po wyjściu z jednego budynów ustawiłem GPS na Walmart i pokazał 1.9 mili. Spodziewałem się, że to będzie w sąsiednim mieście, jednak nie – przez całe prawie 2 mile ciągnęły się sklepy, jeden za drugim. Trzy cholerne kilometry sklepów, marketów i galerii handlowych szczelnie otoczone wypełnionym po brzegi morzem parkingów!

Wspomniany wcześniej Walmart okazał się niewypałem – jest to sklep jakościowo zbliżony raczej do biedronki – byle taniej. W ten sposób nie mam biurka, za to wiem gdzie niczego nie szukać. Coś za coś.

Share

[USA] Dziennik z podróży, dzień szósty

Przeczytałem dziś wstęp do podręcznika życia w Ameryce (polecam!). Wcześniej wstęp pominąłem, żeby przejść do informacji praktycznych. To był wielki błąd!

Znaczna część wstępu jest poświęcona szokowi kulturowemu, o którym wiedziałem znacznie mniej niż mi się wydawało. Autor rozróżnia pięć faz tego zjawiska i wymienia dokładnie te objawy, które obserwuję u siebie przy większości dłuższych wyjazdów. W tej chwili jestem na etapie drugim – odrzucenia i niepokoju, tzn trywialne czynności jak kupienie biletu na autobus wciąż sprawiają mi trudność (o tym akurat więcej później będzie), szukam tej samej jakości informacji, jakie miałem w anglii oraz czuje wyraźne niezadowolenie, że wszystko jest inne. Bardzo dobrze zrobiła mi ta wiedza zrobiła – wiem, że nie jestem sam w cierpieniach, wiem co będzie później, wiem też, że tylko od mojego świadomego wyboru zależy czy się zaaklimatyzuję tutaj czy nie. Tego ostatniego wyboru wykonać jeszcze nie umiem.

Sobota w Massachusetts była piękna, moje nastawienie do świata dostosowało się do otoczenia i dzięki temu spędziłem bardzo przyjemny dzień zwiedzając okolicę. Głowne moje przemyślenia dziś dotyczyły tego, że USA to może być dobre miejsce do życia, szczególnie ta część, którą odwiedzam. Zachodnie przedmieścia Bostonu są zamożne, co zapewnia tutaj spokojne życie. Dzieci biegają po ulicach same (co w przewrażliwionym Lodnynie jest bardzo rzadkie), samochody są często zostawiane z otwartymi szybami a niejednokrotnie z włączonymi silnikami. Szkoły to przeważnie piękne, duże budynki z ładnie zadbanymi trawnikami i/lub ogrodami. Myślę, że spokojnie można założyć, że wewnątrz jest podobnie, czego jednak nie będę w stanie zweryfikować w najbliższym czasie, jako że wizyta w szkole by się mogła skończyć odwiedzaniem posterunku. Amerykanie to bardzo rodzinni ludzie, ochrona dzieci jest tu najwyższym priorytetem, momentami przekraczając granicę zdrowego rozsądku. Na przykład przejechanie koło autobusu szkolnego, który ma zapalone czewrone światła oznaczające wsiadanie/wysiadanie dzieci, wiąże się z mandatem do $2000. Przekroczenie prędności o kosztuje $50 za 10mil/h + $5 za każdą dodatkową milę. Ta dysproporcja odzwierciedla lokalny sposób myślenia.

