[USA] Planowanie przeprowadzki

Zbiżają się już cztery miesiące mojego pobytu w USA, czyli czas się przenieść w nowe miejsce. New England to piekny region, ale zimą jest tu zdecydowanie za zimno (do -10 stopni celsjusza), a przez cały rok jest tu zdecydowanie za drogo.
Mój pierwotny plan zwiedzenia całego kraju z samochodzie kempingowym został wstrzymany przez politykę imigracyjną USA – moja wiza zależy od miejsca, w którym pracuję, a moja firma niechętnie odniosła się do pomysłu falandyzacji tego przepisu. Dlatego konieczne było wybranie kolejnego postoju, tym razem na troche dłużej, może nawet na cały rok!

Po zdefiniowaniu wszelkich możliwych za i przeciw, metodą dogłębnej analizy warunków początkowych i brzegowych miejsce zostało wybrane. Wyglądało to mniejwięcej tak:
– Musi być tam ciepło
– Może Texas?
– Ale miało być morze…
– Kalifornia jest za droga
– Ok, niech będzie Texas.

Teksas według informacji dostępnych w sieci wygląda bardzo obiecująco – nie ma podatku dochodowego, domy kosztują połowe tego, co na wsi pod Bostonem, jest ciepło, a tornada pojawiają się jeszcze rzadziej niż w Bostonie. Austin, stolica teksasu, jest centrum kulutralnym południa i gości wiele festivali, w tym SXSW, na którym z tym roku wystąpiło ponad 2000 wykonawców grających w 90ciu lokalizacjach wewnątrz miasta. Nieźle jak na miasto, które ma 790.000 mieszkańców (a w 1850 miało ich 629).

Drobne wyzwanie stanowi przeprowadzka. Nie mamy gdzie mieszkać po dojechaniu na miejsce, a przy odgległości 3000 km nie da się wyskoczyć i obejrzeć nowego domu przed wynajęciem. Drugie zagwozdka, to jak przetransportować nasze rzeczy. Z firmami przewozowymi mamy złe doświadczenia, bo do tej pory, po blisko trzech miesiącach podróży, nie przyjechały jeszcze do nas nasze rzeczy z Anglii. Podobno są już w magazynie w New Jersey, ale to jakoś mało mnie pociesza. Jakbym wrzucił wszystko do skrzynki i wepchnął ją do wody gdzieś w okolicach Southampton, to pewnie by już zdążyła przedryfować, a Golfstrom by ją już przynosił tu gdzieś do brzegu.

Dzisiejszy (dosłownie, wczoraj był inny) pomysł na przeprowadzkę jest taki, że wynajmiemy przyczepę, załadujemy ile się zmieści i jedziemy przez kraj! Pewnym ograniczeniem jest to, że o ile Polski Fiat 126p przy silniku 650cm^3 i 24 koniach mechanicznych miał dopuszczalną masę przyczepy 400kg, to Chrysler PT Cruiser przy 2.4l i 150 konikach może ciągnąć maksymalnie 450kg (1000lb).

W dalszym ciągu nie ustaliliśmy też trasy przeprowadzki. Ilość wariantów jest ogromna, warto by było zwiedzić ile się da jak się już człowiek tak ciągnie przez świat. Dwie podstawowe możliwości widać poniżej – wybrzeże zatoki meksykańskiej wygląda pociągająco, ale górna droga przebiega przez stany, do których ciężko później wrócić.

Ten wpis to wołanie o pomoc – jak ktoś wie jak oszacować ile ważą nasze rzeczy albo ma lepszy pomysl jak to wszystko zabrać do krainy grilla i colta, to proszę o pomoc! Wszelkie pomysły co odwiedzić po drodze także są mile widziane – mamy 9 dni na przejechanie tego odcinka, więc przystanków może być dużo.

Share

[USA] Philadelphia – Stany na ostro

W drodze powrotnej z Waszyngtonu zatrzymaliśmy się w mieście pierwszej historycznej siedziby kongresu – Philadelphii. Wybór miejsca okazał się bardzo dobry ze względów poznawczych, troche gorzej wypadł w kategorii turystyki i odpoczynku.

Wjeżdzając do Philadelphii zauważyć można kilka rzeczy – znaczną ilość wysokościowców, dziwacznie tuningowane samochody i podejrzanie duża ilość fabryk oraz terenów przemysłowych. Jako turysta jestem wyznawcą Dwukwiata*, wiec przeoczyłem te sygnały i zamiast zastanowić się co się za tym kryje podziwiałem auta na gigantycznych felgach ze spinnerami i inne ociekające chromem kolumny basowe na kołach. Co więcej, cieszyłem się nawet, że w końcu znalazłem miasto, które zbliżone jest do przedstawianego świata bling-blingu. Nie skojarzyłem także tego, że bling-bling jest powiązany z kulturą gangsterską.

Nasz hotel oddalony był o około 30 minut spaceru od ścisłego centrum, ale okolica nie wyglądała na wyjątkowo spacerową. Przed wyjściem zajrzałem na współczesne wcielenie przewodnika autostopem po galaktyce – wikitravel – doskonałe źródło praktycznych informacji o świecie, z którego dowiedziałem się, że Philadelphia radzi sobie z problemem przestępczości – ilość zabójstw spadła o 20% w ciągu roku 2009 i obecnie większość z nich jest dokonywana na tle porachunków lub celem rozwiązania sporów związanych z narkotykami. Marne pocieszenie. Bezpieczeństwo w mieście zależy mocno od części, którą się odwiedza, przy czym najgorsza jest Philadelphia Północna. Nie trzeba być prorokiem, żeby odkryć, że dokładnie tam się znajdowaliśmy.

Hotel znajdował się w przepięknym budynku należącym do najstarszego uniwersytetu w mieście – Temple University, co uspokajało mnie trochę – wiadomo wiedza to cywilizacja, cywilizacja to rozsądek i bezpieczeństwo. Z mojej naiwnej wiary w świat wybiło mnie dopiero zdanie sugerujące, że zejście z głównej ulicy w okolicy Temple University “nie jest dobrym pomysłem”. Postanowiłem posłuchać szczególnie, że z całego 6.5 milionowego miasta to było jedyne miejsce wymienione z nazwy. Bliskość kawiarni i barów także nie pomagała, według opisu popularne są tam napady z bronią w ręku na podpitych gości tych przybytków. Decyzja o powrocie taksówką zapadła.

Wieczorem wyruszyliśmy na imprezę z okazji 4go czerwca – dnia niepodległości. Jako środek transportu “tam” wykorzystaliśmy metro. Metra świata zasługują na, zresztą już napisaną, książkę – każde jest inne, chociaż sporo z nich jest podobne. Projektanci w Philadelphi postawili nowatorstwo ponad sprawdzone schematy, dzięki czemu korzystanie z tej formy komunikacji stanowi wyzwanie zbliżone do podróży greckimi autostradami. Metro posiada osobne wejścia dla kierunków północ i południe, przy czym a) nie ma możliwości zorientować się, które gdzie jedzie, bo nie ma oznaczeń; b) trzeba wyjść na ziemie, żeby przejść z jednej strony na drugą. Do metra wchodzi się przez bramki aktywowane na metalowe żetony dostępne w automatach w zestawach po 2, 5 i 10 lub płacąc gotówką ochronie siedzącej w stalowym pomieszczeniu za zakratowanymi oknami. Aby kupić żeton trzeba zapomnieć wszystkiego, co się wie o obsłudze normalnych automatów – tamtejsze urządzenie nie posiada przycisków tylko gałkę, której obracanie nic nie robi. Po odrzuceniu wszelkich rozsądnych pomysłów zacząłem karmić automat jednodolarówkami i wygrałem – maszyna pokazała, że już włożyłem wystarczająco i gałka ożyła – obracając ją mogłem wybrać opcję 2 żetony lub 2 żetony ewentualnie 2 żetony. Następnie po wcisnięciu doskonale ukrytego przycisku (jednak był!) maszyna prychając wydała mi metalowe krążki, które pozwoliły przedostać się na odgrodzony kratami peron. Reszta drogi nie wyróżniała się niczym szczególnym – totalny brak informacji o trasie przejazdu, straszny brud i bałagan na mijanych stacjach oraz policja na peronach przestały w pewnym momencie robić wrażenie.

Impreza z okazji dnia niepodległości reklamowana była jako największy darmowy koncert w USA. Okolice od City Hall do Benjamin Franklin Parkway były szczelnie wypełnione dziesiątkami tysięcy ludzi. Ludzi dość interesujących, bo zupełnie innych. Pierwsze wrażenie jakie odnieśliśmy, to że jesteśmy jedynymi białymi ludźmi w okolicy, co okazało się oczywiście nieprawdą, a wrażenie było wywołane tym, że większość osób była zdecydowanie ciemniejszej karnacji. Dużą wadą tej sytuacji było to, że wśród białych jestem przeważnie jednym z wyższych, tam panowie z muzułmańskimi brodami przerastali mnie o głowę. Współczuję wszystkim niskim ludziom, że na codzień mają coś takiego – człowiek widziany z góry wygląda znacznie lepiej niż od dołu.

Najciekawszą prezentację przedkoncertową zapewniła grupa religijna nawracająca przechodniów, a w szczególności facet z kartką, że “Ewolucja to kłamstwo”. Jest to dobre miejsce, żeby dodać, że w USA ewolucja nie jest powszechnie uznawaną teorią, a słowo “darwinizm” ma często pejoratywne znaczenie. O ile większość stanów akceptuje nauczanie tej teorii, to niektóre, np Alabama, wymagają, żeby podręczniki opisywały ją nie jako fakt, ale jako stwierdzenie, że “istnieją naukowcy uważający, że człowiek postał w drodze ewolucji” i wymagają umieszczania naklejek ostrzegawczych na takich książkach.