Odnośnie myślenia tutaj – zauważyłem, z przerażeniem, że po tygodniu moje oczekiwania odnośnie spotykanych ludzi zostały znacznie obniżone. Kupując uchwyt do kamery ucieszyłem się, że facet sam wymyślił gdzie można sprawdzić ile waży kamera! Chociaż nie obyło się bez schodów. A było to tak: sprzedawcy w sklepach są tu często proaktywni i biegną do klienta jak tylko zobaczą, że się rozgląda*. Sprzedający szybko wskazał mi gdzie ukryli potrzebne mi uchwyty (a ukryli je sprytnie, tak by nikt im ich nie wykupil) i przystąpiliśmy do sprawdzania czy będzie pasował. Uchwyt do kamery jest w stanie utrzymać 1.6lb, powstało pytanie czy to wystarczająco dużo dla mojej kamery czy nie. Zapytałem i w tym momencie w oczach sprzedawcy zobaczyłem wzrok, który spotkałem już wcześniej; charakterystyczne spojrzenie w dal, poszukiwanie w pustce, coś jak Łamignat gdy z Kajkiem i Kokoszem próbowali Dajmiecha z grodu wyrzucić (“zdecydowanie wole pracować mięśniami niż głową”). Nauczony doświadczeniem, że taki stan może się utrzymywać dłuższą chwilę zaproponowałem rozwiązanie – sprawdźmy pudełko podobnej kamery, może będzie napisane ile waży. Nie było, ale sprzedawca raz naprowadzony na ścieżkę do rozwiązania sam wymyślił, żeby poszukać na ich stronie internetowej. I to mnie ucieszyło, było to więcej niż się spodziewałem.

Mam nadzieję, że ta opisnia nie będzie zbyt krzywdząca, ale wydaje mi się, że kluczem do życia z Amerykanami jest ciągłe naprowadzanie ich na trop. Nauczyłem się tego po kilku dość zaskakujących dialogach:
1. Sprzedawca samochodów: – Czy mogę w czymś pomóc?
Ja: – Tak, chciałbym kupić auto.
S: – OK
Zapada cisza i oczekiwanie (moja wina – nie było pytania, nie było podpowiedzi – nie ma akcji)

2. Kierowca autobusu i ja. Wsiadam do autobusu, kierowca patrzy na mnie i milczy.
Ja: – Chciałbym kupić bilet.
K: – OK
(cisza…)
Ja: – Przepraszam, ile kosztuje bilet? – pytam, bo może niewyraźnie mowiłem wcześniej
K: $1.5
Zapada cisza…
Ja: rozglądam sie – nie ma informacji napisanych ani narysowanych. Kierowca rusza, ja stoję. Po chwili odkrywam stojący obok kierowcy automat do sprzedaży biletów, wkładam pieniądze, wygrywam bilet na przejazd.
(mój błąd – nie spytałem dosłownie jak kupić bilet, tylko zakomunikowałem, że chcę kupić bilet)

3. Dzwonię do ubezpieczyciela po polisę na auto:
U: – Tom Jakiśtam, słucham
Ja: – Chciałbym ubezpieczyć auto…
U: – Rozumiem.
Cisza… (znów popełniłem błąd licząc na to, że to sprzedawca wie co potrzebuje mnie spytać)

Chciałbym wykorzystać chwilę i podziękować wszystkim za odpowiedzi i ogólne wsparcie. Bardzo dobrze jest wiedzieć, że niektórzy zostają blisko nawet jak los wyrzuca Cię na drugą stronę świata.

*Za wyjątkiem tych sprzedawców, którzy mają wszystko gdzieś. Wczoraj wyszedłem ze starbucksa bez kawy, bo nie udało mi się w żaden sposób nakłonić obsługi do podejścia do kasy.

Share

[USA] Dziennik z podróży, dzień piąty

Piątek, koniec wyjątkowego tygodnia, świętuję doskonałym lokalnym piwem Liberty Ale, tzn o ile można nazwać “lokalnym” coś wyprodukowanego w innej strefie czasowej, 3100 mil na zachód. Dla uproszczenia przyjmijmy, że w skali Ameryki jest to poprawne określenie. Naprój* ten jest wyrazisty w smaku, dość ciężki i wyraźnie chmielowy – zupełne przeciwieństwo piw Amerykańskich dostępnych w Europie. Zaczynam mieć nadzieję, że Ameryka ma dużo dobrego do zaoferowania tylko skrzętnie to ukrywa. Moją podróż po Nowym Świecie poświęce weryfikacji tej teorii.