Ludzie na koncercie bawili się nieźle, ja trochę mniej, głównie ze względu na wybór wykonawców – przeterminowane gwiazdy z hitami z lat 80tych oraz lokalni grajkowie wytwarzające nudne dźwięki. Można było potańczyć pod sceną (jak ktoś się przebił przez ogromny tłum), pokiwać się w miejscu lub, jak zrobiła większość osób, rozłożyć koc lub krzesłko turystyczne, i podziwiać jak się inni bujają.

Finałem impezy był pokaz fajerwerków – długi (20 minut!), intensywny i z ciekawymi rakietami. Bardzo przyjemny wieczór.

Do hotelu wracaliśmy taksówką. Po zapoznaniu się z instrukcją mówiącą, żeby przed wyjściem z taxi obejrzeć okolicę i jeśli wydaje się niebezpieczna to poprosić kierowcę, żeby odjechał, podziwialiśmy przez okna lokalny tłum – policję jeżdzącą na sygnale, ludzi próbujących wydostać się z centrum i samochody nagłaśniające ulicę basem. Basem i brzękiem blachy – głośniki montowane w autach były na tyle mocne, że widać było jak przy każdym uderzeniu bębna wygina się klapa bagażnika, a całe auta dzwoniły jak kopnięte niechcący cymbałki.

Jako że główne ulice miasta były całkiem zatkane taksówkarz zaproponował okrężną, ale szybszą trasę. Dzięki temu zwiedziliśmy osiedle do którego byśmy się sami nie zapędzili – biedne, małe domy, a przed nimi siedzący na krzesełkach, ławeczkach i krawężnikach ludzie. Dowiedzieliśmy się też do czego służy klakson – dojeżdzając do skrzyżowania ze stopem (większość w usa) zamiast się zatrzymać można zwolnić, zatrąbić i przyspieszyć.

Obawiam się, że Philadelphie oceniam przez pryzmat złej okolicy do której trafiliśmy. Mam chotę odwiedzić ją jeszcze raz wybierając jednak hotel jeszcze bliżej centrum. Przygody są fajne, ale nie wszystkie warto powtarzać.

* wiecej o Dwukwiacie znajdziesz tu: http://wysylkowa.pl/ks1155068.html

Share

[USA] Biegiem przez Washington D.C.

Stany Zjednoczone zostały zbudowane na czterech fundamentach – jedności, bezpieczeństwa, dobrobytu oraz wolności. W celu zapewnienia powyższych kongres jest zobowiązany przez konstytucję do wspierania nauki oraz do ciągłej eksploracji nowych miejsc. Będąc w Waszyngtonie czuje się powiew powyższych zasad oraz potęgi tego kraju.

Pierwszy budynek Waszyngtonu – Capitol – zoostał zaprojektowany tak, by być największym budynkiem w całej uni stanów. Gdy miasto się zaczęło rozwijac kolejne budynki, pomniki i parki były budowane tak by dorównać siedzibie parlamentu, który to zamiar został zrealizowany w pełni, dzięki czemu centrum miasta jest majestatyczne i piękne zarówno w nocy jak i za dnia. Największe wrażenie zrobił na mnie gigantyczny, blisko sześciometrowy (na siedząco), Abraham Lincoln siedzący w marmurowym budnyku wzorowanym na greckich świątyniach. Zza piętnastometrowych kolumn widać pięknie podświetlonego ojca narodu patrzącego na Monument Waszyngtona i Budynek Capitolu. Nieprawdopodobne wrażenie.


Waszyngton zaskoczył mnie pozytywnie na wiele sposobów – National Mall, parki oraz monumenty dostępne są dla zwiedzających do jedenastej w nocy(!); główne muzea oraz budynki można zwiedzać całkowicie za darmo (!!); muzea są pełne informacji (jest co CZYTAĆ!) i błyskotliwych rozwiązań. Jeden z pomysłów, który mogę podrzucić władzom Łodzi to darmowe telefoniczne przewodniki. Działa to tak, że można sobie zadzwonić na podany numer i wybrać z klawiatury numerek odpowiadający oglądanemu miejscu po czym wysłuchać opowieści czytanej przez lektora. Tanie w przygotowaniu i w użyciu, po prostu genialne!