Ilość wrażeń ostatniego tygodnia powoduje, że nie jestem w stanie dzisiaj złożyć sensownego zdania, więc wstawię za to zdjęć. A skoro jedno zdjęcie jest warte tysiąca słów, zaś znormalizowana strona A4 ma słów 250, to pobiłem rekord – 350 słow tekstu + 6000 ze zdjęć, razem ponad 25 stron! Miłego czytania ;)

Region zwany New England jest nawiedzany regularnie przez duże śnieżyce, co skutkuje obecnością sporej ilości tego typu stworów na ulicach:

Ja mieszkam w Arlignton, sąsiednie miasteczko to Cambridge, siedziba elity akademickiej tego kraju. Czasami można o tym zapomnieć i pomyśleć, że jest się w domu:

W Amerycje podobno jest wszystko i we wszystkich możliwych odmianach oraz wariantach. W czasie spacerów odkryłem najbrzydszy park jaki kiedykolwiek widziałem. Znajduje się on w prostej drodze między moim domem a Harvardem. W weekend wybiorę się do parku samej uczelni, liczę, że zrobi na mnie na odwrotne wrażenie niż toto coś.

Przy wieździe do mojego miasteczka znajdują się informacje o terminach spotkań różnych stowarzyszeń. Jednym z nich jest lokalna loża masońka. Dan Brown albo przesadził określając ich tajnym stowarzyszeniem albo był naprawdę mało spostrzegawczy:

W najbliższy weekend odbędą się tutaj wybory władzy miasta, w związku z czym znaczna część gospodarstw domowych wystawiła tabliczki popierające jednego z kandydatów. Jeden z lokalnych biznesów postanowił złapać za ogon kilka srok na raz i poprzeć jednocześnie wszystkie możliwe opcje. Przy okazji zwracam uwagę na treść tabliczek – nawet nie próbują wspominać założeń programu czy prioritetów, nawet przez ukochane przez amerykanów slogany. Trzeba by kiedyś sprawdzić czy kampania oparta o hasło “Głosuj na Marcina” ma szanse zadziałać.

Okolice Bostonu utknęły w rozwoju w połowie lat dziwiędziesiątych. Ten temat zasługuje na osobny artykuł, który już się wypieka gdzieś z tyłu mojej głowy,ale przy zdjęciach nie sposób tego nie wspomnieć. Ostatni dziejszy obrazek pokazuje reklamę, którą sfotografowałem w najbardziej eksluzywnych delikatesach w okolicy. Pięknem tego zdjęcia jest to, że pokazuje jednocześnie kaleką amerykańską estetykę oraz niepodzielnie królującą tu dosłowność:

Udanego weekendu!

*naprój – napój, którym się można napruć, czytaj “napój alkoholowy”.

Share

[USA] Dziennik z podróży, dzień czwarty

Muza opuściła mnie dzisiaj, wieć wpis nie będzie trzymał się kupy i do tego będzie marudny. Serio.

Czwarty dzień pobytu u Wuja Sama zszedł mi w większości na szukaniu i kupowaniu samochodu. Jako “dzikus z innego kontynentu” jestem tu pozbawiony prawa do kredytu, co w połączeniu z ograniczonymi zapasami (oj przejadło się trochę na wakacjach, przejadło) oraz ułańską fantazją i chłopięcymi marzeniami skutecznie uprzykrzyło mi wybór nowej zabawki. Pierwszym pomysłem był zakup czegos “na dwa miesiące”, ale wszystkie tanie auta dosłownie ledwo stały o własnych siłach i z każdego coś odpadało – lusterko, reflektor albo zderzak. Odpuściłem.

Po głębszym przekopaniu internetu i odwiedzeniu kilku miejsc wybór padł na tego oto PT Cruisera (zdjęcie ładnie ilustruje tutejszą rzeczywistość – wszystko jest obklejone reklamami):


Zakup ten symbolizuje zakup nowej ery dla mnie – pierwszy raz w życiu naprawdę się targowałem i zszedłem z ceny o ponad 10%. Paskudna sprawa.

Kupowanie auta jest tu trudne z kilku powodów:

  • proces rejestracji jest prawie tak zawiły jak w Polsce, podobna jest też ilość opłat, dopłat i podatków.
  • sprzedawcy zachowują się jak lemingi, są absolutnie zafiksowani na zaprogramowanej ścieżce. Ja jestem specyficznym przypadkiem, bo jestem tu trzy dni i nie posiadam tutejszych dokumentów. Do tego to jeszcze nie wytrzymuje tutejszego tempa ględzenia i ich pospieszam, ucinam jak mi powtarzają coś trzeci raz oraz (uwaga, uwaga) zadaję pytania. Efekt jest taki, że to ja ich prowadzę przez proces, którego nie znam, a oni co chwila latają do managera z pytaniem co zrobić… Z ciekawości popatrzyłem jak Ci sami sprzedawcy pracują z lokalsami i wygląda to tak, że prowadzą kupującego za ręke, a ci z miną potulnego baranka wysluchują i podążają za pasterzem.
  • Dealerzy starają się grać w grę dobry – zły. W praktyce to działa tak, że w fazie początkowej sprzedawca negocjuje warunki siedząc naprzeciwko – wtedy stara się być twardy, ale łatwo ustępuje. Potem idzie do sales managera, który z nim przychodzi. W tym momencie rozpoczyna się faza druga sprzedawca zmienia front – siada na krześle koło kupującego, a manager naprzeciwko. Manager mówi, że nie może aż na takie ustępstwa iść/dać gwarancji/przyjąć takiego podania o kredyt, a sprzedający stara się sprawiać wrażenie jakby był po stronie tego co obiecał, ale rozumie i “wspiera” kupującego w zmianie stanowiska. Cały teatrzyk jest odgrywany dość nieudolnie i szablonowo, tak jakby każdy z nich czytał podręcznik, ale nieuważnie. Jak mi nie wyjdzie bycie konsultantem, to będę tu sprzedawał auta. Jestem beznadziejmym aktorem, więc się nadaję.

Wspomniane tempo załatwiania tutaj spraw doprowadza mnie do wrzenia, mam wrażenie, że firmy tu nie szanują czasu klienta. Na przykład sprawdzenie ceny ubezpieczenia przez internet jest niemożliwe – trzeba wypełnić formularz, ale po wysłaniu go, tam gdzie już na końcu powinna być liczba, znajduje się informacja, że “niedługo zadzwonią”. Dziś zadzwoniła panienka z ubezpieczalni i pyta czy mogę teraz rozmawiać. Potwierdziłem, to powiedziała, że już mnie łączy z konsultantem i… przełączyła mnie na melodyjkę. Po czterech minutach słuchania pozytywki rozłączyłem się, ceny ubezpieczenia wciąż jeszcze nie poznałem.

Nie przestaje mnie dziwić, ze mimo, że ten kraj jest zbudowanny na kulturze pieniądza, to pytanie “ile to będzie łącznie kosztowało?” wzbudza panikę. Trochę słusznie, bo za każdym razem wychodzi więcej niż miało być – często o naprawdę wydumane dodatki, np $300 za “przetrzymywane informacji o sprzedaży auta przez 7 lat oraz za zniszczenie ich po tym czasie” lub $10 za “usługę naklejenia naklejki na rejestracji” (o dziwo nie jest to obowiązkowa opłata jak się dopytać). Obie sumy następnie powiększamy o podatek stanowy, podobnie jak i cenę wyjściową.

Obrazu groteski w relacjach z klientem dopełniają próby podlizywania się na każdym kroku. Zadzwoniłem spytać o więcej informacji o całkiem zgrabnej Mazdzie i od razu przydzielono mi numer specjalnego klienta (“preferred customer number”). Moja tymczasowa karta do bankomatu też jest wystawiona na “preferred customer”, łatwo tu zostać VIPem…

Własnie kończy się ostatni dzień moich przydługich wakacji – od jutra kierat. Przynajmniej wejście będę miał łagodne, mój nowy szef był bardzo zaskoczony, że wybieram się jutro do biura, a nie dopiero w poniedziałek. Trzymam kciuki, żeby mnie nikt nie spytał czy się cieszę albo że przynajmniej nie zrozumie mojej odpowiedzi…

ps. W tej chwili otrzymałem spam od jednego z dealerów. Jednak zaczynam się przekonywać do niektórych regulacji europejskich.