Budynek kongresu jest nazywany wspólnym domem i jest otwarty dla każdego, kto ma ochotę go odwiedzić. Naprawdę warto to zrobić i spędzić trochę czasu na obejrzenie niedużej, acz treściwej wystawy o splecionej z historią kraji opowieści o budynku, mieście i ludziach. Historię Stanów znałem głównie przez pryzmat wojen, dat i faktów wtłaczanych mi, z dość kiepskim wynikiem, przez różnych nauczycieli. Dopiero jednak tam na miejscu zrozumiałem jak myśleli pierwsi Amerykanie i dlaczego podejmowali takie, a nie inne wybory. Ze wstydem zauważyłem też, że bardzo niewiele wiem o konstytucji USA, więc zakupiłem sobie podręczne wydanie za okrągłego dolara. Drugiego dolara wydałem na książce o fladze i jej historii. W jak głębokiej ignorancji żyłem do tej pory przekonałem się, gdy zobaczyłem pierwszą (drugą, ale pierwszą po wykopaniu anglików) flagę USA. Jak obywatel uni czuję, że powiniem był znać poniższy wzór:

Poza budynkami rządowymi i muzeami miasto oferuje szereg innych atrakcji – w tym ogromną gotycką katedrę narodową budowaną od 1907 roku. Jednym z głównych powodów pielgrzymek do tego miejsca nie jest religia, a sto dwanaście gargulców. Przy czym większść osób nie jest zainteresowana stu jedenastoma, a tylko jednym przedstawiającym Dartha Vadera. Rzeźbiarz tłumaczył się, że gargulce przeważnie przestawiają demony i diabły, a że Vader był złym bohaterem to pasuje. Nie wiem kto to zatwierdził, ale czekam na Kaczora Donalda na ostatniej wieczerzy.

Półtora dnia to zdecydowanie za mało, żeby zwiedzić Waszyngton. Czasu zabrakło na zobaczenie wielu interesujących miejsc – pentagotnu, CIA z Kryptosem przed wejściem (mam pomysł jak go odczytać!), muzeum lotnictwa, muzeum szpiegów, stary (jak na USA) rynek, bibliotekę kongresu itp, itd. Tak, Waszynton, to miasto wielu atrakcji.

Share

[USA] Aktywna sobota

Uff… Wakacje zaplanowane, hotele zabookowane, rachunki zapłacone – mozna zasiąść do bloga! A nie, jest 23:45… Wszystko przez to, że muszę jeździć do klienta, 2h dziennie w aucie i ponad 8h wysiadywania na krześle (pojęcie praca nie jest tak szerokie, żeby to objąć). Nie umiem się zorganizować w tym trybie i chyba nie chcę się nauczyć.

Skoro mam dziś nie za dużo czasu, to wrzucę skróconą listę rzeczy, które odwiedziliśmy w ubiegły weekend:

  • New London, CT – robotnicze, biedne miasto, którego nazwa musiała być nadana po złośliwości
  • Naval Submarine Base New London, CT – baza marynarki wojennej, a przy niej pasjonujące muzeum łodzi podwodnych z koronnym eksponatem – atomową łodzią USS Nautilus (SSN-571), którą mozna zwiedzać. Muzeum jest szokujące, gdyż: jest dobrze oznakowane, posiada dużo informacji pisanych, jest darmowe, ma audioguide (przewodnik odtwarzany z plastikowego pilota). Tego ostatniego brakowalo mi najbardziej w miejscach, które odwiedzaliśmy wcześniej. Anglia przyzwyczaila mnie, że zwiedzając można się i bawić i uczyć, tu ten koncept wydawał się do tej pory zupełnie obcy. Brawo! Ciekawe było to, że amerykańskie rodziny wyraźnie nie wiedziały co z tym przewodnikiem zrobić – słuchać? stać w miejscu? probować przekrzyczeć? chodzić w kółko Zupełnie jak Kargul w Chicago.
  • Florence Griswold Museum, Old Lyme, CT – muzeum impresjonizmu założone na miejscu kolonii artystycznej z początku XXw. Oryginalnie był to pensjonat, do którego zjeżdżali przeróżni malarze i, każdy na swój sposób, przenosił uroki Connecticut na płótno, a potem także na drzwi i panele ścienne. Polecam to muzeum nawet średniozainteresowanym sztuką, poza ślicznymi krajobrazami i kilkoma napawdę udanymi malowidłami amerykańskich twórców do dyspozycji mamy obsługę, która z wielką pasją opowiada o historii i ciekawostkach związanych z kolonią. Mimo, że prowincjonalne i nieduże, muzeum to przerasta wszystkie, które obejrzałem w Bostonie – wygląda nowocześnie, a na ścianach są informacje, które można PRZECZYTAĆ. Bostońskie muzea są niestety przygotowane dla analfabetów, którzy gustują w przykurzonych panelach z płyty pilśniowej.
  • Essex – mała wieś nosząca dumną nazwę brytyjskiej krainy. Jest to niewielka miejscowość, która kilka lat temu wygrała konkurs na najładniejsze miasteczko w USA. I rzeczywiście jest śliczna i sielankowa. W ramach zwiedzania odwiedziliśmy kościółek (naprawdę niechcący wpakowaliśmy się w czasie wydawania opłatków w trakcie ślubu) – wnętrze stanowiło poważną konkurencję dla Lichenia – było male, ale każdy fragment był pokryty marmurem albo czymś złotawym. Na głównej ulicy znaleźliśmy butiki ze zbyt drogimi ubraniami, sklep z mydłem i powidłem w astronomicznych cenach i dużo lodziarni. Warto odwiedzić.
  • Goodspeed Theatre – prawdziwy teatr (taki prawdziwy-prawdziwy) na totalnej prowinicji. Widownia mieści więcej ludzi niż ma otaczająca miejscowość, w środku czerwony atłas, brąz i marmury – trochę jak Londyński Drury Lane Theatre. Na przedstawienie nie udało nam się wejść, bo bilety były wyprzedane, zamiast tego poszliśmy popatrzeć jak młody pilot uczy się lądować i startować na pobliskim lotnisku. Można powiedzieć, że to była rozrywka dość wysokich lotów.
  • Zamek Gillette’a – aktora najbardziej znanego z roli Sherlocka Holmesa. Zamek jest zbudowany z kamienia i przypomina europejskie średniowieczne zamki, nawet ma trochę ruin na dachu. Ruiny te zostały starannie zaprojektowane i wybudowane na początku XXw. Całość trochę trąciła plastikiem i wydaje mi się dobrą reprezentacją dla Stanów Zjedonczonych – kilka lat historii, ale można zapłacić, żeby wyglądało na zabytkowe.
  • Rezerwat Foxwoods – indianie w USA cieszą się wieloma przywilejami socjalnymi i podatkowymi, którymi rząd amerykański gasi poczucie winy. Jednym z przywilejów są rezerwaty, w których indianie mogą ustanawiać swoje prawa i żyć tak jak chcą. W ten sposób rezerwat Foxwoods zamienił się w betonowy jarmark – całość terenu pokryły hotele i kasyna. Skorzystaliśmy z gościnności i przegraliśmy w jednorękim bandycie $8.5 (ale przez moment byliśmy na plusie!), minęliśmy salę wielkostawkowego bingo (do wygrania Chevrolet Corvette), teatry i sale koncertowe, na których scenie występowali między innymi Elvis Presley, Michael Jackson i Britney Spears. Zrezygnowaliśmy z ofery restaruracji, ominęliśmy sklepy z pamiątkami i odjechaliśmy w siną dal. Przyznaję się, że uważam amerykańskie stosunki z indianami jako głupie. Pradziad jednego był tak głupi, że za butelkę whiskey i kilka wisiorków oddał pół lasu, a teraz ich prawnukowie bezwzględnie rypią pracujących Amerykanów na opiece zdrowotnej, podatkach i świadczeniach socjalnych, a gdy ktoś o tym coś wspomni, to krzyczą “ukradliście nasze ziemie, to nam się należy!”. Jednocześnie prawnukowie “gnębionych” butelkami wody ognistej w swoich wigwamo-kasynach nie zatrudniają ani jednego rdzennego mieszkańca. I tak pewnie by żaden się nie pofatygował do pracy, bo dostaje za darmo nieopodatkwoane pieniądze socjalne. I może też z tego powodu, że 95% “indian” ma w sobie mniej niż 10% natywnej krwi, a z religią przodków łączy ich tylko rabat podatkowy. Głupie, złe, niesmaczne.

O, i tyle zdążyliśmy zobaczyć w poprzednią sobotę. Niedziela minęła nam na pokazach lotniczych, a potem poniedziałek i wtorek na odzyskiwaniu jakotakiej równowagi. Trochę się boję, bo w poprzedni tydzień przejechaliśmy około 400 mil, na ten planujemy ponad 1000. Mam nadzięję, że i ja i auto damy radę.

Aaaa, przypomniało mi się niedzielne śniadanie w hotelu. Ceny hoteli, nawet przydrożnych bud, śa tutaj gdzieś między “bardzo drogo” a “kosmicznie drogo”, co niestety nie ma odzwieciedlenia w jakości. Za nocleg w Warwick, RI zapłaciliśmy $60 i to tylko dlatego, że Ewelina znalazła serwis, który sprzedaje noclegi w anonimowych hotelach, ale za to tanio – hotwire.com. Działa to tak, że podaje się region, oni pokazują, że dwugwiazdkowy kosztuje tyle i tyle, a trzygwiazdkowy tyle i tyle. Nazwę hotelu poznaje się dopiero po zapłaceniu. My wylosowaliśmy Comfort Inn, który był całkiem znośny tak długo jak się nie patrzyło na sufit i nie ma się wymagań odnośnie ilości kołder i prześcieradeł, ale po takim przydługim dniu usnąłbym nawet w aucie. Chyba właśnie odkryłem sposób na spanie tanio w czasie wakacji – tak się sponiewierać, żeby deska wydawała się pięknym łożem! Ale wracając z dygresji – oferowane śniadanie składało się tostów, sera topionego i… maszyny do pieczenia gofrów. Na blacie stało takie wielke pudło z kranikiem, z którego przelewało się trochę mazi (ciasta?) do kubka, nastpępnie psikało się sprejem na gofrowicę (zabrako mi odwagi, żeby sprawdzić co to za sprej), wylewało się maź i po dwóch minutach wyciągnąć można było gorfa. Efekt zjedzenia tego wynalazku przypominał połknięcie cegły, ale dzięki temu mogliśmy zrezygnować z obiadu. Dziś wyczytałem, że przeciętny amerykanin w ciągu ostatnich 30 lat zwiększył ilość przyjmowanych kalorii z 1900 do 2300. Nie wierzę w to, jestem przekonany, że albo mają tu wielką armię głodujących ludzi, którzy zaniżają średnią, albo ktoś źle zrobił badania. Na moje oko, to oni zjadają z 3500 dziennie, o ile się nie obiadają. Po tutejszych posiłkach zatęskniłem za owocami i sałatą! Naprawdę z własnej woli ostatnio zjadłem jabłko!