Share

[USA] Dziennik z podróży, dzień trzeci

Witam ponownie, dziś będzie kilka słów o sporcie narodowym amerykanów – konsumpcji. Dzisiejszy wpis jest pisany na laptopie Sony Vaio. Laptopy Sony są doskonałe na każdą okazję – do pracy, nauki i rozrywki. Ten wspaniały sprzęt kupisz za jedyne $xxx w każdym dobrym sklepie elektronicznym. A jeśli o sklepach elektronicznych mowa, to największy wybór znajdziesz na High Street w sklepie u Felka. Cen “U Felka” nikt nie przebije! Przyjdz! Zobacz! Zadzwoń! Zadzwoń najlepiej z telefonu Srokia 15, dostępnego za jedyne fefnaście dolarów w każdym sklepie sieci X (promocja ograniczona, w zależności od zapasów, może być ograniczona geograficznie oraz czasowo). Gdybyś wydzwonił za dużo i zalegał z rachunkiem telefonicznym albo ze spłatą pożyczki, to dzowń na darmowy numer 888-zyj-darmo po konsultację jak rozwiązać Twój problem. Wielu wspaniałych ludzi popadło w długi nie z własnej winy, istniejemy po to by Wam pomóc. A więc dzwoń teraz na 888-zyj-darmo, każdy kto zadzwoni w ciągu najbliższych 10 minut otrzyma darmowy poradnik jak stać się samodzielnym finansowo. A teraz wiadomości drogowe sponsorowane przez…

Tak, przyznaję się – próbowałem dzisiaj słuchać tutaj radia. Ręce, nogi i uszy opadają na to co się tu dzieje w eterze. Większość stacji nadaje papkę muzyczno-reklamową (podobnie do rmf kilka lat temu, tylko trochę więcej reklam). Znalazłem tylko jedno radio mówione i w ciągu 25 minut słuchania było tam może z pięć minut audycji, reszta wyglądała jak wyżej. Chociaż może i lepiej, bo w ciągu pięciu minut gdy niczego nie próbowali mi sprzedać prowadzący zdążył oskarżyć słuchacza o rasim (usłyszał “stiff mex” zamiast “stiff neck”), po chwili słuchacz krzyczał na prowadzącego, że ten jest rasistą i nie szanuje czarnych dzieci. Cała rozmowa była naładowana agresją, paskudztwo.
Następnie oniemiały wysłuchałem jak prowadzący odtwarza nagrania z automatycznej sekretarki. Większość nagrań obrażało go, a on, z gracją osiedlowego żula, próbował się odszczekiwać. Poszukam innej stacji, mam głęboką nadzieję, że może chociaż wśród płatnych stacji radiowych ($16 za miesiąc + $2.99 za dostęp przez internet) się coś sensownego wybierze.

Wracając do konsumpcji – chodząc po sklepach odniosłem wrażenie, że kilka lat temu Ameryka osiągnęła pełną dostępność wszystkiego, więc producenci by być “przed konkurencją” musieli pójść krok dalej – w udziwnianie. Pierwszego dnia kupiłem z ciekawości białą czekoladę o smaku czarnej gorzkiej czekolady. Po co ktoś to wymyślił? Albo precle M&Ms? Ciekawe czy będą robić poduszki w kształcie precli…

W przypadku zupełnie zwyczajnych produktów udziwnienia pojawiają się z opakowaniach. Kupiłem kawę, która ma specjalną gumowaną zakrętke antypoślizową, o czym oczywiście informuje reklama na pół słoika oraz cukier w kostach, którego pudełko otwiera się tworząc dość ciekawy podajnik do cukru (powodujący przypadkowe rozsypywanie się kostek w kilka ston na raz).