ps. Jest pierwsza 1:02, nie wyszło mi skracanie. Dobranoc i dzień dobry.

Share

[USA] Pokazy lotnicze Rhode Island Air Show 2011

Jedna rzecz, która Amerykanie naprawdę potrafią robić doskonale, to rozczarowywać. I to niekoniecznie z tego powodu, że robią coś źle, ale dlatego, ze za dużo się przechwalają i nabudowują rozdmuchane oczekiwania, których nie są w stanie spełnić. Przez butne zaklinanie rzeczywistości wszystko tu działa gorzej niż się można spodziewać – termin realizacji zamówienia wydłuża się magicznie po podpisaniu umowy, jedzenie jest ładne tylko na pudełku, administracja publiczna rozpatruje wnioski przekraczając maksymalny czas, poczta dostarcza przesyłki zawsze dwa dni później niż powinni, karty kredytowe zgodnie z obietnicą można dostać, ale pod zastaw własnej gotówki itd, itp. A to naprawdę nie jest zły kraj, wręcz przeciwnie – jest tu prawie wszystko pod ręką, konsument ma prawa do wszystkiego, a wielkie obszary przyrody cieszą każdego (chyba, że się naczytał, że USA to kraj rozwinięty, zurbanizowany, pełny metropolii i życia kulturalnego). Ostatni weekend dopisał kolejny rozdział tej opowieści…

W niedzielę wybraliśmy się na pokazy lotnicze Rhode Island Air Show 2011 organizowane przez National Guard w bazie Quonset. Jest to, według zapowiedzi, jedna z największych tego typu imprez w kraju. Głównymi bohaterami imprezy miał być oficjalny zespół akrobacyjny Marynarki Amerykańskiej – Blue Angels. Cała impreza, zupełnie nietypowo, była darmowa z dobrowolną opłatą $10 na rzecz szpitala dziecięcego.
Historia pokazuje, że wojsko amerykańskie wkracza do akcji albo za wcześnie, albo za późno. Tym razem zdecydowali się na wariant drugi – i po odśpiewaniu hymnu rozpoczęli pokaz drobne 30 minut po czasie. Program sprzedawany przez organizatorów rozjeżdzał się z planami (np. według drukowanego planu zakończenie o 3:30, a wg. strony o 4:30) oraz z rzeczywistością, która nie pasowała ani do jednego, ani do drugiego. Część planowanych występów się nie odbyła, a prentacje były przeplatane długimi okresami ciszy i zastoju, kiedy ktoś coś szykował, tylko nikt nie wiedział co.
Jednym z pokazów był występ akrobatyczny grupy Geico Skytypers, której popisowym numerem (któremu zawdzięczają nazwę) jest wypisywanie wielkich liter na niebie (przeważnie nazwy sponsora – firmy Geico). Prowadzący opowiadał z przejęciem na zmianę o sponsorze i jego produktach oraz o napisach – ze każda z liter jest tak duża jak Empire State Building, że są wypisywane ekologicznym dymem, zatwierdzonym przez Agencję Ochrony Środowiska itd. Jedynym felerem tego pokazu było to, że zespół nie wykonał napisu na niebie.
Gdy zbliżała się godzina 3:00, na scenę wyszedł przedstawiciel Blue Angels i zaczął przygotowywać nas do pokazu. Ostra wstawka w wykonaniu Ozzy’ego (“All Aboard” rozpoczynające “Crazy Train”), potem trochę wzniosłych, odczytanych z kartki, słów o doskonałości zespołu i… dziesięć minut ciszy. Gdy publika zaczynała już tracić cierpliwość prowadzący wyciągnął kolejną karteczkę i odczytał trochę więcej informacji o historii lotnictwa w marynarce wojennej, po czym nastąpiła jeszcze dłuższa cisza, w czasie której uwagę przykuwały nisko latające mewy oraz sam prowadzący, który stał absolutnie bez ruchu.
Loty rozpoczęły się z blisko półgodzinnym opóźnieniem i gdy publika już zaczynała escytować się pokazem myśliwców FA/18 Hornet, występ został przerwany z powodu “drobnej ustreki technicznej”, która zmusiła jednego z pilotów do lądowania. Nim upłynęło 30 minut do ponownego startu naprawionego samolotu znaczna część publiczności zdążyła już wyruszyć w stronę domu. Jeśli oni wojny tak prowadzą jak pokazy, to może to wyjaśniać dlaczego utkęli w Afganistanie. “Przepraszam, czy mógłbyś posiedzieć jeszcze trochę w tej jaskini? Chcielibyśmy ją zbombardować naszymi supernowoczesnymi rakietami, tylko nam się włącznik zaciął…”.