By zachować reporterską uczciwość muszę przyznać, że normalnych towarów też nie brakuje, a wszystko jest w wielu odmianach, gatunkach i rozmiarach (do wyboru duże, bardzo duże i ogromne). Na każdym kroku są promocje i poczęstunki, ma to jednak swoją cenę, poniżej kilka przykładowych cen z paragonów, które nazbierałem:

  • kawa latte w starbucks – $3.55
  • krótka bagietka – $3.29 (!)
  • herbata twinnings 50 torebek – $5.49
  • woda mineralna 1 galon – $1.09
  • żel pod prysznic Axe do wabienia Amerykanek (nie działa…) – $4.99
  • oliva z olivek 0.5 litra – $12.99
  • sześciopak piwa 0.4 (na wypadek jakby axe jednak działało) – $10.69 (+$0.3 za butelki)
  • kawa rozpuszczalna 340g – $10.49
  • pomidory 283g – $3.99

Powyższe ceny trzeba powiększyc o podatek stanowy (w Massachusetts 6.25%) doliczany na samym końcu przy kasie. Cena kawy według cennika to $3.55, a płaci się $3.77. Dlaczego to nie jest uwzględnione w cenach na półkach tego nie potrafię zrozumieć i nie przestaje mnie to drażnić. Może tubylcom wydaje się dzięki temu, że rzeczy są tańsze? Oglądając wystawy, ogłoszenia i reklamy zaczynam wątpić w zdrowy rozsądek tutejszych ludzi – ktoś musi wierzyć w “darmowe” rzeczy, inaczej by tylu “cudownych” ofert nie było. Potwierdzeniem może być to, że ludzie się godzą na płacenie zarówno za wykonywanie jak i odbieranie połączeń telefonicznych oraz SMSow.

Na zakończenie anegdotka – w czasie jazdy próbnej rozmawiałem z moim nowym przyjacielem, sprzedawcą Simonem (ktory serdecznie witał mnie w usa), o różnych pierdołach. Nie musiałem się skupiać na testowaniu auta, bo i tak nie kupię tego Mercedesa ML320, ale tak bardzo nalegał żebym sobie pojeździł po okolicy, ze się zgodziłem. Z resztą uznałem, że nie odmawia się facetowi, który na wizytówce ma napisane stanowisko “Problem Solver” (rozwiązywacz problemów). Kiedyś dla żartu wpisałem sobie coś takiego na jakieś CV, on miał tak wpisane zupełnie na serio.

Simon, rozwiązywacz problemów, opowiadał, że ma koleżankę w Londynie, która mówiła mu o zeszłotygodniowych demonstracjach. Po czym skwitował to całkiem serio: “tutaj do dzienników się ta wiadomość nie przebiła, pewnie dlatego, że nikogo nie zastrzelili”.

Share

[USA] Dziennik z podróży, dzień drugi

Minął drugi dzień wyprawy, ktory przyniosl nowa garść spostrzeżeń. Uwielbiam obserwować jak z dnia na dzień zmienia się moje postrzeganie obcego miejsca, na jakie rzeczy zwracam uwagę, a na jakie przestaję. Jedziemy. Albo raczej JEDZIEMY!, bo będąc w USA trzeba krzyczeć z entuzjamem.

Realizacja najważniejszych punktów dnia przebiegła sprawnie. A plan był następujący:
– obserwacja autochronów
– konsumpcja szerokopojęta
– organizacja na przyszłość

Obserwacja tubylców przyniosła kilka nowych spostrzeżeń. Przede wszystkim zwróciłem większą uwagę na język – tutejszy jest jakiś łatwiejszy do zrozumienia niż angielski, ale bardziej bulgotliwy i basujący. Tutejsza mowa sprzyja podnoszeniu głosu, kilka razy miałem wrażenie, że ktoś na kogoś pruje japę, a oni tylko gadają. Podobnie z resztą jest z samochodami – prawie każdy alarm trąbi klaksonem przy włączaniu, a że samochodów jest dużo, to non stop coś trąbi na ulicach i parkingach. Podobno bardzo śmiesznie wyglądam gdy podskakuję jak się czegoś przestraszę. Jeśli to prawda, to dużo radości sprowadzam na obserwujących mnie…