Obiektywnie rzecz biorąc pokazy były rewelacyjne. Organizacja samego lotniska była świetna, na wystawie statycznej można było dotknąć większości samolotów i helikopterów, a do niektórych – m.in. transportowego C5, Black Hawka, FA/18 i F16 można było wsiąść, a nie tylko oglądać je przez siatkę. Żołnierze opowiadali o swojej służbie, oznaczeniach i innych militarnych ciekawostkach. Jedzenia, zabawek i pamiątek nie brakowało, a w wielu miejscach stały wojskowe beczkowozy z darmową wodą do picia. Ogólny poziom pokazów był bardzo wysoki, a zdecydowaną perełką były dwa pokazy Sean D. Truckera w najmocniejszym i najzwrotniejszym dwupłatowcu świata – Oracle Challenger III. Pokaz zespołu Geico Skytypers był bardzo dynamiczny i prezentował wysoki kunszt w lataniu synchronicznym, szczególnie, że używają oni samolotów T-6 Texan pamiętających czasy drugiej wojny światowej. Gdyby tylko nie obiecali napisów… Podobnie Blue Angels – oni naprawdę potrafią doskonale latać i dysponują sprzętem niedostępnym dla innych zespołów – gdyby zamiast stroszyć piórka zadbali o stan techniczny sprzętu (albo o zapasowy samolot jak robią ich Brytyjscy koledzy) i dobrego konferasjera, który radzi sobie z nieoczekiwanymi przerwami, to pokaz były na pewno jeden z bardziej efektownych jakie kiedykolwiek widziałem – Sonic Boom zawsze robi wrażenie!

Podsumowując – na pokazach bawiłem się świetnie, a opisałem wydarzenie bardzo źle. Wszystko przez niepotrzebnie śrubowane oczekiwania i tragincze pomyłki w realizacji. Jak piszesz bloga, to nie opisujesz, że “będziesz pisać regularnie” ani, że “pokażesz super zdjęcia i filmy” gdy brakuje Ci czasu. Żeby tak robić trzeba być strasznym… Ej, zaraz, zaraz…

Share

[USA] New Hampshire czyli tam gdzie ładnie

Amerykańscy synoptycy przypominają mi dziennikarzy dzienników – robią z igły widły i widzą wszystko w najciemniejszych barwach*. W poprzedni weekend odwołaliśmy wyjazd ze względu na zapowiadane na cały weekend deszcze i burze, których, jak się można domyśleć, nie było. Na ten weekend prognoza zapowiadała przelotne burze, opady i zachmurzenie. Nauczeni doświadczeniem zignorowaliśmy (słusznie!) ostrzeżenie i wybraliśmy się na dwudniowy wypad do słonecznego i gorącego New Hampshire.

New Hampshire, północny sąsiad Massachusetts i południowy sąsiad Kanady, to bardzo mały stan pokryty w większości nieprawdopodobnie gęstymi lasami. Nawet w miejscach porośniętych potężnymi iglakami dolne partie nie są gołe, lecz wypełnione mniejszymi krzakami, krzewami i drzewami liściastymi. Podróżowliśmy przez New Hampshire zarówno autostradami jak i leśnymi duktami (po części celowo, po części przez naiwną wiarę w GPS, który jednak nie zawsze rozróżnia dwupasmówkę i leśny dojazd do leśniczówki…) i wszędzie widzieliśmy dosłownie ścianę lasu. Nawet zastanawiałem się przez chwilę jakim cudem łosie mogą się przez tę gęstwinę przedzierać nie zaczepiając się porożem o krzaki.

Łosie są jednym z symboli New Hampshire – polowa pamiątek ma motyw łosia, drewniane i metalowe rogacze stoją przy drogach, a same drogi oznaczone są gęsto znakami “uważaj na przechodzące łosie” i “hamuj przed łosiem!”. Bardzo liczyliśmy, że zobaczymy chociaż jednego na żywo, jednak największe co nam przebiegło drogę to chipmunk** i gdzieś w głębi obawiam się, że łosiem nie jest jendak wielkie czworonożne zwierze tylko ja kupujący pamiątki.
Drugim z często tam występującym, głównie w postaci rzeźb, pamiątek i ostrzeżeń przed, zwierzęciem są niedźwiedzie. Przy wejściach do lasu wywieszone były instrukcje jak unikać misiów (trzymaj jedzenie z dala od biwaku) i jak się zachować jak już się niedźwiadka spotka (stać w miejscu i mieć nadzieję, że sobie pójdzie) oraz prośby, żeby nie karmić misiów, bo jak odkryją, że człowiek to taka samobieżna jadłodajnia, to trzeba misia ukatrupić zanim dopadnie turystę, który nie będzie miał w plecaku kanapek i sam stanie się przekąską. Z instrukcji przebijała większa troska o misia niż o człowieka. Nie tylko zreszą z tych, inforamacje dotyczące zachowania na szalku niosły głównie przesłanie “bądź ostrożny, licz na siebie, bo nikt Ci nie pomoże”.

Najciekawszym zwierzęciem, które tam napotkaliśmy w ciągu weekendu był niewątpliwie koliber. Przed hotelem, w którym nocowaliśmy, był wystawiony specjalny wodopój dla tych wyjątkowych ptaków, dzięki czemu mogliśmy je dość odkładnie obejrzeć i posłuchać – skrzydła kolibera poruszając się z ogroną prędkością wydają buczenie podobne do latających chrabąszy, czemu zawdzięczają swoją angielską nazwę Humming Bird. W ciągu najbliższych kilku dni umieszę tu film pokazujący te śliczne ptaki.

New Hampshire to stan będący zaprzeczeniem Massachusetts – bez wszędobylskich flag, prawie-nowocześności i zbytniej cywilizacji, a za to z uśmiechniętymi ludzmi i mnogością rozrywek, Harleyowcami, biwakami i innymi rzeczami, o których będę pisał w ciągu kolejnych dni. Mam też sporo zdjęć do pokazania, zapraszam niedługo.

* za wyjątkiem sytuacji gdy nadciąga prawdziwa burza. Tutaj przeoczyli huragan i tornado…
** pol. Tamias, wiewiórka ziemna – taka mała wiewiórka z paskami na grzbiecie – jak bohaterowie kreskówki Chip i Dale

Share

[USA] Koniec świata

Z okazji wczorajszego (nie do końca udanego) końca świata postanowiliśmy odwiedzić “Koniec Świata” – rezerwat przyrody mieszczacy się 10 mil na południe od Bostonu. Zgodnie z amerykańską tradycją zostaliśmy poproszeni o uiszczenie opłaty $5 od głowy (dzieci do lat 12tu wejście gratis) z możliwością wykupu abonamentu na rok na wszystkie parki należące do tej samej firmy. W środku spotkaliśmy dość dużo ludzi, co trochę obala mit, że Amerykanie nie chodzą. A może nie tyle obala, co modyfikuje – “Amerykanie nie chodzą jak za to nie płacą”*.

Amerykańskie rezerwaty są wyjątkowo zadbane – mają starannie przystrzyżoną trawę, zebrane stare gałęzie, a w wielu miejscach stoją ławki i kosze na śmieci. Dokładnie tak jak chciała natura. Dzika przyroda to takie miejsce, gdzie w promieniu 3 mil nie sprzedają hamburgerów ani pączków.

W ten weekend rozpocząłem też naukę do egzaminu na prawo jazdy z oficjalnego podręcznika przygotowanego przez wydział ruchu stanu Massachusetts. Przebrnąłem przez 1/3 książki i jak na razie poznałem tylko procedury wymagane do uzyskania pozwolenia oraz listę możliwych kar, w tym cennik mandatów za przekroczenie prędkości. Spodziewałem się informacji na temat pierwszeństwa na skrzyżowaniach czy znaków drogowych, zamiast tego dowiedziałem się jednak ile maksymalnie mandatów mogą mieć eks-żołnierze przenoszący z innego stanu prawo jazdy na samochody osobowe i chcący jednocześnie uzyskać pozwolenie na motor. Dziękuję Ci amerykańska administaracjo za rozwianie moich wątpliwości. Gdy tylko spotkam siedemnastolatka o polu widzenia 125 stopni w prawym oku i 115 stopni w lewym, ale bez problemu rozpoznającego kolory, to będę mógł mu przekazać w jakich godzinach będzie mógł się poruszać na drogach publicznych.
Dowiedziałem się także za co mogę stracić prawo jazdy – trzy wykroczenia w ciągu roku, niezapłacenie podatku dochodowego, zaleganie z alimentami lub niezarejestrowanie się jako skazany za przestępstwo seksualne (zakładam, że w przypadku niepopełnienia takowego nie mam obowiązku rejestrowania się). Odniosłem wrażenie, że odebranie prawa jazdy to jest tu kara ostateczna – prawdziwy koniec świata.

* teoria autorstwa Eweliny.

Share