Lokalni gadają dużo, najczęściej powtarzające się słowa i wyrazy to “Awsome!” (wow, najprawdę chesz kupić gumę do żucia!), “gotch’ya” (zamiast kiwnięcia głową – co tłumaczy dlaczego nie mają coli 0.5l tylko 1l – tyle paplania po nic musi wysuszać gardło) i “crazy” (w pozytywnym znaczeniu). Większość zdań jest przyozdobiona drugim, o zbliżonym znaczeniu, tak jakby się upewniali, że słuchacz zrozumiał. Od razu mówie, że sprawdzałem, nie tylko mi tak robią ;)

Dzień rozpocząłem od wizyty w banku. Obsługiwał mnie bardzo entuzjastyczny Evan, szybka rozmowa co potrzebuję, karte debetową dostałem od ręki – bardzo dobra organizacja. Evan poszedł po wydruki, słyszę, że opowiada coś o mnie przy kopiarce i wraca… z drugim. Ten drugi – Ron – z uśmiechem od ucha do ucha zaczyna mnie poklepywać, witać w USA, gratulować wyboru banku, miasta, stanu, pogody itd, itp – szkoda, że go nie nagrałem, bo takiego potoku pozytywnych słów nie słyszałem jeszcze nigdy. Potem poszedł, skończliśmy z Evanem papierkologię, idziemy do bankomatu aktywować kartę, a tu zza rogu napada na nas Emilly, która “bardzo się cieszy, że jestem ich klientem i chetnie mi pomoże jak będę potrzebował”, po czym wciska mi w ręke wizytówkę. Byłem prawie przekonany, że mnie zaraz ucałuje serdecznie i przyniesie kwiaty, ale to chyba dopiero przy drugiej wizycie…

Zwracam uwagę, że w powyższym akapicie napisałem, że szliśmy do bankomatu aktywować kartę. Sprzedawcy tutaj nie mają za grosz zaufania do kientów i wszystko pomagają zrobić. Kartę sim do telefonu też mi sprzedawca musiał włożyć (prawie siłą, bo ja nie chciałem jej używać w tym telefonie, który miałem przy sobie). W markecie sklepie pani pakująca rzeczy do torebek przy kasie oceniła moje zakupy na podwójną torbę, bo była szklana butelka z oliwą. Jak zacząłem wkładać sam to wyjęła i ułożyła po swojemu.

Wszędzie gdzie nie pójdę mam wrażenie, że jest za dużo obsługi – ochrona (z bronią!), pomocnicy, podawacze… To wygląda na dobry sposób rozprawienia się z bezrobociem.

Ochroniarz najbardziej rozbawił mnie w Socjal Security Administration gdzie wybrałem się po Socjal Security Number, który potrzebny tu jest do wszystkiego. Obsługa w urzędzie zdecydowanie odbiega od komercyjnej, 50 min czekałem w kolejce na sprawdzenie papierka i informację, że po numer mogę przyjść dopiero po 10 dniach od przekroczenia granicy, bo ich system informatyczny wcześniej nie dostanie informacji, że wjechałem do kraju. A myślałem, że akurat na kontrolę obiegu ludzi mają wystarczające zasoby.
Oczekiwanie w kolejce dało mi odczuć tutejszy wyjątkowo irytujący sposób przedstawiania informacji. Wszelkiego rodzaju prezentacje mają tło muzyczne z kretyńską melodyjką (zbliżone dźwięki można zobaczyć w filmikach promujących nieruchomości – np tutaj). Podobne dzieła grają tu wszędzie – w sklepach, na wystawach i oczywiście we wspomnianym urzędzie. Właśnie mi przyszło do głowy, że może miejscowi tak krzyczą, bo głuchną przez takie granie?

W urzędzie zauważyłem jeszcze jedną, tym razem smutną, rzecz – w poczekalni nikt nie czytał. Nawet głupich ulotek czy broszurek, gazety, zupełnie nic.

I na tym nic koniec na dzisiaj. Pozostałe odkrycia z dziś przekładam na jutro. SUPER JEST!

Share